Czytam czasem różne historie w internecie (nie, nie Anonimowe). Ludzie piszą, co im się przytrafiło. Część jest pewnie zmyślona, ale część prawdziwa. Niektóre są szokujące, inne oburzające, a jeszcze inne po prostu smutne.
Czytałem na przykład o dziewczynie, która chciała iść do zawodówki lub technikum na konkretne kierunki, ale nie, bo jej mama zdecydowała inaczej. Za wszelką cenę musiała wybrać liceum - nie byle jakie, bo w dużo większym mieście, za to jak najbliżej dworca. To były jedyne kryteria. Nie miały znaczenia różnice programowe (inny język obcy niż dotychczas), brak jakichkolwiek znajomych czy inne kwestie. Nie. Mama zdecydowała i tak musiało być.
Czytałem też inne historie. O rodzicach, wybierających dziecku kierunki studiów mimo absolutnego braku talentu do tych dziedzin. O rodzicach wymuszających na swoich potomkach pójście w swoje ślady, zaangażowanie się w rodzinny biznes lub przejęcie go albo chcących, by dzieci zrealizowały ich niespełnione ambicje.
Coś tam się udało.
Za każdym razem myślałem sobie tylko jedno: "straszne". O kilka rzeczy mogę mieć pretensje do moich rodziców (niewiele), ale na pewno nie o to, że cokolwiek narzucali mi w kwestii moich wyborów życiowych. Przy wyborze gimnazjum może bardziej się angażowali, ale byliśmy w miarę zgodni, a przy wyborze liceum służyli jedynie jako ciało doradcze. Przed wybraniem studiów kilka razy diametralnie zmieniałem zdanie, a oni się nie wtrącali. Sugerowali, że mogę wyjechać do innego miasta, ale sam zdecydowałem, że nie. O decyzjach związanych z podjęciem pracy dowiedzieli się, gdy już je podjąłem, ale mogłem się jeszcze wycofać, więc mieli szansę na wyrażenie swojej opinii. Podobnie było ze zmianą uczelni po licencjacie.
Generalnie, obserwowali, słuchali i w razie potrzeby wypowiadali się, zwracając uwagę na pewne aspekty, ale decyzja zawsze była moja. Tak to powinno wyglądać. Ja wiem, że dla wielu z Was jest to pewnie oczywiste, ale istnieje ryzyko, że nie dla wszystkich.
Dajcie dzieciom podejmować decyzje. Jasne, doradzajcie, wyrażajcie swoje zdanie, ale niech ostateczny wybór należy do nich. Jeśli się pomylą - trudno. Prawdopodobnie to i tak nie będą decyzje, które zaważą na całej ich przyszłości, bo, proszę Was, wybór szkoły może mieć oczywiście wpływ na późniejsze studia czy pracę, ale wcale nie musi. To kwestia osobistej determinacji. Dajcie im decydować, żeby jak najszybciej nauczyły się, że każda decyzja ma swoje konsekwencje. Skoro one mają je ponosić, to niech one decydują.
Swoją drogą jestem pewien, że zdecydowana większość czytelników tego wpisu nie ma dzieci, a ci, którzy je mają, mają dzieci dorosłe, które i tak decydują o sobie lub zbyt małe, by to robić. Niemniej jednak kiedyś może nas dotknąć to zagadnienie. Poza tym, cały ten wpis można też przełożyć na inne bliskie nam osoby. To nie muszą być dzieci, ale rodzice, przyjaciele, współmałżonkowie, rodzeństwo. Wiele osób, o które się troszczymy. Musimy jednak uważać, by troska nie przerodziła się w przejęcie kontroli. Tylko tyle i aż tyle.
Utwór na dziś, dlatego, że mam ochotę go posłuchać. Posłuchajcie i wy:
To wszystko. Życzę Wam wszystkim dobrego dnia i życia.
ENG:
I sometimes read various stories on the internet (no, not the page Anonymous Confessions). People write what happened to them. Some stories are probably made up, but some are real. Some are shocking, others outrageous, and others just sad.
I read, for example, about a girl who wanted to go to a vocational school or technical college to learn specific profession, but not, because her mother decided otherwise. At all costs she had to choose a high school - not just any, but in a much larger city, however as close as possible to the railway station. These were the only criteria. The differences in the program (other foreign language than before), lack of any friends or other issues did not matter. No. Mum decided it must have been so.
I also read other stories. About parents choosing fields of study for their children despite their absolute lack of talent in these fields. About parents forcing their descendants to follow them in career, engage in or take over the family business or to realize unfulfilled ambitions of parents.
Every time I thought only one thing: "horrible". I can blame my parents for a few things (not much), but they definitely were not imposing anything on my life choices. They were more involved when choosing the gymnasium, but we were quite unanimous, and when choosing the high school they served only as an advisory body. Before choosing my studies, I totally changed my mind a few times and they did not interfere. They suggested that I could go to another city, but I decided not to. They learned about my decisions related to taking up the job when I took them, but I could still withdraw, so they had a chance to express their opinion. It was similar with the change of university after the bachelor.
In general, they watched, listened and, if necessary, spoke, bringing attention to certain aspects, but the decision was always mine. This is how it should look like. I know that for many of you this is probably obvious, but there is a risk that not for everyone.
Let children make decisions. Sure, advise, express your opinion, but let the final choice be theirs. If they make a mistake - well, that is a pity. Probably the decisions will not affect their entire future, because, come on, the choice of school can have an impact on later studies or work, but it does not have to. It's a matter of personal determination. Let them decide, so they learn as soon as possible that each decision has its consequences. If they are to bear them, let them decide.
Anyway, I am sure that the vast majority of readers of this post do not have children, and those who have them have adult children who already decide about themselves or too small ones to do so. Nevertheless, one day we may be affected by this issue. In addition, this entire post can also be related to other people close to us. They do not have to be children, but parents, friends, spouses, siblings. Many people we care about. However, we must ensure that the care does not turn into a taking control. That is all.
The song for today is chosen, because I feel like listening to it. You can do it too, if you find it above.
When the students seem to be young... [English version below.]
W minionym tygodniu odbywały się Juwenalia Śląskie. Chociaż studia ukończyłem już kilka miesięcy temu, to jednak wczoraj i przedwczoraj postanowiłem wybrać się na tę imprezę. Wcześniej nie mogłem, ponieważ byłem na delegacji i właśnie przez to przegapiłem koncert Stachursky'ego z muzycznym odpowiednikiem młota pneumatycznego, czyli "Doskozzzy". Dorosłe życie jednak bywa przykre...
W każdym razie o dwa dni tego studenckiego wydarzenia udało mi się zahaczyć. Jak było? Hmmm...
Piątek
Najpierw fakty: właśnie w piątek wróciłem z delegacji, więc byłem dość zmęczony. Jedyny zespół, który mnie interesował, czyli PRO8L3M, grał dopiero o północy. Moja przyszła małżonka spędzała wieczór tego dnia z koleżankami z pracy i spotkaliśmy się dość późno. Efekt był taki, że na teren imprezy dotarliśmy znacznie po 23.
Pierwsze, co mnie zaskoczyło, to ilość ludzi wracających już w tym momencie. Jak rozumiałem, największa gwiazda miała dopiero grać, a sporo osób już uciekało. To jednak szybko się wyjaśniło, gdy idąc dalej zaczęliśmy się przeciskać przez jeszcze większy tłum. Po prostu tego dnia tam była naprawdę potężna masa ludzi, chyba znacznie większa niż gdy gwiazdami są artyści rockowi. To by zresztą potwierdzało trendy obserwowane od lat w powszechnych gustach muzycznych. Do tego w przeciwieństwie do mnie tłum wokół w zdecydowanej większości był już po kilka godzinach konsumpcji alkoholu, a niektórzy pewnie także po innych używkach. To sprawiało, że miałem wrażenie otaczającego mnie chaosu. Następnie okazało się, że w tym roku piwo na tej imprezie kosztuje 8 zł. To nie jest dużo za ten cudowny napój, ale jak na juwenalia to sporo. Ponadto do kas były spore kolejki (choć przyznaję, widywałem dużo gorsze), za żetony na piwo nie można było płacić kartą (jakaś awaria), a kasjer 26 zł reszty wydał mi jako jeden banknot 10 zł i 16 złotówek. Wiem, że pewnie nie miał inaczej, ale to kolejna irytująca kwestia. Potem okazało się jeszcze, że teren pod sceną pokryty jest dość głębokim błotem. Moje kupione tydzień temu buty trochę rozpaczały, ale na szczęście były dość tanie, więc nie miałem skrupułów podejmując decyzję o ich zbezczeszczeniu.
