Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 stycznia 2020

Jestem mięsożercą.

I am carnivore. [English version below.]

Kotlet, kurczak w sosie, burger - to bardzo części goście w moim jadłospisie. Mięsko jest super, sycące i nade wszystko nadzwyczajnie smaczne. Okej, nie muszę go jeść ciągle, ale zazwyczaj tak, zwłaszcza, że sporo alternatyw jest takich sobie.

Co więcej, nie jestem odosobniony w swoim podejściu. Tym większe było moje zdziwienie, gdy w minionym tygodniu jeden z kolegów z pracy zaproponował, byśmy na obiad zamówili wegańskie burgery. Sam też jest zdeklarowanym mięsożercą, ale stwierdził, że koleżanka zapewniała go, że NA PEWNO będziemy zadowoleni. Cóż... Trochę się wahaliśmy, ale w końcu inicjator, ja i jeszcze dwóch innych kolegów zdecydowaliśmy się na złożenie zamówienia w burgerowni wegańskiej Nieinaczej.

Do wyboru było kilka różnych wersji kotleta, w tym takie, o których pisano, że ciężko je odróżnić od mięsa, czyli Beyond Burger, w którego podobno zainwestowali Bill Gates i Leonardo di Caprio oraz Linda McCartney Burger, stworzony przez nieżyjącą już żonę gwiazdy The Beatles. Ja zdecydowałem się na tego ostatniego i... Pozostało czekać.

Minęło trochę czasu i w końcu się doczekaliśmy. Nadeszła wiekopomna chwila. Zatopiliśmy zęby w burgerach i... Cóż, zdecydowanie były odróżnialne od mięsa. Zdecydowanie nie był to smak prawdziwego burgera. Najzabawniejsze jest jednak to, że w przypadku mojego burgera kotlet wcale nie był najsłabszym elementem. Paradoksalnie akurat on był całkiem okej i smakował trochę orzechami, ale może tylko mi się wydawało. Inne elementy, jak bułka czy warzywa z natury są wegańskie, więc to, że były przeciętne, nie ma wielkiego znaczenia. Tym, co najbardziej negatywnie wpłynęło na całe doświadczenie, był wegański majonez. Nadal nie potrafię się zdecydować, czy nie miał on smaku, czy miał smak paskudny. W każdym razie po coś takiego już więcej na pewno nie sięgnę, a cała potrawa może okazałaby się dużo lepsza z innym sosem.

W tym wszystkim widzę jednak pewne pozytywy. Przede wszystkim, mimo mało atrakcyjnego smaku, muszę przyznać, że najadłem się wegańskim burgerem. Po drugie, zjadłem, przekonałem się, jak to smakuje i gdybym z kimś rozmawiał na ten temat, nikt nie będzie mógł mi zarzucić, że nie wiem, o czym mówię. Przy następnej takiej propozycji mogę odmówić, tłumacząc, że już próbowałem i to nie moje klimaty.

Jakieś inne wnioski? Tak. Takie, że bez mięsa może jeszcze bym się obył. Dietę wegetariańską byłbym w stanie znieść, zastępując kotlety itd. czymś innym. Wygląda jednak na to, że weganizm jest już zupełnie nie dla mnie. Brak produktów opartych na mleku (przede wszystkim sery, ale też śmietana, jogurty itd.), a także niektórych opartych na jajkach (majonez!), to krok za daleko. Oczywiście mogę się mylić. Jest na pewno sporo substytutów, których jeszcze nie próbowałem, a które mogą być znacznie smaczniejsze. Chwilowo jednak jestem nastawiony negatywnie.

Jednak prawdziwy burger wyróżnia się smakiem!

Abstrahując od moich osobistych preferencji, w całej tej wegańskiej drace jest jeszcze jeden wątek. Mianowicie przy okazji naszego zamówienia pojawiły się żarciki, często obecne także w internecie, opierające się na tym, że co to w ogóle za pomysł, żeby tworzyć wegańskie wersje kotletów, kiełbasek czy burgerów i że to swego rodzaju hipokryzja. 

