Nie będę się dzisiaj rozpisywał za bardzo. Chcę tylko wspomnieć o pewnym bezbrzeżnym zachwycie, który wyrażałem już w tym tygodniu na moim Facebooku. Otóż tydzień temu słuchałem wywiadu Karola Paciorka (Impoderabilia) z Vito Bambino (m. in. Bitamina). Samej rozmowy, bardzo ciekawej. możecie posłuchać pod tym linkiem:
W każdym razie w trakcie rozmowy usłyszałem o pewnym artyście, o którym coś wcześniej słyszałem, ale nigdy go nie słuchałem. Vito Bambino określił go jednak jako jedną ze swoich ważniejszych inspiracji, a dowiedziałem się też z tej rozmowy, że magazyn Pitchfork wybrał ostatni długi album tego artysty najlepszym albumem dekady. Wtedy postanowiłem, że sprawdzę to, ale pomyślałem też, że rzecz pewnie i tak nie przypadnie mi do gustu.
Nie, to nie ten album.
Sprawdziłem. Okazało się, że bardzo się pomyliłem. A konkretniej:
Nazwisko: Frank Ocean.
Album: Blonde (alternatywnie też: blond).
Skrócona opinia: to najpiękniejsza rzecz na świecie.
Wcisnąłem "play", spodziewając się amerykańskiego rapu. Wtedy pewnie stwierdziłbym, że to dobra muzyka, ale nie dla mnie. Okazało się jednak, że zamiast tego dostałem wrażliwość zamkniętą w dźwięki. Muzykę trafiającą mnie prosto w serce. Gatunek? Pewnie pop. Soul? R&B? Jakaś taka przedziwna mieszanka.
Blonde zachwyca mnie w zasadzie na każdym poziomie - muzyki, wokali, zaproszonych gości, przejść między poszczególnymi utworami. Wszystko tu się spina, zgrywa, układa w logiczną całość. Nie ma słabych momentów, gorszych utworów, potknięć. To rzecz, w której warto się po prostu zanurzyć. Zatopić w muzyce i płynąć. Niemal przez cały, godzinny album czuję dreszcze. Spora jego część budzi we mnie moje ulubione skojarzenia. Rozmowy na dworze w trakcie imprezy. Noc. Deszcz. Dym papierosowy.
Wszystkie moje reakcje można sprowadzić do: "Gdzie ten album był przez całe moje życie?!". To oczywiste wyolbrzymienie, bo tak naprawdę straciłem tylko 4 lata, nie wiedząc o jego istnieniu (tak, płyta jest z 2016 r.). Staram się to teraz nadrobić, słuchając Blonde codziennie przynajmniej raz, a często kilkukrotnie. Mogę odtwarzać ten album w pętli. Od czasu do czasu odkrywam w nim coś nowego. Włączam go w pracy i po pracy. W tygodniu i w weekend. To muzyka, od której nie mogę, ale i nie chcę się uwolnić.
Posłuchajcie Blonde. Proszę. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że nie zakochacie się w tym albumie tak jak ja, ale przynajmniej dajcie mu szansę. Ja jestem tak zachwycony, że chyba i tak żadne z powyżej użytych słów nie są w stanie tego oddać. Album na Spotify możecie znaleźć pod >>tym linkiem<<. A tu mały kąsek na spróbowanie:
To chyba tyle. Trzymajcie się ciepło. Myjcie często ręce. Dobrego tygodnia!
ENG:
I won't write too much today. I just want to mention a certain boundless admiration that I have already expressed this week on my Facebook. Well, a week ago I listened to an interview by Karol Paciorek (Impoderabilia, Polish YouTuber) with Vito Bambino (among others Bitamina, Polish band). The conversation itself was very interesting.
Anyway, during the interview I heard about an artist I had heard about before, but I have never listened to him. Vito Bambino, however, described him as one of his more important inspirations, and I also learned from this conversation that Pitchfork magazine chose the artist's last long album as the best album of the decade. Then I decided that I would check it, but I also thought that I would probably not like the thing anyway.
I checked that. It turned out that I was very wrong. To be more specific:
Name: Frank Ocean.
Album: Blonde (alternatively also: blond).
Short opinion: this is the most beautiful thing in the world.
I pressed "play" expecting American rap. Then I would probably say that this is a good music, but not for me. It turned out, however, that instead I got a sensitivity closed in sounds. Music that hits me straight in the heart. Genre? Probably pop. Soul? R & B? Some kind of weird mix of those.
Blonde impresses me basically at every level - music, vocals, invited guests, transitions between individual songs. Everything here fits together, forms a logical whole. There are no weak moments, worse songs, fails. It is worth to immerse yourself in it. Dip in music and flow. I feel chills almost throughout the entire hour. A large part of it evokes my favorite associations. Outdoor talks during the party. Night. Rain. Cigarette smoke.
All my reactions can be reduced to: "Where has this album been all my life ?!" This is an obvious exaggeration, because I lost only 4 years without knowing about its existence (yes, the album is from 2016). I'm trying to make up for it now by listening to Blonde every day at least once, and often several times. I can play this album in a loop. From time to time I discover something new in it. I turn it on at work and after work. During the week and weekend. It's music that I can't, but also I don't want to break free from.
Listen to Blonde. Please. There is a good chance that you won't fall in love with this album like I do, but at least give it a try. I am so delighted that probably none of the words used above can express it. The album on Spotify can be found following >> this link <<. And above you can find a small bite to try.
I think that's it. Listen to good music. Wash your hands often. Have a good week!
Verses versus virus. [No English version today, since the post relates mostly to Polish songs. In brief, there is a thing called #hot16challenge2 and it is reference to the similar challenge from a few years ago. The idea is that a person raps 16 verses about anything, donates money to the Polish health service and then challenges other people to do the same. If you would like to know more, let me know.]
Jeśli spędzacie choć trochę czasu w internecie, zapewne zauważyliście nowy, głośny hashtag:
#hot16challenge2
Istnieje duża szansa, że doskonale wiecie, o co w nim chodzi. Na wszelki wypadek jednak wyjaśnię: to nawiązanie do akcji #hot16challenge sprzed kilku lat. Obie edycje zainicjował Solar, raper i współzałożyciel SBM Label. No dobrze, ale o co właściwie w tym chodzi? To bardzo proste: nominowana osoba rapuje szesnaście wersów na dowolny temat, wpłaca pieniądze na specjalną zbiórkę mającą na celu wsparcie polskiej służby zdrowia w walce z koronawirusem, a następnie rzuca wyzwanie kolejnym, konkretnie wskazanym osobom, by zrobiły to samo. Tegoroczna akcja bardzo szybko wyszła poza krąg muzyki hip-hopowej i dołączyli do niej YouTube'erzy, influencerzy, dziennikarze, aktorzy, a nawet niektórzy politycy.
Najważniejsze dane.
