Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 lutego 2020

Dwie strony medalu.

Two sides of the same coin. [English version may be added if needed - just let me know.]

Zabiegany to weekend. W piątek dopiero około 21 wróciłem do domu z tygodniowej delegacji i od tamtej pory było i nadal jest mnóstwo spraw do załatwienia. Miłych? Uciążliwych? Ha, to zabawne, bo najwyraźniej większość z nich można traktować tak i tak. Nie wierzycie? Sprawdźmy.

Zacznijmy od tego, że trochę czasu w ten weekend zajmuje mi praca. To oczywiście irytujące, bo wolałbym nie pracować w dni wolne. Z drugiej strony pewne rzeczy i tak trzeba dokończyć, więc czemu by nie w spokojnym zaciszu domowym, może w dresie, pijąc dobrą kawkę i ciesząc się spokojem? Poza tym to zawsze dodatkowy pieniądz. Widzicie? Dwie strony medalu.

Co dalej? Jakiś czas temu uszkodził nam się pewien uchwyt w kuchni. Drobiazg, ale irytujacy. Wczoraj wybraliśmy się po nowy do Castoramy i na to straciliśmy chwilkę czasu. Też wkurza. Z drugiej strony mogłem dzięki temu po powrocie sięgnąć po moją ubogą skrzynkę z narzędziami i chwilkę pobawić się z wymianą uchwytu. To dopiero drugi lub trzeci raz jak korzystałem z tej skrzyneczki i póki co każdy sprawia mi frajdę. Zatem znów, usterka, ale w efekcie zabawa przy jej naprawie.

Moja skrzyczneczka.

Co poza tym? Do Castoramy zajrzeliśmy głównie dlatego, że żona zabrała mnie do IKEI. Część panów, zwłaszcza mężów, może w tym momencie poczuć krztynę współczucia wobec mnie, bo wiedzą, że wizyty z żoną w takim sklepie potrafią być męczące. Narzuciłem nam jednak przyzwoite tempo, żona starała się trzymać listy zakupów, którą miała ze sobą i w efekcie było całkiem nieźle. Udało nam się też trochę porozmawiać podczas wymijania innych klientów i ustalić podejście do pewnych tematów. To już coś!

Co później? Obiad, znów praca, a także wizyta kumpla. Trudno jednak doszukiwać się w niej czegoś negatywnego, może poza tym, że dość mocno różnimy się w kwestii serialu "Wiedźmin" Netflixa, ale bądźmy poważni, to nie jest istotna rzecz.

Tym sposobem przeskakujemy do niedzieli. Dziś żona postanowiła wyciągnąć mnie do aquaparku. Sam pomysł super. Super jest też to, że po przyjedzie do Rudy Śląskiej okazało się, że połączone siły Multisportu i OK Systemu sprawiły, że za wejście na basen na 1,5 godziny dla naszej dwójki zapłaciliśmy łącznie 10 zł. Piękna sprawa! Mniej piękne było to, gdy w którymś momencie podczas zjazdu zjeżdżalnią pęd wyrzucił mnie w powietrze, obróciło mną o 180 stopni i spadłem, boleśnie obijając sobie kolana. 2/10, nie polecam. Tak naprawdę natomiast, gdy przestanie mnie boleć, będę pewnie mówił, że świetnie się bawiłem.

A co jeszcze w planach? Pisanie tego tekstu, znów praca i... Prasowanie koszul. Tego bardzo nie lubię, głównie dlatego, że zajmuje mi sporo czasu, a niemal każdego dnia roboczego potrzebuję świeżej koszuli. Znajduję jednak sposoby, żeby nieco sobie osłodzić tę monotonną czynność. Prasowanie to jedna z tych sytuacji, gdy mam czas posłuchać jakiegoś interesującego mnie podcastu. Zazwyczaj to absolutnie rewelacyjne Napisy Końcowe z Łukaszem Stelmachem, Martą Najman, Oskarem Rogowskim i Radkiem Pisulą, a sporadycznie także z Adamem Antolskim. Jeśli nie, to ostatnio czasem wybieram także Dwóch Typów Podcast, podobno najpopularniejszy podcast w Polsce w 2019 r. Tam Gargamel i Generator Frajdy z dużą dawką ironii rozmawiają o popkulturze, twórcach internetowych i wszystkim tym, na co mają ochotę. Choć nie każdemu musi odpowiadać forma ich programu, to jednak jest on inteligentny i często niesie za sobą wartościową treść. A zatem z jednej strony irytuję się, że będę musiał prasować, ale z drugiej przynajmniej posłucham wtedy czegoś interesującego.

Widzicie? Niemal na każdą rzecz mogłem spojrzeć dwojako, pozytywnie lub negatywnie. Biegnijmy jednak dalej: czy coś jeszcze zajmowało mnie w ten weekend? 

Tak, SEX EDUCATION! 

Gwoli ścisłości, mowa o serialu Netflixa o takim tytule. Tu jednak nie ma co wspominać o dwóch stronach medalu, bo ta produkcja to absolutne złoto i kto nie widział, ten powinien nadrobić. Rozbuchana kampania reklamowa drugiego sezonu skłoniła mnie i moją żonę, by sięgnąć do pierwszego i nie żałujemy. Opowieść o nastolatkach, którzy zaczynają udzielać porad seksualnych w swojej szkole jest przezabawna, choć nie stroni od poważnych wątków. Wbrew pozorom nie wszystko kręci się wokół seksu, bo historia opowiada o związkach, przyjaźni, tolerancji, akceptacji, nierównościach społecznych, szykanowaniu słabszych, trudnych relacjach rodzinnych i wielu innych kwestiach. Jednocześnie jest bardzo dobrze zrealizowana. Spotykamy tu wszystkie archetypy szkolnych dzieciaków w serialach: bogate i wredne, przegrywów, zbuntowane, nerdów, sportowców, ale też wiele innych. Przede wszystkim jednak niemal żadna postać nie jest definiowana przez przynależność do którejkolwiek z tych grup. Są dużo bardziej złożone i często lawirują lub chcą lawirować między nimi. Dzięki temu tak naprawdę nie wiadomo, co się za chwilę wydarzy. Nie ma oczywistych rozwiązań, więc każdy moment jest interesujący. A poza tym wszystkim głównych bohaterów naprawdę łatwo jest lubić. Wobec tego wszystkiego powtórzę raz jeszcze: kto nie widział, niech nadrobi.

To chyba tyle. Gdy trzeba się zająć czymś przykrym, warto poszukać dobrych stron sytuacji i obrócić ją na swoją korzyść. Jeśli natomiast planuje się coś dobrego, to chyba warto mieć z tyłu głowy, że coś może pójść nie tak. Po prostu. A utwór na dziś pochodzi z najnowszej płyty Miuosha i jest tym, który zrobił na mnie największe wrażenie:


Trzymajcie się ciepło. Dobrego tygodnia!

niedziela, 13 października 2019

Pustka i szczęście.

Emptiness and happiness. [English version below.]

Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy? Po co tu jesteśmy? Jaki jest sens naszej egzystencji? Ktoś mógłby spróbować tłumaczyć go obowiązkiem pomocy innym, słabszym, biedniejszym itd., ale nie przyjmuję tego wyjaśnienia. To dlatego, że pytam o cel istnienia całej ludzkości, a nie konkretnego człowieka. Z tego samego powodu nie przekonają mnie cele w stylu "tworzenia sztuki" czy "zostawiania czegoś po sobie dla potomnych". Po co robić coś dla nich, skoro nie widzę też sensu ich egzystencji?

To może ludzkość istnieje po to, by czynić świat lepszym miejscem? Po pierwsze, gdyby tak było, to chyba kiepsko jej idzie. Po drugie, okej, mogłoby tak być, ale dla kogo miałoby by powstawać to lepsze miejsce? Dla potomnych? Jak wyżej, to bez sensu. Dla innych istot żywych, zwierząt? Mogłoby tak być, ale w takim razie po co istnieją one? Może po to, by służyć człowiekowi? To tylko domknęłoby krąg bezsensu. Jeśli nie, to po co jest życie w ogóle?

Można by uwzględnić w tych rozważaniach Boga. Przyjmijmy, że to on stworzył całe życie, nawet nie bezpośrednio, ale poprzez wielki wybuch i ewolucję. Po co? Żeby mieć kim się bawić? Żeby mieć kim rządzić? Może, żeby mieć kim się opiekować? No, może. Oczywiście, jeśli tak było, to i tak nie zrozumiemy jego motywacji jako istoty nadrzędnej, wszechmocnej.

Alternatywa jest jednak taka, że za powstanie całego życia we wszechświecie odpowiada czysty przypadek, sekwencja ułożonych w konkretny sposób zjawisk chemicznych i biologicznych. Ewolucja. To by tym bardziej oznaczało, że egzystencja ludzkości nie ma żadnego sensu.

Do tego dochodzą inne pytania: czy jesteśmy sami we wszechświecie? Czy funkcjonują w nim także inne samoświadome istoty? Jeśli tak, to czy są podobne do nas, czy funkcjonują zupełnie inaczej? Może oparte są na innych pierwiastkach, mają inny kształt, stan skupienia, posługują się inną matematyką? Może. 

Idźmy dalej. Niewykluczone, że gdzieś istnieją istoty rozumne, które funkcjonują w innej liczbie wymiarów niż my. Dla nich cofnąć się w czasie to jak dla nas zrobić krok w tył. Poza tym, czy wszechświat rzeczywiście jest nieskończony? A może jest tylko atomem w świecie istot niebotycznie większych od nas? I co z alternatywnymi rzeczywistościami? Czy jesteśmy tylko jedną z nieskończonych wersji samych siebie?