Wreszcie zaczął się koncert. Nie udało nam się spotkać z moimi znajomymi, o których wiedziałem, że gdzieś tam są, więc stanęliśmy wraz z Lubą Mą gdzieś z boku, obserwując scenę i słuchając występu. Ten okazał się najjaśniejszym punktem wieczoru. Jestem zdania, że istnieje wielu artystów, którzy brzmią inaczej na płytach i na żywo. Są tacy, których występy na scenie mają pewne niedociągnięcia, brakuje im dopracowania i są tacy, którzy z kolei na nagraniach tracą swoją energię, żywiołowość, atuty wykorzystywane podczas koncertów. Tu nic takiego nie miało miejsca. Okazało się, że PRO8L3M na żywo zachwyca tak samo jak na nagraniach. Do tego dołożyło się niezłe show świateł i animacji oraz niebanalna narracja między utworami, skupiona na dialogu.
Ostatecznie, kierując się zdrowym rozsądkiem (nie moim), nie zostaliśmy do samego końca. Wróciliśmy stamtąd mniej więcej czterdziestominutowym spacerem. Byłem jednak zadowolony, bo wcześniej większość tego, co chciałem usłyszeć, usłyszałem. Stwierdziłem jednocześnie, że jeśli kolejny dzień, już bardziej w moich klimatach, będzie mnie tak samo irytował różnymi rzeczami, to chyba faktycznie jestem już za stary na juwenalia. A potem przyszła...
Sobota
Tym razem dojechałem na miejsce specjalnym, juwenaliowym autobusem. Nie dało się go pomylić z innymi, ponieważ był dość mocno zapełniony młodymi ludźmi, z których spora część już popijała piwo. To rzeczywiście było coś znajomego. Umówiłem się na miejscu z kumplem jeszcze z czasów liceum i spotkaliśmy się jakoś przed 20. Grał już KAMP!, czyli pierwszy z zespółów, których chciałem posłuchać. Ludzi było sporo, ale zdecydowanie mniej niż dzień wcześniej. Szybko zamieniliśmy żetony, które zostały mi z piątku, na ciemne piwo i ruszyliśmy w stronę sceny. Okazało się, że tego dnia położono jakiś długi dywan (albo raczej wykładzinę) prowadzącą od wybrukowanego chodnika do miejsca, w którym grunt był już trawiasty, a nie błotnisty i można było stać w cywilizowanych warunkach. Koncert okazał się bardzo przyjemny, można było posłuchać, potupać nóżką. Ekran za sceną został wykorzystany do hasłowej narracji np. tytułami utworów. W przerwie między występami cofnęliśmy się po kolejne żetony na piwo i tego dnia nabyliśmy je niemal bez kolejki.
Niedługo potem zaczęły grać Strachy Na Lachy. O ich koncercie nie ma co za dużo pisać, bo był po prostu dobry jak zazwyczaj. Zostałem natomiast pozytywnie zaskoczony pojawieniem się niektórych utworów, o których miałem wrażenie, że zespół rzadko je grywa. Przykłady to choćby "Krew z szafy" czy "Dygoty". W trakcie koncertu mój kumpel wypatrzył w tłumie innego naszego kumpla, też jeszcze z czasów liceum, który teraz pracuje za granicą. Pogadaliśmy z nim trochę, po czym ruszył do innych swoich znajomych. Spotykanie przypadkowych znajomych też wpisuje się w rzeczy, które kojarzę z juwenaliami, a ci dwaj moi kumple spotykali jeszcze innych ludzi, których znali. To znaczy, że zjawisko nie umarło, nawet jeśli sam doświadczyłem go jedynie w mikroskali.
Na koniec naszej obecności na juwenaliach zagrała BOKKA. Zespół znany najbardziej z utworu "Town of strangers" także zrobił na mnie wrażenie. Muzycznie było to bardzo cenne doświadczenie, dodatkowo wspierane tym, iż artyści występują w maskach, a narracja była prowadzona jakby w formie czatu. Wokalistka od czasu do czasu pisała na komputerze coś do publiczności, a jej słowa wyświetlały się na wielkim ekranie za sceną. Ekran generalnie był zresztą elementem spektaklu, ponieważ pokazywano na nim animacje współgrające z muzyką.
Niestety na tym koncercie też nie zostaliśmy do końca (względy praktyczne związane z dalszymi planami mojego kumpla). Na szczęście to, czego zdążyłem doświadczyć, satysfakcjonuje mnie. Do centrum Katowic też wróciliśmy typowo juwenaliowym autobusem, choć brakowało poziomu ścisku, do którego się przyzwyczaiłem - największy exodus na pewno miał miejsce zaraz po koncercie Strachów.
Tak wyglądała sobota.
Po sobocie nie jestem już przekonany o tym, że jestem za stary na juwenalia. To prawda, zaczyna mnie w nich irytować coraz więcej rzeczy. Przestaje to być impreza typowo dla mnie. Niemniej jednak, jeśli w kolejnych latach pojawią się jakieś interesujące mnie koncerty, będę miał ciekawe towarzystwo i czas, to chętnie wybiorę się to wydarzenie znowu. Bo w zasadzie: dlaczego nie?
A utwór na dziś to jeden z powodów, dla których chciałem się wczoraj wybrać na Juwenalia Śląskie:
Dobrego popołudnia i tygodnia!
ENG:
This week the Juwenalia Śląskie (Silesian yearly student carnival) took place. Although I graduated a few months ago, yesterday and the day before yesterday I decided to go to this event. I could not sooner, because I was on a delegation and that's why I missed the concert of Stachursky with the musical equivalent of a pneumatic hammer, that is "Doskozzza". Well, an adult life can be sad...
In any case, I was able to take part in two days of this student event. How was it? Well...
Friday
First, the facts: I came back from the delegation on Friday, so I was tired. The only band that interested me, PRO8L3M, was starting on midnight. My future wife spent the evening with her friends from work and we met quite late. The effect was that we arrived at the event area way after 11 PM.
The first thing that surprised me was the number of people coming already back at that moment. As I understood, the biggest star was just about to play, and a lot of people were running away. This, however, quickly cleared up as we continued to squeeze through an even larger crowd. It was just that day that there was a really huge mass of people, probably much bigger than when rock artists are stars. That matches with the trends observed for years in common music tastes. In contrast to me, the vast majority of the crowd around was after a few hours of alcohol consumption, and some probably also after other stimulants. It made me feel the chaos around me. Then it turned out that this year, beer at the event costs 8 zlotys. This is not much for this wonderful drink, but at this event it's a lot. In addition, there were queues to the cash desks (although I admit, I saw a lot worse), it was impossible to pay with a card for the beer chips (some breakdown of the system), and the cashier spent me the rest of 26 zlotys as one banknote 10 zlotys and 16 single 1 zloty coins. I know that he probably did not have any other option, but it's one another annoying issue. Then it turned out that the area in front of the stage was covered with quite deep mud. My shoes I bought a week ago were a bit despairing, but fortunately they were quite cheap, so I had no qualms about making them desecrate.
Finally the concert started. We were not able to meet my friends, whom I knew were there, so we stood with My Darling from the side, watching the stage and listening to the performance. This turned out to be the brightest point of the evening. I am of the opinion that there are many artists who sound different on CDs and live. There are those whose performances on the stage have some shortcomings, lack of refinement, and there are those who, when recorded, lose their energy, spontaneity, advantages used during concerts. Nothing like this happened here. It turned out that the PRO8L3M live impresses the same as on the recordings. This was accompanied by a good show of lights and animations and a remarkable narrative between the songs, focused on dialogue.
Ultimately, based on common sense (not mine), we did not stay until the very end. We returned from there by taking a forty-minute walk. However, I was happy, because before that I heard most of what I wanted to hear. At the same time, I said that if the next day, supposed to be more in my climates, would also irritate me with some things, then I'm actually too old for student carnival. And then came...
Saturday
This time I came to the place with a special bus. It could not be confused with others because it was quite full of young people, many of whom were already drinking beer. It really was something familiar. I made an appointment with a buddy from high school and we met somehow before the 8 PM. KAMP! was already playing, the first band I wanted to listen to. There were a lot of people, but definitely less than the day before. We quickly exchanged the chips that were left from Friday for a dark beer and headed towards the stage. It turned out that on that day a long carpet was placed leading from the pavement to the place where the ground was grassy, not muddy and one could stand in civilized conditions. The concert turned out to be very pleasant, you could listen to it, you could stamp your foot. The screen behind the stage has been used for the narration with slogans, eg song titles. In the interval between performances, we went back for another beer chips and that day we bought them almost without a queue.
