Pokazywanie postów oznaczonych etykietą weekend. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą weekend. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 kwietnia 2020

Niekochane filmy.

Unloved movies. [No English version, since main part of this text relates to Polish movies and pop culture references. If you would like to read it anyway, let me know.]

Czasami mam takie wrażenie, że mój gust filmowy i ogólnie przyjęty mainstreamowy konsensus to dwie krzywe, które owszem, czasem się przecinają, ale zdarza się to niezmiernie rzadko. I cóż, nie chodzi o jakiekolwiek przechwalanie się, jaki to jestem alternatywny i nieszablonowy, ale o zwyczajne zdziwienie na zasadzie "Ale jak to, naprawdę uważacie, że to było złe?".

Panie i panowie, ladies and gentlemen, Damen und Herren, poniżej przedstawiam zestawienie pięciu filmów, które cieszą się nienajlepszą sławą, a moim zdaniem naprawdę warto dać im szansę i wyjaśniam dlaczego. Uszeregowałem je od najwyższej do najniższej oceny na Filmwebie (w skali 1-10), żeby mieć jakikolwiek punkt odniesienia do wspomnianego konsensusu, a wybrałem polski portal, ponieważ większość tych filmów pochodzi jednak z naszego kraju.

3... 2... 1... Zacznijmy!

5. Nie zadzieraj z fryzjerem (2008, 6,2 na Filmwebie)

Ten film nieco odróżnia się od innych tu wymienionych: nie jest polski i ma wyraźnie lepszą ocenę od pozostałych. Postanowiłem go jednak umieścić na tej liście, bo przy ostatniej rozmowie z żoną i szwagrem na temat tej produkcji brzmieli oni, jakby była to najgorsza rzecz na świecie.


Czy to po prostu kolejna komedia z Adamem Sandlerem? Można by rzec: nie, bo ta jest jeszcze głupsza. Fabuła opiera się na tym, że izraelski superkomandos marzy o byciu fryzjerem, toteż pozoruje własną śmierć i ucieka do Ameryki. Jednak nie jest w stanie tak łatwo odciąć się od swojej przeszłości... Do tego dorzućcie stertę dowcipów, z których większość opiera się na seksie i pozornie macie pełen obraz.

Póki co nie wygląda, jakbym Was zachęcał, prawda? Okej, pora zacząć. Humor w tym filmie, choć niewyszukany, to jednak działa. Spora część scen jest tak pokręcona, że aż bawi. Jeśli do tego jest się w tym czasie pod wpływem alkoholu, to nie może być lepszego połączenia. Tak naprawdę jednak pod płaszczykiem prymitywnej rozrywki film ten zawiera kilka całkiem ważnych rzeczy: przede wszystkim opowiada on o podążaniu za własnymi marzeniami, niezależnie od tego co mówią inni i jak bardzo by z tego drwili. Dotyczy to nie tylko głównego bohatera. Oprócz tego dochodzi tutaj wątek konfliktu między dwoma społecznościami: żydowską i palestyńską. Oczywiście nie jest on przedstawiony zanadto poważnie, ale jednak stanowi istotną przeszkodę na drodze bohaterów w osiąganiu swoich celów i komplikuje nieodzowny wątek romantyczny, który nie jest wcale najgorzej napisany.

W skrócie: to oczywiście nie jest film wybitny, ale może dostarczyć potrzebną czasami dawkę niezbyt ambitnego humoru, a jednocześnie niesie ze sobą niegłupie przesłanie. Sprawdźcie do piwka albo wódeczki.

4. Weekend (2010, 4,8 na Filmwebie)

Nieudana próba stworzenia komedii gangsterskiej? Widzę to zupełenie inaczej. Film Cezarego Pazury traktuję jako wspaniały pastisz tworów mających kilka (do dziesięciu) lat więcej, takich jak "Chłopaki nie płaczą" i pokrewne. Mamy więc dwóch gangsterów, wokół których kręci się akcja filmu, a oprócz tego całą plejadę innych przestępców, mniej lub bardziej kompetentnych oraz skorumpowanego gliniarza (w tej roli Jan Frycz) i innych bohaterów. Poza tym warto zwrócić uwagę na Tomasza Tyndyka jako Johnny'ego, Pawła Wilczaka grającego Normana czy Michała Lewandowskiego w roli Guli (tj. tego z dwóch głównych bohaterów, którego nie gra Małaszyński). Mimo tego, że minęło już sporo czasu od ostatniego razu, gdy oglądałem ten film, to znaczną część gagów nadal pamiętam: "Panie Normanie", "big deal" czy konflikt Gula-Johnny to pierwsze, które przychodzą mi do głowy.


 To oczywiście nie jest znakomite dzieło, ale bardzo dobrze odwzorowuje poczucie humoru polskich komedii gangsterskich z samego początku XXI wieku. Dzięki temu gagi bawią same w sobie, ale też jako nawiązanie do rzeczy starszych. Warto dać szansę tej produkcji!

3. Facet (nie)potrzebny od zaraz (2014, 4,7 na Filmwebie)

Ten film sklasyfikowano jako komedię romantyczną. Czy słusznie? Po prześledzeniu fabuły łatwo można się zorientować, że nie, ale wolę nie zdradzać szczegółów. Początek jednak na to wskazuje, bowiem akcja zaczyna się od tego, że główną bohaterkę trafia piorun i po tym zdarzeniu postanawia ona poukładać swoje życie, a w tym celu spotkać się ze swoimi dotychczasowymi partnerami. Tak naprawdę jednak ważnym wątkiem filmu jest podążanie za marzeniami. Po prostu. Fabuła naprawdę mnie kupiła, ale do tego jeszcze dochodzi obsada, a w niej między innymi Joasia Kulig jeszcze przed eksplozją popularności, Krzysztof Globisz, Maciej Stuhr i Michał Żebrowski. Czy coś pominąłem? Tak, muzykę, a ona jest w tym filmie absolutnie przecudowna i dzięki temu filmowi odkryłem wielu wspaniałych artystów. Dość wspomnieć, że wykorzystano tu utwory The Dumplings jeszcze przed tym jak ich kariera ruszyła z kopyta, a także takich zespołów jak Kamp!, Paula & Karol, Fismoll czy Micromusic. No złoto po prostu!

Nie ma co jednak ograniczać się do muzyki - to naprawdę dobry film i w tym przypadku nie mam zielonego pojęcia, z czego wynika tak niska jego ocena. Szczerze sugeruję jej zignorowanie i obejrzenie tego filmu. I jeszcze jedno: Joasia Kulig śpiewa w tym filmie i to śpiewa pięknie. Dajcie się zachwycić.