Dużo pytań i wątpliwości. Co najciekawsze, najprawdopodobniej żadne z nich nie zostaną rozwiane za mojego życia. Możliwe, że ludzkość nigdy nie będzie w stanie wyjaśnić tych kwestii. Ale wiecie co...


To wszystko nieważne. Z jednego prostego powodu: i tak jestem szczęśliwy. Mam cudowną żonę, świetnych przyjaciół, wspaniałych rodziców, dobrą pracę. I tak dalej. To, że nie wiem po co to wszystko, po co cały ten świat, gatunek, planeta itd., to nie przeszkadza mi to cieszyć się życiem.

Jeśli więc czasem nachodzą Was takie egzystencjalne refleksje, to w porządku. Jeśli jednak niemożność odpowiedzenia sobie na tego typu pytania wielkiego kalibru zaczęłyby Was przygnębiać, zastanówcie się, czy naprawdę musicie to wszystko wiedzieć. Może wystarczy skupić się na tu i teraz, cieszyć się życiem i być fair wobec innych. Może.

Utwór na dziś to coś naprawdę pięknego:


To tyle. Dobrego dnia, tygodnia, życia i wieczności!


ENG:

Who we are? Where are we heading? Why are we here? What is the meaning of our existence? Someone might try to explain it with the duty to help others, the weaker, the poorer etc., but I do not accept this explanation. This is because I am asking about the purpose of all humanity, not a specific human being. For the same reason, I am not convinced by objectives like "creating art" or "leaving something for posterity". Why do something for them, since I also don't see the sense of their existence?

So maybe humanity exists to make the world a better place? First of all, if that was the case, then it is not doing well. Secondly, okay, it could be so, but for whom would this better place be created? For posterity? As above, it makes no sense. For other living beings, animals? It could be, but then what for do they exist? Maybe to serve man? It would only close the circle of meaninglessness. If not, what is life for?

You could include God in these considerations. Let's assume that he created whole life, not even directly, but through a big bang and evolution. For what? To have someone to play with? To have someone to rule? Maybe to have someone to look after? Well, maybe. Of course, if that was the case, then we would not understand his motivation as a superior, omnipotent being.

However, the alternative is that arising of all life in the universe is a result of an accident, a specific sequence of chemical and biological phenomena. Evolution. This would mean that the existence of humanity makes no sense.

Add to this other questions: are we alone in the universe? Do other self-conscious beings exist in it? If so, are they similar to us or do they function differently? Maybe they are based on other elements, have a different shape, physical state, use different mathematics? Maybe.

Let's move on. It is possible that there are intelligent beings somewhere that function in a different number of dimensions than we do. For them, going back in time is like taking a step back for us. Besides, is the universe really infinite? Or is it just an atom in the world of beings that are much, much greater than us? And what about alternative universes? Are we just one of the infinite versions of ourselves?

A lot of questions and doubts. Most interestingly, most likely none of them will be resolved during my lifetime. It is possible that humanity will never be able to explain these issues. But you know what...

It doesn't matter. For one simple reason: I'm happy anyway. I have a wonderful wife, awesome friends, great parents, a good job. And so on. Despite the fact that I do not know why what for is this all, the whole world, species, planet etc., I still enjoy life.

So if you have such existential reflections sometimes, that's fine. However, if the inability to answer such large-caliber questions would start to depress you, think about whether you really need to know all this. Maybe it's enough to focus on here and now, enjoy life and be fair to others. Maybe.

The song for today is something really beautiful. You can find it above.

That's all. Have a good day, week, life and eternity!

niedziela, 29 września 2019

Nieznośna niepewność losu.

Unbearable uncertainty of fate. [English version below.]

Byliście kiedyś bezdomni? Znaleźliście się w sytuacji, w której nie macie gdzie mieszkać? Ja tak. Właśnie teraz. I szczerze, nie polecam.

Oczywiście koloryzuję. Na jakiś czas możemy się wraz z moją żoną schronić u moich rodziców. To jednak rozwiązanie mocno przejściowe. W ten piątek skończyła się nam umowa najmu jednego mieszkania, a jeszcze nie znaleźliśmy sobie nowego lokum. Póki co obejrzeliśmy kilka mieszkań, z których na jedno byliśmy zdecydowani, ale w ciągu kilku godzin ktoś zdążył nas uprzedzić. Inne mieszkania sami odrzuciliśmy, a w sprawie jednego trwają negocjacje. Na weekend wyjechaliśmy do teściów i w ten sposób kupiliśmy sobie chociaż dwa dni spokoju.

W każdym razie przyszłość jest mocno niepewna i strasznie mnie to wkurza. Ciężko cokolwiek zaplanować. Trudno umówić się ze znajomymi, choćby na wspólne oglądanie zdjęć z wesela, gdy nie dysponuje się własnym lokum. Nie wiemy, gdzie będziemy mieszkać za pięć dni, na koniec tygodnia czy za miesiąc. 

Najlepiej byłoby tymczasowo zawiesić wszystkie plany, aktywności, granie w D&D, wyjścia na siłownię i każdą chwilę poświęcać na oglądanie mieszkań, tudzież przeglądanie ofert na OLX. Tymczasowa rezygnacja ze wszystkiego byłaby tym lepsza, że nawet dostęp do naszych przedmiotów, jak ubrania, jest utrudniony. Część rzeczy wywieźliśmy do moich teściów na wieś, a część zajęła połowę mojego dawnego pokoju w mieszkaniu rodziców. Wszystko jest maksymalnie poupychane w walizkach, torbach czy kartonach. Najlepiej byłoby tego w ogóle nie ruszać i nic nie wyciągać, ale to niemal nierealne przy próbie prowadzenia względnie normalnego życia, zawierającego choćby chodzenie do pracy. Naprawdę z utęsknieniem wyczekuję momentu, w którym będę mógł rozpakować bagaże i zapełnić rzeczami jakąś szafę jak cywilizowany człowiek.

Takie sobie zadaję pytanie.

Nie chodzi jednak wyłącznie o niewiedzę co dalej. Irytująca jest nie tylko niepewność losu. Wkurzające jest bowiem też to, że nawet nie ma do kogo mieć pretensji. Nie da się stwierdzić, że zaistniała sytuacja to czyjaś wina. Nie ma nikogo, na kogo można by się złościć. Nawet na siebie. My, choćbyśmy chcieli wcześniej rozpocząć poszukiwanie nowego mieszkania, z pewnych powodów nie mogliśmy tego zrobić. Zabraliśmy się za to, gdy tylko zaczęliśmy mieć ku temu odpowiednie warunki.

Z kolei rynek mieszkaniowy po prostu jest jaki jest. Jedni właściciele oferują mieszkania, które nam nie odpowiadają, a inni z kolei mają wymagania, choćby finansowe, których nie chcemy spełniać. Atrakcyjne mieszkania rozchodzą się błyskawicznie, a nowe pojawiają się w swoim tempie. Nikt tu nikomu nie robi przecież na złość. Po prostu każdy chce zrobić jak najlepszy interes dla siebie.

To pewna życiowa nauka. Czasem bywa po prostu tak, że doszło do jakiejś niekorzystnej sytuacji, ale nikt nie jest za to odpowiedzialny. Tak się po prostu potoczyły koleje losu, doszło do pewnego splotu zdarzeń i nagle znaleźliśmy się w pewnym mało atrakcyjnym punkcie. Cóż, w takiej sytuacji trzeba zacisnąć zęby i zabrać się do roboty. Nie warto szukać winnych, których i tak nie ma, a zamiast tego lepiej rozejrzeć się za jak najszybszym i najlepszym rozwiązaniem sytuacji. I tyle.

Utwór na dziś to coś, co możecie znać, ale zapewne nie spodziewaliście się tego tutaj. A jednak:


Życzę Wam dobrego popołudnia, wieczoru i całego tygodnia.

ENG:

Have you ever been homeless? Have you found yourself in a situation where you didn't have anywhere to live? I have. Right now. And honestly, I do not recommend that.

Of course, I'm exaggerating. For some time, my wife and I can take shelter with my parents. However, this is a very temporary solution. This Friday, we have ended the contract of renting one apartment, and we have not yet found a new place. For now, we have seen several apartments and we really liked one, but within a few hours someone had already forestalled us. We rejected other apartments ourselves and some negotiations are underway on one. We went to the in-laws for the weekend and in this way we bought ourselves at least two days of calm.

Anyway, the future is very uncertain and it annoys me terribly. It's hard to plan anything. It's difficult to make an appointment with friends, even to view photos from a wedding together when you don't have your own accommodation. We don't know where we will live in five days, at the end of the week or in a month.

It would be best to temporarily suspend all plans, activities, stop playing D&D or going to the gym and devote every moment to visiting apartments and browsing OLX offers. Temporary giving up everything would be a good idea also because even access to our items, such as clothes, is difficult. Some of the things were taken by us to my in-laws to the countryside, and some took half of my former room in my parents' apartment. Everything is maximally stuffed in suitcases, bags or cartons. It would be best not to move them at all and do nothing, but it is almost unreal when you try to live a relatively normal life, including working. I really look forward to the moment when I can unpack my luggage and fill my wardrobe with things like a civilized man.

