What would you like? [English version may be added later.]
Czasami zastanawiam się nad sobą i swoim życiem i jest kilka rzeczy, z których jestem zadowolony. Jedna z nich to ilość pomysłów, które przychodzą mi do głowy. Niemal bez przerwy wymyślam koncepty nowych opowiadań, opowieści, powieści, gier i innych rzeczy. Poza tym dużo planuję próbowania nowych rzeczy - czy to nauka nowego języka, czy praca z bazami danych, czy kurs skoczka spadochronowego. Wszystkie pomysły brzmią nieźle, czasem wręcz wspaniale, oszałamiająco. Spisuję je gdzieś w telefonie, odnotowuję słowa-klucze, hasła, czasem jakiś akapit czy dwa pierwszego opisu albo zabieram się za pierwszą i drugą lekcję czegoś i...
Potem to wszystko zostaje przykryte moją inną cechą, z której jestem znacznie mniej zadowolony: to lenistwo. Żeby nie było: potrafię sam siebie całkiem nieźle usprawiedliwiać. Przecież dużo pracuję, sporo czasu poświęcam na życie zawodowe. Choćbym chciał, nie mam kiedy realizować tych swoich koncepcji, prawda? Tyle, że to bzdura. To zwyczajnie kwestia braku determinacji. Gdy wracam zmęczony do domu, wolę przejrzeć Facebooka i obejrzeć odcinek serialu, ewentualnie poczytać książkę, zamiast zabrać się za coś twórczego albo chociaż pożytecznego.
Czasem oczywiście się przełamuję i zabieram za coś nowego. Niestety, na ogół maksymalnie po kilku tygodniach porzucam temat, nie potrafiąc się zmotywować. Samemu jest trudno. Brakuje kogoś, kto pchnąłby mnie we właściwym kierunku.
To trochę jak z moim skokiem na bungee. Mówiłem o tym od co najmniej kilku lat. Cały czas twierdziłem, że chcę skoczyć, ale mimo okazji jakoś tego nie robiłem. Raz powodem była za długa kolejka, innym razem chciałem, żeby była przy tym konkretna osoba. Dopiero gdy na moim wieczorze kawalerskim kumple przywieźli mnie pod dźwig do skoków i powiedzieli, że mieliśmy rezerwację, zabrakło wymówek.
Wtedy skoczyłem.
Co więc robić? Jak radzić sobie z własną niemocą? Samemu jest trudno. Można więc znaleźć kogoś, kto będzie motywował i wspierał. Kto będzie codziennie pytał, co dzisiaj zrobiłeś. Zachęcał. To z pewnością może pomóc, ale nie czarujmy się, nie załatwi sprawy. Dlatego trzeba ciągle próbować. Należy podejmować coraz to nowe próby. Jeśli nie z wyzwaniami, którym się już nie podołało, to z nowymi. To próba charakteru.
Jakiś czas temu wpadłem na nowy pomysł - blog albo kanał w innych internetowych mediach, skupiający się na pewnym temacie. Trochę myślałem na ten temat. Zastanawiałem się, czy jestem w stanie to zrobić. Potem na pewien czas zapomniałem o tym, ale dziś ta myśl do mnie powróciła.
Przemyślałem sprawę raz jeszcze i zanim zabrałem się za pisanie tego wpisu, rzeczywiście założyłem nowego bloga. Napisałem wpis powitalny i potem pierwszy merytoryczny. Póki co nie będę jeszcze go promował. Poczekam i zobaczę, czy tym razem uda się stworzyć z tego coś więcej. Mam nadzieję. Nawet jeśli jednak ostatecznie nic z tego nie wyjdzie to zawsze to kolejna próba. Chociażby z tego jestem zadowolony.
Tymczasem zostawiam Was z utworem luźno powiązanym z tym wpisem:
Two sides of the same coin. [English version may be added if needed - just let me know.]
Zabiegany to weekend. W piątek dopiero około 21 wróciłem do domu z tygodniowej delegacji i od tamtej pory było i nadal jest mnóstwo spraw do załatwienia. Miłych? Uciążliwych? Ha, to zabawne, bo najwyraźniej większość z nich można traktować tak i tak. Nie wierzycie? Sprawdźmy.
Zacznijmy od tego, że trochę czasu w ten weekend zajmuje mi praca. To oczywiście irytujące, bo wolałbym nie pracować w dni wolne. Z drugiej strony pewne rzeczy i tak trzeba dokończyć, więc czemu by nie w spokojnym zaciszu domowym, może w dresie, pijąc dobrą kawkę i ciesząc się spokojem? Poza tym to zawsze dodatkowy pieniądz. Widzicie? Dwie strony medalu.
Co dalej? Jakiś czas temu uszkodził nam się pewien uchwyt w kuchni. Drobiazg, ale irytujacy. Wczoraj wybraliśmy się po nowy do Castoramy i na to straciliśmy chwilkę czasu. Też wkurza. Z drugiej strony mogłem dzięki temu po powrocie sięgnąć po moją ubogą skrzynkę z narzędziami i chwilkę pobawić się z wymianą uchwytu. To dopiero drugi lub trzeci raz jak korzystałem z tej skrzyneczki i póki co każdy sprawia mi frajdę. Zatem znów, usterka, ale w efekcie zabawa przy jej naprawie.
Moja skrzyczneczka.
Co poza tym? Do Castoramy zajrzeliśmy głównie dlatego, że żona zabrała mnie do IKEI. Część panów, zwłaszcza mężów, może w tym momencie poczuć krztynę współczucia wobec mnie, bo wiedzą, że wizyty z żoną w takim sklepie potrafią być męczące. Narzuciłem nam jednak przyzwoite tempo, żona starała się trzymać listy zakupów, którą miała ze sobą i w efekcie było całkiem nieźle. Udało nam się też trochę porozmawiać podczas wymijania innych klientów i ustalić podejście do pewnych tematów. To już coś!
Co później? Obiad, znów praca, a także wizyta kumpla. Trudno jednak doszukiwać się w niej czegoś negatywnego, może poza tym, że dość mocno różnimy się w kwestii serialu "Wiedźmin" Netflixa, ale bądźmy poważni, to nie jest istotna rzecz.
Tym sposobem przeskakujemy do niedzieli. Dziś żona postanowiła wyciągnąć mnie do aquaparku. Sam pomysł super. Super jest też to, że po przyjedzie do Rudy Śląskiej okazało się, że połączone siły Multisportu i OK Systemu sprawiły, że za wejście na basen na 1,5 godziny dla naszej dwójki zapłaciliśmy łącznie 10 zł. Piękna sprawa! Mniej piękne było to, gdy w którymś momencie podczas zjazdu zjeżdżalnią pęd wyrzucił mnie w powietrze, obróciło mną o 180 stopni i spadłem, boleśnie obijając sobie kolana. 2/10, nie polecam. Tak naprawdę natomiast, gdy przestanie mnie boleć, będę pewnie mówił, że świetnie się bawiłem.
A co jeszcze w planach? Pisanie tego tekstu, znów praca i... Prasowanie koszul. Tego bardzo nie lubię, głównie dlatego, że zajmuje mi sporo czasu, a niemal każdego dnia roboczego potrzebuję świeżej koszuli. Znajduję jednak sposoby, żeby nieco sobie osłodzić tę monotonną czynność. Prasowanie to jedna z tych sytuacji, gdy mam czas posłuchać jakiegoś interesującego mnie podcastu. Zazwyczaj to absolutnie rewelacyjne Napisy Końcowe z Łukaszem Stelmachem, Martą Najman, Oskarem Rogowskim i Radkiem Pisulą, a sporadycznie także z Adamem Antolskim. Jeśli nie, to ostatnio czasem wybieram także Dwóch Typów Podcast, podobno najpopularniejszy podcast w Polsce w 2019 r. Tam Gargamel i Generator Frajdy z dużą dawką ironii rozmawiają o popkulturze, twórcach internetowych i wszystkim tym, na co mają ochotę. Choć nie każdemu musi odpowiadać forma ich programu, to jednak jest on inteligentny i często niesie za sobą wartościową treść. A zatem z jednej strony irytuję się, że będę musiał prasować, ale z drugiej przynajmniej posłucham wtedy czegoś interesującego.