Soon afterwards, Strachy Na Lachy started playing. There is not much to write about their concert, because it was just as good as usual. I was positively surprised by the appearance of some songs, about which I had the impression that the band rarely plays them. Examples include "Krew z szafy" and "Dygoty". During the concert, my buddy spotted another friend of ours, also from high school, who is now working abroad. We talked to him a little, then he went to other friends. Meeting random friends also matches the things that I associate with student carnival, and these two of my friends met also other people they knew. It means that the phenomenon did not die, even if I experienced it only in a micro scale.
At the end of our presence at this event, BOKKA played. The band known mostly from the song "Town of strangers" also impressed me. Musically it was a very valuable experience, additionally supported by the fact that artists perform in masks, and the narrative was conducted as if in a chat. The vocalist from time to time was writing something on the computer to the audience, and her words were displayed on the big screen behind the stage. In general, the screen was an element of the show, because animations harmonizing with music were shown on it.
Unfortunately, at this concert, we also did not stay until the end (practical reasons related to further plans of my friend). Fortunately, what I managed to experience satisfies me. We also came back to the center of Katowice with a typical carnival's bus, although there was no level of crowd, which I got used to - the biggest exodus certainly took place right after the concert of Strachy Na Lachy.
After Saturday, I am no longer convinced that I am too old for yearly student carnival. That's true, more and more things start to irritate me. It ceases to be an event addressed for me. Nevertheless, if in the following years some interesting concerts will appear, I will have interesting companions and time, I will gladly choose this event again. Because in principle: why not?
And the song for today is one of the reasons why I wanted to take part in Juwenalia Śląskie yesterday. You can find it above.
Ten wpis miał być trochę o czym innym. Jak być może wiecie z mojej strony na Facebooku, w minionym tygodniu zostałem magistrem. Moi znajomi, którzy obronili się już wcześniej, od dłuższego czasu namawiali mnie, bym zapisał się razem z nimi na studia podyplomowe. Wahałem się. Z jednej strony proponowany kierunek wydawał się interesujący, atrakcyjny, zorientowany na praktyczne umiejętności. Z drugiej strony perspektywa dalszego poświęcenia weekendów na naukę i wydania na to niemałej kwoty pieniędzy trochę mnie zniechęcała. Z czystym sumieniem odsuwałem więc od siebie tę decyzję, czekając aż najpierw oficjalnie zakończę studia magisterskie. Podjęcie jej wcześniej, a tym bardziej podjęcie jakichkolwiek działań, było w mojej ocenie pozbawione sensu.
Chęć dalszej nauki w akademickiej formie, wspólnie ze znajomymi, była jednak we mnie silna. Zaraz po obronie zacząłem utwierdzać się w przekonaniu, że to bardzo dobry pomysł. Byłem praktycznie zdecydowany i nawet zaczynałem mówić o tych studiach tak, jakbym już był na nie zapisany. Właśnie o tym miał być ten wpis. O podejmowaniu decyzji o dalszej nauce. O tym, że w dzisiejszych czasach człowiek musi się ciągle dokształcać. O szkolnictwie wyższym i różnych możliwościach. O samorozwoju. Miałem też odwołać się znów do tego, że po prostu lubię się uczyć. Tak miało być.
Dwa dni, które nastąpiły po mojej obronie, były jednak pełne wrażeń i dopiero wczoraj wieczorem zająłem się tym tematem. Nagle okazało się, że na rozważany przeze mnie kierunek studiów nie jest już prowadzona rekrutacja. <dźwięk tłuczonego szkła> Najwyraźniej wszystkie miejsca zostały już zajęte.
Bum! Wszystkie koncepcje i pomysły wzięły w łeb. Miały być studia, nie ma studiów. Nic strasznego się nie stało, ale czułem się tak, jakby już wszystko było ustalone, a życie szybko to zweryfikowało. Przecież nic nie było załatwione i nagle okazało się, że nie mam nic do powiedzenia w tym temacie.
Chwilowo trzeba sobie dać spokój z notatkami i materiałami...
Oczywiście nie załamuję się w żaden sposób. Mam kilka kolejnych pomysłów. Może zapiszę się na jakieś inne studia lub kurs. Może pojawi się jeszcze jakaś szansa na zapisanie się na tamte. Niewykluczone też, że po prostu trochę odpocznę, a o kontynuowaniu nauki pomyślę za rok. Nie zamykam się na żadną koncepcję, bo to najgorsze, co mógłbym zrobić.
Przywiązywanie się już w tym momencie do jakiejś konkretnej wizji dalszej ścieżki życiowej, no dobrze, bez przesady, ścieżki edukacyjnej, byłoby głupotą. Przecież przed chwilą życie pokazało mi, że ja mogę sobie snuć swoje wizje, wymyślać, a potem nic z tego może nie dojść do skutku. Bez rzetelnej analizy tego, co musi się wydarzyć, by zadziało się coś innego, jakie są warunki konieczne, nie ma co mówić o tym, że ma się jakiś plan. Dopiero co moja koncepcja upadła dlatego, że nie opierała się w zasadzie na niczym konkretnym. Krzyczenie teraz głośno, że mam nową, to bzdura. Muszę spokojnie przeanalizować możliwości, dowiedzieć się, w jaki sposób zrealizować te, które mnie zainteresują, sprawdzić, czy to w ogóle teraz wykonalne i dopiero wówczas będę mógł mówić, że podjąłem jakąś decyzję.
Zbyt szybko wpadłem w entuzjazm. Snucie wizji, mówienie o przyszłości, gdy nie ma żadnych gwarancji, że będzie tak, jak się wymyśliło, może być przykre. Chyba nie warto tego robić. Może nie jest to szczególnie odkrywczy wniosek, ale okazuje się, że dotyczy on niemal każdej dziedziny życia. Trzeba więc o nim pamiętać, przymierzając się do jakiejkolwiek zmiany. I to chyba wszystko, co mam do powiedzenia w to pochmurne popołudnie. Zostawiam Was przynajmniej z pełnym energii utworem:
Dobrego dnia i tygodnia!
ENG:
This post was supposed to be a bit about something else. As you may know from my Facebook page, I became a master last week. My friends, who had achieved it earlier, for a long time have been persuading me to sign up together with them for post-graduate studies. I was hesitating. On the one hand, the proposed course seemed interesting, attractive, focused on practical skills. On the other hand, the prospect of further sacrificing weekends for learning and spending considerable amount of money on it, discouraged me a bit. With a clear conscience, I kept procrastinating the decision, waiting to officially finish my master's studies. Making the decision earlier, let alone taking any action, was in my opinion pointless.
The desire to continue learning in an academic form, together with friends, was strong in me. Immediately after the final exam, I convinced myself that it was a very good idea. I was practically sure of my decision and even started to talk about these studies as if I had already been part of it. That is what this entry was supposed to be about. About making decisions about further learning. About the fact that nowadays people have to constantly educate themselves. About higher education and various possibilities. About self-development. I also wanted to refer again to the fact that I just like to learn. This is how it was supposed to be.
However, two days after my final exam were full of events and finally yesterday evening I took care of this topic. Suddenly, it turned out that there is no longer recruitment for the field of study I was considering. <sound of broken glass> Apparently all the positions for candidates have already been occupied.
Boom! All plans, concepts, ideas died. There are no studies, but they were supposed to be. Nothing terrible happened, but it felt like everything was planned, and life verified it quickly. Suddenly, it turned out that I have nothing to say about this. After all, nothing was settled and suddenly it turned out that I have nothing to say in this topic.
Of course, I do not break down in any way. I have several more ideas. Maybe I will sign up for some other studies or a course. Maybe there will be some additional chance to sign up for these selected as first. It is also possible that I will just rest a little and think about starting something next year. I do not close my mind to any concept, because it's the worst thing I could do.
In this moment it is foolish to become attached to a specific vision of the further path of life... Ok, well, without exaggeration, the path of education. After all, a moment ago life has shown me that I can make my own visions, think up, and then nothing has to come to fruition. Without a reliable analysis of what has to happen for something else to happen, what are the necessary conditions, there is no reason to say anything about having a plan. A moment ago my concept fell because it was not basically based on anything concrete. Shouting loudly now that I have a new one is nonsense. I need to calmly analyze the possibilities, find out how to implement those that interest me, check whether it is feasible now and only then I can say that I made a decision.
I got enthusiastic too soon. Dreaming about the vision, talking about the future when there is no guarantee that it will be as it came up, can end unpleasant. I do not think it's worth doing it. Maybe this is not a particularly revealing conclusion, but it turns out that it applies to almost every area of life. So you have to remember about it, trying to make any changes. And that's probably all I want to say on this cloudy afternoon. I leave you at least with an energetic song, which you can find above.