However, it's not just about lack of knowledge what to do next. Not only the uncertainty of fate is annoying. It is also irritating that there is no one to blame. It cannot be said that the situation was someone's fault. There is no one to be angry with. Even with ourselves. We, even if we wanted to start looking for a new apartment earlier, could not do it for some reasons. We started doing it as soon as we had the right conditions for it.

In turn, the housing market is just what it is. Some owners offer flats that do not suit us, while others have requirements, e.g. financial ones, which we do not want to meet. Attractive flats diverge quickly and new ones appear at their own pace. Nobody is doing anything to annoy others. Everyone just wants to make the best deal for themselves.

It's a lesson for life. Sometimes it just happens that some inconvenient situation has occurred, but no one is responsible. That is simply what happened, there was a certain combination of events and suddenly we found ourselves at some unpleasant point. Well, in this situation you have to clench your teeth and get to work. It is not worth looking for guilty parties who are not there. Better look for the fastest and best solution to the situation instead. And that's it.

A song for today is something you could know, but you probably didn't expect it here (and it is in Polish). And yet you can find it above.

I wish you a good afternoon, evening and the whole week.

sobota, 23 marca 2019

Wiosna.

Spring. [English version below.]

Dopiero co zaczęła się wiosna. Pojawiło się słońce, świat budzi się do życia i to widać. Krążyłem dzisiaj po mieście, załatwiając różne sprawy: byłem u fryzjera, kupowałem prezenty dla mojej chrześnicy, oglądałem smartfony, rozważając zakup nowego. Przy tym wszystkim jednak obserwowałem ludzi. Co zauważyłem?

Po ulicach spaceruje mnóstwo ludzi. Wszyscy zaczęli się więcej uśmiechać. Wrócili muzycy uliczni, co w Mieście Muzyki UNESCO jest ważne i co uwielbiam. Na katowickim rynku chyba po raz pierwszy w tym roku pojawiły się foodtrucki (ok, to pewnie akurat nie zasługa lepszej pogody, bo rzecz musiała być zaplanowana z wyprzedzeniem, ale wpisuje się ona w ogólny trend). Zaczęła się wiosna, wróciło słońce i świat nabrał kolorów. Jak śpiewa Taco Hemingway w moim ukochanym "Italodisco", "Się okazało, że wystarczy trochę słońca, magia".

Pomyślałem, że to cudne, że taka zupełnie naturalna, w pełni spodziewana rzecz potrafiła odmienić rzeczywistość. Przecież każdy doskonale wiedział, że wiosna przyjdzie. I przyszła, a z dnia na dzień wszyscy zachowują się inaczej. Nie ma znaczenia to, że u większości ludzi nic ważnego nie zmieniło się w tym czasie. Zmiana pory roku nie miała wielkiego wpływu na ich życia. Dalej są tymi ludźmi, z tymi samymi problemami, a jednak przez pojawienie się nowej, radosnej pory roku, jakby nie do końca. To piękne.

W słońcu wszystko wygląda lepiej...


Tak właśnie tkwiłem w rozmyślaniach o tym, jakie to wspaniałe. A potem pomyślałem o tym, że w kolejnym wersie Taco stwierdza "Powrót depresji pewnie po wakacjach". Dotarło do mnie, że tak właśnie jest. To oczywiście pewna przesada, zabieg artystyczny, ale faktem jest, że w miesiącach jesienno-zimowych następuje pogorszenie nastrojów. To czas intensywnego marudzenia, narzekania na pogodę i temperaturę. Jesień bywa malownicza, ale zima? W górach tak, w mieście rzadko kiedy. W mieście to ponura część roku.

To głupie, bo działa tu dokładnie ten sam mechanizm. Wszyscy wiedzą, że szaruga, chłód czy brak słońca kiedyś się skończą. Każdy uczy się tego już w przedszkolu. Mimo to pozwalamy, by pora roku wpływała na nasz nastrój także negatywnie. Nie myślimy o przeszłości i przyszłości. Skupiamy się tylko na teraźniejszości. To często ma sens i tak radzi wielu mędrców, doradców czy coachów, mniej lub bardziej wiarygodnych. Przez takie podejście jednak nie cieszymy się z tego, że wiosna i lato już były i znowu będą. Tęsknimy i wyczekujemy, ale to nie to samo.

Może da się zmienić takie w gruncie rzeczy pesymistyczne podejście? Może da się cieszyć z rzeczy, których nie ma jeszcze w tym momencie, ale są tak w ogóle? Może próbujmy.

Z tym Was zostawiam. Utwór na dziś jest dość oczywisty (ale oprócz niego koniecznie posłuchajcie "Italodisco"):


Dobrego tygodnia! I dobrej wiosny!

ENG:

Spring has just begun. The sun appeared, the world is coming to life and it shows. I was circling the city today, doing things: I got a new haircut, I was buying presents for my goddaughter, I was watching smartphones, considering buying a new one. At the same time, however, I watched people. What did I notice?

There are a lot of people walking around the streets. Everyone began to smile more. Street musicians came back, what is important in the UNESCO City of Music and what I love. Probably for the first time this year foodtrucks appeared on the Katowice market (okay, probably not just because of the better weather, since such a the thing had to be planned in advance, but it fits in the general trend). Spring started, the sun returned and the world took on colors. As Taco Hemingway sings in my beloved "Italodisco", "It turned out that just a little sunshine is enough, magic."

I thought it was wonderful that such a completely natural, fully expected thing could change the reality. Everyone knew perfectly well that spring would come. And it came, and suddenly the day after everybody behave differently. It does not matter that in most people lifes nothing important has changed at this time. The change of the season did not have much impact on their lives. They are still the same people, with the same problems, but by the appearance of a new, joyous season, not so quite. It is beautiful.

That's how I was thinking about how great it is. And then I thought about the next verse , in which Taco says "Return of depression probably after the holidays". It occurred to me that this is how it is. This is, of course, an exaggeration, an artistic move, but the fact is that in the autumn-winter months there is a deterioration in moods. This is a time of intense whining, complaining about the weather and temperature. Autumn can be picturesque, but winter? In the mountains yes, in the city rarely. It's a grim part of the year in the city.

It's stupid because the same mechanism works here. Everyone knows that gray outside, cold and lack of sun will end sometime. Everyone is already learning this in kindergarten. Nevertheless, we allow the season of the year to affect our mood negatively. We do not think about the past and the future. We focus only on the present. This often makes sense and it is advised by so many sages, advisors or coaches, more or less reliable. By this approach, however, we are not happy that spring and summer were there and will be there again. We miss and wait, but it's not the same.

Perhaps it is possible to change such a, to be honest, pessimistic approach? Maybe you can enjoy things that are not yet available at the moment, but they exist at all? Maybe let's try.

I leave you wtih that. The song for today is quite obvious - the title means "Spring" (but besides, listen to "Italodisco"). You can find it above.

Have a good week! And have a good spring!

niedziela, 17 marca 2019

Małe rzeczy, wielka radość.

Small things, big joy. [English version below.]

Słowem wstępu: dziś, tak jak często w ostatnich tygodniach, wpis będzie dość krótki, a to dlatego, że dysponuję dość ograniczoną ilością czasu. Okazuje się, że niedziela wcale nie jest takim dobrym dniem na publikowanie. Kiedyś była najlepszym, ale sytuacja nieco się zmieniła. Wobec tego, od przyszłego tygodnia poczynając, nowe wpisy na blogu będą się pojawiały w sobotę... lub w niedzielę, w zależności od tego jak będę dysponował czasem. To powiedziawszy, możemy przejść do części właściwej.

Dzisiejsze popołudnie. Maszerowałem przez Katowice dystrybuować papierową wersję nowego numeru magazynu Suplement. Cieszyłem się, bo to naprawdę dobra i ładna rzecz, w której tworzeniu miałem swój udział (polecam Wam mój artykuł o pracy w korporacji!). Możliwość dostarczenia magazynu ludziom dała mi więc sporo satysfakcji. Gdy tak szedłem przez miasto, algorytmy Spotify'a wpuściły w moje słuchawki piosenkę "Nowy początek" zespołu Hurt i poziom radości jeszcze się podniósł. To utwór, który znam od dawna i bardzo cenię, ale długo był przeze mnie zapomniany. Przypomniałem sobie o nim dopiero kilka tygodni temu i od tamtej pory od czasu do czasu pojawia się na moich playlistach. Cieszy mnie to, bo to naprawdę pogodna, przyjemna, ale też po prostu dobra piosenka. Znajdziecie ją na końcu tego wpisu.

Już byłem nastrojony optymistycznie i właśnie wtedy uświadomiłem sobie, że jest jeszcze jedna rzecz, niby błaha, ale tak naprawdę mająca silny wpływ na mój dobry nastrój. To słońce. Mamy jeszcze zimę, ale dzisiaj w Katowicach było 18 stopni Celcjusza, prawie bezchmurne niebo i słońce pięknie świeciło. Można było poczuć wiosnę, której jeszcze nie ma. Zachciało się żyć!

Miasto w słońcu!

Te trzy rzeczy: magazyn, piosenka i słońce mają ze sobą coś wspólnego. Każda z osobna jest drobna, ale przyjemna. Daje radość. Wszystkie trzy jednocześnie sprawiają więc, że życie jest piękne. Wydaje mi się, że żeby doceniać rzeczywistość, nie trzeba doświadczać wielkich przeżyć, przygód, wydarzeń. Co więcej, naprawdę nie warto uzależniać od nich swojego szczęścia, bo owszem wielkie sprawy to wielka radość, ale mają one też to do siebie, że zdarzają się rzadko. Radości natomiast potrzeba nam na codzień. Gonienie wyłącznie za podniosłymi sprawami może sprawić, że pomiędzy kolejnymi chwilami wielkiego szczęścia będziemy permanentnie przygnębieni. Chyba nie warto. 