2. W lesie dziś nie zaśnie nikt (2020, 4,5 na Filmwebie)

Pierwszy polski slasher? Podobno. Na pewno rewelacyjna dawka humoru i rozrywki. Motywem przewodnim filmu jest obóz bez telefonów i wspólna wędrówka nastolatków przez las. Mam wrażenie, że główne zarzuty wobec tej produkcji dotyczą drewnianej gry aktorskiej i mocno przewidywalnego scenariusza. Tego pierwszego nie rozumiem, bo uważam, że większość postaci została przedstawiona naprawdę w porządku, a niektóre kreacje wręcz błyszczą: choćby Michał Lupa w roli Julka, Piotr Cyrwus jako Ksiądz czy Wojciech Mecwaldowski, Mirosław Zbrojewicz i Olaf Lubaszenko. Julia Wieniawa w głównej roli też prezentuje się całkiem okej. Co do scenariusza: nie ma tam wielu niespodzianek, ale też nikt chyba nie obiecywał, że będą. To dosyć sztampowa historia i taka właśnie miała być. Ot, ludzie idą do lasu i giną jeden po drugim. Nic dodać, nic ująć. Jednocześnie jednak niektóre sceny atakują z zaskoczenia: choćby początkowa z Listonoszem, fragment w kościele czy sceny śmierci Daniela i Anieli.

Jeśli ktoś oczekuje rewolucji gatunku, niesztampowych rozwiązań, zabawy konwencją, to... Niech przestanie. To dopiero początek gatunku w polskich realiach, toteż podejście jest klasyczne. Nie zmienia to faktu, że film sprawdza się jako niezobowiązująca rozrywka. Przekonajcie się sami.

1. Bad boy (2020, 4,4 na Filmwebie)

Obejrzałem na Netfliksie i stwierdziłem, że "spoko film", a okazuje się, że jest mocno krytykowany. Może ten dysonans wynika z tego, że nie oglądałem kilku ostatnich filmów Patryka Vegi, takich jak Kobiety mafii, Polityka, Botoks czy Plagi Breslau i nie miałem wrażenia, że po raz kolejny oglądam ten sam film. W każdym razie bawiłem się jak prosię w błocie. Fakt, że wszystko kręciło się wokół postaci inteligentnego fanatyka i pseudokibica, wykreowanej przez Antoniego Królikowskiego, tylko zadziałał na korzyść filmu, bo to rola skrajnie odmienna od tych, z których najbardziej znany jest ów aktor. 


Co poza tym? Widowiskowość. Sceny na stadionie, podczas rozgrywek i nie tylko, race, początkowa sekwencja w pociągu (choć akurat ona bardzo przypominała tę z Pitbulla. Nowych porządków) czy moment, w którym Paweł sam rozprawia się z kilkoma policjantami to tylko wierzchołek góry lodowej. Co do samego scenariusza, to może nie jest on szczególnie wybitny, ani zaskakujący, ale nie uważam, żeby był też jakiś szczególnie zły. Dzieją się te rzeczy, które powinny się zdarzyć. 

Nie potrafię przytoczyć więcej argumentów, ale, choć sam się trochę zdziwiłem, ten film autentycznie mi się podobał. Nic na to nie poradzę. Możecie przekonać się sami, czy jest coś w tym, o czym piszę powyżej. I pamiętajcie: "SIŁA, DUMA, UNIA, MY!".

Wszystko powyżej w formie graficznej.

To chyba tyle. Oczywiście nie gwarantuję, że opisane powyżej filmy Wam się spodobają. Wręcz przeciwnie, istnieje spore prawdopodobieństwo, że nie. Z jakiegoś powodu jednak mi te filmy bardzo przypadły do gustu i w każdej chwili obejrzałbym je ponownie. Może więc warto im dać chociaż jedną szansę?

Tymczasem utwór na dziś to jedna z piosenek wykorzystanych w filmie Facet (nie)potrzebny od zaraz. Posłuchajcie: 


To tyle. Oglądajcie filmy, myjcie ręce, trzymajcie się ciepło i w ogóle wszystkiego najlepszego!

niedziela, 16 lutego 2020

Nie takie oczywiste.

Not so obvious. [English version may be added later.]

Jeśli miałbym zamknąć kończący się weekend w jednym słowie, to chyba właśnie taki był: nieoczywisty.

A wszystko wskazywało, że będzie to klasyka przewidywalności. Taki był plan. Zresztą, przeczytajcie:

Piątek. Walentynki. Klasyka banału. 

Zdrowy rozsądek podpowiadał, by tego dnia nie wychodzić z domu. Wszędzie miało być tłoczno i straszno. Co więc pozostało? Wino, kolacja i jakiś film. Najlepiej komedia.

Poniekąd tak było. Tyle tylko, że doszły do tego rozmaite zaskakujące elementy: dość wspomnieć, że z uwagi na alarm bombowy w moim miejscu pracy wróciłem do domu chwilę wcześniej, co zmodyfikowało wszystkie plany. Wino jednak było, świetny łosoś na kolację też. Wielkim zaskoczeniem okazał się natomiast film. Z jakiegoś przedziwnego powodu zdecydowaliśmy się bowiem na Disco Polo z 2015 r. i...

Ten film jest zdumiewający. Z pozoru to klasyczna opowieść o chłopakach z małej miejscowości i ich drodze na szczyt, tylko osadzona w realiach disco polo i Polski lat 90., ale jednak to zupełnie co innego. Można się tego domyślić już po samej obsadzie: na pierwszym planie Dawid Ogrodnik, tuż przy nim Piotr Głowacki, nieco dalej Tomasz Kot i Joanna Kulig, gdzieś w tle także Rafał Maćkowiak, Jacek Koman, Janusz Chabior czy Bartosz Bielenia w skromnej, ale absolutnie przerażającej roli, gdzie do osiągnięcia tego efektu przez większość czasu wystarcza mu tylko uśmiech.

Jak wspomniałem, fabuła nie jest szczególnie skomplikowana. Domorośli muzycy próbują przebić się do świata showbiznesu, najpierw najprostszymi metodami, potem podstępem, zyskując znajomości. Stopniowo rozwijają karierę, pojawiają się problemy, konflikty z innymi osobami zaangażowanymi w branżę, romans, gwiazdorzenie. Słowem standard. Tym, co wyróżnia Disco Polo, jest jednak sposób podania opowieści, a ten zahacza o surrealizm. Czasem ma się wrażenie, jakby to wszystko było snem. Już sam początek, mieszający Dziki Zachód z polską wsią, pokazuje, że to nie będzie zwykły film. Potem jest tylko ciekawiej i czasem zdarzenia są w oczywisty sposób niezwykłe (jak choćby w końcowych scenach w Pałacu Kultury), a czasem to, że coś tu jest nie tak, jest tylko delikatnie zarysowane (warto obserwować na przykład, co dzieje się z samochodem zespołu Laser wraz z rozwojem fabuły).