Tonąłem. Zbliżałem się do morskiego dna. Wciągały mnie wiry wodne. A jednak udało mi się wyrwać. Jakimś cudem pokonałem wszystkie przeszkody, wystawiłem głowę ponad powierzchnię wody i zaczerpnąłem tchu. O czym mowa? O studiach oczywiście. Dzisiaj zdałem ostatni egzamin. Już nie tonę, choć może mnie jeszcze zmyć fala w postaci wyników poprzedniego egzaminu. Mam jednak nadzieję, że fala ta popchnie mnie tylko w stronę brzegu.
Właśnie, bo do brzegu jeszcze daleko. Nim będzie dopiero obronienie pracy magisterskiej. Niektórzy już stoją na suchym lądzie. Znajomi z moich studiów jeszcze nie, ale są znacznie bliżej. Jedni mają prace już gotowe i oddane, inni napisane w znacznie bardziej zaawansowanym stadium niż ja. Jestem trochę do tyłu.
Zdradliwa głębia prac zaliczeniowych!
Najważniejsze jest jednak to, że wszyscy jesteśmy już na powierzchni wody. Oddychamy. To, czy broniąc się dopłynę do brzegu za miesiąc, czy za cztery miesiące, ma znaczenie drugorzędne. Naprawdę. Cel widać, droga jest prosta, a to, że po drodze czają się na pewno jeszcze jakieś zawirowania, problemy z obliczeniami czy cokolwiek, jest immanentną cechą rzeczywistości. Każde choć trochę ambitniejsze działanie, którego celem jest osiągnięcie czegoś względnie istotnego (w tym przypadku tytułu magistra), musi się wiązać z pewnymi trudnościami. Bez tego wspomniany cel nie miałby żadnej wartości.
Nie ma więc powodu, by martwić się przesadnie problemami. One muszą zostać pokonane, gdy jest się już tak blisko. Skoro widać cel, już wszystko musi się udać. Determinacja jest zbyt wielka. Zaszło się za daleko, by przyszła porażka. Fakt, takie myślenie czasem może być niebezpieczne, ale nie tutaj. W końcu praca magisterska to nie Himalaje.
Pamiętajcie, że trudności zawsze będą. Trzeba po prostu pokonywać je pojedynczo, pamiętając, ile udało się osiągnąć już wcześniej.
Piosenka na dziś nie jest zbyt mocno związana z tematem, ale jakże piękna:
Dobrego tygodnia!
P S Wiem, że tytuł magistra to współcześnie nic takiego. Ojejku.
P S 2 Spokojnie, to już jeden z ostatnich wpisów związanych ze studiami. Serio.
ENG:
I was drowning. I was approaching the sea bottom. I was drawn in by a whirlpools. And yet I managed to break free. Somehow I overcame all the obstacles, put my head above the surface of the water and took a breath. What are we talking about? Obviously, studies. I passed the last exam today. I do not drown anymore, although I can still be washed off by the wave in the form of the results of the previous exam. However, I hope that this wave will only push me towards the shore.
Well, it's still far to the shore. It means succesful defence of the master's thesis. Some are already standing on this dry land. Friends from my studies are not yet there, but they are much closer than me. Some have already finished their thesis, the others are in a much more advanced stage than me. I'm a little bit behind.
The most important thing is that we are all on the surface of the water. We breathe. Whether I will reach the shore by defence in a month or in four months is secondary. Really. The goal can be seen, the road is simple, and the fact that there can be still some turbulence on the way, problems with calculations or anything, is an immanent feature of reality. Each and every bit more ambitious action, the aim of which is to achieve something relatively important (in this case a master's degree), must be associated with some difficulties. Without this, the goal would have no value.
There is no reason to worry too much about problems. They must be defeated when you are already so close. If you can see the goal, everything must work. Determination is too great. It has gone too far for a failure to happen. Fact, such thinking can sometimes be dangerous, but not here. In the end, the MA thesis is not the Himalayas.
Remember that the difficulties will always be there. You simply have to overcome them one by one, remembering how much you have achieved before.
The song for today is not too closely related to the theme, but really beautiful. You can find it above.
Have a good week!
P S I know that a master's degree is not impressive these days. What a pity.
P S 2 Relax, this is one of the last entries related to studies. Seriously.
This is not yet another entry! [English version below.]
Dziś prawie bez treści. Dlaczego? Bo nie ma czasu. Sesja, praca magisterska i zwykła praca postanowiły przypuścić wspólny atak, a efekt jest taki, że na bloga brakuje czasu. Ta niedziela musi być robocza.
Żeby być uczciwym: to efekt jasno ustalonych priorytetów. Aktualnie hierarchia wygląda następująco:
impreza > dokończenie studiów > blog.
Tak, impreza na szczycie. Nie wstydzę się tego, bo nie chodzi o zwykły clubbing, ale o spotkanie z rzadko widywanymi przyjaciółmi, w dodatku z istotnego powodu. Tak było wczoraj, gdy moja dobra przyjaciółka wyprawiała urodziny. Zdarza jej się to znacznie rzadziej niż raz na rok, w związku z czym obecność była obowiązkowa.
Było pięknie!
Od pewnej godziny zatem bawiliśmy na imprezie w ogrodzie, wcześniej przygotowywaliśmy prezent i w ten sposób z całej soboty roboczej zrobiły się ledwie 3-4 produktywne godziny. Ale wiecie co? Wcale nie żałuję. Pamiętajcie, pasje są ważne, obowiązki też, ale przyjaciele najważniejsi. Z tym optymistycznym akcentem Was zostawiam.
Muzyczny klasyk na dziś:
Dobrego, produktywnego, pełnego wrażeń tygodnia!
ENG:
Today, almost without content. Why? Because there is no time. A session, master's thesis and ordinary work decided to launch a joint attack, and the effect is lack of time for blog. This Sunday must be a working day.
To be honest: it is the effect of clearly set priorities. Currently the hierarchy is as follows:
the party > graduation > blog.
Yes, the party at the top. I am not ashamed of this, because it is not about ordinary clubbing, but about meeting with rarely seen friends, in addition for a good reason. Yesterday was that way, when my good friend made a birthday party. It happens to her much less often than once a year, therefore the presence was obligatory.
We have been having fun at a garden party whole night, we've been preparing a gift before, and in this way, only 3-4 hours were productive over the whole working Saturday. But you know what? I do not regret it at all. Remember, passions are important, responsibilities too, but friends the most. I leave you with this optimistic accent.
Hoodies' day. [English version below.]
Juwenalia Śląskie. Wczoraj zakończyła się tegoroczna edycja. Właśnie tego dnia ja i Moja Luba szliśmy około godziny 21 od autobusu w stronę terenu koncertów. Podczas marszu przez tłum usłyszeliśmy za plecami wypowiedź jakiejś punkówy lub metalówy, brzmiącą mniej więcej następująco:
"Czemu tu jest tyle sebixów?! Ich dzień był wczoraj. Dzisiaj jest nasz dzień!"
Przyznaję, z trudem powstrzymałem się od parsknięcia. Dzień sebixów? Nasz dzień? Serio? Powtórzę jeszcze raz: Juwenalia Śląskie. Juwenalia. Impreza, na której z zasady mieszają się wszyscy studenci, niezależnie od gustów muzycznych, odzieżowych, poglądów na życie itd., ale tak naprawdę po prostu pojawiają się tam wszyscy. Jakiekolwiek jęczenie jest po prostu głupie.
Juwenalia dla relaksu, nie animozji!
Fakt, wcześniejszy dzień, czyli piątek, rzeczywiście był rapowy. Tyle tylko, że to nic nie zmienia. Jestem przekonany, że mnóstwo ludzi doskonale bawiło się i wtedy, i w sobotę, przy bardzo różnych gatunkach muzycznych. Sam pewnie wybrałbym się na piątkowe koncerty, gdyby trafiło na trochę innych raperów. To jednak, jak wspomniałem, nie ma szczególnego znaczenia. Kluczowe jest to, że juwenalia to impreza dla wszystkich. Nie widziałem szczególnych napięć, dresiarzy bijących się z metalami itd.
Poza wszystkim: nawet gdyby nie były to juwenalia, a jakaś impreza typowo rockowa, to co z tego? Ktoś nie miałby prawa się na niej bawić, bo na przykład przyszedł w dresie czy nie założył czarnej koszulki z logo jakiegoś mrocznego zespołu? Nie popadajmy w paranoję i nie oceniajmy po pozorach. Poza tym zawsze jest szansa, że ktoś właśnie poszerza swoje horyzonty, a to sie ceni.