Jeśli mogę więc was o coś prosić, to rozejrzycie sie wokół siebie. Zastanówcie się, jakie małe sprawy was cieszą i zacznijcie należycie je doceniać. Celebrujcie ulubione utwory, pogodę, czas spędzony z przyjaciółmi czy dobre jedzenie. Chłońcie każdą chwilę, każdy przyjemny drobiazg. To pomoże trwać w szczęściu.

Nikt nie mówi, żeby jednocześnie rezygnować z pogoni za wielkimi marzeniami. Przeciwnie, cały czas warto o nie walczyć, bo one nas napędzają. Po prostu nie skupiajmy się tylko na nich.

Utwór na dziś to wspomniana wcześniej cudowna piosenka zespołu Hurt:


Dobrego tygodnia!

ENG:

As an introduction: today, as often in recent weeks, the entry will be quite short, and this is because I have a fairly limited amount of time. It turns out that Sunday is not such a good day for publishing. It used to be the best one, but the situation has changed a bit. Therefore, starting next week, new entries on the blog will be appearing on Saturday ... or on Sunday, depending on how I will be busy. Having that said, we can go to the right part.

Today's afternoon. I was marching through Katowice to distribute a paper version of the new issue of the Supplement magazine. I was happy because it is a really good and good-looking thing and I participated in preparing it (I recommend you my article about working in a corporation!). The possibility of delivering a magazine to people gave me a lot of satisfaction. As I was walking through the city, the Spotify algorithms let in my headphones the song "Nowy Początek" of the band Hurt and the level of my joy even increased. This is a song that I have known for a long time and I appreciate very much, but it was forgotten by me for a long time. I reminded myself about it only a few weeks ago and since then it appears on my playlists from time to time. I am happy, because it's really cheerful, nice, but also just a good song. You can find it above.

I was already optimistic and it was at that time that I realized that there was one more, maybe trifling thing, but which has a really strong influence on my good mood. It's the sun. We still have winter, but today in Katowice there were 18 degrees Celsius, almost cloudless sky and the sun shone beautifully. One could feel the spring, which is not here yet. One could feel the will to live!

These three things: magazine, song and sun have something in common. Each one of them is small, but pleasant. They all give joy. All three at the same time make life so beautiful. It seems to me that to appreciate reality, one does not have to experience great things, adventures and events. What's more, it's really not worth making your happiness dependent on them, because big things mean great joy, but they also have this feature that they happen rarely. We need joy on a daily basis. Chasing only with great matters can cause that between successive moments of great happiness we will be permanently depressed. Probably not worth it.

If I can ask you for something, look around you. Think about what little things you enjoy and start duly appreciating them. Celebrate your favorite songs, weather, time spent with friends or good food. Catch every moment, every pleasant little thing. This will help you to be happy.

Nobody says to give up chasing big dreams at the same time. On the contrary, it is always worth fighting for them, because they drive us. Just do not focus only on them.

Song for today is given above. Have a nice week!

niedziela, 24 lutego 2019

Skąd to się tu wzięło?

Where did it come from? [English version below.]

Miewacie może tak, że coś jest jakąś tam częścią waszego życia, mniej lub bardziej ważną, na pewno jednak naturalną, stałą, ale w sumie to nie wiecie nawet, kiedy się to zaczęło? Może to być jakaś pasja, zwyczaj, powiedzenie, muzyka, ulubiony film czy cokolwiek innego. To nieważne. Chodzi o to, że coś teraz jest stałym elementem waszej rzeczywistości, ale choćbyście nie wiadomo jak bardzo próbowali przypomnieć sobie, skąd to się wzięło, nie dacie rady. To po prostu jest i już.

U mnie dobry przykład to Angus & Julia Stone. To australijskie rodzeństwo grające... Indie/folk/pop? Chyba, ale pewien nie jestem. To zresztą nieważne. Ważne, że urzekają mnie swoją muzyką. W zeszłym roku byłem na ich koncercie w warszawskiej Stodole, na ostatanie Boże Narodzenie dostałem ich płytę, mogę ich słuchać godzinami, a w sumie nie wiem nawet, kiedy się to zaczęło. Zastanawiam się nad tym, bo w zasadzie nikt z moich bliskich znajomych raczej ich nie słucha. Nie jest więc chyba tak, że ktoś mi ich polecił. W takim razie może to algorytmy Spotify'a albo YouTube'a? To najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie, ale chyba nieweryfikowalne. Pamiętam jedynie, że najpierw słuchałem tylko kilku piosenek tego zespołu, potem liczba ta stale się zwiększała, a teraz trudno o dzień, w którym nie słucham ich choć przez chwilę. Skąd jednak wzięły się te pierwsze utwory? Nie mam pojęcia.

A koncert był piękny...

Chciałem napisać, że to w gruncie rzeczy nieistotne. Że nie ma znaczenia, skąd się coś wzięło. Ważne, że jest i sprawia nam radość albo wkurza nas. Jeśli to pierwsze, to wszystko jest w porządku. Jeśli drugie, to trzeba się od tego jak najszybciej odciąć i tyle. Prosta sprawa. Nie ma sensu zastanawianie się nad pochodzeniem pojedynczych elementów naszego życia.

Doszedłem jednak do wniosku, że wcale tak nie jest. To, w jaki sposób pojawiła się pasja, powiedzenie, nawyk czy ulubiony wytwór kultury, ma znaczenie. Jeśli bowiem mówimy o czymś, co odbieramy pozytywnie, przypomnienie sobie genezy tego może sprawić, że odkryjemy kolejne, podobne rzeczy. Jeśli w jakiś sposób poznaliśmy wspaniały zespół muzyczny, możemy podobnie odkryć kolejne. Jeśli pokochaliśmy jakiś sport, może spodoba nam się także inny, podobny. I odwrotnie, jeśli utknęło nam w głowie jakiś głupie, powoli coraz bardziej nienawidzone powiedzonko lub zmagamy się z irytującym nawykiem/uzależnieniem, zrozumienie jego genezy może pomóc w wyplenieniu go. Tak mi się przynajmniej wydaje. Przecież zadanie sobie pytania "Dlaczego zacząłem tak robić/mówić?" i udzielenie odpowiedzi na nie może pomóc też w odpowiedzeniu na pytanie: "Dlaczego mogę przestać?". 

Może warto więc od czasu do czasu zatrzymać się na moment i pochylić się nad jakimś szczegółem ze swojego życia? Spojrzeć na spokojnie na pojedynczy element swojej codzienności i zadać sobie pytanie: "Skąd się to tu właściwie wzięło?". Potem warto zastanowić się, czy to dobre, czy złe i na tej podstawie podjąć odpowiednie działania. To takie poprawianie swojej rzeczywistości małymi krokami. Chyba warto spróbować.

I to tyle dzisiejszego gdybania. Zostawiam Was, w zaistniałej sytuacji nie mając za bardzo wyboru, z cudownym utworem Angusa & Julii Stone. Posłuchajcie: 


To by było na tyle. Dobrego popołudnia, wieczoru, tygodnia!

ENG:

Does it happen to you that something is a part of your life, more or less important, certainly natural, permanent, but you do not even know when it started? It can be some passion, habit, sayings, music, favorite movie or anything else. It's not important. The point is that something is now a constant part of your reality, but you cannot remind yourself where it came from. It is already here.

For me, a good example is Angus & Julia Stone. They are siblings froms Australia playing... Indie / folk / pop? I guess so, but I'm not sure. It does not matter, anyway. It's important that they captivate me with their music. Last year I was at their concert in Warsaw's Stodola, and last Christmas I got their CD, I can listen to them for hours, and I do not even know when it started. I wonder about it, because basically no one from my close friends really listens to them. So it is not like someone recommended them to me. In that case, maybe it's Spotify or YouTube algorithm? This is the most probable explanation, but probably unverifiable. I only remember that at first I listened to only a few songs of this band, then the number was constantly increasing, and now it is difficult to have a day when I do not listen to them for at least a moment. Where did these first songs come from? I have no idea.

I wanted to write that it was basically irrelevant. That it does not matter where it came from. It is important that it is and makes us happy or annoys us. If it's the first case, it's all right. If the second one, you have to cut yourself off as soon as possible. A simple matter. There is no point in thinking about the origin of individual elements of our lives.

However, I came to the conclusion that it is not like that. The way the passion, sayings, habit or favorite product of culture has appeared in our lives is important. If we are talking about something that we like, remembering the genesis of it can make us discover other similar things. If we've somehow got to know a great music band, we can similarly discover more of them. If we've loved some sport, maybe we'll like another, similar one. And vice versa, if we have stupid, more and more hated saying  stuck in our heads or we are struggling with an irritating habit / addiction, understanding its genesis may help to eradicate it. At least I think so. After all, asking yourself the question "Why did I start doing / saying this?" and answering it can help in answering the question: "Why can I stop?".

Perhaps it is worth to stop for a moment and bend over some detail from your life? Look calmly at the single element of your everyday life and ask yourself: "Where did this come from?" Then it's worth considering whether it's good or bad and take appropriate action on that basis. It's just improving your reality in small steps. I think it's worth a try.