Widzicie? Niemal na każdą rzecz mogłem spojrzeć dwojako, pozytywnie lub negatywnie. Biegnijmy jednak dalej: czy coś jeszcze zajmowało mnie w ten weekend?
Tak, SEX EDUCATION!
Gwoli ścisłości, mowa o serialu Netflixa o takim tytule. Tu jednak nie ma co wspominać o dwóch stronach medalu, bo ta produkcja to absolutne złoto i kto nie widział, ten powinien nadrobić. Rozbuchana kampania reklamowa drugiego sezonu skłoniła mnie i moją żonę, by sięgnąć do pierwszego i nie żałujemy. Opowieść o nastolatkach, którzy zaczynają udzielać porad seksualnych w swojej szkole jest przezabawna, choć nie stroni od poważnych wątków. Wbrew pozorom nie wszystko kręci się wokół seksu, bo historia opowiada o związkach, przyjaźni, tolerancji, akceptacji, nierównościach społecznych, szykanowaniu słabszych, trudnych relacjach rodzinnych i wielu innych kwestiach. Jednocześnie jest bardzo dobrze zrealizowana. Spotykamy tu wszystkie archetypy szkolnych dzieciaków w serialach: bogate i wredne, przegrywów, zbuntowane, nerdów, sportowców, ale też wiele innych. Przede wszystkim jednak niemal żadna postać nie jest definiowana przez przynależność do którejkolwiek z tych grup. Są dużo bardziej złożone i często lawirują lub chcą lawirować między nimi. Dzięki temu tak naprawdę nie wiadomo, co się za chwilę wydarzy. Nie ma oczywistych rozwiązań, więc każdy moment jest interesujący. A poza tym wszystkim głównych bohaterów naprawdę łatwo jest lubić. Wobec tego wszystkiego powtórzę raz jeszcze: kto nie widział, niech nadrobi.
To chyba tyle. Gdy trzeba się zająć czymś przykrym, warto poszukać dobrych stron sytuacji i obrócić ją na swoją korzyść. Jeśli natomiast planuje się coś dobrego, to chyba warto mieć z tyłu głowy, że coś może pójść nie tak. Po prostu. A utwór na dziś pochodzi z najnowszej płyty Miuosha i jest tym, który zrobił na mnie największe wrażenie:
You don't have to cut yourself off. [English version below.]
Magazyn Studentów Uniwersytetu Śląskiego "Suplement". Kojarzycie? Pewnie tak, bo wielokrotnie o nim pisałem, a przede wszystkim pisałem do niego. Tak się jednak złożyło, że ostatnio coraz więcej mojego czasu pochłania praca, a poza tym ożeniłem się. W magazynie było więc mnie trochę mniej. Ostatni artykuł, o matematyce, królowej nauk, napisałem do numeru maj/czerwiec 2019 (str. 14). W kolejnym numerze, październik/listopad 2019, znalazła się jedynie krzyżówka mojego autorstwa. W minionym tygodniu odbyło się natomiast spotkanie zespołu redakcyjnego, na które nie dałem rady dotrzeć, bo po raz kolejny byłem w delegacji. Słabo...
Tak się złożyło, że na spotkaniu tym nastąpiły zmiany w szefostwie redakcji. Dotychczasowa Redaktor Naczelna, Martyna, przekazała władzę Robertowi, dotychczasowemu sekretarzowi redakcji. On, bardzo słusznie zresztą, postanowił zorientować się w sytuacji takich redakcyjnych duchów/dinozaurów jak ja (mój pierwszy artykuł w magazynie ukazał się na wiosnę 2015). Napisał więc do mnie i zadał proste pytanie: jakie są moje dalsze plany odnośnie Suplementu i czy dalej chcę z nimi współpracować? Cóż, pytanie proste, ale odpowiedź już niekoniecznie. Cytując klasyka, "chciałabym, a boję się". Z jednej strony bowiem ów piękny magazyn studencki to miejsce, w którym wiele się nauczyłem i poznałem znaczną liczbę fascynujących ludzi. Tworzenie go, pisanie tekstów ukazujących się drukiem itd. daje wiele radości i satysfakcji. Z drugiej jednak strony obawiałem się, że mój obecny tryb życia może nie pozwalać na zaangażowanie się w magazyn na takim poziomie, na jakim chciałbym i powinienem. Trudna sprawa...
To tylko część z artykułów napisanych przeze mnie przez te lata.
Trudne sprawy czasem wymagają prostych rozwiązań. Postawiłem na szczerość. Przedstawiłem Robertowi sytuację i powiedziałem, że moje możliwości mogą nie sprostać moim chęciom. Jednocześnie przedstawiłem kilka pomysłów, które chętnie zrealizowałbym dla Suplementu.
I... Spotkałem się z całkiem pozytywną reakcją. Myślę, że przynajmniej jeden z tematów, które zaproponowałem, ma całkiem spory potencjał, a krzyżówki też ktoś przecież musi układać. Sytuacja jest jaka jest, zmniejsza się ilość dostępnego czasu, ale jeśli obie strony widzą potencjał w dalszej współpracy, to chyba nie warto nagle jej kończyć.
Naszła mnie refleksja, że to można przełożyć na wiele dziedzin życia. Żyjemy sobie, mamy swoje pasje, hobby, aktywności, angażujemy się w różne rzeczy. Potem jednak nasza sytuacja zaczyna się zmieniać: pojawia się praca, rodzina, nowe projekty, wyjazdy na drugi koniec kraju albo drugą półkulę, przytrafiają się nam różne trudności. Pojawia się myśl, że może trzeba zrezygnować z rzeczy, które dotychczas pochłaniały nasz czas. Schować gdzieś głęboko pióro i pergamin, drona, snowboard, wędkę czy cokolwiek innego. Zamknąć to wszystko w przeszłości.
Przykre? Bardzo. To może wcale nie trzeba tak robić? Jeśli na czymś naprawdę nam zależy, to lepiej nie odcinać się od tego całkowicie. Można próbować zmienić zakres i częstotliwość, jeździć bliżej i rzadziej, przerzucić się na krótsze formy, zacząć służyć bardziej jako doradca niż główny wykonawca. W zależności od aktywności możliwości jest wiele. Trzeba tylko dobrze się zastanowić, jak ograniczyć czas poświęcany na jakąś rzecz, jednocześnie pozostając z nią w kontakcie. I jasne, pewnie nie zawsze się da, ale na pewno warto spróbować.
Utwór na dziś, to coś, co także dziś podsunęło mi Spotify:
Ależ to jest dobre! Także i Wam życzę dobrego tygodnia.
ENG:
University of Silesia Student Magazine "Supplement". You know it? Probably yes, because I wrote about it many times, and above all I have been writing for it. However, it so happened that recently more and more of my time is consumed by work, and besides I got married. So there was a little less me in the magazine. The last article I wrote was about mathematics, the queen of sciences, to the issue May / June 2019 (p. 14). In the next issue, October / November 2019, there was only a crossword puzzle made by me. Last week an editorial team meeting took place and I was unable to take part in it, because once again I was on a delegation. That is bad...
It so happened that at this meeting there were changes in the editorial leadership. The previous editor-in-chief, Martyna, handed the position over to the Robert, the secretary of the editorial office to that day. He, quite rightly, decided to find out the situation of editorial ghosts / dinosaurs like me (my first article in the magazine appeared in spring 2015). So he wrote to me and asked a simple question: what are my future plans for the Supplement and do I still want to work with them? Well, a simple question, but an answer not so easy. To quote the classic, "I would like to, and I'm afraid". On the one hand, this beautiful student magazine is a place where I learned a lot and met a significant number of fascinating people. Creating it, writing texts that appear in print, etc. gives a lot of joy and satisfaction. On the other hand, I was afraid that my current lifestyle may not allow me to get involved in the magazine at the level I would like and should. Difficult case...
Difficult matters sometimes require simple solutions. I bet on honesty. I presented Robert with the situation and said that my possibilities may not live up to my desire. At the same time, I presented some ideas that I would gladly perform for a Supplement.