Ja uważam, że wręcz przeciwnie. To może być próba postawienia swoich przekonań ponad swoimi osobistymi upodobaniami. Wyobrażam sobie sytuację, w której ktoś lubił jeść mięso, odpowiadał mu ten smak itd., ale doszedł do wniosku, że jednak los zwierząt jest dla niego ważniejszy i przeszedł na wegetarianizm czy weganizm. Mimo wszystko ten ktoś próbuje zbliżyć się na powrót do smaku, który mu odpowiadał, ale w sposób neutralny dla zwierząt. Czy to coś śmiesznego lub godnego politowania? Nie sądzę. Moim zdaniem to raczej rozsądne poszukiwanie satysfakcjonującego rozwiązania.

Dochodzi do tego jeszcze jedna kwestia: weganie czy wegetarianie, żeby ich wybór życiowy miał jak najwięcej sensu, powinni dążyć do tego, by wszyscy porzucili mięso. Nie mogą jednak zakazać jego spożycia, a mam wrażenie, że wszystkie akcje z publikacją zdjęć z rzeźni, nazywaniem mięsożerców "mordercami" itd. mogą odnieść odwrotny skutek, bo grupy za coś atakowane mają tendencję do przyjmowania postawy defensywnej i utwierdzania się w swoich poglądach. Zamiast tego więc środkiem do celu może być na przykład tworzenie wegańskich burgerów itd. Jeśli rzeczywiście coraz bardziej będą przypominały w smaku mięso, więcej osób może być skłonnych do zrezygnowania z prawdziwego mięsa. Zatem hipokryzja? Nie. Ponownie: szukanie rozwiązania.

To chyba tyle. Napiszcie w komentarzu tu lub na Facebooku, co myślicie na ten temat. Skosztujcie też wegańskiego burgera, jeśli jeszcze nie jedliście (tylko wymieńcie majonez na coś innego!). Może akurat Wam zasmakuje. Zostawiam Was z dość wiekowym utworem, o którym znowu przypomniałem sobie w ten weekend:


Dobrego (smacznego) tygodnia!

ENG:

Cutlet, chicken in sauce, burger - these are usual guests on my menu. The meat is great, filling and above all extremely tasty. Okay, I don't have to eat it all the time, but usually so, especially since many alternatives are so-so.

Moreover, I am not alone in my approach. The greater was my surprise when last week one of my colleagues suggested to order vegan burgers for dinner. He is also a declared meat eater, but he said that a friend assured him that FOR SURE we would be pleased. Well ... We hesitated a bit, but in the end the initiator, me and two other colleagues decided to order something from Nieinczej - vegan burger bar.

There were several different versions of the burger to choose from, including those that were said to be difficult to distinguish from meat, i.e. Beyond Burger, in which Bill Gates and Leonardo di Caprio reportedly invested, as well as Linda McCartney Burger, created by the wife of The Beatles star. I decided on the last one and ... Only waiting left.

Some time passed and we finally got them. A great moment has come. We sank our teeth in burgers and... Well, they were clearly distinguishable from meat.That definitely was not the taste of a real burger. The funniest thing is that in the case of my burger the cutlet was not the weakest element. Paradoxically, it was just okay and tasted a little nutty, but maybe it just seemed to me. Other elements, such as rolls or vegetables are vegan by nature, so the fact that they were average does not matter much. What most negatively affected the whole experience was vegan mayonnaise. I still can't decide if it had no taste at all or was nasty. In any case, I will not reach for such a thing anymore, and the whole dish might turn out to be much better with a different sauce.

In all this, however, I see some positives. First of all, despite the unattractive taste, I must admit that I was full after eating a vegan burger. Secondly, I ate it, found out what it tastes like, and if I will talk to someone about it, no one can accuse me of not knowing what I am talking about. At the next such proposal I can refuse, explaining that I have already tried and it is not for me.

Any other conclusions? Yes. Such that I could live without meat. I could stand a vegetarian diet, replacing chops etc. with something else. However, it seems that veganism is completely not for me. The lack of milk-based products (primarily cheese, but also cream, yogurt, etc.), as well as some based on eggs (mayonnaise!) is a step too far. Of course I can be wrong. Probably there are a lot of substitutes that I haven't tried yet and which can be much tastier. For the moment, however, I am skeptical about them.