Jak wyszło? Niektórym wspaniale, innym trochę gorzej, jeszcze innym żałośnie. Nie skupiajmy się jednak na tych ostatnich. Poniżej przedstawiam czysto subiektywne, wybrane przeze mnie najciekawsze wykonania (niekoniecznie najlepsze). Kolejność listy nie jest bardzo ważna, ale nie nazwałbym jej też całkiem przypadkową. 13 pozycji, czyli 16 po potrąceniu podatku dochodowego. Oto one:
13. Taconafide - nie jest to może najbardziej kreatywna rzecz na tej liście, ale ma naprawdę dużo zalet. Po pierwsze, bardzo przyjemny, letni vibe, pozytywny bit, który sam z siebie poprawia nastrój. Po drugie, błyskotliwe nawiązania do ostatnich wydarzeń, najnowszej płyty Quebonafide i ogólny pozytywny przekaz. Pojawiły się komentarze, że powinna z tego powstać piosenka na lato i ja gorąco popieram ten pomysł. A, no i pojawiają się klocki Lego. Także ten, czego chcieć więcej? Posłuchajcie:
12. Dawid Podsiadło - utalentowany piosenkarz nie rapuje, tylko śpiewa, bo to umie. Zresztą od tego zaczyna swoją szesnastkę. Przygrywając sobie na gitarze najpierw zabawnie nawiązuje do Taconafide, którzy go nominowali, a potem robi się ciut poważniej, gdy przechodzi do tematu służby zdrowia. Na koniec genialnie ripostuje Quebo i jego Lego, nie używając do tego słów. Zobaczcie sami:
11. Łona - nie mogłem sobie odmówić przyjemności umieszczenia tu tego znakomitego artysty. Przecież ostatnimi czasy niemal bez przerwy się nim zachwycam. Bo wiecie, ten szczeciński raper ma nie tylko nieprzeciętne umiejętności techniczne, bardzo dobre flow i dykcję. To, co naprawdę go wyróżnia, to niebanalne teksty, zgrabnie w nich umieszczane przesłania i morały, zaskakujące pointy czy celne riposty. Jego teksty potrafią też być cholernie zabawne. W przypadku tego konkretnego wykonania mam wrażenie, że jest ono modelowe. Techniczna rewelacja, zawarcie wszystkiego, łącznie z nominacjami, w rymach, tresć, którą streścić w "szacun!" i "nie ma co się martwić na zapas". To taka "feel good szesnastka", jakiej wielu może potrzebować:
10. Ks. Jakub Bartczak - pisałem tu na początku, że chodzi o wykonania ciekawe, prawda? No to katolicki ksiądz w sutannie, którego rap technicznie wcale nie odbiega od wielu gwiazd polskiej sceny, który brzmi jakby mógł w każdej chwili przyłożyć Ci spluwę do głowy i strzelić, a jednocześnie rapuje o Bogu i Biblii z pewnością łapie się w tę kategorię. Przekonajcie się sami pod tym linkiem:
9. Wiktor Zborowski - to mocno minimalistyczne wykonanie, ale po pierwsze, dostarczone w sposób, który kojarzy mi się z przedwojennymi teatrzykami czy występem tego aktora w filmie C.K. Dezerterzy i odegraniu kabaretowej scenki jako krawiec. Po drugie, z tekstem prostym, a jednocześnie zabawnym i niosącym ważny przekaz. Po trzecie, mimo, że tekst zabawny, to Wiktor Zborowski przedstawił go z wielką powagą, nadał dostojeństwa i zabrzmiał jak głos samego Boga. Nawet, gdy padło słowo "dupa". Zresztą posłuchajcie:
8/7. Tomasz Knapik/ Krystyna Czubówna - te dwie szesnastki wykonane przez znakomitych poskich lektorów traktuję niemal na równi, stąd łączne ich przedstawienie. Najpierw celnie, krótko, treściwie i z dystansem do siebie zarapowała pani Krystyna:
Ponieważ nominowała ona swojego kolegę po fachu, nie mógł on nie zareagować. Podszedł do tematu konkretnie, zarapował poważnie na temat epidemii, ale w króciutkim nagraniu udało się też wpleść kilka zabawnych elementów. Łatwo je wyłapać pod linkiem:
6. Krzysztof Gonciarz - najbardziej rozpoznawalny polski twórca multimedialny (celowo nie piszę YouTuber) oczywiście postanowił podejść do tematu po swojemu i nagrał #brzydka16challenge, żartując sobie z innych uczestników akcji, tworząc tekst w całości żartobliwy i naprawdę nieźle go rapując, a jednocześnie nadal zachęcając do wpłat i nominując kolejne osoby. O, tu link:
Ponieważ jednak najwyraźniej fanowskiej społeczności to nie wystarczyło, Gonciarz nagrał też "gorącą szesnastkę". Mniej otwarcie humorystyczną, ale i tak błyskotliwie nawiązującą do jego i innych wcześniejszej twórczości. To jednak tylko wstęp, bo zaraz potem wszystko zmienia się w projekcję muzyczno-wizualną z grą świateł i fantastycznym techno-bitem. Producentem tego wszystkiego jest Urbanski:
5. Karol Paciorek - sam jestem trochę zdziwiony umieszczeniem Karola na tej liście, w dodatku tak wysoko. Tak się jednak złożyło, że zaskakująco naturalne flow, którym popisał się Karol, połączone z tekstem nieco autoironicznym, a nieco wbijającym szpilę innym, sprawdza się bardzo dobrze. Do tego dorzucono obietnicę słonecznego lata z winkiem i plenerem, a to chyba rzeczy, o których wiele osób już marzy. Wszystko to sprawiło, że #hot16challenge2 tego twórcy to bardzo przyjemna w odbiorze rzecz:
4. Kasia Nosowska - to, że szesnastka tej znanej, rockowej wokalistki stoi na znakomitym technicznym poziomie, nie powinno nikogo dziwić. Od lat udowadnia ona, że jest mocna nie tylko w tym rodzaju muzyki, z którego jest najbardziej znana, ale w zasadzie, że wszystko, czego się dotknie, zamienia się w złoto. Tym, na co warto więc zwrócić uwagę w jej wersji wyzwania, jest tekst. Słowa, które się tam pojawiają, to mistrzostwo świata. Nawiązują one bowiem do obecnej sytuacji epidemicznej, ale tak naprawdę mają zdecydowanie więcej głębii niż noszenie maseczek. Cechują się wielką wrażliwością i mogą spokojnie konkurować z najlepszą poezją. Posłuchajcie:
3. Tata Maty (prof. Marcin Matczak) - choć tu zaczyna się wplatanie polityki do całej akcji, to nie sposób odmówić znanemu profesorowi gracji, z jaką zarapował. Choć to ojciec jednego z najbardziej rozpoznawalnych obecnie, nowych raperów, to nie czarujmy się, że to nie do końca jego bajka. Zrobił to więc po swojemu: na bicie, ale spokojnie i kulturą, a jednocześnie celnie. Warto posłuchać:
2. Władysław Kosiniak-Kamysz - drugie miejsce na liście, bo nie chcę jej kończyć politycznym akcentem. Jeśli jednak chodzi o trafność pomysłu, to prezes PSLu (albo jego ludzie) naprawdę pozamiatał. Wbrew niedojrzałym komentarzom, które można znaleźć pod klipem, zrobił to tak, jak można oczekiwać od polityka: oprawa, wejście czy sposób nagrania nawiązują do rapowych elementów, ale treść już opiera się na realnym działaniu w ramach instrumentów dostępnych dla posła, a oprócz tego jest zachęta do wpłat. Czy to element kampanii wyborczej? Z pewnością. Jednocześnie jednak to niebanalne podejście do tematu i przerobienie go po swojemu. Przekonajcie się:
1. Undadasea - tak jak wspomniałem, trochę głupio kończyć polityką. Lepiej zakończyć rapem. Tu wkracza ten wspaniały kolektyw, który rapuje radośnie swoje wersy. Jest ich dużo, jest pozytywnie. Do tego nagranie skąpane jest w słońcu, utrzymane w ciepłych barwach. Po prostu ciepło się robi na sercu od tego. Posłuchajcie sami pod linkiem:
Bardzo możliwe też, że pominąłem coś naprawdę interesującego, ale z oczywistych względów nie byłem w stanie obejrzeć wszystkich challenge'y. Bardzo chętnie więc posłucham kolejnych - podsyłajcie linki, jeśli chcecie.