And ... I met with quite a positive reaction. I think that at least one of the topics I have proposed has quite a lot of potential, and somebody has to prepare crosswords too. The situation is as it is, the amount of time available decreases, but if both parties see the potential for further cooperation, it is probably not worth finishing it suddenly.
I came to the thought that this can be translated into many areas of life. We live, we have our passions, hobbies, activities, we engage in various things. Then, however, our situation begins to change: there is work, family, new projects, moves to the other end of the country or the other hemisphere, we encounter various difficulties. A thought appeares that you may have to give up things that have been consuming your time so far. Hide somewhere deeply a pen and parchment, a drone, a snowboard, a fishing rod or anything else. Close it all in the past.
Is that sad? Yes, very. So maybe you don't have to do that at all? If we really care about something, it is better not to cut ourselves off completely. You can try to change the scope and frequency, travel closer and less often, switch to shorter texts, start to serve more as an advisor than the main performer. Depending on the activity, there are many possibilities. You just need to think carefully about how to limit the time spent on something, while staying in touch with it. And of course, it's probably not always possible, but it's definitely worth a try.
The song for today is something that Spotify showed today. You can find it above.
And this is so good, so I wish you a good week too.
Właśnie zacząłem tydzień urlopu. To nic, że niedawno miałem go trzy tygodnie (przy okazji wesela), a potem w pracy byłem ledwie siedem dni. Mam kolejny tydzień wolnego i już. Pół tego weekendu spędzam u teściów na wsi, ale potem pojedziemy z żoną gdzieś dalej dopiero w nocy ze środy na czwartek (oczywiście do Kostrzyna nad Odrą, na festiwal Pol'and'Rock). To oznacza, że najbliższe trzy dni robocze spędzę w Katowicach, nie musząc jednak chodzić do pracy. I wiecie co?
To szalenie przyjemna perspektywa! Umówiłem się już na piwo z kumplem jeszcze z przedszkola. Kiedy się ostatnio widzieliśmy, on jeszcze nie pracował, a ja nie byłem żonaty, więc na pewno będzie o czym rozmawiać. Poza tym mam w planach testowanie razem z kolegą z pracy planszówki, którą ostatnio sobie kupił. Może uda mi się też odwiedzić moją chrześnicę. Inną sprawą jest też to, że urlop pozwala na wybranie się na siłownię w środku dnia, gdy jest tam pustawo. Komfort ćwiczeń zdecydowanie się poprawia, gdy nie trzeba wypatrywać, który sprzęt akurat jest wolny.
Poza tym może uda mi się poświęcić trochę czasu na sprawy, które mam do załatwienia. Na pewno wybiorę się do domu rodziców przejrzeć rzeczy, które tam zostawiłem przy mojej wyprowadzce. Muszę zdecydować, co nadaje się do wyrzucenia, co do zabrania do siebie, a co będzie musiało zostać u moich rodziców, bo ja nie mam na to miejsca. Podejmę też bohaterską próbę odebrania mojego dyplomu magistra z dziekanatu mojej uczelni. Obroniłem się już w październiku zeszłego roku, ale wciąż brakuje mi dokumentu będącego zwieńczeniem tej drogi.
Tyle planów, tyle możliwości!
Odpoczynek zawsze w cenie.
Paradoksalnie, mimo tych wszystkich planów, pod pewnymi względami mogę przez te kilka dni bardziej odpocząć niż podczas wyjazdu na Kretę. Teraz na przykład będę mógł wstać o zupełnie dowolnej godzinie. Tam niby też mogłem, ale śniadania wydawano tylko do 10:00. Poza tym tam panował nieznośny upał, a tutaj, choć ciepło, to jednak jest zdecydowanie przyjemniej. Tam też moja żona pilnowała naszego planu dnia, a tu będzie przez te trzy dni chodziła do pracy, więc zamierzam kierować się własnymi kaprysami.
Oczywiście, urlopy wyjazdowe są super. Można poznać nowe miejsca, kultury, zwyczaje. Bardzo je sobie cenię. Czasem jednak dobrze jest polenić się w swoim mieszkaniu i z niczym się nie śpieszyć. Poza tym można właśnie wtedy zająć się tymi wszystkimi sprawami, na które nie było czasu wcześniej. Najważniejsze jednak, żeby urlop spędzić tak, że samemu będzie się zadowolonym. Czego sobie i Wam życzę.
Utwór na dziś to perełka Pablopavo. Nie udało mu się dotrzeć w zeszłym roku na Pol'and'Rock, więc mamy szczerą nadzieję być na jego koncercie tym razem. Posłuchajcie i wy:
Dobrego tygodnia!
ENG:
I just started a week of leave. It's nothing that I recently had it for three weeks (on the occasion of the wedding), and then I was only seven days at work. I have another week off and that is cool. I am spending half of this weekend at my in-laws in the countryside and later we will go with my wife somewhere further only at night from Wednesday to Thursday (of course to Kostrzyn nad Odrą, for the Pol'and'Rock festival). This means that I will spend the next three working days in Katowice without having to go to work. And you know what?
It's an extremely pleasant prospect! I have already planed a meeting for a beer with my friend from kindergarten. When we last saw each other, he has not been working yet, and I was not married, so I'm sure there will be something to talk about. In addition, together with a colleague from work we plan to test a board game, which he recently bought. Maybe I will manage to visit my goddaughter. Another thing is also the fact that the leave allows you to go to the gym in the middle of the day when it is almost empty. The comfort of the exercises definitely improves when you do not have to look for which equipment is not currently used.
Besides, maybe I can devote some time to the things I have to do. I will definitely go to my parents' home to look at the things I left there when I moved out. I have to decide what to throw away, what to take to myself, and what will have to stay with my parents, because I do not have a space for it. I will also make a heroic attempt to get my master's diploma from the dean's office of my university. I became master in October last year, but I still miss a document that crowns this road.
So many plans, so many possibilities!
Paradoxically, in spite of all these plans, in some aspects I can rest more during these few days than during my vacation on Crete. Now, for example, I will be able to get up at any hour. Theoretically I could also be doing that there, but breakfast was only being served until 10:00. In addition, there was unbearable heat, and here, though warm, it is definitely nicer. That's where my wife watched our day plan, and here she will be going to work for three days, so I'm going to be guided by my own whims.
Of course, the holidays far from home are great. You can get to know new places, cultures and customs. I value that very much. Sometimes, however, it is good to stay lazy in your apartment and do not hurry with anything. In addition, you can then deal with all the matters that you did not have time before. However, the most important thing is to spend your leave in such a way that you will be satisfied yourself. What I wish for me and for you.
The song for today is the gem of Pablopavo. He failed to be on Pol'and'Rock last year, so we are sincerely hoping to be at his concert this time. You can find the song above.
Książki. Poszerzają horyzonty. Pokazują nowe światy. Pozwalają przeżyć historie niemożliwe do przeżycia. Uczą, bawią, rozwijają. Kiedyś czytałem całe mnóstwo. Mniej więcej do końca trzeciego roku studiów pożerałem książki nałogowo. Gdy miałem jedenaście lat, z własnej woli przeczytałem całą trylogię Sienkiewicza. Do liceum czytałem z zapałem wszystkie lektury, a w szkole średniej zrezygnowałem z części z nich, ale tylko po to, by mieć więcej czasu na bardziej interesujące mnie pozycje. Biblioteka była jednym z moich ulubionych kierunków spacerów.
A potem przyszła dorosłość. Na studiach drugiego stopnia zacząłem studiować zaocznie i pracować. Ilość wolnego czasu skróciła się dramatycznie. Poza tym, gdy już się pojawiał, na ogół byłem na tyle zmęczony, że wysiłek intelektualny był ostatnim, czego chciałem. Dużo wygodniejsze i mniej wymagające okazywało się przeglądanie rozmaitych treści w internecie lub oglądanie filmów czy seriali. To bardziej pozwalało odreagować. W tym czasie niemal przestałem czytać książki. Brakowało czasu i chęci. Raz na jakiś czas jeszcze coś przeczytałem, ale było to bardzo rzadko i w wyjątkowych sytuacjach. Trochę poprawiłem też własne statystyki podczas wakacji, w trakcie których miałem jednocześnie przerwę od pracy. Generalnie jednak było słabo.