Aside from my personal preferences, there is one more thread in this vegan affair. Namely, on the occasion of our order appeared jokes, often also present on the Internet, based on the fact that the idea to create vegan versions of chops, sausages or burgers is stupid and that it is a kind of hypocrisy.

I think the opposite. It may be an attempt to put your beliefs above your personal tastes. I imagine a situation in which someone liked to eat meat, he/she liked the taste, etc., but came to the conclusion that the fate of animals is more important to him/her, and he/she switched to vegetarianism or veganism. After all, someone is trying to get back to the taste that suited him/her, but in a neutral way for animals. Is this something funny or pitiful? I do not think so. In my opinion, this is a rather reasonable search for a satisfactory solution.

There is one more thing: vegans or vegetarians, so that their life choices make the most sense, should strive for everyone to give up meat. They cannot, however, prohibit its consumption, and I have the impression that all actions with the publication of slaughterhouse photos, calling carnivores "murderers" etc. may have the opposite effect, because the groups attacked for something tend to take a defensive attitude and reinforce their own views. Instead, the mean to this end can be, for example, the creation of vegan burgers, etc. If they actually looked and above all tasted more like meat, more people might be willing to give up real meat. Hypocrisy then? No. Again: searching for a solution.

I think that's it. Write in a comment here or on Facebook what you think about it. Try the vegan burger if you haven't eaten any yet (just replace the mayonnaise with something else!). Maybe you will like it. I leave you with a fairly old song, which I remembered again this weekend. You can find it above.

Have a good (tasty) week!

niedziela, 24 listopada 2019

Nie taki Sosnowiec straszny.

Sosnowiec - not so scary. [English version below.]


Jest takie miasto w Polsce, z którego sporo ludzi się śmieje. Które stało się symbolem patologii, bałaganu, obciachu. Dołączyło do Wąchocka i Radomia jako ofiara licznych kpin. O ile jednak dla większości to żarty, to na miejscu swego czasu istniał rzeczywisty konflikt. Hanysy kontra gorole. Śląsk przeciwko Zagłębiu, co można uprościć do starcia Katowice vs. Sosnowiec. "Bo ci z jednej strony Brynicy (rzeka oddzielająca oba miasta) są tacy, a ci z drugiej owacy."

Czy tak jest? Oczywiście, że nie. To wierutna bzdura. W Sosnowcu znajdują się niektóre wydziały Uniwersytetu Śląskiego i mnóstwo ludzi jeździ tam na studia. Ulokowało się też tam sporo firm, które ściągają pracowników nie tylko z Zagłębia. Z drugiej strony mnóstwo ludzi stamtąd jeździ do pracy, na studia czy już do liceum na Śląsk, zwłaszcza do Katowic (sam miałem w klasie kilka takich przypadków). Ludzie przy tych wszystkich okazjach zaprzyjaźniają się ze sobą i nikt już nie patrzy na to, kto jest z której strony Brynicy (oczywiście, pewnie zdarzają się wyjątki, ale mówię o ludziach, którzy mają choć trochę rozumu).

A co z samym Sosnowcem? Czy rzeczywiście jest taki straszny i brzydki? Absolutnie nie. Jak w każdym mieście, są w nim dzielnice bardziej i mniej zadbane, ale ogólny odbiór, przynajmniej centrum, moim zdaniem powinien być całkiem pozytywny. Co więcej, można tam całkiem przyjemnie spędzić czas, o czym ostatnio ponownie się przekonałem.

Ustąpiłem koledze i tym razem spotkaliśmy się w jego rodzinnym mieście, a nie w moim. Przejazd z centrum Katowic do centrum Sosnowca autobusem ZTM zajął mi mniej niż 20 minut. Na kolegę musiałem chwilę poczekać koło tzw. "patelni" z pomnikiem Kiepury, a gdy w końcu dotarł, ruszyliśmy w miasto.


