Entertainment before the end of the world. [English version may be added later.]
Epidemia. Pandemia. Apokalipsa. Koniec świata. Cóż... Może do tego ostatniego nie dojdzie, zobaczymy. Żeby nie doszło, musimy siedzieć w domu. Okej, nie wszyscy, ale wszyscy ci, którzy mogą. Czy grozi nam nuda?
Pewnie nie. Po pierwsze, praca zdalna dotyczy sporej części ludzi, a podobno wykłady, a może i nawet lekcje szkolne (a przynajmniej zadawanie zadań) też mają być prowadzone przez internet, więc wcale nie jest tak, że do zagospodarowania są całe dnie. Nie czarujmy się jednak, czasu i tak będzie więcej. Nie będziemy go tracić na przemieszczanie się do i z pracy, odpadną spotkania ze znajomymi, wyjścia na siłownię i niemal wszystkie inne możliwe, pozadomowe aktywności. Jakoś trzeba zagospodarować uwolnione godziny.
Dzięki Bogu istnieje internet, a wraz z nim zbiory Netflixa, HBO GO i innych platform streamingowych. Na bardziej konserwatywnych czeka telewizja. Dla jeszcze większych dziwaków są książki. Oczywiście żartuję i tak naprawdę serdecznie zachęcam do lektury, choć obawiam się, że wiele osób może nie mieć obfitego księgozbioru w domach. Cóż, zawsze można kupować ebooki przez internet.
Co poza tym? Gry! Pecety, konsole? Pewnie, jeśli chcecie, aczkolwiek mi bliżej do planszówek i innych gier towarzyskich. Chyba bardziej zintegrują ludzi spędzających wspólnie czas w zamkniętej przestrzeni. Poza tym pewnie każdemu na jakimś etapie przyjdzie do głowy zrobienie porządku. Odkurzanie, ścieranie kurzy, mycie podłóg, łazienki, kuchni i tak dalej? Oczywiście, skoro nawet ja o tym pomyślałem.
Wszystko to dostarczy zajęć na jakiś czas. Co jednak później? Co, gdy trochę nas to wszystko znuży? Gdy będziemy chcieli jakiegoś urozmaicenia? Oto trzy nieoczywiste sposoby na spędzanie czasu w kwarantannie czy też izolacji:
1. Naucz się czegoś nowego.
Brzmi banalnie? Może i tak. Szczerze powiedziawszy jednak wątpię, że dużo ludzi pomyślało sobie: "o, będę siędział teraz w domu, nauczę się w tym czasie X" czy "świetnie, wreszcie poświęcę więcej czasu na Y". Tymczasem mamy rok 2020 i możliwości uczenia się samodzielnie, z domu, jest całe mnóstwo. Ja osobiście zamierzam pobawić się bazami danych, a konkretnie Microsoft Accessem, ale to tylko ułamek tego, co jest dostępne.
Nauka języków obcych czy programowania to pierwsze, najbardziej oczywiste pomysły, ale można też poświęcić czas na poznanie rozmaitego oprogramowania czy aplikacji - rzeczy, które mogą przydać nam się w trakcie obecnego szczególnego czasu lub już po nim. Inne na szybko wymyślone pomysły to ćwiczenie zdolności manualnych, rozmaite rękodzieło - choćby wykonywanie samodzielnie dekoracji, tworzenie biżuterii czy malowanie. Cokolwiek, byle się rozwinąć lub poznać coś nowego, mieć z tego frajdę, a przy okazji spędzić czas pożyteczniej niż tylko śledząc ciągle media społecznościowe i strumień negatywnych informacji.
2. Zrób porządek... Ze szpargałami.
Może to pora na porządek ze zdjęciami?
Zwykłe porządki i dbanie o czystość to jedno, ale warto pomyśleć też o tym, co kryje się we wnętrznach szaf, szafek i szuflad. Być może już od dawna czekają na was zdjęcia wymagające posortowania ich i pochowania w albumach czy dokumenty, które oczekują aż zrobi się z nimi porządek i podzieli na teczki. Może to dobry moment na przegląd wszystkich ubrań i zidentyfikowanie tych, które nie są już przez nas noszone i można je komuś oddać, a także tych, które nadają się tylko do wyrzucenia, a niepotrzebnie zajmują miejsce w szafach? To samo dotyczy rozmaitych drobiazgów w szufladach. Dobrze się im przyjrzeć.
W ten sposób można nie tylko zrobić porządek ze swoimi rzeczami i potencjalnie odzyskać trochę miejsca. Niewykluczone też, że odnajdzie się skarby, które zaginęły nam dawno temu lub o których nawet zdążyliśmy już zapomnieć. Ubrania, akcesoria, figurki, zabawki, zdjęcia, pamiątki lub coś jeszcze innego - być może wzbudzające dużo wspomnień, a może takie, które mogą się nam jeszcze przydać. Na pewno warto spróbować.
3. Popijawa ze znajomymi... Przez Skype'a.
Spotkania na mieście? Wykluczone. Wizyty u znajomych? Nierozsądne. Co pozostaje, żeby zachować choć namiastkę życia towarzyskiego? Wzięcie przykładu z biznesu, pracy zdalnej i home-office. Czytałem na Twitterze Weroniki Truszczyńskiej, że w Chinach (chyba w Szanghaju) przez jakiś czas kluby działały przez internet. Ludzie łączyli się z DJami, ci puszczali muzykę na żywo i byli wynagradzani napiwkami.
Nie sądzę, żeby coś takiego zadziałało w Polsce, a przynajmniej nie na wielką skalę, ale działajmy z tym, co mamy. A mamy Skype'a, Messengera, a przy odrobinie szczęścia także znajomych i tematy do rozmowy z nimi. Domowe zapasy alkoholu nie są wymagane, ale z pewnością też nie zaszkodzą. Tak zebrane składniki łączymy i uzyskujemy imprezę... A przynajmniej jej namiastkę.
Żarty żartami, ale pewnym znajomym, którzy nie mogą teraz wychodzić z domu, już zapowiedziałem zdalną popijawę. Oni może nie zdają sobie jeszcze sprawy z tego, że mówiłem poważnie, ale dowiedzą się. Umówimy się na konkretny termin, uruchomimy wideokonferencję, każdy przygotuje sobie jakiegoś drinka i po prostu porozmawiamy. Oczywiście, to nie będzie to samo, co gdybyśmy się spotkali naprawdę. Tyle tylko, że wyboru nie ma. Trzeba sobie radzić.