Aż w końcu w październiku ubiegłego roku zostałem magistrem i nagle okazało się, że mimo coraz większej ilości pracy zdarza mi się mieć trochę wolnego czasu. To jeszcze nie był przełomowy moment, ale ten nadszedł niedługo później. Przy okazji Bożego Narodzenia pojawiło się kilka dni spokoju i właśnie wtedy zacząłem czytać "Hardą". Nie szło mi jakoś wybitnie szybko, ale po trochu do celu. Gdy skończyłem jedną pozycję, zabrałem się za kolejną, a potem już jakoś poszło. Pomogło też to, że w ostatnim czasie sporo jeżdżę pociągami (służbowo i prywatnie), co daje dodatkowy czas na czytanie. Od Bożego Narodzenia zdążyłem więc przeczytać:
"Hardą" i "Królową" - niezwykle wciągający dwuksiąg autorstwa Elżbiety Cherezińskiej będący powieścią historyczną o Świętosławie, czyli siostrze Bolesława Chrobrego,
"Felixa, Neta i Nikę oraz Koniec Świata Jaki Znamy" - piętnastą część uwielbianego cyklu dla młodzieży opowiadającego o trójce nastolatków przeżywających niesamowite przygody (szkoda tylko, że od 15 lat chodzą oni do tej samej szkoły).
Możliwe, że po drodze była jeszcze jakaś inna książka, która mi umknęła. Ostatnio natomiast zacząłem czytać "Kłamcę", czyli powieść fantasy opowiadającą o Lokim i jestem bardzo ciekaw, co będzie dalej.
Oto ona.
Wychodzi nieco ponad 3 książki w pięć i pół miesiąca. Mało? Kiedyś bym tak twierdził, ale czasy się zmieniły. Teraz czytam niemal wyłącznie przy okazji wspomnianych podróży pociągiem i czasem przez chwilę wieczorem. W związku z tym uważam, że to całkiem przyzwoity wynik. Poza wszystkim: dużo lepszy niż w ostatnich latach.
Dorastanie sprawia, że czasem trzeba ograniczać rzeczy, które się kiedyś lubiło. Niekoniecznie znaczy to jednak, że od razu należy rezygnować z nich całkowicie. Może wystarczy zamknąć tę rzecz w wyznaczonym codziennie lub co tydzień czasie? Jeśli bowiem coś jest przyjemne, a do tego rozwijające, to chyba warto próbować utrzymać się przy tej rzeczy. Choć na moment, gdzieś między innymi zadaniami. Tak mi się przynajmniej wydaje.
A wy? Jak stoicie z czytelnictwem? A może jest coś innego, na co zaczęło brakować Wam czasu, ale chcielibyście do tego wrócić albo już wróciliście? Dajcie znać, jeśli chcecie.
Zostawiam Was z utworem na dziś, który nie jest nowy ani wybitny, ale ostatnio bardzo go polubiłem:
I to tyle. Życzę Wam dobrego popołudnia i tygodnia.
ENG:
Books. They broaden horizons. They show new worlds. They enable you to experience stories that are impossible to live. They teach, amuse, develop you. I used to read a lot. Until the end of the third year of studies, I was reading the books addictively. When I was eleven years old, I read Sienkiewicz's entire trilogy of my own free will. Up to high school I read all the obligatory books eagerly and then I gave up some of them, but only to have more time for more interesting positions. The library was one of my favorite destinations of walks.
And then came the adulthood. At my second-cycle studies I started studying extramurally and working at the same time. The amount of free time has shortened dramatically. Besides, even when it was appearing, I was usually tired enough that the intellectual effort was the last thing I wanted. A lot more convenient and less demanding was browsing various content on the internet or watching movies or series. It made it possible to rest. During this time, I almost stopped reading books. Time and willingness were lacking. Once in a while I have been reading something more, but it was very rare and only in exceptional situations. I also slightly improved my own statistics during the holidays, when I also had a break from work. Generally, however, it was poor.
Finally, in October last year, I became a master and suddenly it turned out that despite the increasing amount of work, I happen to have some free time. It was not a crucial moment yet, but it came soon after. On the occasion of Christmas, there were a few calm days and that's when I started to read "Harda". It did not go very fast, but step by step. When I finished one position, I started the next one, and then it went somehow. It also helped that recently I travel a lot with trains (both business and private trips), which gives me extra time to read. Since Christmas, I managed to read:
"Harda" and "Królowa" - two extremely addictive books by Elżbieta Cherezińska, being a historical novel about Świętosława, the sister of Bolesław Chrobry,
"Felix, Net and Nika and the End of the World We Know" - the fifteenth part of the beloved cycle for young people telling about three teenagers experiencing amazing adventures (it's a pity that they have been going to the same school for 15 years).
It's possible that there was another book on the way that I forgot about. Recently, however, I started to read "Kłamca", a fantasy novel about Loki and I am very curious to see what will happen next.
The outcome is a little over three books in five and a half months. Little? Once I would say so, but times have changed. Now I read almost exclusively on the occasion of the aforementioned journeys by train and sometimes a bit in the evening. Therefore, I think it's a pretty decent result. Apart from everything: much better than in recent years.
Growing up makes you sometimes have to limit things that you used to like. It does not necessarily mean, however, that you should give them up completely. Maybe it's enough to close this thing in a fixed amount of time on a daily or weekly basis? If something is pleasant and also developing, it is probably worth trying to keep up with this thing. At least for a moment, somewhere among other things and tasks. At least I think so.
And you? How do you stand with readership? Or maybe there is something else that you have been running out of time for, but would you like to come back or have you come back? Let me know if you want.
I leave you with a song for today, which is not new or outstanding, but recently I liked it. You can find it above.
And that's it. I wish you a good afternoon and a week.
Dopiero co zaczęła się wiosna. Pojawiło się słońce, świat budzi się do życia i to widać. Krążyłem dzisiaj po mieście, załatwiając różne sprawy: byłem u fryzjera, kupowałem prezenty dla mojej chrześnicy, oglądałem smartfony, rozważając zakup nowego. Przy tym wszystkim jednak obserwowałem ludzi. Co zauważyłem?
Po ulicach spaceruje mnóstwo ludzi. Wszyscy zaczęli się więcej uśmiechać. Wrócili muzycy uliczni, co w Mieście Muzyki UNESCO jest ważne i co uwielbiam. Na katowickim rynku chyba po raz pierwszy w tym roku pojawiły się foodtrucki (ok, to pewnie akurat nie zasługa lepszej pogody, bo rzecz musiała być zaplanowana z wyprzedzeniem, ale wpisuje się ona w ogólny trend). Zaczęła się wiosna, wróciło słońce i świat nabrał kolorów. Jak śpiewa Taco Hemingway w moim ukochanym "Italodisco", "Się okazało, że wystarczy trochę słońca, magia".
Pomyślałem, że to cudne, że taka zupełnie naturalna, w pełni spodziewana rzecz potrafiła odmienić rzeczywistość. Przecież każdy doskonale wiedział, że wiosna przyjdzie. I przyszła, a z dnia na dzień wszyscy zachowują się inaczej. Nie ma znaczenia to, że u większości ludzi nic ważnego nie zmieniło się w tym czasie. Zmiana pory roku nie miała wielkiego wpływu na ich życia. Dalej są tymi ludźmi, z tymi samymi problemami, a jednak przez pojawienie się nowej, radosnej pory roku, jakby nie do końca. To piękne.
W słońcu wszystko wygląda lepiej...
Tak właśnie tkwiłem w rozmyślaniach o tym, jakie to wspaniałe. A potem pomyślałem o tym, że w kolejnym wersie Taco stwierdza "Powrót depresji pewnie po wakacjach". Dotarło do mnie, że tak właśnie jest. To oczywiście pewna przesada, zabieg artystyczny, ale faktem jest, że w miesiącach jesienno-zimowych następuje pogorszenie nastrojów. To czas intensywnego marudzenia, narzekania na pogodę i temperaturę. Jesień bywa malownicza, ale zima? W górach tak, w mieście rzadko kiedy. W mieście to ponura część roku.