Tylko tyle i aż tyle. I nawet z juwenaliów człowiek może wynieść coś "mądrego".
Piosenka na dziś? Zapewne znacie ją, ale jest świetnym przykładem współpracy rapu i rocka:
Dobrego tygodnia!
ENG:
Silesian yearly student carnival. This year's edition ended yesterday. That day, me and My Love walked around the evening from the bus towards the concert area. While walking through the crowd, we heard behind us a statement of some punk or metal girl, which sounded more or less the following:
"Why are so many hoodies (chavs) here?! Their day was yesterday. Today is our day!"
I admit, I hardly restrained myself from snorting. The hoodies' day? Our day? Seriously? Let me repeat it again: Silesian yearly student carnival. Yearly student carnival. An event on which all students mix, regardless of their musical tastes, clothes, views on life, etc., but in fact just everyone can appear there. So any groaning is simply stupid.
The fact is that the earlier day, Friday, was really focused on rap music. However, it does not change anything. I am convinced that a lot of people were enjoying themselves for both days, with very different genres of music. I would probably go for Friday's concerts if there were some other rappers. However, as I said, it does not matter. The key is that this is an event for everyone. I did not see any particular tensions, hoodies fighting with metalheads, etc.
After all: even if it were not a student carnival, but a typical rock event, would it change anything? Someone wouldn't have the right to have fun there, because, for example, he came in a tracksuit or he didn't wear a black t-shirt with the logo of a dark band? Let's not get into paranoia and let's not judge by appearance. In addition, there is always a chance that someone is just expanding their horizons, and that is really appreciated.
That's all. Even from students' party a man can take something "wise".
Song for today, which you can find above, is a great example of rap and rock cooperation.
Podobno mam mieć w tym roku obronę pracy magisterskiej. Tyle tylko, że w tym celu trzeba mieć co bronić. Praca się tworzy i raczej faktycznie zostanę magistrem jeszcze w 2018 r. Czy jednak nastąpi to w najbliższym możliwym terminie, czyli w lipcu? Nie jestem przekonany. W tym celu praca, której do tej pory napisałem może ciut więcej niż jedną trzecią, za trzy i pół tygodnia musiałaby być gotowa i oddana.
Nie jest to oczywiście niewykonalne, ale trudne, biorąc pod uwagę, że lwią część mojego czasu pochłania życie zawodowe, wieczorami próbuję przygotowywać projekty na bieżące zaliczenia na studia, a nie mam też ochoty na całkowitą rezygnację z życia towarzyskiego.
Ktoś mógłby powiedzieć: "trzeba było zacząć wcześniej". Bardzo ku*wa dobra rada. Tyle tylko, że:
teraz już nie bardzo przydatna;
w sumie zacząłem wcześniej, ale niewiele z tego wynikło (o czym wspominam też >>tutaj<<).
Mimo to, gdybym bardzo się sprężył, zapewne dałbym radę wyrobić się w terminie. Pozostaje jedno pytanie: po co?
Wiślańska nerka najlepiej odda Twoje myśli!
To już koniec studiów. Tytuł ten nie jest mi paląco potrzebny na już. Ewentualne studia podyplomowe nie są kwestią życia i śmierci. Po co więc się spinać, żeby za wszelką cenę zdążyć w lipcu? Słyszę opinie, że po to, żeby mieć sprawę z głowy i nie przejmować się nią przez wakacje. Według mnie to jednak bzdura. Nawet jeśli nie dam rady w wyznaczonym terminie złożyć pracy do dziekanatu, to zabraknie mi niedużo i przez większość wakacji będę ją miał już dawno napisaną. Co za tym idzie: o obronie zacznę myśleć dopiero, gdy znacznie przybliży się jej termin.
Nie mam więc żadnego ważnego powodu, żeby się spieszyć i niepotrzebnie denerwować. Akceptuję to, że być może obronię się dopiero na jesieni. Pogodziłem się z tą myślą. Nie znaczy to wcale, że odpuściłem teraz temat pracy magisterskiej. Wręcz przeciwnie: zajmuję się nią, gdy mam wolną chwilę. Podchodzę do tego jednak na luzie.
Tego Wam też życzę. Zastanawiajcie się, czy warto się denerwować i czy dotrzymanie różnych terminów jest dla Was rzeczywiście niezbędne. Zaakceptujcie to, że nie wszystko się uda.
Piosenka na dziś - wy już pewnie to słyszeliście, ale ja po raz pierwszy usłyszałem ją dopiero wczoraj/dzisiaj i urzekła mnie kompletnie:
Życzę Wam dobrego tygodnia. Do zobaczenia wkrótce!
ENG:
Apparently I have my master's thesis defence this year. It's just that for this you must have something to defend. The thesis is being created and I will rather actually become a master in 2018. Will it happen as soon as possible, in July? I'm not sure. For this purpose, the work, which is written for now in maybe a little more than one third, would have to be ready in three and a half weeks .
Of course, this is feasible, but difficult, given that the huge part of my time is consumed by my professional life, in the evening I try to prepare projects for my current classes, and I do not want to give up social life altogether.
Someone might say, "you should have started earlier". Very good f*cking advice. It's just that:
it is not useful anymore;
In total, I started earlier, but not much of it resulted (as I also mentioned >>here<<).
Even so, if I worked really hard, I would probably be able to make it on time. One question remains: what for?
This is the end of studies. This title is not urgently needed for me. Possible postgraduate studies are not a matter of life and death. So why to fight at all costs to defend in July? People say that in order to not to worry about it through the vacation. In my opinion, it is nonsense. Even if I do not manage to submit my thesis to the dean's office within the prescribed period, I will be ready a few days after. For the rest of vacation I won't worry and I will start thinking about defense when its deadline will be much closer.
So I have no important reason to hurry up and unnecessarily nervous. I accept that I may defend myself in the fall. I accepted this idea. This does not mean that I have now given up the subject of my master's thesis. Quite the contrary: I work on it always when I have a spare moment. I approach it, however, at ease.
I wish you that. Think about whether it is worth being nervous and whether it is really necessary for you to meet different deadlines. Accept that not everything will succeed.
The song for today - folk cover of polish song. Quite cool. You can find it above.
Look forward! [English version below.]
Tydzień temu całą niedzielę musiałem poświęcić studiom. Najpierw zajęcia od 8 rano na jednym końcu miasta, potem seminarium magisterskie na drugim końcu, a potem powrót do pierwszego miejsca i tkwienie tam aż do wieczora. Cóż, sam sobie wybrałem los studenta zaocznego.
W każdym razie chciałbym się skupić na tym seminarium. Wchodziłem na nie z 20 stronami pracy. Wyszedłem z max 1,5. Dowiedziałem się, mówiąc wprost, że jakieś 90% tego, co zrobiłem do tej pory, nadaje się do kosza. Przykre? Jasne, że trochę tak. W końcu ileś mojej pracy poszło na marne. Uczciwie jednak przyznam, że trochę się tego spodziewałem. Dotychczasowy tekst nie był najwyższych lotów, bo pisany nieco po omacku. Brakowało kontaktu z panią promotor.
To wszystko jednak nieważne. Istotne jest to, co z nią ustaliłem i zaplanowałem i że teraz wiem, co robić. Powstała nowa wizja. Lepsza. Sensowniejsza. Dzięki temu przez ostatni tydzień napisałem ponad 4 strony znacznie lepszego tekstu. Mało? Może tak się wydawać, ale ja mam na uwadze to, że były dni, kiedy nie napisałem zupełnie nic i że generalnie nie miałem w tym tygodniu zbyt wiele czasu.
W trakcie prób pisania powstają dziwne nazwy plików i folderów...
Skupmy się na chwilę. Co sensownego można wyciągnąć z moich desperackich prób ukończenia studiów? Przede wszystkim to, że nie warto zajmować się tym, co już było. To, co napisałem wcześniej, nie za bardzo nadaje się do czegokolwiek? Trudno. Zmarnowałem czas? Trudno. To już się stało i nic się na to nie poradzi. Zamiast tracić więc kolejne chwile na rozpamiętywanie przeszłości, trzeba skupić się na przyszłości i spojrzeć na to, co można zrobić dobrze. Wiem, jakie działania powinienem podjąć, co napisać i tego się trzymam.
Patrzmy w przód, nie w tył. Dopiero w ten sposób jesteśmy w stanie coś zdziałać.
A piosenka na dziś to hit sprzed kilku lat:
Tyle na dziś. Dobrego tygodnia!