To tyle z moich pomysłów. Oczywiście, nie są bardzo odkrywcze, wiem o tym. Sądzę jednak, że to takie rzeczy, które nie muszą nikomu przyjść do głowy w pierwszej chwili, a byłoby trochę szkoda, gdyby cały ten czas przeznaczyć tylko na oglądanie seriali. Nie ma co przesadzać. Jeśli chcecie, napiszcie, jakie wy macie nieszablonowe pomysły na zwiększoną ilość czasu spędzonego w domu. Może ktoś skorzysta.
Tymczasem zostawiam Was z piosenką, którą może już udostępniałem, ale to nic. Nadal jest cudowna:
Trzymajcie się! Nie nudźcie się! Bądźcie zdrowi! Myjcie ręce!
Not so obvious. [English version may be added later.]
Jeśli miałbym zamknąć kończący się weekend w jednym słowie, to chyba właśnie taki był: nieoczywisty.
A wszystko wskazywało, że będzie to klasyka przewidywalności. Taki był plan. Zresztą, przeczytajcie:
Piątek. Walentynki. Klasyka banału.
Zdrowy rozsądek podpowiadał, by tego dnia nie wychodzić z domu. Wszędzie miało być tłoczno i straszno. Co więc pozostało? Wino, kolacja i jakiś film. Najlepiej komedia.
Poniekąd tak było. Tyle tylko, że doszły do tego rozmaite zaskakujące elementy: dość wspomnieć, że z uwagi na alarm bombowy w moim miejscu pracy wróciłem do domu chwilę wcześniej, co zmodyfikowało wszystkie plany. Wino jednak było, świetny łosoś na kolację też. Wielkim zaskoczeniem okazał się natomiast film. Z jakiegoś przedziwnego powodu zdecydowaliśmy się bowiem na Disco Polo z 2015 r. i...
Ten film jest zdumiewający. Z pozoru to klasyczna opowieść o chłopakach z małej miejscowości i ich drodze na szczyt, tylko osadzona w realiach disco polo i Polski lat 90., ale jednak to zupełnie co innego. Można się tego domyślić już po samej obsadzie: na pierwszym planie Dawid Ogrodnik, tuż przy nim Piotr Głowacki, nieco dalej Tomasz Kot i Joanna Kulig, gdzieś w tle także Rafał Maćkowiak, Jacek Koman, Janusz Chabior czy Bartosz Bielenia w skromnej, ale absolutnie przerażającej roli, gdzie do osiągnięcia tego efektu przez większość czasu wystarcza mu tylko uśmiech.
Jak wspomniałem, fabuła nie jest szczególnie skomplikowana. Domorośli muzycy próbują przebić się do świata showbiznesu, najpierw najprostszymi metodami, potem podstępem, zyskując znajomości. Stopniowo rozwijają karierę, pojawiają się problemy, konflikty z innymi osobami zaangażowanymi w branżę, romans, gwiazdorzenie. Słowem standard. Tym, co wyróżnia Disco Polo, jest jednak sposób podania opowieści, a ten zahacza o surrealizm. Czasem ma się wrażenie, jakby to wszystko było snem. Już sam początek, mieszający Dziki Zachód z polską wsią, pokazuje, że to nie będzie zwykły film. Potem jest tylko ciekawiej i czasem zdarzenia są w oczywisty sposób niezwykłe (jak choćby w końcowych scenach w Pałacu Kultury), a czasem to, że coś tu jest nie tak, jest tylko delikatnie zarysowane (warto obserwować na przykład, co dzieje się z samochodem zespołu Laser wraz z rozwojem fabuły).
Poza wszystkim imponująca jest estetyka tego filmu: kolory, neony, lasery. Ujęcia wiernie, ale i barwnie oddające epokę. Wspaniała sprawa!
Film na Filmwebie ma średnią ocen tylko 5/10, ale to coś, czym zupełnie nie należy się kierować. Dlaczego? Bo nisko ocenić go mogły tylko te osoby, które naprawdę liczyły na klasyczną opowieść o drodze do sławy i bardzo nie lubią jakichkolwiek eksperymentów z formą. Film ten, jakkolwiek dziwny, na pewno jest wart obejrzenia.
I co dalej?
To były Walentynki. A co nieoczywistego przez resztę weekendu? Na pewno już mniej w tym spektakularności, ale pewnym zaskoczeniem było na przykład to, że do Magazynu, w którym w sobotę wieczorem świętowaliśmy urodziny znajomych, w pewnym momencie wparowała ekipa Ghost Busters, zachęcając gości do śpiewania, zadając zagadki i oferując degustację whisky Monkey Shoulder. Nie wiem jak Wam, ale mi coś takiego nie przydarza się zbyt często i przez dłuższą chwilę byłem mocno skonfudowany...
W niedzielę natomiast, czyli dziś, gdy piszę te słowa, mieliśmy zaplanowany obiad u moich rodziców, potem wizytę u mojej przyjaciółki i jej córki, a mojej chrześnicy, a następnie byliśmy wstępnie umówieni z jeszcze jednymi znajomymi. I co? I 1/3, to znaczy, z tych wszystkich planów odwiedziliśmy tylko moich rodziców. Natura jednak nie znosi próżni, toteż zagraliśmy z moimi rodzicami w "Korporację", a resztę uwolnionego czasu przeznaczyliśmy na wyprawę na lodowisko.
Takiego stwora spotkaliśmy w drodze powrotnej.
Musicie wiedzieć w tym miejscu, że nasze wyprawy na lodowisko to poważna sprawa. Moja żona jeździ, a ja... Siedzę obok z telefonem w ręku. Tym razem zacząłem tworzyć już niniejszy wpis, chcąc wykorzystać trochę czasu.
To właśnie wymyśliłem, marznąc przy tafli lodu. Że kończący się weekend był z pozoru precyzyjnie zaplanowany i że to był dobry plan. Rzeczywistość go zweryfikowała i nie ziściło się zbyt dużo, ale to też nic złego. Po prostu wydarzyły się nieoczywiste rzeczy i to też jest okej. Może tak jest, że nieważne, z planem czy bez, jeśli ma być dobrze, to jest dobrze?