Poza wszystkim imponująca jest estetyka tego filmu: kolory, neony, lasery. Ujęcia wiernie, ale i barwnie oddające epokę. Wspaniała sprawa!

Film na Filmwebie ma średnią ocen tylko 5/10, ale to coś, czym zupełnie nie należy się kierować. Dlaczego? Bo nisko ocenić go mogły tylko te osoby, które naprawdę liczyły na klasyczną opowieść o drodze do sławy i bardzo nie lubią jakichkolwiek eksperymentów z formą. Film ten, jakkolwiek dziwny, na pewno jest wart obejrzenia.

I co dalej?

To były Walentynki. A co nieoczywistego przez resztę weekendu? Na pewno już mniej w tym spektakularności, ale pewnym zaskoczeniem było na przykład to, że do Magazynu, w którym w sobotę wieczorem świętowaliśmy urodziny znajomych, w pewnym momencie wparowała ekipa Ghost Busters, zachęcając gości do śpiewania, zadając zagadki i oferując degustację whisky Monkey Shoulder. Nie wiem jak Wam, ale mi coś takiego nie przydarza się zbyt często i przez dłuższą chwilę byłem mocno skonfudowany...

W niedzielę natomiast, czyli dziś, gdy piszę te słowa, mieliśmy zaplanowany obiad u moich rodziców, potem wizytę u mojej przyjaciółki i jej córki, a mojej chrześnicy, a następnie byliśmy wstępnie umówieni z jeszcze jednymi znajomymi. I co? I 1/3, to znaczy, z tych wszystkich planów odwiedziliśmy tylko moich rodziców. Natura jednak nie znosi próżni, toteż zagraliśmy z moimi rodzicami w "Korporację", a resztę uwolnionego czasu przeznaczyliśmy na wyprawę na lodowisko.

Takiego stwora spotkaliśmy w drodze powrotnej.

Musicie wiedzieć w tym miejscu, że nasze wyprawy na lodowisko to poważna sprawa. Moja żona jeździ, a ja... Siedzę obok z telefonem w ręku. Tym razem zacząłem tworzyć już niniejszy wpis, chcąc wykorzystać trochę czasu.

To właśnie wymyśliłem, marznąc przy tafli lodu. Że kończący się weekend był z pozoru precyzyjnie zaplanowany i że to był dobry plan. Rzeczywistość go zweryfikowała i nie ziściło się zbyt dużo, ale to też nic złego. Po prostu wydarzyły się nieoczywiste rzeczy i to też jest okej. Może tak jest, że nieważne, z planem czy bez, jeśli ma być dobrze, to jest dobrze? 

Nie mnie to rozstrzygać - najważniejsze, co powinniście wynieść z tego wpisu, to żeby obejrzeć Disco Polo! A piosenka na dziś to chyba coś maksymalnie możliwie dalekiego od wspomnianego gatunku:


To tyle. Dobrego wieczora, tygodnia, życia!

niedziela, 2 lutego 2020

Dwie strony medalu.

Two sides of the same coin. [English version may be added if needed - just let me know.]

Zabiegany to weekend. W piątek dopiero około 21 wróciłem do domu z tygodniowej delegacji i od tamtej pory było i nadal jest mnóstwo spraw do załatwienia. Miłych? Uciążliwych? Ha, to zabawne, bo najwyraźniej większość z nich można traktować tak i tak. Nie wierzycie? Sprawdźmy.

Zacznijmy od tego, że trochę czasu w ten weekend zajmuje mi praca. To oczywiście irytujące, bo wolałbym nie pracować w dni wolne. Z drugiej strony pewne rzeczy i tak trzeba dokończyć, więc czemu by nie w spokojnym zaciszu domowym, może w dresie, pijąc dobrą kawkę i ciesząc się spokojem? Poza tym to zawsze dodatkowy pieniądz. Widzicie? Dwie strony medalu.

Co dalej? Jakiś czas temu uszkodził nam się pewien uchwyt w kuchni. Drobiazg, ale irytujacy. Wczoraj wybraliśmy się po nowy do Castoramy i na to straciliśmy chwilkę czasu. Też wkurza. Z drugiej strony mogłem dzięki temu po powrocie sięgnąć po moją ubogą skrzynkę z narzędziami i chwilkę pobawić się z wymianą uchwytu. To dopiero drugi lub trzeci raz jak korzystałem z tej skrzyneczki i póki co każdy sprawia mi frajdę. Zatem znów, usterka, ale w efekcie zabawa przy jej naprawie.

Moja skrzyczneczka.

Co poza tym? Do Castoramy zajrzeliśmy głównie dlatego, że żona zabrała mnie do IKEI. Część panów, zwłaszcza mężów, może w tym momencie poczuć krztynę współczucia wobec mnie, bo wiedzą, że wizyty z żoną w takim sklepie potrafią być męczące. Narzuciłem nam jednak przyzwoite tempo, żona starała się trzymać listy zakupów, którą miała ze sobą i w efekcie było całkiem nieźle. Udało nam się też trochę porozmawiać podczas wymijania innych klientów i ustalić podejście do pewnych tematów. To już coś!

Co później? Obiad, znów praca, a także wizyta kumpla. Trudno jednak doszukiwać się w niej czegoś negatywnego, może poza tym, że dość mocno różnimy się w kwestii serialu "Wiedźmin" Netflixa, ale bądźmy poważni, to nie jest istotna rzecz.

Tym sposobem przeskakujemy do niedzieli. Dziś żona postanowiła wyciągnąć mnie do aquaparku. Sam pomysł super. Super jest też to, że po przyjedzie do Rudy Śląskiej okazało się, że połączone siły Multisportu i OK Systemu sprawiły, że za wejście na basen na 1,5 godziny dla naszej dwójki zapłaciliśmy łącznie 10 zł. Piękna sprawa! Mniej piękne było to, gdy w którymś momencie podczas zjazdu zjeżdżalnią pęd wyrzucił mnie w powietrze, obróciło mną o 180 stopni i spadłem, boleśnie obijając sobie kolana. 2/10, nie polecam. Tak naprawdę natomiast, gdy przestanie mnie boleć, będę pewnie mówił, że świetnie się bawiłem.