And that is all for today. I leave you, not having much choice, with the wonderful song of Angus & Julia Stone. You can find it above.

And that's it. Have a good afternoon, evening, week!

niedziela, 30 grudnia 2018

Dobrze, lepiej... Nieporównywalnie?

Good, better... incomparably? [English version below.]

Zawsze bawi mnie gdy blisko końca roku pojawia się w sieci wysyp memów typu "ten rok miał być mój", "może w kolejnym się uda" itd. Do tego dochodzą życzenia typu "żeby kolejny rok był lepszy". Uważam to za zabawne głównie dlatego, że, pomijając wypadki losowe, osobiste tragedie, ale też pozytywne zdarzenia, jak wygrane na loterii, to, jaki był dany rok, w dużej mierze zależało od nas. To my mogliśmy ustalić cele na kolejne dwanaście miesięcy i konsekwentnie do nich dążyć. Jeżeli rzeczywiście walczyło się o ich osiągnięcie i po prostu się nie udało, to nie ma co rozpaczać. Tak bywa. Jeżeli natomiast samemu nie włożyło się w to odpowiedniego wysiłku, to można mieć pretensje tylko do siebie. 

Samo porównywanie do siebie kolejnych lat też jest głupie. Przecież w każdym roku dzieje się coś innego i nie sposób jedną miarą ocenić wszystkie życiowe zdarzenia. Czas biegnie i kiedyś osiągnięciem było nauczenie się mówić, a teraz może nim być na przykład ograniczenie ilości wypowiadanych słów. Z biegiem lat zmieniają się po prostu oczekiwania i możliwości, ale też priorytety. Co innego staje się ważne. Dlatego próby oceny, który rok był lepszy, a który gorszy, są głupie. Oczywiście, czasem to jest ewidentne, gdy w którymś z porównywanych lat stało się coś koszmarnego lub wyjątkowo wspaniałego. Należy jednak pamiętać, że rok to nie jest zamknięty okres, odcinany po jego zakończeniu. Czas płynie i to, co wydarzyło się w jednym roku, ma wpływ na to, co wydarzy się w kolejnym.

Migawki z kończącego się roku...

Jaki był więc mój 2018 r.? Na pewno mniej spektakularny od 2017 r. Wtedy bowiem zaręczyłem się, zacząłem pracę już na etacie i zaliczyłem podróż życia samochodem przez Norwegię. 2019 r. też będzie bardziej spektakularny niż 2018 r., bo to rok, w którym się ożenię.

Tymczasem w 2018 r. jedyne tak duże wydarzenie to fakt, że zostałem magistrem finansów i rachunkowości. To całkiem niezła rzecz, ale nie aż tak duża jak wymienione powyżej. Było za to w ciągu tego roku dużo drobniejszych rzeczy, z których jestem bardzo zadowolony. Rozwinąłem się zawodowo. Napisałem kilka niezłych tekstów. Udało się załatwić sporo spraw związanych z nadchodzącym weselem. Pierwszy raz byłem na koncercie w warszawskiej Stodole, a w dodatku był to występ Angusa i Julii Stone. 2018 r. to też chyba rok intensywniejszego imprezowania niż wcześniej. Zacząłem się częściej widzieć z jednym z moich kuzynów, udało się kilka razy pobawić wspólnie ze znajomymi z pracy, poznałem kilka knajp w Katowicach, których wcześniej nie kojarzyłem, były wieczory kawalerskie. Generalnie: dużo się działo.

Czy mój 2018 r. był więc lepszy niż 2017 r.?  Nie da się tego określić. Był bardzo dobry i jestem z niego szczerze zadowolony. Na pewno nie byłby taki, gdyby nie ów wcześniejszy rok. To jednak o niczym nie świadczy. Mógłby być bowiem dobry i satysfakcjonujący z innych powodów, wypracowanych wyłącznie w tym roku.

Nie chodzi więc o to, by dany rok był lepszy od innych, ale o to, by był zwyczajnie dobry. Satysfakcjonujący. Tego właśnie Wam życzę na rok 2019. Utwór na dziś jest pozornie związany z tematem, a w rzeczywistości nie bardzo. Jest jednak piękny:


Udanego Sylwestra, tygodnia i szczęśliwego Nowego Roku!

ENG:

I am always amused when near the end of the year there is a rash of memes like "this year was supposed to be mine", "maybe the next year will be more successful" etc. There are also wishes like "May the next year be better". I find it funny mainly because, apart from random events, personal tragedies, but also positive events, like winning a lottery, what a given year was like was largely dependent on us. We had a possibility of setting the goals for the next twelve months and consistently striving for them. If you really struggled to achieve them and just did not succeed, then there is no reason to despair. It happens. If, however, you did not put yourself in the right effort, you can only blame yourself.

Simply comparing year to year is also stupid. After all, something different happens in each year and it is impossible to assess all life events in one measure. Time is passing by. Learning to speak used to be an achievement once, and now, for example, limiting the amount of words spoken can be one. Over the years, expectations and opportunities, but also priorities change. New things become important. Therefore, the attempts to assess which year was better and which was worse are stupid. Of course, sometimes it is evident when something terrible or exceptionally wonderful happened in one of the compared years. However, it should be remembered that a year is not a closed period, cut off after its completion. Time goes by and what has happened in one year has an impact on what will happen in the next year.

So what was my 2018? Certainly less spectacular since 2017. That's when I got engaged, I started working on a full-time job and completed a journey through Norway by car. 2019 will also be more spectacular than 2018, because it is the year in which I will get married.

Meanwhile, in 2018, the only such a big event is the fact that I became a master of finance and accounting. It's quite a good thing, but not as big as mentioned above. There were a lot of minor things during this year, of which I am very happy. I developed myself in my job. I wrote some nice texts. We managed to do a lot of things related to the upcoming wedding. For the first time I was at a concert in Warsaw's Stodola, and in addition it was a performance by outstanding Angus and Julia Stone. 2018 is also probably a year of more intense partying than before. I began to see more often with one of my cousins, managed to party together with my colleagues from work several times, I discovered a few pubs in Katowice, which I did not know earlier, there were stag nights. In general: a lot has happened.

Was my 2018 better than 2017? This can not be determined. It was very good and I'm really happy with it. It certainly would not be like this without the previous year. However, this does not mean anything, because 2018 could be good and satisfying for other reasons, developed only this year.

So it is not about making the year better than others, but making it just good. Satisfactory. That's what I wish you for 2019. The song for today is seemingly related to the subject, and in fact not really. However, it is beautiful and you can find it above.

Have a successful New Year's Eve, a week and a happy New Year!

niedziela, 4 listopada 2018

Radość tworzenia.

Joy of creation. [English version below.]

Kiedyś dużo pisałem. Opowiadania, wiersze, zarysy powieści. Jedną nawet napisałem w całości, a do tego powstało ok. 50 stron drugiej części. Oczywiście nigdy nie ujrzały światła dziennego. A potem poszedłem do pracy. Zacząłem studiować zaocznie. Zdarzało mi się jeszcze od czasu do czasu napisać coś we wspomnianych formach, ale jednak ograniczałem się raczej do bloga i magazynu Suplement. Na więcej nie było czasu ani siły. Czasem brakowało ich nawet na to. Pojawiały się jakieś pomysły, które czasem nawet zapisywałem, ale nic z tego nie wynikało. Takie życie...

Ponad dwa tygodnie temu zostałem magistrem finansów i rachunkowości. Bardzo związane z pisaniem, prawda? Nieważne. Istotne jest to, że dzięki temu mam znów trochę więcej czasu. Jeszcze nie doświadczyłem tego w pełni, ale już częściowo. W każdym razie od dwóch dni chodził za mną pewien pomysł na kawałek tekstu. To mogłoby być opowiadanie albo zalążek powieści w połączeniu z innym tekstem, który napisałem już jakiś czas temu. W końcu więc nakrzyczałem na samego siebie w myślach, żądając wzięcia się do roboty. W efekcie wczoraj bardzo późnym wieczorem (a może było to już dzisiaj, po północy?) najpierw przeczytałem ten dawniejszy tekst, a potem zabrałem się za pisanie. Temat? Nocne życie, ludzie, ale przede wszystkim pieniądze, biznes i przekręty.

W ostatnich latach zdążyłem choć trochę zobaczyć jak funkcjonują różne firmy i co może nie zadziałać. Zacząłem więc pisać. Nawet nie wiem, kiedy zrobiła się godzina 01:47, a ja czytałem napisane przeze mnie w półtorej godziny niepełne trzy strony tekstu. Może nie są doskonałe. Może to nie jest zawrotne tempo (choć zazwyczaj miałem znacznie gorsze). Może nic z tego nie będzie i nie tylko żadna książka nie powstanie, ale nawet ów tekst nie pojawi się w sieci. Nieważne. Ważne, że mam nieziemską satysfakcję, możliwe, że większą niż po napisaniu pracy magisterskiej.

Wycinek nowej rzeczy.

Pytam Was: kiedy ostatnio coś stworzyliście? Część z Was pracuje w zawodach kreatywnych: dziennikarze, projektanci, marketingowcy, muzycy czy artyści rękodzieła - znam Was i uważam za wspaniałe to, że pracujecie w takich branżach. Każdy dzień może być, choć nie zawsze jest, wielkim procesem tworzenia. W mojej pracy tego nie ma. Nie narzekam na nią, bo gdyby wad było więcej niż zalet, to po prostu bym ją zmienił. Nie ma w niej jednak wiele miejsca na bycie kreatywnym w sposób artystyczny. Wymyśla się raczej po prostu jak zrobić coś w Excelu lub na jakich danych się oprzeć. Też się trzeba nagłowić, ale nie powstaje z tego sztuka. 