Ponieważ cały ten wpis jest muzyczny, nie będę osobno dodawał tu jeszcze kolejnej piosenki. Zamiast tego łapcie ten bardzo ważny link do zbiórki:
Nominacje w #hot16challenge2 często wyglądają tak, że rzuca się wyzwanie kilku osobom, po czym następuje przerwa, po której nominuje się jeszcze kogoś. Postępując podobnie, podrzucam jeszcze jedno wykonanie, prawdopodobnie najciekawsze i najbardziej oryginalne:
Teraz to naprawdę wszystko. Myjcie ręce, noście maseczki, wpłacajcie hajs, słuchajcie muzyki!
Sztuki audiowizualne. Filmy. Wielkie produkcje. Blockbustery. Gwiazdorska obsada? Oczywiście. Efekty specjalne? Jak najbardziej. Niebanalny scenariusz. Pewnie. Ale co jeszcze? Co poza tym sprawia, że pewne dzieła stają niezwykłe, doskonale zapamiętane, a czasem nawet wybitne?
Komponent audio, który jest ważnym towarzyszem wizualiów. Soundtrack. Muzyka. Zestaw dopasowanych albo specjalnie skomponowanych utworów, które odpowiednio podkreślają klimat filmu, budują napięcie czy wprowadzają odpowiednią melancholię albo przeciwnie, dynamikę. Odpowiednia ścieżka dźwiękowa może uratować nawet przeciętny film lub sprawić, że dobry stanie się rewelacyjny, a zaniedbana może położyć całkiem niezłą produkcję.
Odpowiednie zbudowanie klimatu filmu to jedno, ale przecież soundtracki często wydaje się też osobno. Oceniając je niezależnie od filmów, dla których je stworzono, ma się do czynienia tak naprawdę z jednym tylko pytaniem: czy bronią się same? Czy potrafią obudzić odpowiednie emocje bez ruchomego obrazka na ekranie? Jeśli tak, to rzeczywiście można mówić o sukcesie. Poniżej prezentuję kilka takich właśnie soundtracków, które mają coś w sobie i z jakiegoś powodu uważam je za wyjątkowe. Kolejność listy jest raczej przypadkowa.
Dźwięk wkomponowany w obraz.
TRON: Legacy
Ten głośny film z 2010 r., będący kontynuacją filmu sci-fi z 1982 r. i opierający się na idei przeniesienia się człowieka do wnętrza komputera z pewnością ma wiele zalet. Choć fabuła jest dość absurdalna i niezbyt imponująca, to całkiem niezła obsada (m. in. Olivia Wilde, Jeff Bridges i Michael Sheen) sprzedaje ją nienajgorzej. Z kolei warstwa wizualna filmu to coś niezwykłego i nie chodzi mi tu tylko o sceny wyścigów na motocyklach czy walk na dyski, nawiązujące do pierwszego filmu, ale o całokształt. Kolory, światło czy ukazanie ruchu sprawiają, że w zasadzie każda scena tego filmu jest prawdziwą ucztą dla oczu. Nie zmienia tego nawet fakt, że pewnie przy obecnej technologii produkcja ta nie jest jakimś wybitnym osiągnięciem. To nieważne, gdy ogląda się ją tak dobrze.
Czy jednak wspomniane wizualia robiłyby takie wrażenie, gdyby nie doskonała ścieżka dźwiękowa skomponowana przez francuski duet Daft Punk? Nie jestem przekonany. Na potrzeby filmu powstała muzyka elektroniczna najwyższej jakości. Album na Spotify ma niespełna 59 minut i jest po prostu arcydziełem. Odpowiednio koresponduje z fabułą filmu, udanie łącząc ze sobą dynamiczne, szybkie utwory i bardziej melancholijne kompozycje, doskonale dopasowując je do bieżących potrzeb filmu.
Album sprawdza się zresztą także w oddzieleniu od obrazu. Dość często włączam go sobie podczas pracy, ponieważ pozwala mi się skupić, a z kolei dynamiczniejsze utwory sprzyjają szybszemu tempu wykonywania zadań. Nie jest jednak tak, że album TRON: Legacy nie sprawdza się jako towarzysz czasu wolnego. Przeciwnie, bardzo chętnie słucham go także na przykład podczas odpoczynku czy lektury książki. Wydaje mi się, że to jeden z najczęściej odtwarzanych przeze mnie albumów jako całości. Zresztą, posłuchajcie sami, na przykład na Spotify. Nie pożałujecie (chyba).
Once Upon a Time... in Hollywood
O samym filmie nie ma chyba sensu pisać za wiele, ponieważ niemal każdy powinien go kojarzyć. Po pierwsze, to produkcja ledwie z ubiegłego roku, a po drugie to film Quentina Tarantino. To powinno w zupełności wystarczyć. Dla formalności przypomnę jeszcze, że fabuła filmu rozgrywa się w Hollywood u schyłku lat 60., a główni bohaterowie to aktorzy, kaskaderzy i inne osoby związane z przemysłem filmowym. W obsadzie znaleźli się między innymi Leonardo DiCaprio, Margot Robbie czy Brad Pitt, który za swój występ w tym filmie zdobył pierwszego w swojej karierze Oscara.
Choć opinie o tym filmie były dość mocno podzielone, to jego zwolennicy i przeciwnicy mogą się chyba zgodzić w jednym: to klimat gra tutaj pierwsze skrzypce. Jest ważniejszy niż fabuła czy doświadczenia życiowe głównych bohaterów. Cała produkcja de facto sprowadza się do tego, że śledzenie ich losów jest tak naprawdę tylko narzędziem, dzięki którym ma się płynąć i chłonąć atmosferę Hollywood u schyłku swojego okresu niewinności.
A wiecie, co jest wspaniałym narzędziem budowania klimatu? Tak, zgadliście. Muzyka. Once Upon a Time... in Hollywood wykorzystuje ją doskonale. Na ścieżce dźwiękowej można znaleźć między innymi utwory Deep Purple czy duetu Simon & Garfunkel, a także wielu innych artystów z epoki. Pomiędzy utworami umieszczono krótkie reklamy i komunikaty informacyjne odpowiadające tym z czasów, gdy rozgrywa się akcja filmu, co ma dawać wrażenie, jakby słuchało się po prostu radia sprzed pięćdziesięciu lat i to rzeczywiście działa. Soundtrack Once Upon a Time... in Hollywood to z jednej strony kawał doskonałej muzyki, raczej rockowej, a z drugiej muzyczne odbicie tego wszystkiego, co film pokazuje obrazem. Piękna sprawa i naprawdę warto posłuchać. Serdecznie Was do tego zachęcam.