Na pierwszy ogień poszła Dekada - klub bilardowy. Tam do dyspozycji klientów znajduje się osiem stołów bilardowych i stół do snookera, a także zwykłe stoliki, przy których można usiąść i porozmawiać, bar, parkiet i sala eventowa. Stół bilardowy zarezerwowaliśmy z wyprzedzeniem i dobrze, bo w lokalu było sporo ludzi. Nie były to jednak wielkie tłumy, więc pewnie i bez rezerwacji po odczekaniu swojego w końcu doczekalibyśmy się gry. Pograliśmy trochę, porozmawialiśmy i napiliśmy się piwa. Poza tym mój kumpel spotkał kolegę z podstawówki, więc spędziliśmy też chwilę z nim i jego żoną. W końcu jednak postanowiliśmy zmienić lokal. Chcieliśmy coś zjeść i choć moglibyśmy to zrobić w Dekadzie, bo w menu znajdują się nawet sensowne pozycje, ostatecznie zdecydowaliśmy o zmianie knajpy. Na wyjściu za ok. półtorej godziny gry w bilard i cztery piwa zapłaciliśmy 74 zł, zatem bez tragedii.

Naszym następnym przystankiem okazało się Chicago. To całkiem klimatyczny bar i restauracja z wystylizowanym, amerykańskim wystrojem. Mimo piątkowego wieczoru bez problemu znalazł się dla nas wolny stolik. Ze złych wieści natomiast, poinformowano nas, że nie ma już burgerów. To trochę komplikowało sprawę, ale na szczęście pozostałe pozycje z menu także okazały się atrakcyjne. Nie miałem ochoty wykosztowywać się na steka, więc poszukiwałem czegoś innego. Gdy dowiedziałem się, że w karkówce z faszerowanymi ziemniakami farszem jest boczek, byłem w domu. Mój towarzysz pochłonął z kolei żeberka z grilla, a do tego doszło piwo pszeniczne. Za znakomite jedzenie w przyjemnym lokalu łącznie zapłaciliśmy także 74 zł, czyli całkiem niedrogo.


Takie dobre rzeczy!

Posileni mogliśmy ruszyć w dalszą drogę. Trzecim i ostatnim lokalem, który odwiedziliśmy, okazała się Cesarska. To multitap w samym centrum Sosnowca. Nieco industrialny wystrój, wbrew pozorom sporo miejsca, ogólnodostępne gry planszowe, a przede wszystkim spory wybór piw kraftowych i wina sprawiają, że to naprawdę atrakcyjne miejsce. Do tego w niedziele organizowane są tam quizy, w których można wygrać niezłe nagrody, a latem funkcjonuje spory ogródek. Ceny są zbliżone do innch tego typu lokali: coś najtańszego można dostać za 8 zł, a za coś dobrego trzeba zapłacić kilkanaście złotych. Moje hefeweizen kosztowało 12 zł, a kumpel za swojego lambica zapłacił chyba nieco więcej. Nacieszyliśmy się tymi wybornymi napojami, porozmawialiśmy jeszcze trochę, po czym z uwagi na późną godzinę pożegnaliśmy się. Do Cesarskiej jednak na pewno jeszcze chętnie wrócę.

Warto zauważyć, że wszystkie wymienione przeze mnie miejsca dzieli od siebie tylko kilkaset metrów, więc można bez problemu przemieszczać się między nimi. W trakcie wieczora mijaliśmy też inne lokale, które wyglądały całkiem obiecująco. Nie można jednak za jednym razem odwiedzić wszystkich knajp.

W każdym razie można potraktować centrum Sosnowca jako ciekawą propozycję na piątkowy czy sobotni wieczór. Cenowo będzie pewnie ciut lepiej niż w Katowicach, nie wspominając o większych miastach, a jakościowo wcale nie gorzej. Do tego może być łatwiej o miejsce w dowolnej knajpie niż w stolicach województw. W nich zawsze trzeba szukać, zwłaszcza w zimie, gdy nie funkcjonują ogródki. W Sosnowcu natomiast, mimo weekendowego wieczoru, w żadnym lokalu nie było problemu, więc może raz na jakiś czas warto się tam wybrać. 


Utwór na dziś to, dla zachowania spójności, coś zespołu pochodzącego z tego zagłębiowskiego miasta:





I to tyle. Dobrego tygodnia, nieważne, z której strony Brynicy jesteście!