Śmiem twierdzić, że w sytuacji podobnej do mojej znajduje się większość ludzi. Oczywiście, nie wszyscy z nich chcą tworzyć i przecież nie muszą. Mogą po prostu odbierać kulturę i sztukę. Być widzem, czytelnikiem, słuchaczem. Na pewno jednak jest w tej grupie też wiele osób, które kiedyś pisały, malowały, nagrywały czy robiły cokolwiek innego, a teraz praca im na to nie pozwala. 

Trzeba więc szukać sobie miejsc poza nią. Innych przestrzeni pozwalających na ekspresję. Dlaczego? Jak wspomniałem wcześniej: tworzenie to przede wszystkim ogromna satysfakcja. To zamykanie kawałka swojej duszy w czymś namacalnym i wcale nie chodzi o horkruksy. To sposób na uwolnienie myśli, emocji, uczuć. 

Przypomnijcie sobie, co sprawiało Wam frajdę w liceum, na studiach lub nawet wcześniej. Może pisaliście lub nagrywaliście. Może komponowaliście. Niewykluczone, że wyżywaliście się farbami na płótnie lub ołówkami czy kredkami na papierze. Spróbujcie do tego wrócić i po prostu zobaczcie, co z tego wyniknie. W dzisiejszych czasach dostęp do jakichkolwiek materiałów nie jest trudny. Można też się przesiąść na oprogramowanie komputerowe. Internet załatawia sprawę podzielenia się twórczością z innymi. Jeśli będziecie się bali ich reakcji, możecie przecież publikować anonimowo. Perspektywy są wspaniałe!

Nie mówię, że macie rzucać w cholerę Wasze dotychczasowe życie. Zupełnie nie o to chodzi. Po prostu raz na jakiś czas zamiast włączać kolejny odcinek serialu na Netfliksie włączcie swoją kreatywność. To strasznie przykre, gdy znajomi, którzy kiedyś lubili komponować czy improwizować albo tworzyć własne gry, zostawiają to wszystko za sobą. Gitara czy kości idą w kąt. Postarajmy się, żeby tak nie było.

Utwór na dziś? Coś absurdalnie cudnego:

To tyle tym razem. Twórczego popołudnia i tygodnia!

ENG:

I used to write a lot. Stories, poems, and outlines of novels. I even wrote one in full, and later about 50 pages of the second part were created. Of course, no one ever read those. And then I went to work. I started to study in absentia. I occasionally wrote something like those things from time to time, but I was rather limited to the blog and the Suplement magazine. There was no time or strength for more. Sometimes there were even not enough of them for these two activities. There were ideas that I sometimes even wrote down, but nothing ever came of it. Such a life...

Over two weeks ago I became a Master of Finance and Accounting. It is very related to writing, right? Well, whatever. The important thing is that thanks to this I have a little more time now. I have not experienced it fully yet, but partly. In any case, two days ago an idea for a piece of text appeared in my mind. It could be a story or a beginning of a novel in combination with another text that I wrote some time ago. In the end, I shouted at myself in my thoughts, demanding that I get to work. As a result, yesterday very late in the evening (or maybe it was today, after midnight?) first I read this earlier text, and then I started writing. Subject? Night life, people, but above all money, business and scams.

In recent years, I managed to see at least  a little how different companies function and what may not work there. So I started writing. I do not even know when there was 01:47 a.m. and I read an incomplete three pages of text written by me in an hour and a half. Maybe they are not perfect. Maybe it is not a staggering pace (although I usually had much worse). Maybe nothing will rise out of it and not only no book will be created, but even this text will not appear on the web. It does not matter. It is important that I have enormous satisfaction, maybe greater than after writing my master's thesis.

I'm asking you: when was the last time you created something? Some of you work in creative professions: journalists, designers, marketers, musicians and handicrafts - I know you and I think it's great that you work in such industries. Every day can be, though not always is, a great process of creation. Nothing like that happens in my job. I do not complain about it, because if there were more cons than pros, I would just change the job. However, there is not much room to be creative in an artistic way. Instead, you simply think how to do something in Excel or what data should be basis of analysis. Creativity is needed, but no art arises from it.

I dare say that most people are in the situation similar to mine. Of course, not all of them want to create and they do not have to. They can simply receive culture and art. Be a viewer, reader, listener. However, without a doubt there are also many people in this group who once wrote, painted, recorded or did anything else and now their work does not allow it.

So you have to look for places outside of it. The other spaces that allow expression. Why? As I mentioned earlier: creating is above all a great satisfaction. It is like closing a piece of your soul in something tangible and it's not about horcruxes at all. It's a way to free your thoughts, emotions and feelings.

Remind yourself what was giving you fun in high school, college or even earlier. Maybe you used to write or record. Maybe you used to compose. It is possible that you used to create with the paints on canvas or with crayons and pencils on paper. Try to get back to it and just see what will come out of it. Nowadays, access to any materials is not difficult. You can also use computer programs. The Internet settles the matter of sharing the work with others. If you are afraid of their reaction, you can publish anonymously. The prospects are great!

I'm not saying you should throw your life to the bin. That's not what it's about. Just once in a while instead of turning on the next episode of the series on Netflix, turn on your creativity. It's really sad when friends who once liked to compose or improvise or create their own games leave it all behind. The guitar or dices are going to the corner. Let's try not to let it happen.

A song for today? Something absurdly wonderful in Polish. You can find it above. That's all for now. Have an creative afternoon and the week!

niedziela, 21 października 2018

Palcem po wodzie pisane.

Don't be so sure. [English version below.]

Ten wpis miał być trochę o czym innym. Jak być może wiecie z mojej strony na Facebooku, w minionym tygodniu zostałem magistrem. Moi znajomi, którzy obronili się już wcześniej, od dłuższego czasu namawiali mnie, bym zapisał się razem z nimi na studia podyplomowe. Wahałem się. Z jednej strony proponowany kierunek wydawał się interesujący, atrakcyjny, zorientowany na praktyczne umiejętności. Z drugiej strony perspektywa dalszego poświęcenia weekendów na naukę i wydania na to niemałej kwoty pieniędzy trochę mnie zniechęcała. Z czystym sumieniem odsuwałem więc od siebie tę decyzję, czekając aż najpierw oficjalnie zakończę studia magisterskie. Podjęcie jej wcześniej, a tym bardziej podjęcie jakichkolwiek działań, było w mojej ocenie pozbawione sensu.

Chęć dalszej nauki w akademickiej formie, wspólnie ze znajomymi, była jednak we mnie silna. Zaraz po obronie zacząłem utwierdzać się w przekonaniu, że to bardzo dobry pomysł. Byłem praktycznie zdecydowany i nawet zaczynałem mówić o tych studiach tak, jakbym już był na nie zapisany. Właśnie o tym miał być ten wpis. O podejmowaniu decyzji o dalszej nauce. O tym, że w dzisiejszych czasach człowiek musi się ciągle dokształcać. O szkolnictwie wyższym i różnych możliwościach. O samorozwoju. Miałem też odwołać się znów do tego, że po prostu lubię się uczyć. Tak miało być.

Dwa dni, które nastąpiły po mojej obronie, były jednak pełne wrażeń i dopiero wczoraj wieczorem zająłem się tym tematem. Nagle okazało się, że na rozważany przeze mnie kierunek studiów nie jest już prowadzona rekrutacja. <dźwięk tłuczonego szkła> Najwyraźniej wszystkie miejsca zostały już zajęte.

Bum! Wszystkie koncepcje i pomysły wzięły w łeb. Miały być studia, nie ma studiów. Nic strasznego się nie stało, ale czułem się tak, jakby już wszystko było ustalone, a życie szybko to zweryfikowało. Przecież nic nie było załatwione i nagle okazało się, że nie mam nic do powiedzenia w tym temacie.

Chwilowo trzeba sobie dać spokój z notatkami i materiałami...

Oczywiście nie załamuję się w żaden sposób. Mam kilka kolejnych pomysłów. Może zapiszę się na jakieś inne studia lub kurs. Może pojawi się jeszcze jakaś szansa na zapisanie się na tamte. Niewykluczone też, że po prostu trochę odpocznę, a o kontynuowaniu nauki pomyślę za rok. Nie zamykam się na żadną koncepcję, bo to najgorsze, co mógłbym zrobić.

Przywiązywanie się już w tym momencie do jakiejś konkretnej wizji dalszej ścieżki życiowej, no dobrze, bez przesady, ścieżki edukacyjnej, byłoby głupotą. Przecież przed chwilą życie pokazało mi, że ja mogę sobie snuć swoje wizje, wymyślać, a potem nic z tego może nie dojść do skutku. Bez rzetelnej analizy tego, co musi się wydarzyć, by zadziało się coś innego, jakie są warunki konieczne, nie ma co mówić o tym, że ma się jakiś plan. Dopiero co moja koncepcja upadła dlatego, że nie opierała się w zasadzie na niczym konkretnym. Krzyczenie teraz głośno, że mam nową, to bzdura. Muszę spokojnie przeanalizować możliwości, dowiedzieć się, w jaki sposób zrealizować te, które mnie zainteresują, sprawdzić, czy to w ogóle teraz wykonalne i dopiero wówczas będę mógł mówić, że podjąłem jakąś decyzję. 