The Secret Life of Walter Mitty
Ten film z 2013 r. może być znany mniejszej liczbie osób, więc w skrócie: Ben Stiller wciela się tu w tytułowego bohatera, marzyciela i pracownika ciemni fotograficznej magazynu LIFE, który wiedzie dość nudne życie. Zawirowania w pracy sprawiają jednak, że niespodziewanie dla wszystkich, łącznie z samym sobą, rusza w niezwykłą podróż w poszukiwaniu zaginionego negatywu fotografii. Po drodze odwiedza przepiękne lokalizacje na całym świecie, uczy się zachwytu światem, a w drodze przeżywa także niezwykłe przygody, między innymi walcząc z rekinem czy uciekając na deskorolce przed wybuchem wulkanu.
To pozytywna, ale nie miałka ani kiczowata opowieść i w zasadzie to samo można powiedzieć o muzyce towarzyszącej filmowi. Wśród wykonawców tworzących jego ścieżkę dźwiękową znaleźli się między innymi José González, grupa Junip, do której także należy ten muzyk czy zespół Of Monsters and Men. Większość utworów to melodyjne, melancholijne kompozycje, popowo-gitarowe, o skandynawskiej genezie.
Drugi i ostatni na tej liście film z ubiegłego roku to bardzo dobrze przyjęty kryminał w reżyserii Riana Johnsona, klimatem wyraźnie nawiązujący do twórczości Agathy Christie. To się musiało udać, bo rewelacyjny scenariusz, nie dość, że doskonale nakręcony i wyreżyserowany, został też perfekcyjnie zagrany. Nie można było zresztą oczekiwać niczego innego, jeśli w obsadzie znaleźli się Daniel Craig, Chris Evans, Don Johnson, Ana de Armas, Christopher Plummer, a także inni znakomici aktorzy.
Przedstawiona w filmie opowieść jest pełna napięcia i zwrotów akcji, a jednocześnie rozgrywa się w klasycznej rezydencji bardzo dobrze sytuowanej rodziny. Czy jakaś inna muzyka niż klasyczna mogłaby tu budować klimat? Wątpię. Fortepian, instrumenty smyczkowe i inne zostały połączone przez Nathana Johnsona w taki sposób, by widzowi czy też słuchaczowi cały czas towarzyszyło uczucie delikatnego niepokoju. Niezbyt intensywne, gdzieś w tle, ale nie znikające nawet na ułamek sekundy. Czasem nasilające się, a czasem pozwalające na odrobinę wytchnienia, ale zawsze w jakiś sposób obecne. Naprawdę warto zatopić się w tych dźwiękach i doświadczyć owego uczucia na własnej skórze.
American Hustle
Opowieść o przekręcie, FBI i próbie przywrócenia świetności Atlantic City opisana w całkiem niezłym scenariuszu. Do tego w obsadzie Christian Bale, Jennifer Lawrence, Amy Adams, Jeremy Renner, Bradley Cooper na pierwszym planie, a w tle kolejni znakomici aktorzy, zatem fabuła zagrana wybornie. Piękne ujęcia obrazujące klimat schyłku lat 70. ubiegłego wieku. Czy to wystarczyłoby, żebym pokochał ten film z 2013 r.? To całkiem możliwe.
Tak się jednak złożyło, że oprócz tego wszystkiego zaoferował on znacznie więcej, a mianowicie wyborną ścieżkę dźwiękową. Znaleźli się na niej tacy wykonawcy jak Duke Ellington, Elton John, Electric Light Orchestra, Wings, Bee Gees, Donna Summer, Tom Jones czy America, a nawet nie wymieniłem wszystkich. Prawdziwe gwiazdy i ich przeboje, które mimo upływu lat wcale nie tracą na jakości. I tak, w przypadku tego filmu muzyka nie była tworzona specjalnie na jego potrzeby, ani nawet odpowiednio w nim osadzona, jak w przypadku Once Upon a Time... in Hollywood. Tyle tylko, że... Nie ma to żadnego znaczenia. Muzyka ta jest tak dobra sama w sobie, a jednocześnie w naturalny sposób tak dobrze pasuje do filmu, że nie potrzeba tu nic więcej. Zresztą najlepiej posłuchajcie sami.
To by było na tyle. Jeśli nie chcecie po raz kolejny słuchać playlist, które są mniej lub bardziej losowymi zbieraninami różnych utworów, a wolicie posłuchać czegoś dłuższego, co jest spójną całością, sięgnijcie po któryś z powyższych soundtracków, a najlepiej po wszystkie po kolei. Raczej nie pożałujecie.
A oprócz tego utwór na dziś to klasyk, ale w wersji z filmu The Secret Life of Walter Mitty, która z jakiegoś powodu nie znalazła się na albumie z oficjalnym soundtrackiem. Posłuchajcie:
To chyba tyle. Życzę Wam dobrego, dobrze brzmiącego tygodnia. Myjcie ręce i noście maseczki.
ENG:
Audiovisual Arts. Movies. Great productions. Blockbusters. Star cast? Of course. Special effects? Certainly. An original scenario? Sure. But what else? What else makes some works extraordinary, perfectly remembered, and sometimes even outstanding?
Audio component that is an important companion of the visuals. Soundtrack. Music. A set of matched or specially composed songs that properly emphasize the atmosphere of the film, build tension or introduce appropriate melancholy or, on the contrary, dynamics. The right soundtrack can save even the average movie or make from a good one a sensational one, and neglected soundtrack can spoil quite a good production.
Building a proper climate of the movie is one thing, but soundtracks are often published separately as well. Judging them regardless of the films for which they were created, there is really only one question: are they good on their own? Can they arouse the right emotions without a moving picture on the screen? If so, we can really talk of success. Below I present some such soundtracks that have something in them and for some reason I consider them unique. The order of the list is rather random.
TRON: Legacy
This quite popular film from 2010, which is a continuation of the 1982 sci-fi film and based on the idea of moving a human inside a computer, certainly has many advantages. Although the plot is quite absurd and not very impressive, quite a good cast (including Olivia Wilde, Jeff Bridges and Michael Sheen) sells it well. In turn, the visual layer of the film is something extraordinary and I do not mean only scenes of racing on motorbikes or disc fights, referring to the first film, but about the whole. Colors, light or showing of movement make virtually every scene of this film is a real feast for the eyes. This is not altered even by the fact that with current technology this production is not some outstanding achievement. It doesn't matter when it is such a pleasure to watch it.
However, would the aforementioned visuals make such an impression without the perfect soundtrack composed by the French duo Daft Punk? I'm not sure. The highest quality electronic music was created for the needs of the film. The Spotify album is just under 59 minutes and is simply a masterpiece. It corresponds with the movie's plot, successfully combining dynamic, fast songs and more melancholic compositions, perfectly matching them to the current needs of the film.