To głupie, bo działa tu dokładnie ten sam mechanizm. Wszyscy wiedzą, że szaruga, chłód czy brak słońca kiedyś się skończą. Każdy uczy się tego już w przedszkolu. Mimo to pozwalamy, by pora roku wpływała na nasz nastrój także negatywnie. Nie myślimy o przeszłości i przyszłości. Skupiamy się tylko na teraźniejszości. To często ma sens i tak radzi wielu mędrców, doradców czy coachów, mniej lub bardziej wiarygodnych. Przez takie podejście jednak nie cieszymy się z tego, że wiosna i lato już były i znowu będą. Tęsknimy i wyczekujemy, ale to nie to samo.
Może da się zmienić takie w gruncie rzeczy pesymistyczne podejście? Może da się cieszyć z rzeczy, których nie ma jeszcze w tym momencie, ale są tak w ogóle? Może próbujmy.
Z tym Was zostawiam. Utwór na dziś jest dość oczywisty (ale oprócz niego koniecznie posłuchajcie "Italodisco"):
Dobrego tygodnia! I dobrej wiosny!
ENG:
Spring has just begun. The sun appeared, the world is coming to life and it shows. I was circling the city today, doing things: I got a new haircut, I was buying presents for my goddaughter, I was watching smartphones, considering buying a new one. At the same time, however, I watched people. What did I notice?
There are a lot of people walking around the streets. Everyone began to smile more. Street musicians came back, what is important in the UNESCO City of Music and what I love. Probably for the first time this year foodtrucks appeared on the Katowice market (okay, probably not just because of the better weather, since such a the thing had to be planned in advance, but it fits in the general trend). Spring started, the sun returned and the world took on colors. As Taco Hemingway sings in my beloved "Italodisco", "It turned out that just a little sunshine is enough, magic."
I thought it was wonderful that such a completely natural, fully expected thing could change the reality. Everyone knew perfectly well that spring would come. And it came, and suddenly the day after everybody behave differently. It does not matter that in most people lifes nothing important has changed at this time. The change of the season did not have much impact on their lives. They are still the same people, with the same problems, but by the appearance of a new, joyous season, not so quite. It is beautiful.
That's how I was thinking about how great it is. And then I thought about the next verse , in which Taco says "Return of depression probably after the holidays". It occurred to me that this is how it is. This is, of course, an exaggeration, an artistic move, but the fact is that in the autumn-winter months there is a deterioration in moods. This is a time of intense whining, complaining about the weather and temperature. Autumn can be picturesque, but winter? In the mountains yes, in the city rarely. It's a grim part of the year in the city.
It's stupid because the same mechanism works here. Everyone knows that gray outside, cold and lack of sun will end sometime. Everyone is already learning this in kindergarten. Nevertheless, we allow the season of the year to affect our mood negatively. We do not think about the past and the future. We focus only on the present. This often makes sense and it is advised by so many sages, advisors or coaches, more or less reliable. By this approach, however, we are not happy that spring and summer were there and will be there again. We miss and wait, but it's not the same.
Perhaps it is possible to change such a, to be honest, pessimistic approach? Maybe you can enjoy things that are not yet available at the moment, but they exist at all? Maybe let's try.
I leave you wtih that. The song for today is quite obvious - the title means "Spring" (but besides, listen to "Italodisco"). You can find it above.
Culture in a rush, a book can't even breathe. [English version will be added soon.]
Wiecie, dlaczego częściej oglądam seriale lub rozmaite treści w sieci (nawet głupie) niż czytam książki? Te drugie są za bardzo angażujące. Wymagają pełnej uwagi, na co nie mogę sobie pozwolić. Nie można na przykład czytać, jednocześnie biegnąc na bieżni. To znaczy, okej, umówmy się: można wszystko. To po prostu nie jest najlepszy pomysł.
Efekt jest taki, że gdy obcuję z kulturą, to zazwyczaj sięgam po coś, co można chłonąć w międzyczasie, robiąc jednocześnie coś innego. Tu dwie uwagi:
Z rozważań tych wykluczam muzykę, bo akurat w jej przypadku powszechne jest obcowanie z nią niejako przy okazji, idąc gdzieś lub jadąc, pracując czy robiąc cokolwiek innego. Oczywiście, bywam czasem na koncertach i wtedy jestem w pełni skupiony na muzyce, ale to wydarzenia, nie codzienność.
Mój gust raczej nie odbiega istotnie od gustu przeciętnego człowieka (tak mi się przynajmniej wydaje), więc kiedy piszę o kulturze, mam przede wszystkim na myśli popkulturę.
Jest kilka takich czynności, przy których książka nie ma prawa się sprawdzić. Na każdą jednak mam sprawdzony zakres innych treści, które będą odpowiednie. Wygląda to tak:
posiłki - wiadomo, że jeśli jem w samotności, nie mam ochoty wyłącznie patrzeć się w ścianę. Na szczęście przy posiłkach spektrum możliwości jest największe. Przy kolacji, obiedzie czy śniadaniu w grę wchodzi jakiś serial, film lub internetowa publicystyka raz wyższych, raz niższych lotów. Czasem oglądam coś nowego, ale często też wracam do produkcji, które już oglądałem.
bieżnia/rowerek na siłowni - tu sprawa wygląda podobnie jak wyżej. Skoro i tak w czasie tego typu aktywności fizycznej nie zrobię nic innego, to mogę przynajmniej coś obejrzeć. Podczas takiego ruchu nie potrafię się jednak w pełni skupić, a tego wymagam od siebie, gdy oglądam coś nowego i chciałbym w pełni zrozumieć fabułę. Dlatego właśnie na siłowni ograniczam się raczej do wspomnianej publicystyki internetowej i seriali/filmów, które już widziałem. Teraz po raz chyba trzeci lub nawet czwarty włączam czasami "Jak poznałem waszą matkę", skoro Netflix dał taką możliwość. Jeszcze niedawno korzystałem też czasem w tym celu z Showmaxa, ale tę platformę zaraz pożegnamy.
prasowanie - niestety, moja praca oprócz licznych zalet ma tę jedną wadę, że na ogół wymaga bycia ubranym w garnitur. To samo w sobie nie jest problemem, ale wiąże się z bardzo częstym prasowaniem koszul. Prasowanie to zło. Tym bardziej, że w moim wykonaniu to dość czasochłonna czynność. Próbuję ją sobie jakoś umilać, na przykład poprzez oglądanie jakichś treści. Słowo oglądanie jest jednak pewnym wyolbrzymieniem, ponieważ nie chcę spalić swoich koszul, więc na ekran raczej tylko zerkam, wzrok skupiając na koszulach. W związku z tym przy prasowaniu ograniczam się już raczej do publicystyki internetowej. To może być na przykład Krzysztof Gonciarz, ale też Napisy Końcowe, czyli dyskusje na temat kinematografii prowadzone przez twórców Comics Weekly (Łukasz Stelmach - Ichabod, Oskar Rogowski - Komiksomaniak i Radosław Pisula - Full Frontal Pisula). Czasem wybieram też wywiady Onetu lub jakiś stand-up - w internecie jest przecież wszystko.
odkurzanie - kolejna przykra czynność. Tu nie sprawdzi się nic z obrazem, więc pozostaje mi włączyć Spotify (ewentualnie jakąś inną platformę) i posłuchać jakiegoś podcastu. Ostatnio są to najczęściej Imponderabilia, które można też znaleźć na YouTube'ie. Mi jednak bardziej odpowiada forma podcastu i w ten sposób mogę słuchać jak Karol Paciorek prowadzi ze swymi gośćmi rozmowy, które na ogół trwają od godziny do przeszło dwóch. Przy wersji ze Spotify'a brak obrazu jest co prawda pewną stratą, ale najważniejsze jest jednak to, co mówią zaproszeni goście. Ich spektrum jest zresztą bardzo szerokie: dziennikarze, muzycy, politycy, YouTuberzy, scenarzyści, aktorzy, sportowcy, naukowcy. Warto posłuchać.
Kto wygra? Książka czy Netflix?