Zbyt szybko wpadłem w entuzjazm. Snucie wizji, mówienie o przyszłości, gdy nie ma żadnych gwarancji, że będzie tak, jak się wymyśliło, może być przykre. Chyba nie warto tego robić. Może nie jest to szczególnie odkrywczy wniosek, ale okazuje się, że dotyczy on niemal każdej dziedziny życia. Trzeba więc o nim pamiętać, przymierzając się do jakiejkolwiek zmiany. I to chyba wszystko, co mam do powiedzenia w to pochmurne popołudnie. Zostawiam Was przynajmniej z pełnym energii utworem:


Dobrego dnia i tygodnia!

ENG:

This post was supposed to be a bit about something else. As you may know from my Facebook page, I became a master last week. My friends, who had achieved it earlier, for a long time have been persuading me to sign up together with them for post-graduate studies. I was hesitating. On the one hand, the proposed course seemed interesting, attractive, focused on practical skills. On the other hand, the prospect of further sacrificing weekends for learning and spending  considerable amount of money on it, discouraged me a bit. With a clear conscience, I kept procrastinating the decision, waiting to officially finish my master's studies. Making the decision earlier, let alone taking any action, was in my opinion pointless.

The desire to continue learning in an academic form, together with friends, was strong in me. Immediately after the final exam, I convinced myself that it was a very good idea. I was practically sure of my decision and even started to talk about these studies as if I had already been part of it. That is what this entry was supposed to be about. About making decisions about further learning. About the fact that nowadays people have to constantly educate themselves. About higher education and various possibilities. About self-development. I also wanted to refer again to the fact that I just like to learn. This is how it was supposed to be.

However, two days after my final exam were full of events and finally yesterday evening I took care of this topic. Suddenly, it turned out that there is no longer recruitment for the field of study I was considering. <sound of broken glass> Apparently all the positions for candidates have already been occupied.

Boom! All plans, concepts, ideas died. There are no studies, but they were supposed to be. Nothing terrible happened, but it felt like everything was planned, and life verified it quickly. Suddenly, it turned out that I have nothing to say about this. After all, nothing was settled and suddenly it turned out that I have nothing to say in this topic.

Of course, I do not break down in any way. I have several more ideas. Maybe I will sign up for some other studies or a course. Maybe there will be some additional chance to sign up for these selected as first. It is also possible that I will just rest a little and think about starting something next year. I do not close my mind to any concept, because it's the worst thing I could do.

In this moment it is foolish to become attached to a specific vision of the further path of life... Ok, well, without exaggeration, the path of education. After all, a moment ago life has shown me that I can make my own visions, think up, and then nothing has to come to fruition. Without a reliable analysis of what has to happen for something else to happen, what are the necessary conditions, there is no reason to say anything about having a plan. A moment ago my concept fell because it was not basically based on anything concrete. Shouting loudly now that I have a new one is nonsense. I need to calmly analyze the possibilities, find out how to implement those that interest me, check whether it is feasible now and only then I can say that I made a decision.

I got enthusiastic too soon. Dreaming about the vision, talking about the future when there is no guarantee that it will be as it came up, can end unpleasant. I do not think it's worth doing it. Maybe this is not a particularly revealing conclusion, but it turns out that it applies to almost every area of life. So you have to remember about it, trying to make any changes. And that's probably all I want to say on this cloudy afternoon. I leave you at least with an energetic song, which you can find above.

Have a good day and a week!

sobota, 14 kwietnia 2018

Już prawie koniec...

It is almost the end... [English version below]

Jest sobie COŚ. COŚ bardzo Wam się podoba. To COŚ trwa. Trwa długo, jesteście do tego przywiązani. I nagle zdajecie sobie sprawę, że niebawem to COŚ się skończy. To problem, bo wy wcale nie chcecie, żeby się skończyło.

To COŚ może być bardzo różne, w zależności od osoby. Możliwości to między innymi praca w jakimś miejscu, wciągająca rozmowa, pełen przygód wyjazd, wyjątkowo udana domówka, fascynująca książka czy rewelacyjny serial. Ja akurat piszę ten tekst z tego ostatniego powodu. Od jesieni oglądam serial Battlestar Galactica. Długo, ale z uwagi na napięty sezon nie byłem w stanie szybciej. W każdym razie pisząc te słowa jestem w połowie przedostatniego odcinka ostatniego sezonu, co oznacza, że zostało mi do obejrzenia ledwie 60 minut tego serialu. To tylko godzina produkcji, która jest jednym z najlepszych seriali sci-fi, jakie było mi dane oglądać, być może najlepszym serialem, jaki widziałem kiedykolwiek.

I co z tym zrobić? Z jednej strony kusi mnie, by jak najprędzej obejrzeć całość do końca, poznać zwieńczenie historii. Chciałbym usiąść i po prostu zobaczyć już naraz wszystko, co pozostało.

Istnieje jednak też druga pokusa, może silniejsza. Przecież można odwlekać zakończenie. Dawkować sobie poznawanie losów bohaterów. Przecież gdy na ekranie pojawią się napisy końcowe, pewien rozdział nieodwracalnie zostanie zamknięty. Do świata doskonale wykreowanych bohaterów już nie wrócę. Pewne pytania na pewno pozostaną bez odpowiedzi, bo nie da się jej udzielić na wszystkie. Losy niedobitków ludzkości uciekających przez przestrzeń kosmiczną na pewno pozostawią po sobie swego rodzaju pustkę.

Kadr z serialu Battlestar Galactica na platformie Showmax.
Odtwarzać dalej?

Admirale Adama, co robić?! Błyskawicznie pochłonąć resztę historii czy dawkować ją sobie jeszcze długo? Może się wydawać, że to banalne pytanie, bo w końcu chodzi tu tylko o serial, ale przecież można je przenieść także na inne dziedziny życia.

Czy spieszyć się z czymś, co sprawia nam przyjemność, ale kiedyś i tak się skończy? Przecież przyjemności należy dawkować, celebrować, cieszyć się nimi jak najdłużej. Zawsze jednak istnieje pokusa zobaczenia, co będzie dalej. Co pojawi się w miejscu dotychczasowego CZEGOŚ? Czy dorówna temu, co było dotychczas? Czy będzie podobne, czy zupełnie inne? I czy zakończenie tego, co jest teraz, usatysfakcjonuje nas? A może raczej rozczaruje? Wiele pytań i... Jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać!

Wychodzi więc na to, że trzeba trochę powzdychać, ale potem się przełamać i śmiało zmierzać do końca. Po nim przyjdą kolejne. To jednak tylko zdanie losowego typa z internetu. Nie musicie się nim zbytnio sugerować.

A dziś w kąciku muzycznym odgrzebujemy utwór, który już trochę lat ma, ale to nie ma żadnego znaczenia:



I to tyle. Dobrego tygodnia!

ENG:

There is a THING. You really like the THING. The THING takes some time. It takes a lot of time, so you become attached to it. And suddenly you realize that the THING will end soon. It's a problem, because you do not want it to end.

The THING can be very different, depending on the person. Possibilities include work in some place, engaging conversation, an adventurous trip, exceptionally successful home, fascinating book or a sensational series. I am just writing this text for the last reason. I have been watching the Battlestar Galactica series since autumn. Long, but due to the hard season I was not able to do it faster. In any case, writing these words I am in the middle of the penultimate episode of the last season, which means that I have only 60 minutes of watching this series left. It's just an hour of production, which is one of the best sci-fi series I've ever seen, maybe the best show I've ever seen.

And what to do about it? On the one hand, I am tempted to see the whole as soon as possible, to get to know the culmination of the story. I would like to sit down and just see everything that's left at once.

However, there is also a second temptation, maybe stronger. After all, you can postpone the ending. Dose yourself learning about the fate of heroes. After all, when the final credits will appear on the screen, a certain chapter will become irreversibly closed. I will not come back to the world of perfectly created heroes. Certain questions will remain unanswered for sure, because the answers can not be given to all of them. The story of the survivors of humanity fleeing through space will surely leave some kind of emptiness.

Admiral Adama, what am I supposed to do?! Quickly absorb the rest of the story or give it a lot of time? It may seem like a trivial question, because in the end it's all about the show, but you can also transfer it to other areas of life.

Should we hurry with something that pleases us, but it will end one day? After all, pleasures should be celebrated as long as possible. However, there is always a temptation to see what will happen next. What will appear in the place of the current THING? Will it equal to what was previously? Will it be similar or completely different? And is the ending of the current thing going to satisfy us? Or maybe rather disappoint? Many questions and ... There is only one way to find out!

So it comes out that you have to grumble a little, but then break it up and boldly go to the end. After this one, more will come. However, this is only the opinion of a random guy from the Internet. You do not have to take it too serious.

Song for today has a few years already, but I don't care. You can find it above.
And that's all for today. Have a nice week!

niedziela, 1 kwietnia 2018

Stałe i zmienne.