ENG:

There is a city in Poland that many people laugh at. Which has become a symbol of pathology, mess, shame. Joined Wąchock and Radom as a victim of numerous mockery. However, while for the most people it is only a joke, there was time with real conflict in place. Hanysy versus gorole. Silesia against the Dąbrowa Basin, which can be simplified to the clash of Katowice vs. Sosnowiec. "Because those on the one side of Brynica (the river separating both cities) are so, and those on the other are different."

Is that so? Of course not. This is bullshit. In Sosnowiec there are some faculties of the University of Silesia and a lot of people go there to study. There are also many companies located there that attract employees not only from the Dąbrowa Basin region. On the other hand, a lot of people from there go to work, study or high school to Silesia, especially to Katowice (I had several such cases in my class). People on all these occasions make friends with each other and no one looks at who comes from which side of Brynica (of course, there are exceptions, but I am talking about people who have at least a bit of common sense).

And what about Sosnowiec itself? Is it really so scary and ugly? Absolutely not. As in every city, some districts are more neat and some not, but in my opinion the general reception, at least of the center, should be quite positive. What's more, you can spend a nice time there, as I have recently learned again.

I gave in to my friend and this time we met in his hometown, not in mine. The ride from the center of Katowice to the center of Sosnowiec by ZTM bus took me less than 20 minutes. I had to wait for a friend next to the so-called "frying pan" with the monument of Jan Kiepura, and when he finally arrived, we set off into the city.


The first place to visit was Dekada - a billiards club. There, there are eight pool tables and a snooker table, as well as regular tables, so you can sit and talk, bar, dance floor and event room. We booked the pool table in advance and that was a good idea, because there were a lot of people in the place. However, they were not huge crowds, so surely even without booking we would finally play after waiting some time. We played a bit, talked and had a beer. In addition, my friend met a friend from elementary school, so we also spent a moment with him and his wife. In the end, however, we decided to change the bar. We wanted to eat something and although we could do it in the Dekada, because there are even sensible courses on the menu, we finally decided to change the pub. At the exit, we paid 74 zlotys for about an hour and a half playing billiards and four beers, so that was ok.

Chicago was our next stop. It's a pretty atmospheric bar and restaurant with a stylized American decor. Despite the Friday evening, there was a free table for us. On the other hand, bad news came that there were no more burgers. This complicated the matter a bit, but fortunately the other menu courses also turned out to be attractive. I didn't feel like tasting a steak so I was looking for something else. When I found out that stuff for pork with stuffed potatoes is bacon, I decided immediately. My companion, in turn, consumed grilled ribs. That came with wheat beer. We also paid 74 PLN for excellent food in a nice place, so it was quite reasonable.

After eating we were able to continue our journey. The third and last place we visited turned out to be Cesarska. It's a multitap in the very center of Sosnowiec. A little industrial decor, suprisingly a lot of space, available board games, and above all a large selection of kraft beers and wine make it a really attractive place. In addition, there are quizzes organized on Sundays where you can win nice prizes, and in the summer there is a large garden available. Prices are similar to other places of this type: the cheapest beer can be obtained for 8 zlotys, and for something good you have to pay a dozen or so zlotys. My hefeweizen cost PLN 12, and my buddy probably paid a bit more for his lambic. We enjoyed these delicious drinks, we talked a bit more, then due to the late hour we said goodbye. However, I will definitely come back to Cesarska.

It is worth noting that all the places I mentioned are only a few hundred meters apart each other, so you can easily move between them. During the evening we also passed other places that looked quite promising. However, you cannot visit all the pubs at once.

In any case, you can treat the center of Sosnowiec as an interesting proposition for Friday or Saturday evening. The prices will probably be a bit better than in Katowice, not to mention the larger cities, and quality is not worse. What is more, it may be easier to get a place in any pub there than in the capital cities of voivodeships. You always have to look for them, especially in winter when the gardens are not functioning. In Sosnowiec, however, despite the weekend evening, no bar were a problem, so maybe once in a while it is worth going there.

The song for today is, for the sake of consistency, something made by a band from this city. You can find it above.

And that's it. Have a good week, no matter which side of Brynica you are from!

sobota, 20 kwietnia 2019

Wielkanoc jest lepsza.

Easter is better. [English version below.]

Lepsza? Wielkanoc lepsza? Niż co? Niż Boże Narodzenie. Innej konkurencji nie ma, bo w powszechnej świadomości to dwa największe święta w ciągu roku. Zdaję sobie sprawę, że większość z Was pewnie woli to grudniowe, ale...