Wracając do tematu książek: kiedyś czytałem ich mnóstwo. Trylogię Sienkiewicza przeczytałem, mając 11 lat. Na manewry, terenowe imprezy harcerskie potrafiłem zabierać ze sobą kilkaset stron lektury. Jeszcze nie tak dawno, kilka lat temu zabrałem ze sobą na Przystanek Woodstock "Metro 2033". Czytałem je nocą, przy świetle latarki, siedząc pod drzewem naprzeciwko dworca PKP w Kostrzynie i czekając na pociąg powrotny. To były czasy! A teraz? Teraz nie ma czasów, a przynajmniej czasu. Dopadła mnie codzienność, w której nie bardzo jest miejsce na książki.
Tylko, że to bzdura. To kwestia determinacji. W ostatnich latach czytałem mało, ale przez święta zabrałem się za "Hardą", książkę widoczną na zdjęciu. To powieść o losach Świętosławy, siostry Bolesława Chrobrego i miałem się nią zająć już dawno temu, ale ciągle nie było kiedy. W święta pojawiło się trochę czasu i zdążyłem się wciągnąć w fabułę, więc teraz staram się codziennie przeczytać przynajmniej kilkanaście/dziesiąt stron, bo część druga już czeka.
Prawda jest taka, że skoro w ciągu dnia nie mam czasu na lekturę, ale przy okazji innych zajęć mogę oglądać seriale czy filmy, słuchać publicystyki itd., to przynajmniej czas tuż przed snem mogę poświęcić na książki. Dziś wyjeżdżam na delegację i zabieram ze sobą "Hardą". Chyba będzie ważyć więcej niż laptop.
Kwestionowałem ostatnio sens postanowień noworocznych, ale jeśli miałbym jakieś mieć, to chyba byłoby właśnie takie: w nowym roku więcej czytać. Dobrej lektury nam wszystkim! Jeśli macie ochotę, dajcie też znać, co lubicie oglądać lub słuchać, zajmując się nużącym prasowaniem, odkurzaniem i innymi tego typu rzeczami.
Utwór na dziś nie ma nic wspólnego z tym tekstem. Jest za to piękny:
Dobrego popołudnia i tygodnia!
ENG:
Do you know why I watch TV series or various content on the web more often (even stupid) than I read books? The latter are too engaging. They require full attention, which I can not afford. For example, you can not read while running on the treadmill. Well, okay: you can do anything. It's just not the best idea.
The effect is that when I associate with culture, I usually reach for something that can be absorbed in the meantime, while doing something else. Here are two notes:
I exclude music from these considerations, because in its case it is common to deal with it by the way, while walking somewhere or driving, working or doing anything else. Of course, sometimes I go to concerts and then I am fully focused on music, but those are events, not everyday life.
My taste does not really differ significantly from the taste of the average person (I think so at least), so when I write about culture, I mainly think of pop culture.
There are several activities when the book is not an option. For each of them, however, I have a range of other content that is appropriate. This is how it works:
meals - it is obvious that if I eat in solitude, I do not want to just look at the wall. Fortunately, with meals the spectrum of possibilities is the greatest. During supper, dinner or breakfast, I can watch a series, a movie or an online journalism (better or worse). Sometimes I watch something new, but I also often come back to the things I have already watched.
treadmill / bike at the gym - this case is similar to the above. Since I can't do anything else during this type of physical activity, I can at least watch something. However, I can not fully concentrate then, and this is what I require from myself when I watch something new and would like to fully understand the plot. That's why I limit myself to the aforementioned online journalism and series / movies that I have already seen. Now for the third or even fourth time I sometimes watch "How I met your mother", since Netflix gave us this opportunity. Until recently I also used Showmax for such a purpose, but we will say goodbye to this platform soon.
ironing - unfortunately, my work apart from numerous advantages has one disadvantage, which is usually requiring to wear a suit. This is not a problem itself, but it involves very frequent ironing of shirts. Ironing is evil. The more so because in my performance it is quite a time-consuming activity. I try to make it more pleasant somehow, for example, by watching some content. The word "watching" is, however, an exaggeration, because I do not want to burn my shirts, so I only look at the screen from time to time, focusing on the shirts. Therefore, when I'm ironing, I'm limiting myself to online journalism. This may be for example Krzysztof Gonciarz, but also the Final Subtitles - discussions about cinematography conducted by the creators of Comics Weekly (Łukasz Stelmach - Ichabod, Oskar Rogowski - Komiksomaniak and Radosław Pisula - Full Frontal Pisula). Sometimes I also choose Onet interviews or some stand-up shows - there is everything on the internet.
vacuuming - another unpleasant activity. Nothing with the image will work here, so I need to turn on Spotify (or some other platform) and listen to some podcast. Recently, these are mostly Imponderabilia, which can also be found on YouTube. However, the form of the podcast suits me better and in this way I can listen to how Karol Paciorek conducts conversations with his guests, which usually last from one hour to more than two. With the Spotify version, the lack of a picture is a certain loss, but the most important thing is what the invited guests say. Their spectrum is very broad: journalists, musicians, politicians, YouTube, scriptwriters, actors, athletes, scientists. It's worth listening.
Returning to the topic of books: I used to read a lot. I read the Sienkiewicz trilogy at the age of 11. I was able to take several hundred pages of reading with me for maneuvers, field scouting events. Not so long ago, a few years ago I took the "Metro 2033" with me to Przystanek Woodstock. I read it at night, by the light of the flashlight, sitting under a tree in front of the railway station in Kostrzyn and waiting for the return train. Those were times! And now? There are no times now or at least there is no time. Daily life had overwhelmed me and there is not much place for books.
Only that it is bullshit. It's a matter of determination. In recent years, I have read few, but by Christmas I set about "Harda", a book visible in the picture. This is a novel about the life of Swietosława, sister of Bolesław Chrobry, and I was supposed to start reading it long ago, but there was never any time. During the Christmas some time finally appeared and I got caught up in the story, so now I try to read at least a dozen / ten pages every day, because the second part is already waiting.
The truth is that if during the day I do not have time to read, but during other activities I can watch series or movies, listen to journalism, etc., I can at least spend for the reading the time just before bedtime. Today I am leaving for a delegation and I am taking 'Harda' with me. I think it will weigh more than a laptop.
I recently questioned the meaning of the New Year's resolutions, but if I had to have any, it would probably be like this: read more in the new year. Happy reading to all of us! If you would like, let me know what you like to watch or listen to, bored with ironing, vacuuming and other things like that.
The song for today has nothing to do with this text. However, it is simply beautiful.
Dzisiejszy tekst miał być o zacieśnianiu więzów. O tym, że ci, którzy kiedyś byli tylko znajomymi, stają się chrzestnymi, świadkami na ślubach, organizują wieczory kawalerskie itd. To świetne zjawisko i wszystko brzmi wspaniale. Podobałby mi się ten tekst, ale od pisania o tym ważniejsze jest działanie w wymienionym zakresie.
W związku z tym wczoraj organizowałem kumplowi wieczór kawalerski, więc czas od godziny 15:30 do godziny 07:30 był dla mnie wyjęty z życia. Potem udało mi się złapać ledwie kilka godzin snu, doprowadzić się do względnego porządku i już jechałem odwiedzić moją chrześnicę i wręczyć jej prezent od św. Mikołaja.
Nie ma to jak porządna broń na kawalerskim!
Efekt? Zupełnie nie miałem dzisiaj czasu na pisanie o tym zacieśnianiu więzów. Zamiast tego musiałem się nim naprawdę zająć. Może wrócę do tematu za tydzień, a tymczasem zostawiam Was z utworem absolutnie niezwiązanym z tematem tego wpisu:
Dobrego tygodnia! Skupcie się na tym, co ważne, zamiast tylko o tym pisać/mówić/cokolwiek!
ENG:
Today's text was supposed to describe strengthening human relationships. It was to be about the fact that those who were once only friends, start to become godparents or best men at the weddings, organize bachelor parties, etc. It's a great phenomenon and it sounds nice. I would enjoy this text, but acting in respect to this is more important than writing about it.
So yesterday I organized a bachelor party for my friend and my time from 15:30 to 07:30 was definitely devoted to it. After that I managed to have only a few hours of sleep, got myself together and I was already in my way to visit my goddaughter and give her a gift from St. Nicholas.