The album also works well separately from the video. I turn it on quite often when I work, because it allows me to focus, and in turn more dynamic songs favor faster task pace. It's not like the TRON: Legacy album doesn't work as a free time companion. On the contrary, I like to listen to it, for example, while resting or reading a book. It seems to me that it's one of the albums I listen to most often as a whole. Listen to it yourself, for example on Spotify. You won't regret it (I think).
Once Upon a Time... in Hollywood
There is probably no point in writing too much about the movie itself, because almost everyone should recognize it. First of all, this production is barely from last year, and secondly it is a movie by Quentin Tarantino. That should be enough. For formalities, let me remind you that the plot of the film takes place in Hollywood in the late 1960s, and the main characters are actors, stuntmen and other people associated with the movie industry. The cast includes Leonardo DiCaprio, Margot Robbie and Brad Pitt, who won the first Oscar in his career for his performance in this film.
Although opinions about this movie were quite strongly divided, its supporters and opponents can probably agree in one: the climate is a primary thing here. It is more important than the plot or life experiences of the main characters. The whole production de facto boils down to the fact that following their lives is really just a tool thanks to which one can flow and soak up the atmosphere of Hollywood at the end of period of its innocence.
And you know what a great climate-building tool is? Yes you guessed it. Music. "Once Upon a Time... in Hollywood" uses it perfectly. On the soundtrack you can find songs by Deep Purple or the duo Simon & Garfunkel, as well as many other artists from the era. Between the songs there are placed short commercials and informational messages corresponding to those of the time when the film is set, which is to give the impression that you just listened to the radio fifty years ago and it actually works. Soundtrack of "Once Upon a Time... in Hollywood" is on the one hand a piece of excellent, rather rock music, and on the other a musical reflection of everything that the movie shows with video. It's a beautiful thing and it's really worth listening to. I heartily encourage you to do so.
The Secret Life of Walter Mitty
This 2013 movie may be known to fewer people, so in a nutshell: Ben Stiller takes on the title hero, dreamer and darkroom employee of the LIFE magazine who lives a rather boring life. Turmoil at work, however, means that unexpectedly for everyone, including himself, he sets off on an unusual journey in search of the lost negative of photography. Along the way, he visits beautiful locations around the world, learns how to admire the world, and on the road also experiences extraordinary adventures, including fighting a shark or escaping on a skateboard before a volcanic eruption.
It is a positive, but not too shallow or kitschy tale, and basically the same can be said about the music accompanying the movie. Among the performers creating its soundtrack were José González, a group Junip, which also includes this musician and the band Of Monsters and Men. Most of the songs are melodic, melancholic compositions, pop-guitar ones, with Scandinavian genesis.
I joyfully listen to songs from this movie when I want to calm down or just relax. They help clear the mind. In addition, they are simply beautiful and touching. You can see for yourself of this by listening to the album, inspired by the film or the one that is not a collection of songs, but music compositions accompanying individual scenes. Please refer the links above.
Knives out
The second and last movie on this list from last year is a very well-received detective story directed by Rian Johnson, with a climate that clearly refers to the work of Agatha Christie. It had to succeed, because the sensational script, was not only perfectly filmed and directed, but also perfectly played. One could not expect anything else if the cast included Daniel Craig, Chris Evans, Don Johnson, Ana de Armas, Christopher Plummer, as well as other great actors.
The story presented in the movie is full of suspense and twists, and at the same time takes place in the classic residence of a very well-off family. Could any music other than classical build a climate here? I doubt it. The piano, string instruments and others were connected by Nathan Johnson in such a way that the viewer or listener is constantly accompanied by a feeling of delicate anxiety. Not very intense, somewhere in the background, but not disappearing even for a split second. Sometimes intensifying, sometimes allowing a little respite, but always present in some way. It is really worth sinking in these sounds and experiencing this feeling on your own skin.
American Hustle
The story of the scam, the FBI and an attempt to restore Atlantic City's splendor described in a pretty good script. In addition, the cast with Christian Bale, Jennifer Lawrence, Amy Adams, Jeremy Renner and Bradley Cooper in the foreground, and in the background other great actors, so the story was played superbly. Beautiful shots depicting the climate of the late 1970s. Would it be enough for me to love this 2013 movie? It is quite possible.
However, it so happened that in addition to all this it offered much more, namely an excellent soundtrack. Performers like Duke Ellington, Elton John, Electric Light Orchestra, Wings, Bee Gees, Donna Summer, Tom Jones and America appeared on it, and I didn't even list all the artists. Real stars and their hits, which despite the passage of years do not lose their quality at all. And so, in the case of this film, the music was not created especially for his needs, or even embedded in it properly, as in the case of Once Upon a Time... in Hollywood. It's just that ... It doesn't matter. This music is so good itself and at the same time naturally fits the movie so well that you don't need anything more. Anyway, just listen to it.
That's it. If you don't want to once again listen to playlists, which are more or less random jumbles of different songs, and you prefer to listen to something longer, which is a coherent whole, reach for one of the above soundtracks, and preferably all of them. You probably won't regret it.
And besides, the song for today is a classic, but in the version from The Secret Life of Walter Mitty, which for some reason was not included on the album with the official soundtrack. You can find it above.
I think that's it. I wish you a good, good sounding week. Wash your hands and wear face masks.
They haven't played that yet. [English version below.]
Globalizacja! Internet! Inne duże słowa! Wszystko to sprawiło, że pewne rzeczy powszednieją i docierają już niemal do wszystkich. Wszyscy słuchamy tego samego, zachwycamy się tą samą muzyką i nucimy te same piosenki, prawda?
Cóż, może nie do końca. Jeśli sięgnąć gdzieś poza "Toss a coin to your witcher" i szczyty list przebojów na Spotify i Tidalu, może uda się odkryć coś nieoczywistego. Warto ich szukać, bo ileż można słuchać tego samego? Gdzieś tam są rzeczy znane mniejszemu gronu odbiorców, a niektóre może prawie nikomu. Poniżej prezentuję listę kilku wspaniałych, a właśnie mniej popularnych artystów i dorzucam garaść wspomnień. To oczywiście nie znaczy, że na pewno ich nie znacie. Zresztą, nie ma co zwlekać - przekonajmy się. Uszeregowałem ich umownie według popularności, tj. od największej do najmniejszej liczby polubień na Facebooku i są to nie tylko aktywni aktualnie wykonawcy.
Zapraszam!
6. Angus & Julia Stone (998 311 polubień)
W porównaniu z innymi wymienionymi tu zespołami ten jest akurat całkiem popularny, ale na przykład spośród moich znajomych chyba mało kto o nim słyszał (a jeżeli tak, to ewentualnie ode mnie). Zresztą umówmy się: niecały milion polubień przy na przykład prawie 36 milionach Metalliki, ponad 76 milionach Justina Biebera czy 86,5 miliona Eminema to nie jest dużo. Nawet Kamil Bednarek (prawie 1,4 miliona) i kilku innych polskich artystów mają ich więcej.