  • W Wielkanoc jest lepsze jedzenie. Tu pewnie większość z Was się nie zgodzi, ale ja naprawdę nie jestem fanem potraw wigilijnych, a w polskiej tradycji to one są kluczowe przy okazji Bożego Narodzenia. Przy Wielkanocy natomiast chyba nie ma bardzo powszechnych zwyczajów w tym zakresie, co daje większą swobodę. W ten sposób u mnie w domu na przykład pojawia się biała kiełbasa na winie, z oliwkami i rozmarynem. To lepsze niż groch z kapustą i inne dziwactwa. Kluczowe są jednak słodkości. Przy okazji Bożego Narodzenia nie jest z tym źle (sernik i makowiec), ale tu Wielkanoc bezapelacyjnie wygrywa. Sernik jak najbardziej jest, makowiec czasem też, do tego inne ciasta, babki drożdżowe, jakieś cukrowe lub czekoladowe figurki, ale przede wszystkim najważniejsze: mazurki! Te małe skurczybyki są boskie, a najlepsze oczywiście te robione przez moją mamę. To kulinarne cuda. Z mazurkami jest jednak tak, że u każdego mogą wyglądać zupełnie inaczej. To jednak tym lepiej, bo te inne też są na ogół wspaniałe. Wielkanoc 1 - Boże Narodzenie 0.


Ależ śliczności!
  • Merytorycznie Wielkanoc jest ważniejsza. Części z Was może to nie obchodzić, ale to jednak chrześcijaństwo jest źródłem tego, że mamy teraz wolne, możemy odpocząć, spotkać się z bliskimi i poopychać pysznościami. W przypadku Bożego Narodzenia nazwa mówi wszystko. Wielkanoc natomiast to celebracja tego, że Jezus oddał życie za nasze grzechy, dlatego każdy w Kościele bez wątpienia stwierdzi, że to najważniejsza uroczystość w roku liturgicznym.  Nie trzeba nic więcej dodawać. Wielkanoc 2 - Boże Narodzenie 0.

  • Poziom komercjalizacji. Boże Narodzenie stało się tak bardzo odpustowym świętem, wykorzystywanym do sprzedania absolutnie wszystkiego, że to zatrważające. Marki uczą się od najlepszego, czyli od Coca-Coli, która od lat robi to z sukcesami. Spotkania z Mikołajami, Aniołkami, wystawy, promocje i tak dalej pojawiają się obecnie przy okazji tych świąt w jakiejś obłędnej ilości. W tym wszystkim rozmywa się meritum: dla wierzących aspekt religijny, a dla wszystkich czas spędzony z rodziną lub przyjaciółmi. Z Wielkanocą też się to poniekąd dzieje, pojawiają się zajączki, kaczuszki itd., ale skala jest dużo mniejsza. Oczywiście wszystko to wynika w dużej mierze z tradycji dawania prezentów, ale o tym w następnym punkcie. Wielkanoc 3 - Boże Narodzenie 0.
  • Prezenty. W Boże Narodzenie są one oczywiście gdzieś na końcu listy ważnych rzeczy. To nie o nie chodzi. Nie zmienia to jednak faktu, że większość z nas lubi dostawać różne rzeczy - nieważne czy to książka, płyta, skarpetki, telefon czy Porsche. Miło jest coś otrzymać. Co prawda zwyczaj podarunków jest chyba źródłem komercjalizacji z poprzedniego punktu, ale jedno wcale nie musi przekładać się na drugie. Wystarczy do tematu upominków podchodzić z głową. Przy okazji Wielkanocy na ogół nie ma tematu prezentów (chyba, że u Was wygląda to inaczej?). Można się zastanawiać, czy to dobrze, czy to źle, ale uznajmy, że Boże Narodzenie wygrywa w tym aspekcie, przyznając mu honorowy punkt. Wielkanoc 3 - Boże Narodzenie 1.
I to koniec. Można by oczywiście mnożyć kryteria, ale myślę, że dla większości z nich dało by się wykazać wyższość wiosennego święta. W związku z tym Wielkanoc jest lepsza. Poza tym jest też... Formalnie dopiero od jutra. Zgodnie z moimi własnymi zasadami nie powinienem więc jeszcze składać Wam życzeń, ale zrobię to, żeby jutro nie zapomnieć. Oto one:
Na jutrzejsze święto życzę Wam przede wszystkim spokojnego czasu. Odpocznijcie trochę w gronie bliskich od codziennego pędu. Uspokójcie umysły. Znajdźcie może chwilę na refleksję. Nie jakąś konkretną, a taką, jaka Wam się przyda. Pamiętajcie, że nie wszystko musi być idealnie. Wszystkiego najlepszego! Wesołych Świąt!