Result? I did not have enough time today to write about this strengthening human relationships. Instead, I had to really take care of it. Maybe I'll come back to the topic in a week, and meanwhile I leave you with a song absolutely unrelated to the topic of this entry. You can find it above.
Have a good week! Focus on what's important, instead of only writing / talking / anything about it!
Podobno mam mieć w tym roku obronę pracy magisterskiej. Tyle tylko, że w tym celu trzeba mieć co bronić. Praca się tworzy i raczej faktycznie zostanę magistrem jeszcze w 2018 r. Czy jednak nastąpi to w najbliższym możliwym terminie, czyli w lipcu? Nie jestem przekonany. W tym celu praca, której do tej pory napisałem może ciut więcej niż jedną trzecią, za trzy i pół tygodnia musiałaby być gotowa i oddana.
Nie jest to oczywiście niewykonalne, ale trudne, biorąc pod uwagę, że lwią część mojego czasu pochłania życie zawodowe, wieczorami próbuję przygotowywać projekty na bieżące zaliczenia na studia, a nie mam też ochoty na całkowitą rezygnację z życia towarzyskiego.
Ktoś mógłby powiedzieć: "trzeba było zacząć wcześniej". Bardzo ku*wa dobra rada. Tyle tylko, że:
teraz już nie bardzo przydatna;
w sumie zacząłem wcześniej, ale niewiele z tego wynikło (o czym wspominam też >>tutaj<<).
Mimo to, gdybym bardzo się sprężył, zapewne dałbym radę wyrobić się w terminie. Pozostaje jedno pytanie: po co?
Wiślańska nerka najlepiej odda Twoje myśli!
To już koniec studiów. Tytuł ten nie jest mi paląco potrzebny na już. Ewentualne studia podyplomowe nie są kwestią życia i śmierci. Po co więc się spinać, żeby za wszelką cenę zdążyć w lipcu? Słyszę opinie, że po to, żeby mieć sprawę z głowy i nie przejmować się nią przez wakacje. Według mnie to jednak bzdura. Nawet jeśli nie dam rady w wyznaczonym terminie złożyć pracy do dziekanatu, to zabraknie mi niedużo i przez większość wakacji będę ją miał już dawno napisaną. Co za tym idzie: o obronie zacznę myśleć dopiero, gdy znacznie przybliży się jej termin.
Nie mam więc żadnego ważnego powodu, żeby się spieszyć i niepotrzebnie denerwować. Akceptuję to, że być może obronię się dopiero na jesieni. Pogodziłem się z tą myślą. Nie znaczy to wcale, że odpuściłem teraz temat pracy magisterskiej. Wręcz przeciwnie: zajmuję się nią, gdy mam wolną chwilę. Podchodzę do tego jednak na luzie.
Tego Wam też życzę. Zastanawiajcie się, czy warto się denerwować i czy dotrzymanie różnych terminów jest dla Was rzeczywiście niezbędne. Zaakceptujcie to, że nie wszystko się uda.
Piosenka na dziś - wy już pewnie to słyszeliście, ale ja po raz pierwszy usłyszałem ją dopiero wczoraj/dzisiaj i urzekła mnie kompletnie:
Życzę Wam dobrego tygodnia. Do zobaczenia wkrótce!
ENG:
Apparently I have my master's thesis defence this year. It's just that for this you must have something to defend. The thesis is being created and I will rather actually become a master in 2018. Will it happen as soon as possible, in July? I'm not sure. For this purpose, the work, which is written for now in maybe a little more than one third, would have to be ready in three and a half weeks .
Of course, this is feasible, but difficult, given that the huge part of my time is consumed by my professional life, in the evening I try to prepare projects for my current classes, and I do not want to give up social life altogether.
Someone might say, "you should have started earlier". Very good f*cking advice. It's just that:
it is not useful anymore;
In total, I started earlier, but not much of it resulted (as I also mentioned >>here<<).
Even so, if I worked really hard, I would probably be able to make it on time. One question remains: what for?
This is the end of studies. This title is not urgently needed for me. Possible postgraduate studies are not a matter of life and death. So why to fight at all costs to defend in July? People say that in order to not to worry about it through the vacation. In my opinion, it is nonsense. Even if I do not manage to submit my thesis to the dean's office within the prescribed period, I will be ready a few days after. For the rest of vacation I won't worry and I will start thinking about defense when its deadline will be much closer.
So I have no important reason to hurry up and unnecessarily nervous. I accept that I may defend myself in the fall. I accepted this idea. This does not mean that I have now given up the subject of my master's thesis. Quite the contrary: I work on it always when I have a spare moment. I approach it, however, at ease.
I wish you that. Think about whether it is worth being nervous and whether it is really necessary for you to meet different deadlines. Accept that not everything will succeed.
The song for today - folk cover of polish song. Quite cool. You can find it above.
Ciekawe, czy po tym tekście ktoś się na mnie obrazi... Oby nie! Tak naprawdę jednak aż tak bardzo się tym nie przejmuję. Do rzeczy!
XXI wiek. 2018 rok. Złoty wiek mediów społecznościowych (przemilczmy drobne kryzysy). Mnóstwo znajomych i znajomości. Przeprowadziłem mały test. Sprawdziłem liczbę swoich znajomych na Facebooku. 470. Sporo? Niektórzy pewnie powiedzą, że tak, ale to nie do końca prawda. Wszystko zależy od tego, z kim się porównywać. Sprawdziłem liczbę znajomych pierwszych z brzegu moich znajomych. 381. 393. 263. 904. 404.
Okej, czyli jestem w czołówce. To oczywiście złudne, bo test taki nie jest wiarygodny, a poza tym wiele zależy od tego, w jak wielu i jak licznych środowiskach człowiek się obraca. Nimniej jednak, liczba jest spora. Oczywistym jest też, że nie utrzymuje się kontaktu z tymi wszystkimi ludźmi. To zresztą niemożliwe, ale też nie ma takiej potrzeby.
To dlatego, że struktura znajomych na największym portalu społecznościowym świata to arcyciekawa rzecz. Są tam na przykład tacy osobnicy, o których w sumie nawet nie do końca się wie, co tam robią i jak się tam znaleźli. Wydają się być ze świata zupełnie innego niż nasz. Z tymi można się bez żalu rozstać. Mam nadzieję, że mi na przykład udało się już zredukować tę grupę do minimum. Próbowałem teraz znaleźć kogoś takiego i dopiero po dłuższej chwili dotarłem do dwóch osób, co do których co prawda wiem, skąd je znam i dlaczego wysłały mi zaproszenie do znajomych, ale nie jestem pewien, czy poznałbym je na ulicy.
Na drugim końcu skali są tacy ludzie, bez których nie wyobrażacie sobie dobrej imprezy, swoich urodzin, jakiegoś wyjazdu, a z drugiej strony wyobrażacie sobie ich: jako świadków na waszym ślubie, chrzestnych waszych dzieci itd. Najlepsi kumple, przyjaciele, niemal rodzina. Z nimi utrzymujecie kontakt. Może się zdarzyć, że widzicie się rzadko, bo dorosłość ma tę jedną nieprzyjemną cechę, że każdy ma milion spraw i ciągle brakuje czasu, ale mimo wszystko dbacie o te więzi.
Są wreszcie ci, na których chcę się dzisiaj skupić. Ci pomiędzy. Ludzie, z którymi dobrze Wam się rozmawia, spędza czas, z którymi macie same dobre wspomnienia, ale jednocześnie nie widzieliście się bardzo długo i żadna ze stron jakoś bardzo o to nie zabiega. Byłoby miło się spotkać, ale nie jest to priorytet. Ludzie, którzy w jakiś sposób nadawali koloru waszemu życiu, ale nie były to żadne podstawowe barwy i po utracie kontaktu wasz świat nie staje się czaro-biały. Zatem choć spotkanie to kuszący pomysł, to raczej nikt z Was nie poświęci na nie czasu. Aż tyle go nie ma.
Odmalowali moją podstawówkę. Kto? Kiedy? Po co?
I czy to ma jakikolwiek związek z tym wpisem?