Tutaj natomiast mówimy o rodzeństwie z Australii grającym indie pop z domieszką folku. Duże znaczenie ma gitara, ale w użyciu są też inne, często nieoczywiste instrumenty. Oprócz rodzeństwa na scenie pojawiają się też inni muzycy, ale to właśnie Julia i Angus są w centrum uwagi, Oboje śpiewają, choć ona więcej, ale oboje też grają. Jako zespół występują od 2006 r.
W jaki sposób poznałem ten zespół? Ha, nie mam pojęcia. To jedna z zagadek, których nie umiem rozwikłać. Nie jest to jednak bardzo istotne - najważniejsze, że do tego doszło, a ja mogę się zachwycać ich muzyką. Był okres, w którym towarzyszli mi niemal codziennie - teraz już odrobinę rzadziej, ale nadal bardzo chętnie do nich wracam. Prawie dwa lata temu udało mi się nawet być na ich koncercie w warszawskiej Stodole, zresztą pierwszym w Polsce.
Było przepięknie!
Zespół ma na swoim koncie dwie EP, cztery albumy studyjne (ostatni z 2017 r.) i nieco innych wydawnictw i naprawdę warto go posłuchać. Na zachętę jeden z moich ulubionych utworów w ich wykonaniu:
5. HVOB (87 760 polubień)
Akurat to, jak usłyszałem o tym austriackim zespole, pamiętam dość dobrze. Zauważyłem, że kolega z pracy wyraził zainteresowanie koncertem tych artystów w Krakowie, choć akurat byliśmy na delegacji w Warszawie. Podpytałem co to, posłuchałem i od tamtej pory, choć nie słucham tej muzyki regularnie, to co jakiś czas wracam do wybranych utworów.
Co do zespołu: rozwinięcie skrótu to Her Voice Over Boys i jest to duet od 2012 r. grający muzykę elektroniczną. Od tamtej pory zdążyli wydać między innymi cztery albumy. Ich twórczość jest hipnotyzująca, rytmiczna, świetna do pracy, ale nie tylko. Może pomóc wyciszyć się, uspokoić czy zrelaksować. To naprawdę kojące dźwięki. Zresztą posłuchajcie sami:
4. Ocean/OCN (21 997 polubień)
To polski rockowy zespół, który powstał w 2001 r., kiedyś nazywał się Ocean, potem OCN, a teraz od kilku lat nie widać go na muzycznej scenie.Wcześniej dynamicznie zmieniał się jego skład. Szkoda, ale tak czasem bywa. Zawsze można posłuchać - co prawda z siedmiu wydanych albumów tylko cztery znajdują się na Spotify (i to drugi i trzeci jako Ocean oraz szósty i siódmy jako OCN), ale chyba wszystkie są do wytropienia na YouTube'ie.
Niektórzy z Was mogą kojarzyć zespół z relatywnie popularnego swego czasu singla "Definicja", nagranego z Jamalem, który był polską wersją utworu "Waterfall" zespołu. Ja natomiast poznałem ich, ponieważ jeden z moich znajomych bardzo się nimi ekscytował w liceum - udało mu się nawet ze swoim ówczesnym zespołem zagrać przed nimi support. Wtedy to właśnie po raz pierwszy usłyszałem Ocean/OCN na żywo i byłem pod dużym wrażeniem mocnego, prawdziwie rockowego brzmienia. Da się je usłyszeć z wielu utworów zespołu, aczkolwiek wśród ich dorobku znajdą się też zdecydowanie bardziej balladowe, rzewne piosenki. Dla porównania wrzucam dwa utwory:
3. JÓGA (11 350 polubień)
Przyznam się, że spodziewałem się nawet mniejszej liczby polubień profilu tego zespołu i myślałem, że znajdzie się on na dole tej listy, ale nie i to bardzo miłe zaskoczenie. Jak o nim usłyszałem? Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że było to tak: wrzesień 2014, urodziny miasta Katowice. Poszedłem tam na The Dumplings, którzy jeszcze wtedy nie byli zbyt znani - pod sceną znalazło się chyba około dwudziestu osób. Zanim jednak wystąpił duet z Zabrza, na scenie grało dwóch młodych chłopaczków i choć słyszałem ich wówczas tylko przez chwilę, to zdążyłem się zachwycić. Zespół powstał w 2013 r. w Katowicach i zaczynał jako duet, potem przez chwilę należały do niego trzy osoby, by później wrócić do pierwotnego składu.
Co prawda od roku nie było za bardzo o nich słychać, ale warto mieć nadzieję, że to się zmieni. Wcześniej zdążyli zagrać sporo koncertów, w tym na dużych festiwalach, wygrać międzynarodowy konkurs Converse Rubber Tracks oraz nagrać dwie EPki i trzy single. No dobrze, ale jaka jest ich muzyka? Piękna. Poruszająca. To alternatywa? Elektronika? Coś takiego, ale w sumie trudno powiedzieć. W dzisiejszych czasach katalogowanie muzyki bardzo często mija się z celem. Najprościej chyba będzie, jeśli posłuchacie sami:
Poza tym wyszukajcie też utwór "bones" i obejrzyjcie teledysk - naprawdę zachęcam.
2. très.b (8 903 polubienia)
W przypadku tego zespołu nie mam najmniejszych wątpliwości, skąd go znam - to zasługa wspaniałych algorytmów Spotify. Platforma podrzuciła mi jakieś jego utwory do playlist, a że niedługo potem jechałem na Wielkanoc pociągiem do Warszawy i z powrotem, miałem sporo czasu w podróży na osłuchiwanie się z tą wspaniałą muzyką.
Zespół powstał w 2005 r. jako współpraca Polki oraz dwóch muzyków o pochodzeniu holendersko-amerykańskim i duńsko-angielskim. Artyści koncertowali w całej Europie, wydali dwa oficjalne albumy, a wcześniej jeszcze jeden, EPkę i trzy single. Zdobyli także Fryderyka i paszport "Polityki". Niestety, w 2013 r. zawiesili działalność, ale nadal można posłuchać nagrań. Jak brzmią? Oryginalnie. Charakterystyczny wokal, wyraźnie słyszalna perkusja, czasem duża dynamika, a czasem konieczne spowolnienie. Czy to indie rock? Podobno. Na pewno warto sprawdzić:
1. Neony (7 295 polubień)
O tym polskim rockowym zespole mogłem usłyszeć na przykład w radiu Egida Uniwersytetu Śląskiego lub poprzez inne, bardziej popularne zespoły, promujące kolegów po fachu. Grupa powstała w 2008 r. we Wrocławiu i od tamtej pory zdążyła wydać trzy albumy, EPkę, kilka singli i inne wydawnictwa.
Co grają? Rocka. Starego, dobrego rocka, choć może nieco po swojemu. Alternatywnie. Bawią się dźwiękiem, słowem, głosem. Warto posłuchać też ich tekstów - może nie są to największe mądrości świata, ale jest szansa, że jeśli nawet nie dotrą do Was ze swoim przesłaniem, to przynajmniej rozbawią. Posłuchajcie:
A poza tym Neony mogą się też pochwalić znakomitym coverem Maanaamu. O, proszę:
To tyle. Bardzo się ucieszę, jeśli muzyka któregoś z powyższych zespołów przypadnie Wam do gustu. Chętnie posłucham też Waszych propozycji mniej popularnej muzyki. Trzymajcie się ciepło i noście maseczki. Cześć!