Nie mnie to rozstrzygać - najważniejsze, co powinniście wynieść z tego wpisu, to żeby obejrzeć Disco Polo! A piosenka na dziś to chyba coś maksymalnie możliwie dalekiego od wspomnianego gatunku:
Wedding vibe. [English version may be added later.]
Uwielbiam wesela. Wiem, że sporo osób ich nie lubi, uważając je za kwintesencję żenady, manifestującej się przede wszystkim pod postacią disco polo i głupich zabaw. Ja wychodzę z założenia, że do czego jak czego, ale akurat do wesel, ich wężyków, kółeczek i innych tańców muzyka uprawiana przez Zenka Martyniuka i jego kolegów nadaje się idealnie. Co do zabaw natomiast: bywa różnie. Moim zdaniem zdarzają się takie, które są odrażające, chamskie czy seksistowskie, ale są i inne, dające sporo frajdy uczestnikom, widzom i parze młodej. To mogą być rozmaite quizy, wyścigi z przynoszeniem najróżniejszych fantów, ale też coś bardziej kreatywnego. Na przykład niedawno obserwowaliśmy zabawę, w której uczestnikowi nakładano na ciało trzy krokomierze i jego zadaniem było nabić w tańcu jak najwięcej kroków. Takie rzeczy są super.
Piszę o tym, bo wczoraj znów bawiliśmy się na weselu. To już czwarte w tym roku, licząc nasze własne. Przy tej okazji uświadomiłem sobie, czemu tak naprawdę aż tak lubię te imprezy.
To my!
Nie chodzi o fantastyczne jedzenie (a było rewelacyjne!), tym bardziej o picie alkoholu, ani nawet o tańczenie (a muzyka także była zacna: od gwiazd amerykańskiej piosenki sprzed lat po współczesnego polskiego rocka). Chodzi o atmosferę między ludźmi, nawet tymi, którzy wcześniej w ogóle się nie znali. O integrację ze stolikiem swoim i sąsiednimi. O stopniowe przechodzenie od nieśmiałości i trudności w zapamiętaniu czyjegoś imienia do swobody, wspólnych wygłupów i zupełnego nieprzejmowania się tym, że nadal nie pamięta się tego cholernego imienia.
To niesamowite jak przez kilka, kilkanaście godzin zmieniają się relacje między ludźmi. Ktoś, o kogo istnieniu jeszcze niedawno nawet się nie wiedziało, nagle staje się na krótki moment twoim najlepszym kolegą, bo między wami jest niedokończona flaszka i zostaliście ostatni na placu boju z nią, a zaraz potem musicie jeszcze kogoś przenieść z podłogi na łóżko, co biorąc pod uwagę wasz stan i to, że jest prawie trzecia w nocy, wcale nie jest takie proste.
To niesamowite jak pod koniec takich imprez, gdy zostało już tylko kilkanaście osób, nagle cała sala kurczy się do stolika czy dwóch. Nie jest już ważne, kto jest od strony panny młodej, a kto od pana młodego. Nieważne, kto z rodziny, a kto ze znajomych. To nie ma znaczenia, bo wszyscy są po prostu tymi, którzy dotrwali aż do tego momentu. Siedzą więc razem. Trochę rozmawiają. Trochę nie. W tle jeszcze gra muzyka. Jest magicznie.
A potem przychodzi jeszcze jeden cudowny moment. Drugi dzień, czyli śniadanie lub poprawiny. Można obserwować tłum ludzi powoli budzących się do życia. Odżywających. Można wyłapywać spośród nich tych, których poznało się dzień wcześniej. Przypomina się sobie, co kto robił w trakcie wesela. Kto zrobił coś charakterystycznego, kto się zbłaźnił, a kto z jakiegoś powodu został bohaterem. Można też o tym wszystkim opowiadać ludziom, którzy wcześniej zakończyli imprezę i nie doświadczyli tej części przygód. Zdradzać, co się wydarzyło, gdy już poszli spać.
Można. I ja to uwielbiam. A wy?
Utwór na dziś niech będzie leciutko związany z treścią wpisu:
Sosnowiec - not so scary. [English version below.]
Jest takie miasto w Polsce, z którego sporo ludzi się śmieje. Które stało się symbolem patologii, bałaganu, obciachu. Dołączyło do Wąchocka i Radomia jako ofiara licznych kpin. O ile jednak dla większości to żarty, to na miejscu swego czasu istniał rzeczywisty konflikt. Hanysy kontra gorole. Śląsk przeciwko Zagłębiu, co można uprościć do starcia Katowice vs. Sosnowiec. "Bo ci z jednej strony Brynicy (rzeka oddzielająca oba miasta) są tacy, a ci z drugiej owacy."
Czy tak jest? Oczywiście, że nie. To wierutna bzdura. W Sosnowcu znajdują się niektóre wydziały Uniwersytetu Śląskiego i mnóstwo ludzi jeździ tam na studia. Ulokowało się też tam sporo firm, które ściągają pracowników nie tylko z Zagłębia. Z drugiej strony mnóstwo ludzi stamtąd jeździ do pracy, na studia czy już do liceum na Śląsk, zwłaszcza do Katowic (sam miałem w klasie kilka takich przypadków). Ludzie przy tych wszystkich okazjach zaprzyjaźniają się ze sobą i nikt już nie patrzy na to, kto jest z której strony Brynicy (oczywiście, pewnie zdarzają się wyjątki, ale mówię o ludziach, którzy mają choć trochę rozumu).
A co z samym Sosnowcem? Czy rzeczywiście jest taki straszny i brzydki? Absolutnie nie. Jak w każdym mieście, są w nim dzielnice bardziej i mniej zadbane, ale ogólny odbiór, przynajmniej centrum, moim zdaniem powinien być całkiem pozytywny. Co więcej, można tam całkiem przyjemnie spędzić czas, o czym ostatnio ponownie się przekonałem.
Ustąpiłem koledze i tym razem spotkaliśmy się w jego rodzinnym mieście, a nie w moim. Przejazd z centrum Katowic do centrum Sosnowca autobusem ZTM zajął mi mniej niż 20 minut. Na kolegę musiałem chwilę poczekać koło tzw. "patelni" z pomnikiem Kiepury, a gdy w końcu dotarł, ruszyliśmy w miasto.