Tu właśnie niespodziewanie uderza zaleta mediów społecznościowych. Możemy obserwować tych ludzi. Być z nimi na bieżąco, wiedzieć, co u nich, mimo, że dawno się nie spotkaliśmy. Dzięki temu, gdy wreszcie uda się wypić razem jakąś kawę lub piwo, punkt zaczepienia do rozmowy znajdzie się sam.
Tyle, że do wykorzystania takiego punktu ostatecznie i tak potrzebne jest spotkanie. Czasu brakuje zawsze, więc trzeba po prostu wybrać moment, gdy brakuje go mniej. Wtedy warto zastanowić się,
z kim chętnie by się porozmawiało i po prostu zadzwonić, napisać SMSa lub wysłać wiadomość na Messengerze. Jest łatwo. Po co tracić kolejne kolory z życia?
Piosenka na dziś? Co prawda to nie do końca o tej środkowej grupie, ale i tak zawsze warto:
Dobrego tygodnia!
ENG:
I wonder if someone would be offended after this text ... I hope not! But I do not really care about it. Let's focus!
XXI century. 2018 year. The golden age of social media (let's keep silent about minor crises). Lots of friends and acquaintances. I carried out a small test. I checked the number of my friends on Facebook. 470. A lot? Some will probably say yes, but it's not entirely true. It all depends on who to compare with. I checked the number of friends of some of myfriends. 381. 393. 263. 904. 404.
Okay, so I'm in the lead. This is obviously deceptive, because such a test is not reliable, and besides, a lot depends on how many and how large social groups man belongs to. Nevertheless, the number is considerable. It is also obvious that there is no contact with all of them. It is impossible, but it is also unnecessary.
This is because the structure of friends on the largest social networking site in the world is an extremely interesting thing. There are, for example, such individuals, about who you do not even know what they are doing there and how they got there. They seem to be from a completely different world than ours. You can part with these without regret. I hope that I have already reduced this group to a minimum. I tried to find someone like that now and it took me a long time to get to two people about who I know where I know them from and why they sent me the invitations to friends, but I'm not sure if I would recognize them on the street.
At the other end of the scale there are people without whom you can not imagine a good party, your birthday, some trip, and on the other you imagine them as best men at your wedding, godparents of your children, etc. Best friends, almost family. You keep in touch with them. It may happen that you rarely see each other, because adulthood has this one unpleasant feature, that everyone has a million things to do and is still short of time, but you still care for these bonds.
Finally, there are these I want to focus on today. These between. People with whom you talk well, spend good time with, with whom you have only good memories, but at the same time you have not seen them very long and none of the parties really care about it. It would be nice to meet, but this is not a priority. People who somehow gave color to your life, but those were not any basic colors and after losing contact your world does not become black and white. So even though the meeting is a tempting idea, none of you will spend time on it. It is too precious.
This is where one advantage of social media strikes unexpectedly. We can observe these people. Be with them on a regular basis, know what's up, even though we have not met for a long time. Thanks to this, when you finally manage to drink together some coffee or beer, the starting point for the conversation will be there, waiting.
It's just that a meeting itself is needed to use such a point anyway. There is always time missing, so you just have to choose the moment when you lack it less. Then it is worth considering who you would like to talk to and just call, write a text message or send a message via Messenger. It's easy. Why lose more colors from life?
Song for today? Well, it's not exactly about this middle group, but it's always worth listening. You can find it above.
Napisałem dzisiaj ostatni egzamin w tej sesji. Kolejny semestr za mną (a przynajmniej mam taką nadzieję - trzeba jeszcze poczekać na niektóre wyniki). Cieszę się, że to koniec. Mam dość. Jestem zmęczony. W mojej głowie kołacze się jednak tylko jedno pytanie: "Co teraz?!". Najchętniej położyłbym się i leżał. Leżał przez wieczność. Nawet nie spał, ale po prostu wegetował z delikatnie przymkniętymi oczyma.
Widok zza okna i przy okazji wizualizacja mojego stanu umysłu (#nofilter).
To nie tak, że nie mam czym się zająć. Przeciwnie. Roboty jest mnóstwo. Trzeba na przykład dokończyć tekst do "Suplementu", bo gotowa jest dopiero mniej więcej połowa, a deadline zbliża się nieubłaganie. Nie chcę przecież, żeby przesympatyczna Redaktor Naczelna zaczęła mnie ścigać z siekierą. Do tej pory nie musiała. Swoją drogą już w najbliższą sobotę mam pierwsze zajęcia w kolejnym (już ostatnim!) semestrze. Pojawi się więc nowy materiał. Cały czas zresztą trzeba zajmować się pracą i zostawić coś na tzw. życie prywatne (ten tydzień to przede wszystkim urodziny Lubej Mej, siłownia i... <werble> Black Panther). Widać wobec powyższego, że na nadmiar czasu wolnego wcale nie narzekam.
Nie wspominam już o tym, że powinienem pisać pracę magisterską, a póki co jest ona mniej więcej tak blisko ukończenia jak Huragan Wołomin wygrania Ligi Mistrzów. Mam nadzieję jednak, że to się zmieni i wspólnym mianownikiem nie pozostanie "nie w tym roku".
Tyle rzeczy do zrobienia, a mimo to mam poczucie pustki. W ostatnich tygodniach sesja pochłaniała sporą część mojej doby i nagle tego nie ma. Koniec z siedzeniem do nocy nad stanowczo za długimi prezentacjami. Zwolniło się tyle czasu! Co ja z nim zrobię? Będę się nudzić.
To oczywiście bzdura. Po prostu rzeczy, które wymieniałem wcześniej, musiały tymczasowo ustąpić miejsca nauce i teraz stopniowo zaczną na powrót zajmować coraz więcej czasu, aż znowu doba stanie się za krótka. Paradoks polega na tym, że zdaję sobie z tego sprawę, a uczucie pustki nie znika. To się jednak zmieni. Musi, bo niebawem po prostu znów nie będę miał czasu, żeby o tym myśleć.
Tymczasem pozostaję w sprzeczności sam ze sobą, odczuwając pustkę, która nie istnieje. Zawsze wiedziałem, że nie jestem całkiem normalny...
Akcent muzyczny? Coś co pewne już znacie. Ja też znam to nie od dziś, ale co z tego? Posłuchajmy:
To chyba tyle. Dobrego tygodnia, bez poczucia pustki, ale też bez przepracowania. Niech wszystkiego będzie w sam raz.
ENG:
Today I wrote the last exam in this session. One another semester is already behind me (or at least I hope so - I still have to wait for some results). I'm glad it's over. I'm fed up and tired. In my mind, however, there is only one question: "What now ?!". I would lie down. I would lay for eternity. I wouldn't even sleep, but simply vegetate with closed eyes.
It's not like I have nothing to take care of. It's opposite of that, actually. There is a lot to do. For example, I need to finish the article to the "Suplement", because only about half of it is ready for now and the deadline is approaching inexorably. I do not want the friendly Editor-in-Chief to start chasing me with the axe. She did not have to do so yet. What's more, this Saturday, I have my first classes in the next (already last!) semester. A new content to learn will appear. Still all the time I have to do my job and leave some time on the so-called private life (this week it is primarily determined by the birthday of My Darling, gym and ... <ruflles> Black Panther). You can see from the above that I do not complain about the excess of free time.
I do not mention the fact that I should be writing a master's thesis, and for now it is close to be finished like Huragan Wołomin is close to be Champions League winner. I hope, however, that this will change soon and the common thing will not be "not this year".
So many things to do, and yet I have a sense of emptiness. In recent weeks the session absorbed a lot of my day and suddenly it is all gone. No more sitting until the night with far too long presentations. So much time has been freed! What will I do with it? I am going to be bored.
This is obviously a nonsense. Simply, the things I mentioned earlier had to temporarily give way to learning and now they will gradually start to take up more and more time until the day becomes too short. The paradox is that I realize this, but the feeling of emptiness does not disappear. This, however, will change. It has to, because soon I will not have time to think about it again.
Meanwhile, I am in contradiction with myself, feeling a void that does not exist. I always knew that I was not quite normal ...
Song for today? Polish alternative. You can find it above.
I think that's all for now. Have a good week, without a sense of emptiness, but also without overwork. Let everything be just right.