ENG:
Globalization! Internet! Other big words! All this meant that some things became widespread, reaching almost everyone. We all listen to the same, admire the same music and hum the same songs, right?
Well, maybe not quite. If you reach somewhere beyond "Toss a coin to your witcher" and other top songs on Spotify and Tidal, you may discover something unobvious. It is worth looking for it, because how long can you listen to the same music? Somewhere there are things known to a smaller audience, and some maybe to almost no one. Below I present a list of some amazing, but not very popular artists and add some memories. This, of course, does not mean that you certainly do not know any of them. Anyway, there is no reason to wait - let's find out. I sorted them according to popularity, i.e. from the largest to the smallest number of Facebook likes and they are not only currently active artists.
Let's get started!
6. Angus & Julia Stone (998 311 likes)
Compared to the other bands mentioned here, this one is quite popular, but for example, among my friends, hardly anyone has heard of it (and if so, possibly from me). Anyway, let's agree: less than a million likes compared with, for example, Metallica's almost 36 million, Justin Bieber's over 76 million or Eminem's 86.5 million is not a lot. Even Kamil Bednarek (almost 1.4 million) and several other Polish artists have more of them.
Here we are talking about siblings from Australia playing indie pop with an admixture of folk. The guitar is of great importance, but other, often not obvious instruments are also in use. In addition to siblings, other musicians also appear on stage, but it is Julia and Angus who are in the spotlight, They both sing (although she does it more often) and also they both play. They've been performing as a band since 2006.
How did I discover this band? Well, I have no idea. This is one of the riddles that I can't solve. However, this is not very important - the main thing is that it happened and I can admire their music. There was a period when they accompanied me almost every day - now a little less often, but I still come back to them very willingly. Almost two years ago I even managed to take part in their first concert in Poland, in Warsaw Stodoła and it was amazing experience!
The band has recorded two EPs, four studio albums (the latest from 2017) and some other releases and it's really worth listening to. As an encouragement, one of my favorite songs performed by them - you can find it above.
5. HVOB (87 760 likes)
In case of this Austrian band I remember quite well how I have heard about it. I noticed that a colleague from work expressed interest in the concert of these artists in Krakow, although we were just on a delegation in Warsaw. I asked what it was, listened to it and since then, although I don't listen to this music regularly, I come back to selected songs from time to time.
As for the band: HVOB stands for Her Voice Over Boys and it is a duo playing electronic music since 2012. Since then, they have released four albums, among other recordings. Their songs are mesmerizing, rhythmic, great for work, but not only. It can help you calm down or relax. These are really soothing sounds. Listen for yourself - you can find an example above.
4. Ocean / OCN (21 997 likes)
This is a Polish rock band that was formed in 2001. It was once called Ocean, then OCN, and now it has not been seen on the music scene for several years. Earlier, its members have been changing dynamically. It is a pity, but sometimes it happens. You can always listen to its music - admittedly, of the seven albums released only four are on Spotify (the second and third as Ocean and the sixth and seventh as OCN), but probably all can be traced on YouTube. Most of the songs are in Polish, but there are also some in English.
People in Poland may associate the band with the relatively popular single "Definicja", recorded with Jamal, which was the Polish version of the band's song called "Waterfall". However, I heard about them because one of my friends was very excited about them when we were in high school - he even managed to support them at one concert with his band at the time. It was then that I heard Ocean / OCN live for the first time and was very impressed with the strong, truly rock sound. You can hear it in many of the band's songs, but they also recorded some tender ballads. For comparison, I posted here two different songs - you can find them above.
3. JÓGA (11,350 likes)
I admit that I expected there would be even fewer likes of this band's Facebook profile and thought that it would be at the bottom of this list, but no and it is a very pleasant surprise. How did I hear about it? I'm not sure, but I think it was like this: September 2014, the birthday of the city of Katowice. I went to listen to The Dumplings, not very well known yet at the time - there were probably about twenty people under the stage. However, before the duo from Zabrze performed, two young guys played on the stage and although I only heard them for a moment, I was delighted. The band was formed in 2013 in Katowice and started as a duo, then for a moment three people belonged to it, and later they returned to their original composition.
It is true that for a year it has not been heard about the JÓGA very much, but it is worth hoping that this will change. Earlier they managed to play a lot of concerts, including at large festivals, win the international Converse Rubber Tracks competition and record two EPs and three singles. Okay, but what is their music like? Beautiful. Touching. Is this an alternative? Electronics? Something like that, but it's hard to say. Nowadays, cataloging music is often pointless. The easiest way will probably be if you listen for yourself - you can find the song "Pod prąd" above. It is in Polish, but the band also has some music in English. You should definitely listen to the song "bones" and also watch the music video - I really encourage you.
2. très.b (8 903 likes)
In the case of this band, I don't have the slightest doubt about how I heard about it - it was thanks to the wonderful Spotify algorithms. The platform added some of its songs to my playlists, and because shortly after that I was going by train to Warsaw for Easter and back, I had a lot of time traveling to listen to this wonderful music.
The band was formed in 2005 as a collaboration of a Polish woman and two musicians of Dutch-American and Danish-English origin. The artists toured all over Europe, released two official albums, and one more before, one EP and three singles. They also won Frederick (Fryderyk - the most prestigious Polish music award) and the Polityka's passport. Unfortunately, in 2013 they suspended their activities, but you can still listen to the recordings. How do they sound? Originally. Characteristic vocals, clearly audible drums, sometimes high dynamics, and sometimes slow down. Is that indie rock? Supposedly. It's definitely worth checking out - above you can find one of my favourite songs of them.
1. Neon (7 295 likes)
I could hear about this Polish rock band, for example, on radio Egida of the University of Silesia or through other, more popular bands, promoting colleagues. The group was founded in 2008 in Wrocław and has released three albums, an EP, several singles and other stuff since then.
What are they playing? Rock. Old, good rock, though maybe a bit in their own way. Alternatively. They play with sound, word and voice. It is also worth listening to their lyrics - maybe they are not the greatest wisdom of the world, but there is a chance that even if they do not reach you with their message, they will at least amuse you. You can find some example above. And besides, Neony can also boast of an excellent cover of Maanaam song. That also can be found above.
That's all. I will be very happy if you like the music of any of the above bands. I would also love to hear your suggestions for less popular music. Keep warm and wear masks. Bye!
Nobody will leave the house today... [Since this text relates mainly to polish culture and popculture, there is no english version. If you would like one, let me know.]
Pandemia, dramat, klęska. Wydaje się, że czasu na pisanie bloga powinno być jakoś więcej. A tu niespodzianka, wcale nie! Dalej ciężko zabrać się za tworzenie. Co gorsza, kiepsko z pomysłami. Nie chcę przecież snuć jakichś pseudofilozoficznych rozważań o życiu w izolacji. To pewnie robi teraz całe mnóstwo ludzi.
No to lipa. Koniec wpisu. Proszę się rozejść.