Na pierwszy ogień poszła Dekada- klub bilardowy. Tam do dyspozycji klientów znajduje się osiem stołów bilardowych i stół do snookera, a także zwykłe stoliki, przy których można usiąść i porozmawiać, bar, parkiet i sala eventowa. Stół bilardowy zarezerwowaliśmy z wyprzedzeniem i dobrze, bo w lokalu było sporo ludzi. Nie były to jednak wielkie tłumy, więc pewnie i bez rezerwacji po odczekaniu swojego w końcu doczekalibyśmy się gry. Pograliśmy trochę, porozmawialiśmy i napiliśmy się piwa. Poza tym mój kumpel spotkał kolegę z podstawówki, więc spędziliśmy też chwilę z nim i jego żoną. W końcu jednak postanowiliśmy zmienić lokal. Chcieliśmy coś zjeść i choć moglibyśmy to zrobić w Dekadzie, bo w menu znajdują się nawet sensowne pozycje, ostatecznie zdecydowaliśmy o zmianie knajpy. Na wyjściu za ok. półtorej godziny gry w bilard i cztery piwa zapłaciliśmy 74 zł, zatem bez tragedii.
Naszym następnym przystankiem okazało się Chicago. To całkiem klimatyczny bar i restauracja z wystylizowanym, amerykańskim wystrojem. Mimo piątkowego wieczoru bez problemu znalazł się dla nas wolny stolik. Ze złych wieści natomiast, poinformowano nas, że nie ma już burgerów. To trochę komplikowało sprawę, ale na szczęście pozostałe pozycje z menu także okazały się atrakcyjne. Nie miałem ochoty wykosztowywać się na steka, więc poszukiwałem czegoś innego. Gdy dowiedziałem się, że w karkówce z faszerowanymi ziemniakami farszem jest boczek, byłem w domu. Mój towarzysz pochłonął z kolei żeberka z grilla, a do tego doszło piwo pszeniczne. Za znakomite jedzenie w przyjemnym lokalu łącznie zapłaciliśmy także 74 zł, czyli całkiem niedrogo.
Takie dobre rzeczy!
Posileni mogliśmy ruszyć w dalszą drogę. Trzecim i ostatnim lokalem, który odwiedziliśmy, okazała się Cesarska. To multitap w samym centrum Sosnowca. Nieco industrialny wystrój, wbrew pozorom sporo miejsca, ogólnodostępne gry planszowe, a przede wszystkim spory wybór piw kraftowych i wina sprawiają, że to naprawdę atrakcyjne miejsce. Do tego w niedziele organizowane są tam quizy, w których można wygrać niezłe nagrody, a latem funkcjonuje spory ogródek. Ceny są zbliżone do innch tego typu lokali: coś najtańszego można dostać za 8 zł, a za coś dobrego trzeba zapłacić kilkanaście złotych. Moje hefeweizen kosztowało 12 zł, a kumpel za swojego lambica zapłacił chyba nieco więcej. Nacieszyliśmy się tymi wybornymi napojami, porozmawialiśmy jeszcze trochę, po czym z uwagi na późną godzinę pożegnaliśmy się. Do Cesarskiej jednak na pewno jeszcze chętnie wrócę.
Warto zauważyć, że wszystkie wymienione przeze mnie miejsca dzieli od siebie tylko kilkaset metrów, więc można bez problemu przemieszczać się między nimi. W trakcie wieczora mijaliśmy też inne lokale, które wyglądały całkiem obiecująco. Nie można jednak za jednym razem odwiedzić wszystkich knajp.
W każdym razie można potraktować centrum Sosnowca jako ciekawą propozycję na piątkowy czy sobotni wieczór. Cenowo będzie pewnie ciut lepiej niż w Katowicach, nie wspominając o większych miastach, a jakościowo wcale nie gorzej. Do tego może być łatwiej o miejsce w dowolnej knajpie niż w stolicach województw. W nich zawsze trzeba szukać, zwłaszcza w zimie, gdy nie funkcjonują ogródki. W Sosnowcu natomiast, mimo weekendowego wieczoru, w żadnym lokalu nie było problemu, więc może raz na jakiś czas warto się tam wybrać.
Utwór na dziś to, dla zachowania spójności, coś zespołu pochodzącego z tego zagłębiowskiego miasta:
I to tyle. Dobrego tygodnia, nieważne, z której strony Brynicy jesteście!
ENG:
There is a city in Poland that many people laugh at. Which has become a symbol of pathology, mess, shame. Joined Wąchock and Radom as a victim of numerous mockery. However, while for the most people it is only a joke, there was time with real conflict in place. Hanysy versus gorole. Silesia against the Dąbrowa Basin, which can be simplified to the clash of Katowice vs. Sosnowiec. "Because those on the one side of Brynica (the river separating both cities) are so, and those on the other are different."
Is that so? Of course not. This is bullshit. In Sosnowiec there are some faculties of the University of Silesia and a lot of people go there to study. There are also many companies located there that attract employees not only from the Dąbrowa Basin region. On the other hand, a lot of people from there go to work, study or high school to Silesia, especially to Katowice (I had several such cases in my class). People on all these occasions make friends with each other and no one looks at who comes from which side of Brynica (of course, there are exceptions, but I am talking about people who have at least a bit of common sense).
And what about Sosnowiec itself? Is it really so scary and ugly? Absolutely not. As in every city, some districts are more neat and some not, but in my opinion the general reception, at least of the center, should be quite positive. What's more, you can spend a nice time there, as I have recently learned again.
I gave in to my friend and this time we met in his hometown, not in mine. The ride from the center of Katowice to the center of Sosnowiec by ZTM bus took me less than 20 minutes. I had to wait for a friend next to the so-called "frying pan" with the monument of Jan Kiepura, and when he finally arrived, we set off into the city.
The first place to visit was Dekada - a billiards club. There, there are eight pool tables and a snooker table, as well as regular tables, so you can sit and talk, bar, dance floor and event room. We booked the pool table in advance and that was a good idea, because there were a lot of people in the place. However, they were not huge crowds, so surely even without booking we would finally play after waiting some time. We played a bit, talked and had a beer. In addition, my friend met a friend from elementary school, so we also spent a moment with him and his wife. In the end, however, we decided to change the bar. We wanted to eat something and although we could do it in the Dekada, because there are even sensible courses on the menu, we finally decided to change the pub. At the exit, we paid 74 zlotys for about an hour and a half playing billiards and four beers, so that was ok.