ENG:
Last week, I had to dedicate the entire Sunday studying. First classes from 8am at one end of the city, then the master's seminar at the other end, then return to the first place and being there until the evening. Well, I've chosen the fate of an extramural student myself. Anyway, I would like to focus on this seminar. I entered it with 20 pages of thesis. I left with a maximum of 1.5. I learned that 90% of what I have done so far is suitable for the bin. Is that sad? Sure, a bit like that. After all, a lot of my work went to waste. Honestly, I admit that I expected it a little. That text was not brilliant, because it was written with a bit groping, while I had no contact with the promoter. However, all this is not important. What is relevant is what I agreed and planned with her and that now I know what to do. A new vision has been created. The better one. The more reasonable one. Thanks to this, over the last week I wrote over 4 pages of a much better text. Little? It may seem like this, but I have in mind that there were days when I did not write anything at all and that I generally did not have much time this week. Let's focus for a moment. What useful can we conclude from my desperate attempts to graduate? That there's no sense in dealing with what has already happened. What I wrote earlier is not very suitable for anything? All right. I wasted the time? All right. It has already happened and nothing can be done about it. Instead of losing the next moments to remembering the past, one must focus on the future and look at what can be done well. I know what actions I should take, what to write and I stick to that. Look forward, not back. Only in this way we can do something important. And the song for today is a polish hit from a few years ago. You can find it above. That's all for today. Have a nice week!
What the f*ck... [English version below].
Pisałem niedawno nowy tekst do Suplementu (Magazynu Studentów Uniwersytetu Śląskiego). O pastach, w tym, co oczywiste, o tej o fanatyku wędkarstwa. Napisałem dobry początek, w którym parafrazowałem pierwsze zdania tej historii. Gdzieś dalej cytowałem film, który powstał na jej podstawie. Tekst był mocny. Niestety, wybito mu zęby.
Co, jak, dlaczego? Sprawa rozbija się o wulgaryzmy i jeszcze przed powrotem tekstu z korekty moja Naczelna sygnalizowała mi, że będzie kłopot. Niby zrozumiałe. Trudno o przyzwolenie na przekleństwa w uczelnianym magazynie. Gdyby sprawa była jednak tak oczywista, nie poruszałbym tego tematu.
Otóż wspomniane wulgaryzmy były ocenzurowane, właśnie po to, żeby nie było zastrzeżeń. Forma wymagała ich użycia. Pierwsze kontrowersyjne zdanie było parafrazą początku pasty o fanatyku, której integralną częścią jest słowo "zaje*ane". Okej, tu można jeszcze odpuścić, zmienić. To w końcu parafraza. Tekst traci na wymowie, na mocy, ale da się to znieść. W drugim miejscu jednak wprost cytowałem film. W konkretnym celu, z konkretnego powodu. Gdy nie tak dawno w innym tekście użyłem nazwy pewnej strony na Facebooku, w której także pojawiał się wulgaryzm, nie było problemu.
Argumentacja jest taka, że wtedy było to niezbędne dla opisania zjawiska, a teraz nie jest. I rzeczywiście, da się ten tekst napisać bez tego określonego cytatu, bo w końcu tak zrobiłem. Tyle tylko, że to zmienia jego znaczenie, sens. Wtedy też się pewnie dało bez użycia nazwy zawierającej przekleństwo, ale też zmieniłoby to wymowę artykułu.
Trudno pisać o czymś, nie używając odpowiednich cytatów, nie odnosząc się do konkretnych przykładów. Traci się też w ten sposób na przejrzystości i zrozumiałości tekstu. Pisanie o konkretnych wulgaryzmach bez użycia ich choćby w ocenzurowanej wersji to kiepski pomysł. Alternatywnie można nie pisać o rzeczach, które je zawierają, ale wtedy trzeba by zrezygnować z naprawdę wielu tematów.
Komentarz przy sprawdzaniu mojego tekstu brzmiał następująco:
"(...) wulgaryzm, nawet z gwiazdką lub trzema. nie przejdzie niestety. I nie jest to w żadnym stopniu zależne od korekty (dla nas ma on sens i uzasadnienie), tylko kwestia ryzyka, że (...) będziemy mieć problem (...)"
Rozumiem to podejście, bo przecież trudno zmuszać kogokolwiek, żeby podejmował ryzyko. Nie mam pretensji do szefostwa Suplementu, bo oni muszą brać pod uwagę więcej niż autor. To nie ja odpowiadam za całość magazynu. Nie ja jestem jego twarzą, nie ja reprezentuję go przed włodarzami uczelni i wszystkimi odbiorcami. Wkurza mnie jednak sytuacja, w której w ogóle trzeba się nad tym zastanawiać. Wszak uniwersytet powinien kształtować umiejętność myślenia. Przedkładać treść nad przesadną zasadniczość. Wulgaryzmy są wszechobecne. To fakt. Opisując świat trudno je w całości przemilczeć. Nie uważam zresztą, żeby było to uczciwe.
Na koniec: użycie "ku*wy" rzeczywiście wyłączenie w celu pozyskania atencji jest oczywiście słabe i na coś takiego na uniwersytecie nie powinno być przyzwolenia. To przynajmniej moja wizja świata.
Akcent muzyczny? Niech będzie coś pięknego:
Trzymajcie się ciepło!
P S Jeszcze o tym tu nie wspominałem, więc mówię teraz. Od jakiegoś czasu możecie obserwować mnie na Instagramie >>o, tutaj!<< Zapraszam ;)
ENG: I recently wrote a new text for the Suplement (Students' Magazine of the University of Silesia). About copypastes, including this about fanatic of fishing. I wrote a good beginning, in which I paraphrased the first sentences of this story. Somewhere else, I was quoting a film that was based on it. The text was strong. Unfortunately, it lost a bit of it. What, how, why? The matter is related to profanity and before my text returned after correction, my Chief has already informed me that there would be trouble. It seems understandable. It is difficult to allow for curses in the university magazine. If, however, the matter was so obvious, I would not write about it. Well, these vulgarisms were censored, just so that there should be no reservations. The format required their use. The first controversial sentence was a paraphrase of the beginning of a mentioned copypaste and the particular curse is an integral part of it. Okay, here I could let it go, change it. It's a paraphrase after all. The text loses its power, but I can live with that. In the second place, however, I directly quoted the movie. For a specific purpose, for a specific reason. When not long ago in another text I used the name of a Facebook page, in which vulgarism also appeared, there was no problem. The argument is that it was then necessary to describe the phenomenon, and now it is not. And indeed, it is possible to write this text without this specific quote. I did it in the end. Only that it changed its meaning. At the time before it was also probably possible not to use the name containing a curse, but it would also change the significance of the article. It is difficult to write about something, without using the right quotes, without referring to specific examples. In this way the transparency and intelligibility of the text are lost too. Writing about specific profanities without using them even in a censored version is a bad idea. Alternatively, you can give up on writing about the things that contain them, but that would imply loss of a lot of topics. The comment after checking my text was as follows:
"(...) profanity, even with an asterisk or three, will not pass unfortunately, and it is not dependent on the correction in any way (it makes sense and justification for us), it is only a matter of risk that (...) we will have a problem (...) "
I understand this approach because it is difficult to force anyone to take risks. I do not blame the executives of Suplement, because they have to take into account more than the author has to. It is not me who is responsible for the entire magazine. I am not its face, I do not represent it in front of the university's leaders and all the readers. What annoys me, however, is the situation in which it is necessary to discuss about it at all. After all, the university should shape the ability to think. It should preferer content over exaggerated rudiments. Vulgarisms are ubiquitous. It's a fact. It is difficult not to mention them, while describing the world. I do not think that this is fair either. At the end: the use of the "f*ck" only in order to acquire attention is obviously weak and there should be no permission for this at the university. At least this is my vision of the world. Song for today is beautiful and you can find it above. Have a nice week and see you soon! P S I didn't mention it before, so I say now: you can follow me on Instagram >>right here!<< Feel welcome to do so ;)
Napisałem dzisiaj ostatni egzamin w tej sesji. Kolejny semestr za mną (a przynajmniej mam taką nadzieję - trzeba jeszcze poczekać na niektóre wyniki). Cieszę się, że to koniec. Mam dość. Jestem zmęczony. W mojej głowie kołacze się jednak tylko jedno pytanie: "Co teraz?!". Najchętniej położyłbym się i leżał. Leżał przez wieczność. Nawet nie spał, ale po prostu wegetował z delikatnie przymkniętymi oczyma.
Widok zza okna i przy okazji wizualizacja mojego stanu umysłu (#nofilter).