A co jeszcze w planach? Pisanie tego tekstu, znów praca i... Prasowanie koszul. Tego bardzo nie lubię, głównie dlatego, że zajmuje mi sporo czasu, a niemal każdego dnia roboczego potrzebuję świeżej koszuli. Znajduję jednak sposoby, żeby nieco sobie osłodzić tę monotonną czynność. Prasowanie to jedna z tych sytuacji, gdy mam czas posłuchać jakiegoś interesującego mnie podcastu. Zazwyczaj to absolutnie rewelacyjne Napisy Końcowe z Łukaszem Stelmachem, Martą Najman, Oskarem Rogowskim i Radkiem Pisulą, a sporadycznie także z Adamem Antolskim. Jeśli nie, to ostatnio czasem wybieram także Dwóch Typów Podcast, podobno najpopularniejszy podcast w Polsce w 2019 r. Tam Gargamel i Generator Frajdy z dużą dawką ironii rozmawiają o popkulturze, twórcach internetowych i wszystkim tym, na co mają ochotę. Choć nie każdemu musi odpowiadać forma ich programu, to jednak jest on inteligentny i często niesie za sobą wartościową treść. A zatem z jednej strony irytuję się, że będę musiał prasować, ale z drugiej przynajmniej posłucham wtedy czegoś interesującego.

Widzicie? Niemal na każdą rzecz mogłem spojrzeć dwojako, pozytywnie lub negatywnie. Biegnijmy jednak dalej: czy coś jeszcze zajmowało mnie w ten weekend? 

Tak, SEX EDUCATION! 

Gwoli ścisłości, mowa o serialu Netflixa o takim tytule. Tu jednak nie ma co wspominać o dwóch stronach medalu, bo ta produkcja to absolutne złoto i kto nie widział, ten powinien nadrobić. Rozbuchana kampania reklamowa drugiego sezonu skłoniła mnie i moją żonę, by sięgnąć do pierwszego i nie żałujemy. Opowieść o nastolatkach, którzy zaczynają udzielać porad seksualnych w swojej szkole jest przezabawna, choć nie stroni od poważnych wątków. Wbrew pozorom nie wszystko kręci się wokół seksu, bo historia opowiada o związkach, przyjaźni, tolerancji, akceptacji, nierównościach społecznych, szykanowaniu słabszych, trudnych relacjach rodzinnych i wielu innych kwestiach. Jednocześnie jest bardzo dobrze zrealizowana. Spotykamy tu wszystkie archetypy szkolnych dzieciaków w serialach: bogate i wredne, przegrywów, zbuntowane, nerdów, sportowców, ale też wiele innych. Przede wszystkim jednak niemal żadna postać nie jest definiowana przez przynależność do którejkolwiek z tych grup. Są dużo bardziej złożone i często lawirują lub chcą lawirować między nimi. Dzięki temu tak naprawdę nie wiadomo, co się za chwilę wydarzy. Nie ma oczywistych rozwiązań, więc każdy moment jest interesujący. A poza tym wszystkim głównych bohaterów naprawdę łatwo jest lubić. Wobec tego wszystkiego powtórzę raz jeszcze: kto nie widział, niech nadrobi.

To chyba tyle. Gdy trzeba się zająć czymś przykrym, warto poszukać dobrych stron sytuacji i obrócić ją na swoją korzyść. Jeśli natomiast planuje się coś dobrego, to chyba warto mieć z tyłu głowy, że coś może pójść nie tak. Po prostu. A utwór na dziś pochodzi z najnowszej płyty Miuosha i jest tym, który zrobił na mnie największe wrażenie:


Trzymajcie się ciepło. Dobrego tygodnia!

niedziela, 24 listopada 2019

Nie taki Sosnowiec straszny.

Sosnowiec - not so scary. [English version below.]


Jest takie miasto w Polsce, z którego sporo ludzi się śmieje. Które stało się symbolem patologii, bałaganu, obciachu. Dołączyło do Wąchocka i Radomia jako ofiara licznych kpin. O ile jednak dla większości to żarty, to na miejscu swego czasu istniał rzeczywisty konflikt. Hanysy kontra gorole. Śląsk przeciwko Zagłębiu, co można uprościć do starcia Katowice vs. Sosnowiec. "Bo ci z jednej strony Brynicy (rzeka oddzielająca oba miasta) są tacy, a ci z drugiej owacy."

Czy tak jest? Oczywiście, że nie. To wierutna bzdura. W Sosnowcu znajdują się niektóre wydziały Uniwersytetu Śląskiego i mnóstwo ludzi jeździ tam na studia. Ulokowało się też tam sporo firm, które ściągają pracowników nie tylko z Zagłębia. Z drugiej strony mnóstwo ludzi stamtąd jeździ do pracy, na studia czy już do liceum na Śląsk, zwłaszcza do Katowic (sam miałem w klasie kilka takich przypadków). Ludzie przy tych wszystkich okazjach zaprzyjaźniają się ze sobą i nikt już nie patrzy na to, kto jest z której strony Brynicy (oczywiście, pewnie zdarzają się wyjątki, ale mówię o ludziach, którzy mają choć trochę rozumu).

A co z samym Sosnowcem? Czy rzeczywiście jest taki straszny i brzydki? Absolutnie nie. Jak w każdym mieście, są w nim dzielnice bardziej i mniej zadbane, ale ogólny odbiór, przynajmniej centrum, moim zdaniem powinien być całkiem pozytywny. Co więcej, można tam całkiem przyjemnie spędzić czas, o czym ostatnio ponownie się przekonałem.

Ustąpiłem koledze i tym razem spotkaliśmy się w jego rodzinnym mieście, a nie w moim. Przejazd z centrum Katowic do centrum Sosnowca autobusem ZTM zajął mi mniej niż 20 minut. Na kolegę musiałem chwilę poczekać koło tzw. "patelni" z pomnikiem Kiepury, a gdy w końcu dotarł, ruszyliśmy w miasto.


Na pierwszy ogień poszła Dekada - klub bilardowy. Tam do dyspozycji klientów znajduje się osiem stołów bilardowych i stół do snookera, a także zwykłe stoliki, przy których można usiąść i porozmawiać, bar, parkiet i sala eventowa. Stół bilardowy zarezerwowaliśmy z wyprzedzeniem i dobrze, bo w lokalu było sporo ludzi. Nie były to jednak wielkie tłumy, więc pewnie i bez rezerwacji po odczekaniu swojego w końcu doczekalibyśmy się gry. Pograliśmy trochę, porozmawialiśmy i napiliśmy się piwa. Poza tym mój kumpel spotkał kolegę z podstawówki, więc spędziliśmy też chwilę z nim i jego żoną. W końcu jednak postanowiliśmy zmienić lokal. Chcieliśmy coś zjeść i choć moglibyśmy to zrobić w Dekadzie, bo w menu znajdują się nawet sensowne pozycje, ostatecznie zdecydowaliśmy o zmianie knajpy. Na wyjściu za ok. półtorej godziny gry w bilard i cztery piwa zapłaciliśmy 74 zł, zatem bez tragedii.