Chicago was our next stop. It's a pretty atmospheric bar and restaurant with a stylized American decor. Despite the Friday evening, there was a free table for us. On the other hand, bad news came that there were no more burgers. This complicated the matter a bit, but fortunately the other menu courses also turned out to be attractive. I didn't feel like tasting a steak so I was looking for something else. When I found out that stuff for pork with stuffed potatoes is bacon, I decided immediately. My companion, in turn, consumed grilled ribs. That came with wheat beer. We also paid 74 PLN for excellent food in a nice place, so it was quite reasonable.
After eating we were able to continue our journey. The third and last place we visited turned out to be Cesarska. It's a multitap in the very center of Sosnowiec. A little industrial decor, suprisingly a lot of space, available board games, and above all a large selection of kraft beers and wine make it a really attractive place. In addition, there are quizzes organized on Sundays where you can win nice prizes, and in the summer there is a large garden available. Prices are similar to other places of this type: the cheapest beer can be obtained for 8 zlotys, and for something good you have to pay a dozen or so zlotys. My hefeweizen cost PLN 12, and my buddy probably paid a bit more for his lambic. We enjoyed these delicious drinks, we talked a bit more, then due to the late hour we said goodbye. However, I will definitely come back to Cesarska.
It is worth noting that all the places I mentioned are only a few hundred meters apart each other, so you can easily move between them. During the evening we also passed other places that looked quite promising. However, you cannot visit all the pubs at once.
In any case, you can treat the center of Sosnowiec as an interesting proposition for Friday or Saturday evening. The prices will probably be a bit better than in Katowice, not to mention the larger cities, and quality is not worse. What is more, it may be easier to get a place in any pub there than in the capital cities of voivodeships. You always have to look for them, especially in winter when the gardens are not functioning. In Sosnowiec, however, despite the weekend evening, no bar were a problem, so maybe once in a while it is worth going there.
The song for today is, for the sake of consistency, something made by a band from this city. You can find it above.
And that's it. Have a good week, no matter which side of Brynica you are from!
Organizowaliśmy ostatnio imprezę halloweenową. Najpierw podzieliłem się tym pomysłem z jedną z moich koleżanek, a ona szybko i ochoczo go podłapała. Planowaliśmy przebrania, dekoracje, poncz, przekąski i wiele innych. Jedyny problem był taki, że spora część zaplanowanych gości wracała tego dnia z mniej lub bardziej odległych delegacji, ale stwierdziliśmy, że jakoś damy radę.
Minęło trochę czasu i nadszedł dzień zero. Przyjechałem do domu z Warszawy, zobaczyłem, że moja żona udekorowała mieszkanie, wspólnie przygotowaliśmy jedzenie, przebrałem się i moja żona zrobiła mi mroczny makijaż. Zaraz potem przyjechał pierwszy gość i zaczął robić poncz.
Tak wyglądaliśmy. A w tle widać nawet jedną z dekoracji!
Niedługo potem przyjechali kolejni znajomi, zaczęliśmy jeść, rozmawiać, degustować whiskey i inne trunki i czekać na resztę. Szybko okazało się, że jedna z koleżanek chyba nie dotrze, bo mimo późnej godziny jeszcze nie wróciła do domu z delegacji. Pozostawało pytanie, co z tą drugą, razem z którą planowałem imprezę. Byłem przekonany, że jeśli nie dotrze, będzie jej później przykro. W związku z tym próbowaliśmy różnymi sposobami dodzwonić się do niej lub napisać, ale żadne formy kontaktu nic nie dawały. W końcu jeden z kolegów skontaktował się z jej narzeczonym i okazało się, że zasnęła, zmęczona po całym dniu. Przez chwilę była jeszcze szansa, że może przyjadą, ale gdy minęło więcej czasu, doszliśmy do wniosku, że nie. Tak rzeczywiście się stało.
Napisała do mnie następnego dnia. Stwierdziła, że przeprasza i że jej przykro. Zaraz dodała jednak, że przynajmniej się wyspała. Szybko doszedłem do wniosku, że nawet ją rozumiem i nie mogę mieć jej tego za złe. Zaczynamy intensywniejszy okres w pracy i ludzie po prostu bywają zmęczeni. To też nie tak, że wróciła do domu i pomyślała "olewam imprezę, idę spać". Po prostu położyła się na chwilę, a zmęczenie zrobiło swoje.
Nawet gdyby jednak to była ta pierwsza sytuacja i tak nie mógłbym jej winić. Czasem trzeba po prostu odpuścić i zrezygnować ze swoich planów. Czasem lepiej poświęcić czas na odpoczynek. Ja tego nie umiem, zawsze, jeśli tylko mogę, pojawiam się na umówionych spotkaniach, imprezach itd. W efekcie czasami, choć rzadko, zdarza mi się na nich przysypiać. Zamiast tego mógłbym po prostu zostać w domu, ale tego nie robię. Może to błąd.
To właśnie moja myśl z tego tygodnia: że czasem może lepiej dać sobie spokój, porzucić wcześniejsze plany i po prostu odpocząć. Może.
Piosenka na dziś to coś z playlisty Ultimate Halloween na Spotify:
To chyba tyle na dziś. Dobrej niedzieli i całego tygodnia.
ENG:
We recently organized a Halloween party. At first, I shared this idea with one of my friends, and she quickly and eagerly liked it. We were planning costumes, decorations, punch, snacks and more. The only problem was that a lot of the planned guests were returning from more or less distant delegations that day, but we decided that we could manage somehow.
Some time passed and day zero came. I came home from Warsaw, I saw that my wife decorated the apartment, together we prepared food, I refreshed myself and my wife did me gloomy makeup. Immediately afterwards the first guest arrived and began to make a delicious punch.
Soon after, more friends arrived, we began to eat, talk, taste whiskey and other drinks and wait for the rest. It soon turned out that one of my friends would probably not arrive, because despite the late hour she had not yet returned home from the delegation. The question was, what about the second one, with which I planned the party. I was convinced that if she did not arrive, she would be sorry later. Therefore we tried to call or write to her in various ways, but no form of contact gave anything. Eventually, one of guests contacted her fiancé and it turned out that she had fallen asleep, tired after a whole day. For a moment there was a chance that they might come later, but when more time passed, we came to the conclusion that no. That was right eventually.
She wrote to me the next day. She said that she was sorry. She added, however, that at least she had slept well. I quickly came to the conclusion that I even understood her and I couldn't blame her. We start a more intense time at work and people just get tired. It's also not like she came home and thought, "screw the party, I'm going to sleep." She just laid down for a moment and the tiredness did its job.