To nie tak, że nie mam czym się zająć. Przeciwnie. Roboty jest mnóstwo. Trzeba na przykład dokończyć tekst do "Suplementu", bo gotowa jest dopiero mniej więcej połowa, a deadline zbliża się nieubłaganie. Nie chcę przecież, żeby przesympatyczna Redaktor Naczelna zaczęła mnie ścigać z siekierą. Do tej pory nie musiała. Swoją drogą już w najbliższą sobotę mam pierwsze zajęcia w kolejnym (już ostatnim!) semestrze. Pojawi się więc nowy materiał. Cały czas zresztą trzeba zajmować się pracą i zostawić coś na tzw. życie prywatne (ten tydzień to przede wszystkim urodziny Lubej Mej, siłownia i... <werble> Black Panther). Widać wobec powyższego, że na nadmiar czasu wolnego wcale nie narzekam.
Nie wspominam już o tym, że powinienem pisać pracę magisterską, a póki co jest ona mniej więcej tak blisko ukończenia jak Huragan Wołomin wygrania Ligi Mistrzów. Mam nadzieję jednak, że to się zmieni i wspólnym mianownikiem nie pozostanie "nie w tym roku".
Tyle rzeczy do zrobienia, a mimo to mam poczucie pustki. W ostatnich tygodniach sesja pochłaniała sporą część mojej doby i nagle tego nie ma. Koniec z siedzeniem do nocy nad stanowczo za długimi prezentacjami. Zwolniło się tyle czasu! Co ja z nim zrobię? Będę się nudzić.
To oczywiście bzdura. Po prostu rzeczy, które wymieniałem wcześniej, musiały tymczasowo ustąpić miejsca nauce i teraz stopniowo zaczną na powrót zajmować coraz więcej czasu, aż znowu doba stanie się za krótka. Paradoks polega na tym, że zdaję sobie z tego sprawę, a uczucie pustki nie znika. To się jednak zmieni. Musi, bo niebawem po prostu znów nie będę miał czasu, żeby o tym myśleć.
Tymczasem pozostaję w sprzeczności sam ze sobą, odczuwając pustkę, która nie istnieje. Zawsze wiedziałem, że nie jestem całkiem normalny...
Akcent muzyczny? Coś co pewne już znacie. Ja też znam to nie od dziś, ale co z tego? Posłuchajmy:
To chyba tyle. Dobrego tygodnia, bez poczucia pustki, ale też bez przepracowania. Niech wszystkiego będzie w sam raz.
ENG:
Today I wrote the last exam in this session. One another semester is already behind me (or at least I hope so - I still have to wait for some results). I'm glad it's over. I'm fed up and tired. In my mind, however, there is only one question: "What now ?!". I would lie down. I would lay for eternity. I wouldn't even sleep, but simply vegetate with closed eyes.
It's not like I have nothing to take care of. It's opposite of that, actually. There is a lot to do. For example, I need to finish the article to the "Suplement", because only about half of it is ready for now and the deadline is approaching inexorably. I do not want the friendly Editor-in-Chief to start chasing me with the axe. She did not have to do so yet. What's more, this Saturday, I have my first classes in the next (already last!) semester. A new content to learn will appear. Still all the time I have to do my job and leave some time on the so-called private life (this week it is primarily determined by the birthday of My Darling, gym and ... <ruflles> Black Panther). You can see from the above that I do not complain about the excess of free time.
I do not mention the fact that I should be writing a master's thesis, and for now it is close to be finished like Huragan Wołomin is close to be Champions League winner. I hope, however, that this will change soon and the common thing will not be "not this year".
So many things to do, and yet I have a sense of emptiness. In recent weeks the session absorbed a lot of my day and suddenly it is all gone. No more sitting until the night with far too long presentations. So much time has been freed! What will I do with it? I am going to be bored.
This is obviously a nonsense. Simply, the things I mentioned earlier had to temporarily give way to learning and now they will gradually start to take up more and more time until the day becomes too short. The paradox is that I realize this, but the feeling of emptiness does not disappear. This, however, will change. It has to, because soon I will not have time to think about it again.
Meanwhile, I am in contradiction with myself, feeling a void that does not exist. I always knew that I was not quite normal ...
Song for today? Polish alternative. You can find it above.
I think that's all for now. Have a good week, without a sense of emptiness, but also without overwork. Let everything be just right.
Get yourself together, you lazy bastard! [English version below].
Trochę zajęło mi szukanie dobrego tematu na dzisiejszy wpis. Nie znajdując porządnego pomysłu, postanowiłem spuścić z siebie trochę powietrza i wylać trochę irytacji. Decyzja została już podjęta i choć w międzyczasie pojawiły się ciekawsze idee, to trzeba być konsekwentnym. One zostaną więc na kolejne tygodnie, a dziś będzie o studiach. O studentach, będąc bardziej precyzyjnym. Sesja w trakcie, więc temat bardzo aktualny.
"Moje studia, takie piękne". Ćwiczenia, wykłady, wiadomo. Ostatnio z przewagą tych drugich. Nie są obowiązkowe, to też jasna sprawa. Sporo osób więc nie chodzi i spoko. Ale... Notatki chciałoby się jednak mieć, prawda? Ja jak najbardziej rozumiem, że są różne sytuacje. Są sprawy ważne i ważniejsze. Nie można było być na wykładzie, bo urodziny dziecka, chrześniaka, konieczność pójścia do pracy, wyjazd na cały weekend, choroba czy nawet picie wódki ze szwagrem. Okej, zawsze to jakiś powód. Często bywa jednak tak, że ktoś jest przez cały semestr tylko na jednych zajęciach albo nawet i to nie, a jego jedynym uzasadnieniem za każdym razem jest:
"nie miałem już siły".
Ok, nie oceniam. Są różne sytuacje. Może ktoś musi ogarniać chorą babcię, dwójkę dzieci i zarządzać firmą jednocześnie. Różnie bywa. Ale, ale! Pociągnijmy to ciut dalej:
"- Ok, a dlaczego nie miałeś siły? Co się dzieje?
- Nie no, nic. Byłem w pracy przez cały tydzień..."
Nosz, cholera jasna! Rzeczywiście, bardzo zaskakujące na studiach zaocznych. Przecież pozostałe kilkaset osób przez 5 dni w tygodniu siedzi na chacie i się opierdziela, dzięki czemu w weekend na zajęcia przyjeżdża w pełni sił. No nie, nie jest tak. Wiadomo, praca pracy nierówna. Mogę się jednak założyć, że choć może nie mam najbardziej męczącej profesji na roku, to najmniej na pewno też nie i jakoś jednak daję radę. Zrozumiałbym zresztą ten argument, gdyby pojawiał się raz, drugi, ale nie za każdym razem. Potem jest wielkie zdziwienie, że przy ciągłych nieobecnościach ma się problem z zaliczeniem przedmiotów w pierwszym terminie albo w ogóle.
Właśnie, bo to druga kwestia. Trudności z zaliczeniem. Ja jestem zdania, że wystarczy być na zajęciach i choć trochę słuchać, potem powtórzyć całość w domu kilkakrotnie, bez przesady (i to naprawdę bez przesady, bo na za dużo po prostu nie ma czasu - jest jeszcze praca, pomniejsze aktywności, chęć wyspania się chociaż w jakimś przyzwoitym minimum i prowadzenie chociaż namiastki życia rodzinno-towarzyskiego) i większość przedmiotów zda się bez większych problemów. Z takim podejściem moją najgorszą oceną na studiach było jedno, jedyne 3.5, w dodatku z przedmiotu, który dotyczył podatków, więc równie dobrze mógłby być o budowie promów kosmicznych i byłby mi mniej więcej tak samo bliski.
Wiadomo, każdy uczy się inaczej. W grę wchodzą indywidualne predyspozycje i upodobania. Nie danie sobie jednak szansy na posłuchanie tego, co prowadzący ma do powiedzenia, na pewno nie jest krokiem wspomagającym naukę. Jeśli do tego do notatek sięga się dopiero w wieczór przed egzaminem, to nie ma co się dziwić, że potem rezultaty są, jakie są (to znaczy prawie ich nie ma). Zanim następnym razem palniesz, że wcześniej nie miałeś/aś czasu, zastanów się, czy na pewno, czy to jednak nie kwestia tego, jak nim gospodarowałeś/aś. Na dwa tygodnie sesji można może jednak wszystkie inne aktywności zredukować do niezbędnego minimum.
Nie ma to jak miła niedziela!
Niepotrzebnie się denerwuję. To w końcu indywidualna sprawa każdego jak się uczy lub nie uczy. Wkurza mnie jednak marnotrawstwo. Ludzie z mojego roku na dwa lata edukacji wywalają po dziesięć tysięcy polskich nowych złotych. Mnóstwo hajsu, który można by zagospodarować na wiele ciekawych sposób. Czy zależy im na tym, żeby się czegoś nauczyć, wydając te pieniądze? Mam nadzieję, że tak. Za tym muszą jednak iść konkretne działania. Póki co nie ma jeszcze systemu, który sprawiałby, że od razu po zapłacie wiedza sama wpływa do głowy. Jeśli natomiast chodzi o sam papierek magistra i nic więcej, to taniej byłoby go kupić. Serio. Szansa, że kiedyś wyszłoby to na jaw, nie jest znowu taka duża.