Piosenka na dziś to cudo, które podesłała mi Luba Ma. Świeżutka, aktualna, posłuchajcie:


To tyle. Dobrego czasu!

ENG:

Better? Easter is better? Than what? Than Christmas. There are no other competitiors, because in the general consciousness they are the two biggest holidays in a year. I realize that most of you probably prefer this in December, but ...

  • There is better food at Easter. Probably most of you will not agree, but I really am not a fan of Christmas Eve dishes, and in Polish tradition they are key on the occasion of Christmas. At Easter, however, there are probably no common customs in this area, which gives more freedom. And so at my home, for example, there is a white sausage on the wine, with olives and rosemary. It's better than peas with cabbage and other quirks. The key, however, are the sweets. It is not bad at Christmas (cheesecake and poppyseed cake), but here Easter definitely wins. Cheesecake is present, the other one sometimes also appears, but there are also other cakes, like yeast cakes, some figures made of sugar or chocolate, but most importantly: shortcrust tarts! These little bastards are divine, and the best, of course, those made by my mother. They are culinary wonders. However, each shortcrust tart can look completely different, depending on who made it. Anyway, it's all the better because these others are also great. Easter 1 - Christmas 0.
  • Substantially, Easter is more important. Some of you may not care, but Christianity is the source of the fact that we have a day off now, we can relax, meet with relatives and indulge in delicacies. In the case of Christmas, the polish name says it all (it's God's Birth). Easter, on the other hand, is the celebration of the fact that Jesus gave his life for our sins, so everyone in the church will with no doubt say that this is the most important celebration in the liturgical year. You do not need to add anything. Easter 2 - Christmas 0.
  • The level of commercialization. Christmas has become such a shoddy holiday and is used to sell absolutely everything. That is frightening. Brands learn from the best, that is from Coca-Cola, which has been doing it successfully for years. Plenty of exhibitions, promotions, meetings with Santa Clauses, Angels, and so forth appear on this occasion in an insane amount. In all this, the point is lost: for believers the religious aspect, and for everyone the time spent with family or friends. With Easter it also happens a bit, there are bunnies, ducklings, etc., but the scale is much smaller. Of course, all this results to a large extent from the tradition of giving presents, but about it at the next point. Easter 3 - Christmas 0.
  • Gifts. At Christmas, they are obviously somewhere at the end of the list of important things. It is not about them. However, this does not change the fact that most of us like to receive things - whether it's a book, a CD, the socks, a phone or a Porsche. It's nice to get something. Although the custom of gifts is probably a source of commercialization from the previous point, it does not have to be like this. It is enough to wisely approach the matter of gifts. When it comes to Easter, this matter usually does not appear (unless it is different for you?). You might wonder if it's good or bad, but let's admit that Christmas wins in this aspect. That results in awarding it with an honorary point. Easter 3 - Christmas 1.

And this is the end. One could, of course, find more criteria, but I think that for most of them it would be possible to demonstrate the superiority of the spring holiday. Therefore, Easter is better. Besides, it is also ... Formally starting only from tomorrow. According to my own rules, I should not give you wishes yet, but I will do so not to forget tomorrow. Here they are:

For tomorrow's holiday, I wish you a quiet time above all. Rest a little among your loved ones from the daily rush. Calm your mind. You can find a moment for reflection. Not a specific one, but the one that will be useful to you. Remember that not everything must be perfect. All the best! Happy Easter!

The song for today is a miracle that My Darling sent to me. It is so fresh and current, so listen to it immediately (but is in Polish). You can find it above.

That's it. Have a good time!