Even if it would be this first case, I couldn't blame her. Sometimes you just have to let it go and give up your plans. Sometimes it's better to devote time to rest. I am unable do that and I always appear at scheduled meetings, parties, etc., if only I can. As a result I am sleepy at them sometimes. Instead, I could just stay at home, but I don't do it. Maybe it's a mistake.
This is my thought from this week: that sometimes it may be better to give it a break, abandon previous plans and just relax. Maybe.
The song for today is something from the Ultimate Halloween playlist on Spotify. You can find it above.
That's probably enough for today. Have a good Sunday and rest of the week.
When the students seem to be young... [English version below.]
W minionym tygodniu odbywały się Juwenalia Śląskie. Chociaż studia ukończyłem już kilka miesięcy temu, to jednak wczoraj i przedwczoraj postanowiłem wybrać się na tę imprezę. Wcześniej nie mogłem, ponieważ byłem na delegacji i właśnie przez to przegapiłem koncert Stachursky'ego z muzycznym odpowiednikiem młota pneumatycznego, czyli "Doskozzzy". Dorosłe życie jednak bywa przykre...
W każdym razie o dwa dni tego studenckiego wydarzenia udało mi się zahaczyć. Jak było? Hmmm...
Piątek
Najpierw fakty: właśnie w piątek wróciłem z delegacji, więc byłem dość zmęczony. Jedyny zespół, który mnie interesował, czyli PRO8L3M, grał dopiero o północy. Moja przyszła małżonka spędzała wieczór tego dnia z koleżankami z pracy i spotkaliśmy się dość późno. Efekt był taki, że na teren imprezy dotarliśmy znacznie po 23.
Pierwsze, co mnie zaskoczyło, to ilość ludzi wracających już w tym momencie. Jak rozumiałem, największa gwiazda miała dopiero grać, a sporo osób już uciekało. To jednak szybko się wyjaśniło, gdy idąc dalej zaczęliśmy się przeciskać przez jeszcze większy tłum. Po prostu tego dnia tam była naprawdę potężna masa ludzi, chyba znacznie większa niż gdy gwiazdami są artyści rockowi. To by zresztą potwierdzało trendy obserwowane od lat w powszechnych gustach muzycznych. Do tego w przeciwieństwie do mnie tłum wokół w zdecydowanej większości był już po kilka godzinach konsumpcji alkoholu, a niektórzy pewnie także po innych używkach. To sprawiało, że miałem wrażenie otaczającego mnie chaosu. Następnie okazało się, że w tym roku piwo na tej imprezie kosztuje 8 zł. To nie jest dużo za ten cudowny napój, ale jak na juwenalia to sporo. Ponadto do kas były spore kolejki (choć przyznaję, widywałem dużo gorsze), za żetony na piwo nie można było płacić kartą (jakaś awaria), a kasjer 26 zł reszty wydał mi jako jeden banknot 10 zł i 16 złotówek. Wiem, że pewnie nie miał inaczej, ale to kolejna irytująca kwestia. Potem okazało się jeszcze, że teren pod sceną pokryty jest dość głębokim błotem. Moje kupione tydzień temu buty trochę rozpaczały, ale na szczęście były dość tanie, więc nie miałem skrupułów podejmując decyzję o ich zbezczeszczeniu.
Wreszcie zaczął się koncert. Nie udało nam się spotkać z moimi znajomymi, o których wiedziałem, że gdzieś tam są, więc stanęliśmy wraz z Lubą Mą gdzieś z boku, obserwując scenę i słuchając występu. Ten okazał się najjaśniejszym punktem wieczoru. Jestem zdania, że istnieje wielu artystów, którzy brzmią inaczej na płytach i na żywo. Są tacy, których występy na scenie mają pewne niedociągnięcia, brakuje im dopracowania i są tacy, którzy z kolei na nagraniach tracą swoją energię, żywiołowość, atuty wykorzystywane podczas koncertów. Tu nic takiego nie miało miejsca. Okazało się, że PRO8L3M na żywo zachwyca tak samo jak na nagraniach. Do tego dołożyło się niezłe show świateł i animacji oraz niebanalna narracja między utworami, skupiona na dialogu.
Ostatecznie, kierując się zdrowym rozsądkiem (nie moim), nie zostaliśmy do samego końca. Wróciliśmy stamtąd mniej więcej czterdziestominutowym spacerem. Byłem jednak zadowolony, bo wcześniej większość tego, co chciałem usłyszeć, usłyszałem. Stwierdziłem jednocześnie, że jeśli kolejny dzień, już bardziej w moich klimatach, będzie mnie tak samo irytował różnymi rzeczami, to chyba faktycznie jestem już za stary na juwenalia. A potem przyszła...
Sobota
Tym razem dojechałem na miejsce specjalnym, juwenaliowym autobusem. Nie dało się go pomylić z innymi, ponieważ był dość mocno zapełniony młodymi ludźmi, z których spora część już popijała piwo. To rzeczywiście było coś znajomego. Umówiłem się na miejscu z kumplem jeszcze z czasów liceum i spotkaliśmy się jakoś przed 20. Grał już KAMP!, czyli pierwszy z zespółów, których chciałem posłuchać. Ludzi było sporo, ale zdecydowanie mniej niż dzień wcześniej. Szybko zamieniliśmy żetony, które zostały mi z piątku, na ciemne piwo i ruszyliśmy w stronę sceny. Okazało się, że tego dnia położono jakiś długi dywan (albo raczej wykładzinę) prowadzącą od wybrukowanego chodnika do miejsca, w którym grunt był już trawiasty, a nie błotnisty i można było stać w cywilizowanych warunkach. Koncert okazał się bardzo przyjemny, można było posłuchać, potupać nóżką. Ekran za sceną został wykorzystany do hasłowej narracji np. tytułami utworów. W przerwie między występami cofnęliśmy się po kolejne żetony na piwo i tego dnia nabyliśmy je niemal bez kolejki.