Fixed and variables [English version below].
Nic nie może przecież wiecznie trwać.
Zmiany są motorem postępu. Nie można ich unikać. Trzeba od czasu do czasu coś zmienić. Studia. Pracę. Otoczenie. Gust muzyczny. Okolicę. Miejsce zamieszkania. Coś. Cokolwiek. Bez tego popadamy w stagnację. Robiąc cały czas to samo, od pewnego momentu nie uczymy się już nic nowego. Pracując dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści lat w tym samym miejscu, na tym stanowisku nie spodziewajmy się, że nagle ktoś sam, z własnej inicjatywy uzna, że powinniśmy zająć wyższą pozycję, ze znacznie bardziej odpowiedzialnymi zadaniami. To może się wydarzyć, ale raczej tak się nie stanie, a jeśli nawet, to awans będzie niewielki. Trzeba więc walczyć samemu, próbować nieco zmieniać zakres swych obowiązków, by ciągle uczyć się czegoś nowego.

Lepiej się żyje, mając szerokie horyzonty. One jednak nie biorą się znikąd. Wymagają obcowania z innymi kulturami. Trzeba więc zmieniać to, co się czyta, czego się słucha, co się ogląda, z kim się rozmawia. Wtedy zaczyna się rozumieć więcej. Wyłapywać kontekst. Lepiej funkcjonuje się w tym mimo wszystko dużym i złożonym świecie.

Zmiany są konieczne. Po prostu.

Ja na przykład zamieniłem dzisiaj pasek na szelki.
Co z tego wyniknie?

Oczywistym jest jednak, że gdyby wszystko i ciągle się zmieniało, można by oszaleć. Trzeba mieć jakieś elementy stałe, punkty zaczepienia, które utrzymują człowieka cały czas w jednej rzeczywistości. Trzymają go w jednym żywocie. Coś się zmienia, ale w obrębie pewnej niezmiennej struktury. To mogą być jakieś drobne rytuały, sposoby układania rzeczy na biurku, ulubione piwo, stałe miejsce na cotygodniowy spacer czy cokolwiek innego. Może to też być coś większego.

Wspominam o tym, bo ostatnio wstępnie zaplanowaliśmy majówkę. Ja, Luba Ma oraz kumpel i kumpela jeszcze z liceum. Po raz piąty pojedziemy w takim składzie. To jedna z moich ulubionych stałych w roku. Świadomość, że nad majówką nie trzeba się jakoś szczególnie zastanawiać. Oczywiście, w końcu musimy ustalić szczegóły - dokładny cel, plan itd. Zarys jest jednak oczywisty - ci ludzie i jakieś góry. Oby tak było jak najdłużej, najlepiej zawsze. To mój punkt zaczepienia. Moja stała. Moja kotwica.

To chyba tyle rozważań w to świąteczne popołudnie. Pomyślcie w wolnej chwili (akurat jest trochę wolnego, tak tylko przypominam) nad tym, co możecie zmienić w swoim życiu. Co możecie poprawić? Co może Wam wyjść na dobre? Po prostu zastanówcie się nad tym.

Pomyślcie też nad tym, czego absolutnie nie chcecie zmieniać. Co jest idealne i chcecie, żeby takie było zawsze. Co sprawia, że czujecie grunt pod nogami? Pielęgnujcie to!

W kąciku muzycznym dziś coś, co także jest wynikiem zmian, a konkretnie zmiany najczęściej słuchanej muzyki (chyba). Ot co:


Dobrego tygodnia!

P S Do zobaczenia na moim Facebooku, Instagramie lub Snapchacie (@cgdenys)!

ENG:
Nothing can last forever.
Changes are the engine of progress. You can not avoid them. You have to change something from time to time. Studies for instance. Work. Environment. Musical taste. Neighbourhood. Place of residence. Something. Anything. Without this, we fall into stagnation. While doing the same thing all the time, from some moment we do not learn anything new. Working twenty, thirty, forty years in the same place, in the same position, do not expect that someone will, on their own initiative, decide that you should take a higher position with much more responsible tasks. It can happen, but it probably will not happen, and even if it does, the promotion will be small. So you have to fight for yourself, try to change the scope of your duties a bit, to constantly learn something new.

It is better to live with broad horizons. However, they do not come out of nowhere. They require communing with other cultures. So you have to change what you read, what you listen to, what you watch, who you talk to. Then you'll begin to understand more. You'll catch the context. Then you'll be better dealing with this still large and complex world.

Changes are necessary. It is so simple.

It is obvious, however, that if everything would change, it would be crazy. You need to have solid elements, anchor points that keep you in one reality all the time. They keep you in one life. Something is changing, but within a certain unchanging structure. These may be some minor rituals, ways of arranging things on the desk, favorite beer, a permanent place for a weekly stroll or anything else. It can also be something bigger.

I mention this because we have recently planned the annual May's holiday. Me, My Darling and the couple of friends from high school. For the fifth time we will spend this time in such a team. This is one of my favorite constants in a year. Awareness that I do not have to really wonder about the holiday. Of course, we have to set the details - the exact goal, plan, etc. The outline, however, is obvious - these people and some mountains. Let it repeat yearly as long as possible, preferably forever. This is my fixed point. My constant. My anchor.

It's probably all of the thoughts on this Easter afternoon. In a free time (now it's a bit of free time, I just remind you) think about what you can change in your life. What can you improve? What can you do for your own good? Just think about it.

Also think about what you absolutely do not want to change. What is perfect and you want it to be always like that? What makes you feel the ground under your feet? Cherish it!

Today in the music corner there is something that is also the result of changes, and more specifically the result of the change of the music most often listened by me(I suppose). You can find it above.

Have a good week!

P S See you on my Facebook, Instagram or Snapchat (@cgdenys)!

niedziela, 11 lutego 2018

Schowam laptopa i wyciągnę klocki!

I'll put my laptop down and pull out the blocks! [English version below].

Jedna z ostatnich refleksji: robię niby te dorosłe rzeczy - spędzam w pracy co najmniej 8 godzin dziennie, studiuję, piszę pracę magisterską (sporadycznie i w bardzo małych ilościach, ale jednak), planuję wesele (a w zasadzie głównie potulnie przytakuję) i tak dalej. Jednocześnie jednak nie czuję bycia dorosłym, mam bardziej wrażenie, że to taka zabawa. Gdzieś z tyłu głowy kołacze się myśl: "kiedy to się skończy?". Kiedy przyjdzie koniec tego udawania dorosłego i będzie można wrócić do bycia beztroskim studenciakiem? Cóż...

Rzecz w tym, że to się już nie stanie. Do końca życia trzeba będzie grać w dorosłość, a poziom trudności raczej nie będzie spadał. Może przyjdzie moment, w którym przestanie to być gra i faktycznie poczuję się dorosły, ale wcale nie jestem o tym przekonany. Starsi koledzy i koleżanki, doszliście do takiego momentu?

Nerf dla ukojenia nerwów. Czasem chce się postrzelać do ludzi, choćby piankowymi strzałkami. I wcale nie trzeba być w tym celu dzieckiem!

Widziałem się w ten piątek z kumplami. Jeden z nich przez sporą część wieczoru opowiadał o poszukiwaniach mieszkania, które prowadzi wraz ze swoją narzeczoną. Radził mi nawet, bym kupił coś na raty, dzięki czemu zacznę sobie budować zdolność kredytową. A w mojej głowie tkwiło tylko zdanie "cholera, niebawem sam będę musiał zacząć o tym myśleć". Wcale nie podoba mi się ta perspektywa. Boję się kolejnych aspektów dorosłości, które wkrótce się pojawią. Trzeba będzie jeszcze więcej udawać, że wie się, co się robi, a decyzje podejmuje racjonalnie, nie intuicyjnie.

Tyle tylko, że nie ma co biadolić. Trzeba po prostu zajmować się po kolei nowymi tematami, gdy tylko się pojawiają. Śmiało brać byka za rogi. Wiecie dlaczego? Bo nie ma alternatywy. Przecież nie stwierdzimy, że olewamy wszystko i na zawsze zamykamy się w pokoju z wielkim pudłem LEGO. Choć to bardzo kuszące...

Utwór na dziś? Do przewidzenia, bo trochę w temacie:

Dobrego tygodnia i powodzenia w udawaniu, że wiecie, co robicie!

ENG:

One of the last reflections: I do these adult things - I spend at least 8 hours a day at work, I study, write a master's thesis (sporadically and in very small numbers, but still), plan a wedding (mostly by meekly nodding) and so on. At the same time, however, I do not feel being an adult. I have the impression that it is such a game. There is a thought somewhere in the back of the head, saying "when will it end?". When will the end of this pretending to be an adult come and I will be able to go back to being a carefree student? Well ...

The thing is, it will not happen anymore. I will have to play an adulthood until the end of my life, and the level of difficulty is not likely to drop. Maybe the moment will come when the game will stop and I will actually feel grown-up, but I'm not convinced of it at all. Older friends, have you reached such a moment?

I saw with my buddies this Friday. One of them, for a good part of the evening, talked about searching for a flat, which he runs with his fiancée. He even advised me to buy something in installments, thanks to which I would start building my creditworthiness. And in my head was only the sentence "damn, I will have to think about it soon". I do not like this perspective at all. I am afraid of further aspects of adulthood that will soon appear. I will have to pretend even more that I know what I'm doing and I make decisions rationally, not intuitively.

It's just that there is no reason to whimper. We just have to deal with new things one by one as soon as they appear. Boldly bite the bullet. Do you know why? Because there is no alternative. After all, we won't decide that we suddenly leave everything and we're going to lock ourselves in a room with a huge LEGO box forever. Although it is very tempting ...

A song for today? You can find it above and it's a bit related to this text (but you have to know Polish to figure that out).

Have a good week and good luck in pretending you know what you are doing!