Naszym następnym przystankiem okazało się Chicago. To całkiem klimatyczny bar i restauracja z wystylizowanym, amerykańskim wystrojem. Mimo piątkowego wieczoru bez problemu znalazł się dla nas wolny stolik. Ze złych wieści natomiast, poinformowano nas, że nie ma już burgerów. To trochę komplikowało sprawę, ale na szczęście pozostałe pozycje z menu także okazały się atrakcyjne. Nie miałem ochoty wykosztowywać się na steka, więc poszukiwałem czegoś innego. Gdy dowiedziałem się, że w karkówce z faszerowanymi ziemniakami farszem jest boczek, byłem w domu. Mój towarzysz pochłonął z kolei żeberka z grilla, a do tego doszło piwo pszeniczne. Za znakomite jedzenie w przyjemnym lokalu łącznie zapłaciliśmy także 74 zł, czyli całkiem niedrogo.


Takie dobre rzeczy!

Posileni mogliśmy ruszyć w dalszą drogę. Trzecim i ostatnim lokalem, który odwiedziliśmy, okazała się Cesarska. To multitap w samym centrum Sosnowca. Nieco industrialny wystrój, wbrew pozorom sporo miejsca, ogólnodostępne gry planszowe, a przede wszystkim spory wybór piw kraftowych i wina sprawiają, że to naprawdę atrakcyjne miejsce. Do tego w niedziele organizowane są tam quizy, w których można wygrać niezłe nagrody, a latem funkcjonuje spory ogródek. Ceny są zbliżone do innch tego typu lokali: coś najtańszego można dostać za 8 zł, a za coś dobrego trzeba zapłacić kilkanaście złotych. Moje hefeweizen kosztowało 12 zł, a kumpel za swojego lambica zapłacił chyba nieco więcej. Nacieszyliśmy się tymi wybornymi napojami, porozmawialiśmy jeszcze trochę, po czym z uwagi na późną godzinę pożegnaliśmy się. Do Cesarskiej jednak na pewno jeszcze chętnie wrócę.

Warto zauważyć, że wszystkie wymienione przeze mnie miejsca dzieli od siebie tylko kilkaset metrów, więc można bez problemu przemieszczać się między nimi. W trakcie wieczora mijaliśmy też inne lokale, które wyglądały całkiem obiecująco. Nie można jednak za jednym razem odwiedzić wszystkich knajp.

W każdym razie można potraktować centrum Sosnowca jako ciekawą propozycję na piątkowy czy sobotni wieczór. Cenowo będzie pewnie ciut lepiej niż w Katowicach, nie wspominając o większych miastach, a jakościowo wcale nie gorzej. Do tego może być łatwiej o miejsce w dowolnej knajpie niż w stolicach województw. W nich zawsze trzeba szukać, zwłaszcza w zimie, gdy nie funkcjonują ogródki. W Sosnowcu natomiast, mimo weekendowego wieczoru, w żadnym lokalu nie było problemu, więc może raz na jakiś czas warto się tam wybrać. 


Utwór na dziś to, dla zachowania spójności, coś zespołu pochodzącego z tego zagłębiowskiego miasta:





I to tyle. Dobrego tygodnia, nieważne, z której strony Brynicy jesteście!

ENG:

There is a city in Poland that many people laugh at. Which has become a symbol of pathology, mess, shame. Joined Wąchock and Radom as a victim of numerous mockery. However, while for the most people it is only a joke, there was time with real conflict in place. Hanysy versus gorole. Silesia against the Dąbrowa Basin, which can be simplified to the clash of Katowice vs. Sosnowiec. "Because those on the one side of Brynica (the river separating both cities) are so, and those on the other are different."

Is that so? Of course not. This is bullshit. In Sosnowiec there are some faculties of the University of Silesia and a lot of people go there to study. There are also many companies located there that attract employees not only from the Dąbrowa Basin region. On the other hand, a lot of people from there go to work, study or high school to Silesia, especially to Katowice (I had several such cases in my class). People on all these occasions make friends with each other and no one looks at who comes from which side of Brynica (of course, there are exceptions, but I am talking about people who have at least a bit of common sense).

And what about Sosnowiec itself? Is it really so scary and ugly? Absolutely not. As in every city, some districts are more neat and some not, but in my opinion the general reception, at least of the center, should be quite positive. What's more, you can spend a nice time there, as I have recently learned again.

I gave in to my friend and this time we met in his hometown, not in mine. The ride from the center of Katowice to the center of Sosnowiec by ZTM bus took me less than 20 minutes. I had to wait for a friend next to the so-called "frying pan" with the monument of Jan Kiepura, and when he finally arrived, we set off into the city.


The first place to visit was Dekada - a billiards club. There, there are eight pool tables and a snooker table, as well as regular tables, so you can sit and talk, bar, dance floor and event room. We booked the pool table in advance and that was a good idea, because there were a lot of people in the place. However, they were not huge crowds, so surely even without booking we would finally play after waiting some time. We played a bit, talked and had a beer. In addition, my friend met a friend from elementary school, so we also spent a moment with him and his wife. In the end, however, we decided to change the bar. We wanted to eat something and although we could do it in the Dekada, because there are even sensible courses on the menu, we finally decided to change the pub. At the exit, we paid 74 zlotys for about an hour and a half playing billiards and four beers, so that was ok.

Chicago was our next stop. It's a pretty atmospheric bar and restaurant with a stylized American decor. Despite the Friday evening, there was a free table for us. On the other hand, bad news came that there were no more burgers. This complicated the matter a bit, but fortunately the other menu courses also turned out to be attractive. I didn't feel like tasting a steak so I was looking for something else. When I found out that stuff for pork with stuffed potatoes is bacon, I decided immediately. My companion, in turn, consumed grilled ribs. That came with wheat beer. We also paid 74 PLN for excellent food in a nice place, so it was quite reasonable.