Zostawiam Was z tą myślą i z przecudowną piosenką, którą odkryłem przed chwilą:
To by było na tyle. Studentom i niestudentom dobrego tygodnia! Następne wpisy będą już w ciut bardziej uniwersalnej tematyce.
ENG:
It took me a while to find a good topic for today's post. Failing to find a decent idea, I decided to pour some irritation out. The decision has already been made, and although more interesting ideas have appeared in the meantime, I have to be consistent. The ideas will stay for the next weeks, and today's text will be about studying. About students, being more precise. Session in progress, so the topic is very current.
"My studies, so beautiful." Exercises, lectures, you know that. Lately with the advantage of the latter. They are not obligatory, it is clear. A lot of people do not take part in them and that is ok. But ... They still would like to have some notes, right? I understand that there are different situations. There are important and more important matters. You could not be at the lecture, because there was your child's birthday, godson's birthday, the need to go to work, a trip for the whole weekend, illness or even drinking vodka with your brother-in-law. Okay, that's always a reason. Often, however, it happens that someone appears only at one lecture for a whole semester or even not, and his/her only justification every time is:
"I did not have strength anymore."
Ok, I do not judge. There are different situations. Maybe someone must take care of sick grandma, two children and manage the company at the same time. It happens, I guess. But, but! Let's pull it a bit further:
"- Ok, why did not you have strength? What's happening?
- Nothing. I was at work all week ..."
Oh, damn it! Indeed, very surprising at extramural studies. After all, the remaining few hundred people stay at home for 5 days a week and laze, so they are in full strength when the weekend comes. No, it's not like that. I know that one job is uneven to the other. I can bet, however, that although I may not have the most tiring profession among my colleagues, I certainly do not have the least one and somehow I manage. I would also understand this argument if it appeared once or twice, but not every time. Then there is a great astonishment that with continuous absences you have a problem with passing the exams.
Well, it's the second issue. Difficulty to pass. I am of the opinion that it is enough to be present at the lecture and listen a little, then repeat the whole thing several times, without exaggeration (and it's really without the exaggeration, because there is not much time - there is work, minor social activities, a will to sleep at some decent minimum and keeping in touch with the family and friends) and most of the exams will be passed without major problems. With this approach, my worst grade in my studies was one, only 3,5. Moreover, it was the subject, which concerned taxes, so it might as well be about the construction of space ferries and would be similarly understandable to me.
It is known that everyone learn differently. Individual predispositions and preferences are at stake. However, without giving yourself a chance to listen to what the lecturer has to say, it is certainly harder. If you read the notes for the first time in the evening before the exam, it is not surprising that the results are what they are (that is, there are almost none). The next time you're going to say that you did not have time before, think about whether or not it is not a question of how you managed it. You could probably reduce all other activities to the necessary minimum for the two weeks of the session.
I'm unnecessarily nervous. In the end, it's an individual matter for everyone how he or she learns or does not learn. It pisses me off, however. People from my year spend ten thousand Polish new zlotys for two years of education. Plenty of money, which could be used in a lot of interesting ways. Do they care to learn something by spending this money? I hope so. It must be however followed by specific actions. So far, there is no system that would make the knowledge flow into your head immediately after payment. If it's only about master's diploma itself and nothing more, it would be cheaper to buy it. Seriously. The chance that it would come to light someday is not so big.
I leave you with this thought and the wonderful song that I discovered a moment ago (you can find it above).
That's it. Have good week, students and the rest! The next entries will be in a more universal theme.
Nie będę dziś pisał o WOŚP, bo i tak temat Orkiestry jest poruszany wystarczająco często i szeroko. Znajdźcie mi tylko najbliższego wolontariusza, a sami zwróćcie uwagę na fakt, iż w tym roku nawet w TVP Info pojawiają się informacje o wspomnianym przedsięwzięciu, w dodatku takie, które wcale go nie szkalują.
Moje kluczowe odczucie z tym związane: tak powinno być. Mam wrażenie, że wszystkie elementy układanki trafiają wreszcie we właściwe miejsca. Lubię to uczucie. Śmiem twierdzić, że to jedno z najlepszych. Cenię sytuacje, w których po prostu jest dobrze i wszystko działa tak jak powinno.
Co ja widzę?!
Inne przykłady bieżących zdarzeń, co do których mam podobne odczucia? Już, już.
Racjonalność działań: przed chwilą trafiły do mnie notatki z wykładu, na którym właśnie siedzę. Dzięki temu nie muszę bezmyślnie przepisywać kolejnych slajdów. Wystarczy, że to, co mam spisane, porównuję z tym, co jest mówione. Nie tracę czasu. Tak powinno być.
Kolejny przykład - spójność teraźniejszości z przeszłością: w jednej z facebookowych grup, do których należę, ktoś udostępnił dzisiaj humorstyczne nagranie, pewną historię sprzed lat. Przypomniało mi się, że zasłuchiwaliśmy się tym w podstawówce na pewnym obozie, jakieś 12-13 lat temu. Dobrze, że się to znalazło. Zaraz po powrocie do domu posłucham tego nagrania, wyruszając w sentymentalną podróż. Dobrze, że tak jest, że ta historia się znalazła. Tak powinno być. Po latach okazuje się oczywiście znacznie mniej zabawna niż wtedy, ale i tak dobrze, że nie zniknęła na zawsze.
To wszystko drobiazgi. Indywidualnie nie są raczej znaczącymi cokolwiek powodami do radości, ale potwierdzają, że wszechświat działa tak jak powinien. Są punktami zaczepienia. Udowadniają, że nie wszystko stanęło na głowie. Dzięki temu można dalej normalnie funkcjonować, planować, budować jakieś oczekiwania, po prostu żyć.
Jeśli więc następnym razem będziesz mieć wrażenie, że świat oszalał, że nic się nie układa, odwróć myślenie. Nie myśl o absurdalnych zachowaniach polityków, o rozdmuchanej biurokracji, o tym, dlaczego na pobliskim skrzyżowaniu jednocześnie świeci się czerwone światło dla samochodów i dla pieszych. Skup się na tym, co funkcjonuje prawidłowo. Doceń, przeanalizuj i pomyśl, czy da się to jakoś zaaplikować do rzeczy mniej sprawnych.
Akcent muzyczny na dziś? Bez specjalnego powodu taki:
To tyle. Dobrego tygodnia, w którym wszystko zadziała jak trzeba.
ENG:
I will not write about the Great Orchestra of Christmas Charity (WOŚP) today, because the Orchestra's theme is discussed often and widely enough. Please find me only the nearest volunteer and pay attention to the fact that this year, even on TVP Info there is an information about the aforementioned venture, and it is not negative. My key feeling with this: it should be like that. I have the impression that all the pieces of the puzzle finally get to the right place. I like this feeling. I dare say it is one of the best of all. I appreciate situations where it is just fine and everything works as it should. Other examples of current events about which I have similar feelings? At your service. Rationality of actions: a moment ago I received notes from the lecture on which I am currently sitting. Thanks to this I do not have to mindlessly rewrite the next slides. All I need to do is compare what is written to what is being said. I do not waste time. It should be this way. Another example - the coherence of the present with the past: in one of the Facebook groups to which I belong, someone has made available today a humorous recording, a certain history from before. It reminded me that we listened to this in elementary school at some camp, about 12-13 years ago. It's good that it was found. Immediately after returning home, I will listen to this recording, embarking on a sentimental journey. It gives me a feeling of connection with the past. It should be this way. Obviously, after all these years it's much less funny than then, but it's still nice, that the recording didn't disappear completely. All things mentioned above are small. Individually they are not really meaningful reasons for joy, but they confirm that the universe works as it should. They are attachment points. They prove that not everything has turned upside down. Thanks to this, you can continue to function normally, plan, build expectations, just live. So the next time you'll have the impression that the world has gone crazy, that nothing is going well, reverse your thinking. Do not think about the absurd behaviours of politicians, about the expanded bureaucracy, about why at the nearby intersection at the same time a red light for cars and pedestrians is on. Focus on what works properly. Appreciate, analyze and think whether it can be somehow applied to less-efficient things. You can find weekly piece of music above. It's here for no partiuclar reason, only its beauty. That's all. Have a good week in which everything will work as it should.