Niedługo potem zaczęły grać Strachy Na Lachy. O ich koncercie nie ma co za dużo pisać, bo był po prostu dobry jak zazwyczaj. Zostałem natomiast pozytywnie zaskoczony pojawieniem się niektórych utworów, o których miałem wrażenie, że zespół rzadko je grywa. Przykłady to choćby "Krew z szafy" czy "Dygoty". W trakcie koncertu mój kumpel wypatrzył w tłumie innego naszego kumpla, też jeszcze z czasów liceum, który teraz pracuje za granicą. Pogadaliśmy z nim trochę, po czym ruszył do innych swoich znajomych. Spotykanie przypadkowych znajomych też wpisuje się w rzeczy, które kojarzę z juwenaliami, a ci dwaj moi kumple spotykali jeszcze innych ludzi, których znali. To znaczy, że zjawisko nie umarło, nawet jeśli sam doświadczyłem go jedynie w mikroskali.
Na koniec naszej obecności na juwenaliach zagrała BOKKA. Zespół znany najbardziej z utworu "Town of strangers" także zrobił na mnie wrażenie. Muzycznie było to bardzo cenne doświadczenie, dodatkowo wspierane tym, iż artyści występują w maskach, a narracja była prowadzona jakby w formie czatu. Wokalistka od czasu do czasu pisała na komputerze coś do publiczności, a jej słowa wyświetlały się na wielkim ekranie za sceną. Ekran generalnie był zresztą elementem spektaklu, ponieważ pokazywano na nim animacje współgrające z muzyką.
Niestety na tym koncercie też nie zostaliśmy do końca (względy praktyczne związane z dalszymi planami mojego kumpla). Na szczęście to, czego zdążyłem doświadczyć, satysfakcjonuje mnie. Do centrum Katowic też wróciliśmy typowo juwenaliowym autobusem, choć brakowało poziomu ścisku, do którego się przyzwyczaiłem - największy exodus na pewno miał miejsce zaraz po koncercie Strachów.
Tak wyglądała sobota.
Po sobocie nie jestem już przekonany o tym, że jestem za stary na juwenalia. To prawda, zaczyna mnie w nich irytować coraz więcej rzeczy. Przestaje to być impreza typowo dla mnie. Niemniej jednak, jeśli w kolejnych latach pojawią się jakieś interesujące mnie koncerty, będę miał ciekawe towarzystwo i czas, to chętnie wybiorę się to wydarzenie znowu. Bo w zasadzie: dlaczego nie?
A utwór na dziś to jeden z powodów, dla których chciałem się wczoraj wybrać na Juwenalia Śląskie:
Dobrego popołudnia i tygodnia!
ENG:
This week the Juwenalia Śląskie (Silesian yearly student carnival) took place. Although I graduated a few months ago, yesterday and the day before yesterday I decided to go to this event. I could not sooner, because I was on a delegation and that's why I missed the concert of Stachursky with the musical equivalent of a pneumatic hammer, that is "Doskozzza". Well, an adult life can be sad...
In any case, I was able to take part in two days of this student event. How was it? Well...
Friday
First, the facts: I came back from the delegation on Friday, so I was tired. The only band that interested me, PRO8L3M, was starting on midnight. My future wife spent the evening with her friends from work and we met quite late. The effect was that we arrived at the event area way after 11 PM.
The first thing that surprised me was the number of people coming already back at that moment. As I understood, the biggest star was just about to play, and a lot of people were running away. This, however, quickly cleared up as we continued to squeeze through an even larger crowd. It was just that day that there was a really huge mass of people, probably much bigger than when rock artists are stars. That matches with the trends observed for years in common music tastes. In contrast to me, the vast majority of the crowd around was after a few hours of alcohol consumption, and some probably also after other stimulants. It made me feel the chaos around me. Then it turned out that this year, beer at the event costs 8 zlotys. This is not much for this wonderful drink, but at this event it's a lot. In addition, there were queues to the cash desks (although I admit, I saw a lot worse), it was impossible to pay with a card for the beer chips (some breakdown of the system), and the cashier spent me the rest of 26 zlotys as one banknote 10 zlotys and 16 single 1 zloty coins. I know that he probably did not have any other option, but it's one another annoying issue. Then it turned out that the area in front of the stage was covered with quite deep mud. My shoes I bought a week ago were a bit despairing, but fortunately they were quite cheap, so I had no qualms about making them desecrate.
Finally the concert started. We were not able to meet my friends, whom I knew were there, so we stood with My Darling from the side, watching the stage and listening to the performance. This turned out to be the brightest point of the evening. I am of the opinion that there are many artists who sound different on CDs and live. There are those whose performances on the stage have some shortcomings, lack of refinement, and there are those who, when recorded, lose their energy, spontaneity, advantages used during concerts. Nothing like this happened here. It turned out that the PRO8L3M live impresses the same as on the recordings. This was accompanied by a good show of lights and animations and a remarkable narrative between the songs, focused on dialogue.
Ultimately, based on common sense (not mine), we did not stay until the very end. We returned from there by taking a forty-minute walk. However, I was happy, because before that I heard most of what I wanted to hear. At the same time, I said that if the next day, supposed to be more in my climates, would also irritate me with some things, then I'm actually too old for student carnival. And then came...
Saturday
This time I came to the place with a special bus. It could not be confused with others because it was quite full of young people, many of whom were already drinking beer. It really was something familiar. I made an appointment with a buddy from high school and we met somehow before the 8 PM. KAMP! was already playing, the first band I wanted to listen to. There were a lot of people, but definitely less than the day before. We quickly exchanged the chips that were left from Friday for a dark beer and headed towards the stage. It turned out that on that day a long carpet was placed leading from the pavement to the place where the ground was grassy, not muddy and one could stand in civilized conditions. The concert turned out to be very pleasant, you could listen to it, you could stamp your foot. The screen behind the stage has been used for the narration with slogans, eg song titles. In the interval between performances, we went back for another beer chips and that day we bought them almost without a queue.
Soon afterwards, Strachy Na Lachy started playing. There is not much to write about their concert, because it was just as good as usual. I was positively surprised by the appearance of some songs, about which I had the impression that the band rarely plays them. Examples include "Krew z szafy" and "Dygoty". During the concert, my buddy spotted another friend of ours, also from high school, who is now working abroad. We talked to him a little, then he went to other friends. Meeting random friends also matches the things that I associate with student carnival, and these two of my friends met also other people they knew. It means that the phenomenon did not die, even if I experienced it only in a micro scale.