After eating we were able to continue our journey. The third and last place we visited turned out to be Cesarska. It's a multitap in the very center of Sosnowiec. A little industrial decor, suprisingly a lot of space, available board games, and above all a large selection of kraft beers and wine make it a really attractive place. In addition, there are quizzes organized on Sundays where you can win nice prizes, and in the summer there is a large garden available. Prices are similar to other places of this type: the cheapest beer can be obtained for 8 zlotys, and for something good you have to pay a dozen or so zlotys. My hefeweizen cost PLN 12, and my buddy probably paid a bit more for his lambic. We enjoyed these delicious drinks, we talked a bit more, then due to the late hour we said goodbye. However, I will definitely come back to Cesarska.

It is worth noting that all the places I mentioned are only a few hundred meters apart each other, so you can easily move between them. During the evening we also passed other places that looked quite promising. However, you cannot visit all the pubs at once.

In any case, you can treat the center of Sosnowiec as an interesting proposition for Friday or Saturday evening. The prices will probably be a bit better than in Katowice, not to mention the larger cities, and quality is not worse. What is more, it may be easier to get a place in any pub there than in the capital cities of voivodeships. You always have to look for them, especially in winter when the gardens are not functioning. In Sosnowiec, however, despite the weekend evening, no bar were a problem, so maybe once in a while it is worth going there.

The song for today is, for the sake of consistency, something made by a band from this city. You can find it above.

And that's it. Have a good week, no matter which side of Brynica you are from!

niedziela, 17 lutego 2019

Nic mądrego.

Nothing wise. [English version below.]

Uprzedzam to nawet nie jest pełnoprawny wpis tylko kilka zdań, bo nie ma czasu na więcej. Nie ma go, bo realizowany jest właśnie szalony pomysł. W sobotę późnym wieczorem wyjazd do Kłodzka, dojazd na miejsce w nocy i powrót zapewne w niedzielę po południu. Zapewne, bo z braku czasu piszę te słowa z wyprzedzeniem, już w piątek.

No dobrze, ale po co i dlaczego takie wariactwo? Dwa słowa: narty i przyjaciele. Te pierwsze to mój ukochany sport, na który niestety nie mam obecnie prawie wcale czasu (zima to u mnie czas wytężonej pracy). Dwa lata temu nie pojeździłem ani dnia, rok temu dzień i trochę, a w tym sezonie póki co tylko jeden dzień. Gdy więc napisał do mnie kumpel z propozycją niedzielnego wyjazdu na jeden dzień na narty, nie mogłem odmówić. Nieważne okazało się zmęczenie, dużo rzeczy do zrobienia, problemy logistyczne itd. Narty to narty!

A czemu akurat Kłodzko? Tu powodem są przyjaciele. Niedługo po kumplu napisała do mnie kumpela z pytaniem, czy nie odwiedzimy jej i jej chłopaka właśnie w tym mieście (pracuje tam). Ponieważ nie widziałem się z nimi od ponad dwóch miesięcy, zdążyłem się stęsknić. Rzeczywistość jest taka, że z przyjaciółmi widuję się rzadko. Albo dokądś wyjechali, jak akurat ci, albo  po prostu codzienność nie pozwala na zbyt częste spędzanie ze sobą czasu. Wobec tego każda okazja do spotkania z przyjaciółmi jest cenna. Zależało mi więc na tym, żeby połączyć te dwie rzeczy - bo przecież blisko Kłodzka także można jeździć na nartach.

Narty i przyjaciele...

Dwie rzeczy, przez które tkwimy w tym szalonym pomyśle. Ale wiecie co? Gdybym miał podejmować decyzję jeszcze raz, zapewne byłaby taka sama. A co dla Was jest ważne? Co jest ważniejsze nawet od odpoczynku?

Zostawiam Was z tym pytaniem oraz z takim oto pięknym utworem:



Dobrego tygodnia!

ENG:

I warn you it is not even a full entry, only a few sentences, because there is no time for more. It is lacking, because a crazy idea is being implemented at the moment. On Saturday late in the evening a trip to Kłodzko, getting to the place at night and returning probably on Sunday afternoon. Probably, because for lack of time I write these words in advance, already on Friday.

Okay, but why bother with such a trip? Two words: skiing and friends. The first is my beloved sport, for which unfortunately I have almost no time at all (winter is my time of hard work). Two years ago I did not ski a day, a year ago a day and a little, and in this season only one day till now. So when my pal wrote to me with a proposal to go skiing for one day on Sunday, I could not refuse. Fatigue, a lot of things to do, logistical problems, etc. did not matter. Skiing is skiing!

And why Kłodzko? Here the reason is friends. Soon after that one friend, another one wrote to me asking if we would visit her and her boyfriend in this town (she works there). Because I have not seen them for more than two months, I missed them. The reality is that I see my friends rarely. They spend most of their lives somewhere else (just like those) or simply everyday life does not allow us to spend time together too often. Therefore, every opportunity to meet friends is valuable. So I wanted to combine these two things - because you can also ski near Kłodzko.

Skiing and friends... Two things, because of which we're stuck with in this crazy idea. But you know what? If I had to make a decision again, the effect would probably be the same. And what is important to you? What is more important than a rest?

I leave you with this question and with this beautiful song. which you can find above.
Have a nice week!

niedziela, 18 listopada 2018

Dziadzienie.

Getting old. [English version below.]

Tydzień temu, w pewnym sensie w ramach uczczenia 11 listopada (o czym pisałem w poprzednim tekście), ja i moja luba spotkaliśmy się z moimi znajomymi. Nie chodziło jednak o picie wódki. Ok, bądźmy uczciwi: przynajmniej nie od razu.

Wybraliśmy się do Ostrawy i odwiedziliśmy Świat Techniki, czyli coś w rodzaju Centrum Nauki Kopernik w Warszawie. Skala może trochę mniejsza, ale ten sam typ rozrywki. Zajrzeliśmy do stref poświęconych m. in. elektryczności, światłu czy ludzkiemu ciału. Wzięliśmy udział w eksperymentach ilustrujących prawa fizyki. Pobawiliśmy się goglami VR. Generalnie: polecam, tym bardziej, że ze śląskiej metropolii jedzie się tam ledwie ok. godziny, a bilety nie są drogie - w najgorszym przypadku 240 koron (ok. 40 zł) za bilet normalny i 180 koron (ok. 30 zł) za ulgowy, ale oczywiście są też promocje, bilety łączone i happy hours.

Po zwiedzaniu przyszła pora na obiad, zakupy i powrót do mieszkania znajomych. Tam już, choć dopiero po kawie, pojawiła się wódka, zwłaszcza, że dojechali jeszcze jedni znajomi. Rozmawialiśmy i piliśmy, ale nie wywierając na nikim presji i raczej bez pośpiechu. W końcu jedna para postanowiła się zebrać, więc pożegnaliśmy ich i skończyliśmy picie. Zamiast tego zjedliśmy pizzę, która dojechała niedługo po ich wyjściu, napiliśmy się herbatki i poszliśmy spać.


No dzień dobry!

Po co Wam o tym wszystkim piszę? Przecież nie chodzi po prostu o streszczenie mojej poprzedniej niedzieli. Rzecz w tym, że kolejnego dnia, gdy obudziliśmy się wyspani, z dobrym samopoczuciem i pełni energii, wspólnie uznaliśmy, że kiedyś tak to by nie wyglądało. Nie kończylibyśmy imprezy piciem herbatki i szybkim pójściem spać, a raczej siedzielibyśmy do znacznie późniejszych godzin. Trochę się postarzeliśmy.

Ale wiecie co jest najlepsze? Wcale nam to nie przeszkadza! Spędziliśmy ten dzień tak, jak nam odpowiadało. Chcieliśmy odwiedzić miejsce, w którym można przyswoić trochę wiedzy w przystępny sposób i tak zrobiliśmy. Chcieliśmy się obudzić kolejnego dnia w dobrej formie i tak się właśnie stało. Może więc faktycznie troszkę zdziadzieliśmy, ale po namyśle... Wcale nam to nie przeszkadza! Kolejne spotkania chcemy chyba planować w podobnej formie.

Z biegiem lat to, co lubimy i jak chcemy spędzać czas, zmienia się. I to jest ok. Po prostu. Zostawiam Was z piosenką, o której przypomniał mi ostatnio przypadkiem jeden z moich znajomych:



Dobrego popołudnia, wieczoru i tygodnia!

ENG:


A week ago, in a sense in honor of November 11 (about which I wrote in the previous text), my darling and I met with my friends. However, it was not about drinking vodka. Ok, let's be honest: at least not right away.

We went to Ostrava and visited the Science and Technology Centre, which is something like the Copernicus Science Center in Warsaw. The scale may be a little smaller, but it is the same type of entertainment. We looked into the zones devoted to among others electricity, light or human body. We took part in experiments illustrating the laws of physics. We played with VR goggles. Generally: I recommend it, especially since it is only about an hour of driving from the Silesian metropolis and tickets are not expensive - in the worst case, 240 crowns (about 40 PLN) for an adult ticket and 180 crowns (about 30 PLN) for the reduced one, but of course there are also promotions, combined tickets and happy hours.

After sightseeing, it was time for dinner, shopping and return to the apartment of the friends. There, after the coffee, vodka appeared, especially since one more couple arrived. We talked and drank, but without putting pressure on anyone and rather unhurriedly. Finally, one couple decided to leave, so we said goodbye to them and finished drinking. Instead, we ate a pizza that arrived shortly after they've left, we drank tea and went to sleep.

Why do I write about all this? It's not just a summary of my previous Sunday. The thing is, the next day, when we woke up rested, with good mood and full of energy, together we came to the conclusion that some time ago it would not look like this. We would not end the party with drinking tea and going to sleep quickly. We would talked and drunk much longer. We've aged a little.

But do you know what is the best part? It does not bother us at all! We spent the day just as we liked it. We wanted to visit a place where you can learn something in an accessible way and we did it. We wanted to wake up the next day in good shape and that's what happened. So maybe we actually got old a bit, but after some thought ... It does not bother us at all! We would like to plan further meetings in a similar form.

Over the years, what we like and how we want to spend time is changing. And that's ok. I leave you with a song that one of my friends recently reminded me of. You can find it above.

Have a good afternoon, evening and week!

niedziela, 7 października 2018

Work-life balance.

[English version below.]

Jest kiepsko. Tak się złożyło, że mam przed sobą dużo pracy, na którą jest mało czasu. Wczoraj ponad pół dnia poświęciłem na życie zawodowe, a dzisiaj pewnie będzie podobnie. Nie jest to coś, czego jestem fanem. Podobno powinien funkcjonować ten mityczny work-life balance, a tu tego nie widać.


Pociesza mnie myśl, że to jednorazowa sytuacja. To znaczy, pojawią się jeszcze takie w przyszłości, ale mam nadzieję, że dopiero za jakiś czas. Mój mityczny (istniejący tylko w mojej głowie) kalendarz podpowiada mi, że do końca października w każdy weekend czeka mnie przynajmniej jedna impreza. Nie wygląda to źle. Fakt, że listopad i grudzień będą pewnie smutniejsze, ale do nich daleko.

W każdym razie teraz trzeba zacisnąć zęby i dużo pracować, ograniczając inne aktywności. Podtrzymuje mnie na duchu myśl o kolejnym weekendzie i robione czasem przerwy, żeby nie oszaleć. Przy takim natłoku pracy potrzebne są kotwice, które utrzymają Cię w tej części rzeczywistości, która nie dotyczy życia zawodowego.

Warto o nie zadbać. Widzę na przykład teraz pewien dobry omen i to dosłownie:


Otóż pojawił się zwiastun serialu Good Omens na podstawie powieści Dobry omen  autorstwa Neila Gaimana i Terry’ego Pratchetta. Kto czytał tę książkę albo inne dzieła wspomnianych twórców, wie, że jest szansa na coś wspaniałego. Kto nie czytał, niech wierzy na słowo. W końcu nie codziennie demon i anioł współpracują, próbując powstrzymać koniec świata. 

Właśnie takie wiadomości podtrzymują mnie przy życiu, gdy praca przytłacza. Przypominają o tym, że obowiązki służbowe to nie wszystko i poza nimi jest wspaniały świat. Przecież kiedyś zamknie się tego laptopa i zajmie czymś przyjemnym, choćby miał to być dobry serial. 

A wy, jak się ratujecie, gdy dopada Was nawał roboty? Macie jakieś sposoby na zadbanie o zdrowie psychiczne? A może z zasady nigdy nie pozwalacie sobie na pracę w nadgodzinach? Tak się w ogóle da? Dajcie znać w komentarzach.

Z mojej strony to w zasadzie tyle, bo nie mam dziś czasu na więcej. Zostawiam Was z czymś przyjemnym dla uszu (przynajmniej moich):


Życzę Wam dobrego dnia i tygodnia! I nigdy nie załamujcie się tak całkiem:


ENG:

There is a bit bad. The thing is, I have a lot of work ahead of me these days and there is not enough time for this. Yesterday, I spent more than half a day on professional life, and today probably will be similar. This is not something that I am a fan of. Apparently, this mythical work-life balance should work, but I can't see it here.

I am comforted by the thought that this is a one-off situation. I mean, there will be more of them in the future, but I hope it isn't so close future. My mythical (existing only in my head) calendar tells me that by the end of October for every weekend I have at least one party planned. It does not look bad. Well, November and December will be probably sadder, but there is a lot of time to them.