At the end of our presence at this event, BOKKA played. The band known mostly from the song "Town of strangers" also impressed me. Musically it was a very valuable experience, additionally supported by the fact that artists perform in masks, and the narrative was conducted as if in a chat. The vocalist from time to time was writing something on the computer to the audience, and her words were displayed on the big screen behind the stage. In general, the screen was an element of the show, because animations harmonizing with music were shown on it.
Unfortunately, at this concert, we also did not stay until the end (practical reasons related to further plans of my friend). Fortunately, what I managed to experience satisfies me. We also came back to the center of Katowice with a typical carnival's bus, although there was no level of crowd, which I got used to - the biggest exodus certainly took place right after the concert of Strachy Na Lachy.
After Saturday, I am no longer convinced that I am too old for yearly student carnival. That's true, more and more things start to irritate me. It ceases to be an event addressed for me. Nevertheless, if in the following years some interesting concerts will appear, I will have interesting companions and time, I will gladly choose this event again. Because in principle: why not?
And the song for today is one of the reasons why I wanted to take part in Juwenalia Śląskie yesterday. You can find it above.
Wyprawiałem wczoraj zaległe urodziny. Sporo gości nie przyszło, ale mimo to i tak pojawiło się ponad dwadzieścia osób. Czy było fajnie? Czy impreza się udała? Ha, to dobre pytania! Interesujące jest to, jakie kryteria można przyjąć do oceny takiego wydarzenia. Konsumpcyjne? Napojów ani jedzenia nie zabrakło. To chyba jednak słabe kryterium.
Indywidualne odczucia każdego z gości? Choć było dość spokojnie, to myślę, że wszyscy dobrze się bawili. Zbieranie szczegółowej opinii od każdego mija się chyba jednak z celem. Dla własnej oceny tego, czy impreza się udała, mam jedno pytanie: czy udało mi się choć przez chwilę porozmawiać z każdym gościem? Wydaje mi się, że tak. Tematów nie brakowało, bo sporą część z zaproszonych gości poznałem dokładnie 8 lat wcześniej, a niektórych jeszcze dawniej. Kursowałem więc między jednym a drugim końcem stołu, rozprawiając o przyszłości i wspominając przeszłość, dyskutując o planach, opowiadając i słuchając opowieści. To dla mnie znak, że urodziny się udały.
Co więcej, pod pewnymi względami nawet mnie pokonały. Gdy dzisiaj poszliśmy do Mad Micka (katowicka cudowna burgerownia) zjadłem tylko frytki. Bez burgera. O, proszę:
Zniszczony ja.
Widzę pustkę w swoich oczach. To znak, że pora niebawem iść spać. Wy za to dajcie znać, w jaki sposób wy oceniacie czy wasza własna impreza urodzinowa się udała. W niedzielę za tydzień będę po weselu (jeszcze nie swoim), więc być może pozostaniemy w klimatach imprezowych. A może pojawią się poważniejsze tematy? Zobaczymy. Zostawiam Was z coverem, który oczarował mnie w minionym tygodniu:
Dobrego tygodnia!
ENG:
Yesterday I celebrated my birthday with a usual delay. A lot of guests did not come, but still more than twenty people appeared. Was it fun? Was the event successful? Ha, those are the good questions! It is interesting what criteria can be used to evaluate such an event. Related to consumption? Drinks and food were not lacking for any moment. However, this is probably a weak criterion.
Individual feelings of each guest? Although it was quite calm, I think everyone was having a good time. There is probably no sense in collecting the detailed opinions from all the people. For my own assessment of whether the event was successful, I have one question: have I managed to talk to every guest at least for a moment? I guess so. There was no shortage of topics, because I met quite a few of the invited guests for the first time exactly eight years earlier and some of them even longer ago. So I was running between one and the other end of the table, discussing the future and recalling the past, discussing plans, telling and listening to stories. It is a sign for me that birthday has succeeded.
More than that, in some ways it even defeated me. When today we went to Mad Mick (wonderful burger bar in Katowice) I ate only fries. No burger.
I see the emptiness in my eyes. It's time to go to sleep soon. In the meantime you can let me know how you judge whether your own birthday party went well. On Sunday next week I will be after the wedding (not mine yet), so maybe we will stay in party climates. Or maybe there will be more serious topics? We'll see. I leave you with a cover that has charmed me last week. You can find it above.
This is not yet another entry! [English version below.]
Dziś prawie bez treści. Dlaczego? Bo nie ma czasu. Sesja, praca magisterska i zwykła praca postanowiły przypuścić wspólny atak, a efekt jest taki, że na bloga brakuje czasu. Ta niedziela musi być robocza.
Żeby być uczciwym: to efekt jasno ustalonych priorytetów. Aktualnie hierarchia wygląda następująco:
impreza > dokończenie studiów > blog.
Tak, impreza na szczycie. Nie wstydzę się tego, bo nie chodzi o zwykły clubbing, ale o spotkanie z rzadko widywanymi przyjaciółmi, w dodatku z istotnego powodu. Tak było wczoraj, gdy moja dobra przyjaciółka wyprawiała urodziny. Zdarza jej się to znacznie rzadziej niż raz na rok, w związku z czym obecność była obowiązkowa.
Było pięknie!
Od pewnej godziny zatem bawiliśmy na imprezie w ogrodzie, wcześniej przygotowywaliśmy prezent i w ten sposób z całej soboty roboczej zrobiły się ledwie 3-4 produktywne godziny. Ale wiecie co? Wcale nie żałuję. Pamiętajcie, pasje są ważne, obowiązki też, ale przyjaciele najważniejsi. Z tym optymistycznym akcentem Was zostawiam.
Muzyczny klasyk na dziś:
Dobrego, produktywnego, pełnego wrażeń tygodnia!
ENG:
Today, almost without content. Why? Because there is no time. A session, master's thesis and ordinary work decided to launch a joint attack, and the effect is lack of time for blog. This Sunday must be a working day.
To be honest: it is the effect of clearly set priorities. Currently the hierarchy is as follows:
the party > graduation > blog.
Yes, the party at the top. I am not ashamed of this, because it is not about ordinary clubbing, but about meeting with rarely seen friends, in addition for a good reason. Yesterday was that way, when my good friend made a birthday party. It happens to her much less often than once a year, therefore the presence was obligatory.
We have been having fun at a garden party whole night, we've been preparing a gift before, and in this way, only 3-4 hours were productive over the whole working Saturday. But you know what? I do not regret it at all. Remember, passions are important, responsibilities too, but friends the most. I leave you with this optimistic accent.