In any case, now I have to grit my teeth and work a lot, limiting other activities. I am uplifted by the idea of ​​the next weekend and by the occasional breaks, so that I would not go crazy. With such a load of work, anchors are needed that will keep me in this part of reality that does not apply to me working life.

If you are in similar situation, it's worth ensuring that you have them. For example, I literally see a good omen now.

That means that a trailer of the series Good Omens, based on the novel Good Omens: The Nice and Accurate Prophecies of Agnes Nutter, Witch written by Neil Gaiman and Terry Pratchett, was published. Whoever read this book or other works of the aforementioned creators knows that there is a chance for something wonderful. Whoever has not read, has to take my word for it. After all, not everyday demon and angel cooperate in trying to stop the end of the world.

Messages like this keep me alive when the work overwhelms me. They remind me that business duties are not everything, and there is a wonderful world outside of them. After all, I will close this laptop sometime and take care of something pleasant, at least a good series.

And you, how do you take care of yourself when the  multitude of work attacks you? Do you have any ways to look after your mental health? Or maybe you never allow yourself to work overtime? Is it possible? Let me know in the comments.

That's all from me for today, because basically I do not have time for more. I leave you with something pleasant to ears (at least mine). You can find it above.

I wish you a good day and a week! And never break down so completely.

niedziela, 8 kwietnia 2018

Organizm mówi stop!

The body says "stop". [English version below].

Dziś będzie krótko. Dwie angedotki z tego weekendu:

1) Widziałem się w sobotę wieczorem z kumplem na mieście. Pogadaliśmy, połaziliśmy - wszystko super. Wróciłem do domu jakoś przed pierwszą w nocy. Postanowiłem zabrać się jeszcze za jedną rzecz związaną z magazynem Suplement. Usiadłem przy laptopie, zacząłem czytać, co trzeba i... Obudziłem się około 04:30 w pozycji siedzącej, z głową odchyloną do tyłu i nieco bolącym karkiem. Westchnąłem ciężko, wstałem, ogarnąłem się nieco, umyłem zęby i położyłem spać już w ciut bardziej cywilizowanych warunkach.

2) W piątek miałem gości. Szybko wyszedłem z imprezy firmowej, żeby się z nimi spotkać. To przyjaciele, z którymi w zeszłym roku podbijaliśmy Skandynawię. Zgodnie z planem więc w pewnym momencie zabraliśmy się za oglądanie zdjęć z tamtego wyjazdu. Szło całkiem sprawnie. Pamiętam, że widziałem jeszcze zdjęcia z soboty, gdy byliśmy na Drodze Trolli i chyba jakieś z niedzieli, a potem... Następne, na które otworzyłem oczy, były już z Kopenhagi, czyli z czwartku. Przespałem 3 dni! Cóż, nie dosłownie, ale przespałem oglądanie zdjęć z trzech dni i to tych, z najciekawszymi atrakcjami, czyli Bergen i Językiem Trolla. Oczy po prostu zamknęły mi się same i nie byłem w stanie nic z tym zrobić.

Co mają wspólnego te dwie głupio-śmieszne historyjki? To, że mój organizm powiedział stop. Rzekł mi "Denys, gościu, weź się ogarnij. Nie przeginaj, bo długo nie wytrzymamy". Miał rację, bo ostatnie dni były naprawdę intensywne. Czwartek i piątek minęły pod znakiem robienia mnóstwa rzeczy w pracy, wymagały nadgodzin, choć pierwotnie nie miało tak być. Piątek to też wspomniana impreza firmowa i spotkanie z przyjaciółmi. Sobota to pomoc w wizycie u lekarza, zakupy, siłownia, mecz futbolu amerykańskiego (51:9 dla Silesia Rebels - #goRebels) i na koniec wspomniane spotkanie z kumplem. Pisząc te słowa, nie wiem jeszcze do końca, jaka będzie niedziela, ale też raczej zalatana.

Dowód na zalataną niedzielę -
śniadanie jedzone w biegu na dworcu, tuż przed godziną 13.

Szybkie życie, krótki sen, rychła śmierć? Lepiej nie! Trzeba wyluzować, trochę odpuścić, następnym razem zrobić może coś, żeby za dużo aktywności nie skumulowało się naraz. Fakt, że większość z wymienionych powyżej, była dla mojej przyjemności. Cóż jednak z tego? To wcale nie znaczy, że nie były męczące. Z tą myślą Was zostawiam.

Akcent muzyczny? Odgrzebujemy hity sprzed kilku lat. Pasują do słońca, które dzisiaj wyszło:


Dobrego tygodnia! Byle nie zbyt intensywnego!

ENG:

It will be short today. Two angedots from this weekend:

1) I met with my friend on Saturday evening. We talked, we wandered around the city a little. That was quite cool. I came back home somehow before the one o'clock a.m. I decided to do one more thing related to the Suplement magazine. I sat with my laptop, started reading what I needed and ... I woke up around 4:30 a.m. in a sitting position, with my head tilted back and a slightly aching neck. I sighed heavily, got up, changed clothes, brushed my teeth and put asleep in a little more civilized conditions.

2) I had guests on Friday. I quickly left the company party to meet them. These are friends with whom we conquered Scandinavia last year. According to the plan, at some point we set about watching photos from that trip. I remember seeing photos from Saturday when we were on the Trolls' Path and probably some from Sunday and then ... The next ones I saw were from Copenhagen, on Thursday. I slept over 3 days! Well, not literally, but I slept through the pictures of three days, with the most interesting attractions, i.e. Bergen and the Troll tongue. My eyes just closed on their own and I could not do anything about it.

What do these two stupid-funny stories have in common? That my body said "stop". It told me, "Denys, man, take it easy, do not overdo anything, because we can not hold it for long." It was right because the last days were really intense. Thursday and Friday were marked by doing a lot of things at work, what required overtime, although it was not expected at first. Friday was also this corporate event and a meeting with friends. Saturday consisted of the help with a doctor's visit, shopping, gym, American football match (51: 9 for Silesia Rebels - #goRebels) and finally a meeting with a friend. While writing these words, I still do not know what the Sunday will be, but it will also be rather intense.

A quick life, a short sleep, an early death? Better not! We have to relax, let go a little, maybe next time do something so that too much activity does not take place all at once. The fact is that most of the above mentioned was for my pleasure. But what of this? This does not mean that they were not tiring. I leave you with this thought.

Song for today? We're digging up polish hits from a few years ago. It matches the sun visible today. Find it above.

Have a good week! Hopefully it will be not too intensive!