O, ktoś jeszcze został? W takim razie polecę Wam przynajmniej kilka dobrych rzeczy na ten trudny czas. Łapcie:
MUZYKA
Prawdę powiedziawszy, nie bardzo śledzę nowinki muzyczne. Jedyny gatunek, z którym jestem w miarę na bieżąco, to rap, w dodatku polski. Tak się jednak składa, że w tym gatunku ostatnio dużo dobrego. Cztery albumy, które zdominowały mój Spotify, to:
Art Brut 2 - świeżutki, opublikowany 6 marca 2020 album grupy PRO8L3M to kontynuacja wcześniejszego nieoficjalnego mixtape'u i fanom jest już z pewnością dobrze znany, ale inni także powinni się z nim zapoznać. Rzecz wcale nie musi zachwycić za pierwszym razem, ale z każdym kolejnym odsłuchem podoba mi się coraz bardziej. Część utworów zawiera wątki autobiograficzne, część nawiązuje do polskiej popkultury, sample urzekają (przewija się przez nie nawet Maciej Orłoś), a na albumie goszczą Majka Jeżowska oraz Wanda i Banda. Zaintrygowani? Cóż, powinniście być. Sprawdźcie koniecznie.
Uśmiech - trzeci album Jana-Rapowanie miał swoją premierę pod koniec lutego 2020 i od tamtej pory towarzyszy mi bardzo często (zresztą chyba już o nim pisałem). To w dużej mierze autorefleksyjna płyta, w której fragmenty krzepiące mieszają się z przygnębiającymi. Jest Kraków, Warszawa, opowieści o karierze, kolegach, gdybanie o przyszłości. Na pewno warto posłuchać i to wielokrotnie.
100 dni do matury - album Maty ze stycznia 2020 odbił się całkiem szerokim echem w Polsce, pewnie za sprawą głośnej "Patointeligencji", opisującej patologie wśród nastoletnich dzieci środowisk inteligenckich. Rzecz w tym, że niemal cała płyta odznacza się zupełnie inną stylistyką - są wspomnienia lat przedszkolnych, imprezki w czasach szkolnych, wyrażanie miłości do rodziców. jest dużo śmiechu i tylko troche refleksji. Jest Warszawa i zalety życia w niej. Jest przyjemnie, beztrosko i warto poczuć ten klimat.
Audiotele - debiutancki album Schaftera z listopada 2019 to prawdziwa gratka pod kątem technicznym. Intrygujące bity, zabawa słowem po polsku i angielsku, goście tacy jak m. in. Ras, Żabson czy Taco Hemingway. Frazy takie jak "jestem Andre3000, ty co najwyżej Seba30" to tylko wierzchołek góry lodowej. To zdecydowanie inny klimat niż pozostałe wymienione tu albumy - jest spokojniej, mniej tu przebojowości, ale cały album to spójny, przyjemny świat, w którym warto się zanurzyć i po prostu słuchać.
Jeśli jednak ktoś nie lubi rapu i chciałby posłuchać czegoś innego, ale akurat nie ma pomysłu, to podrzucam dwie propozycje moich playlist na Spotify:
GOOD TIMES - kilka amerykańskich klasyków, rockowych i nie tylko (póki co lista jest króciutka, ale może będzie się wydłużać),
Another Valentine - kilkanaście nieoczywistych utworów na Walentynki (pop i alternatywa), ale sprawdza się również już po świecie zakochanych, być może dlatego, że to po prostu fantastyczne piosenki.
Zachęcam do odsłuchu!
FILM
Pandemia mocno odbiła się na branży rozrywkowej. Kina pozamykano, premiery wielu filmów przesunięto. Te, które dopiero co zadebiutowały na wielkim ekranie, praktycznie nie mają szans na dobry wynik finansowy i ich wydawcy próbują choć trochę odrobić straty. Najlepszym i chyba jedynym wyjściem jest udostępnienie ich w internecie. Może to być na przykład VOD (to chyba patent studia Universal m. in. z z ich nowym horrorem "The Invisible Man"), ale też coś innego.
I tak w trybie ratunkowym na Netflixa trafiło "W lesie dziś nie zaśnie nikt...", ponoć pierwszy polski slasher. I mimo różnych negatywnych opinii polecam Wam go całym serduszkiem. Mimo tego, że fabuła nie jest szczególnie zaskakująca. Mimo tego, że efekty specjalne nie imponują. Mimo tego, że gra aktorska nie powala. Dlaczego? Bo po prostu przyjemnie się go ogląda. Rzecz dzieje się na odludziu, bohaterowie są uczestnikami obozu odwykowego bez telefonów komórkowych i innych urządzeń elektronicznych. Rzeczy się dzieją, ludzie biegają po lesie, a potem giną. Poza tym epizod Piotra Cyrwusa w roli księdza zachwyca, a postać Julka, grana przez Michała Lupę, niezwykle bawi. W każdym razie sprawdźcie koniecznie, tylko nastawcie się na kino klasy B!
Jeśli już jesteśmy przy streamingu, to polecam jeszcze dwa seriale:
SEX EDUCATION - już o nim wspominałem, ale warto się powtórzyć: dwa krótkie sezony świetnej komedii dziejącej sie w liceum chyba gdzieś w Wielkiej Brytanii i kręcącej się wokół seksu. Mimo, że to przezabawny serial, to jednak nie ucieka od wątków trudnych czy dramatycznych: narkomanii, problemów z własną orientacją seksualną, apodyktycznych lub nieodpowiedzialnych rodziców, a także całej gamy prostszych, ale przerażających nastoletnich problemów. Ja już z utęsknieniem czekam na sezon trzeci i odkrycie dalszych losów Otisa, Maeve, Erica, Oli, Adama, Jacksona, Aimee i ich rodziców. Związki, przyjaźnie, zdrady, decyzje? Oj, będzie się działo!
Chilling Adventures of Sabrina - o tym serialu też już pewnie slyszeliście. Netflix oferuje aktualnie trzy jego sezony i niedawno skończyliśmy z żoną oglądać ostatni z nich. I cóż, ten serial jest niepozbawiony wad, nie ma co się oczukiwać. Bywa chaotyczny, niektóre rozwiązania to wygodne wymyki fabularne, a trzeci sezon jest już zupełnie przeładowany wątkami, więc w efekcie większość z nich nie dostaje wystarczająco dużo czasu. Ale to nic. To nieważne, bo charakterystyczna stylistyka będąca mieszanką horroru i kiczu oraz plejada barwnych postaci, składająca się z ludzi, wiedźm, demonów i innych nadprzyrodzonych istot daje naprawdę dużo frajdy. A luki fabularne? Ignorować!
KSIĄŻKA
Tu muszę przyznać, że jestem w ogóle nie na bieżąco. Nie potrafię śledzić nowinek wydawniczych, gdy moja lista książek do przeczytania wcale nie wydaje się skracać. Mogę Wam jednak zdradzić, co ostatnio czytałem, czytam i zamierzam przeczytać.
Jak wspominałem jakiś czas temu, byłem w trakcie lektury "Powołania trójki", czyli drugiej części serii "Mroczna wieża" Stephena Kinga. Niedawno udało mi się skończyć tę powieść i teraz z niecierpliwością czekam na koniec pandemii, ponieważ chcę, żeby otworzyli już biblioteki. Wtedy będę mógł sięgnąć po kolejne części i poznać dalsze losy Rolanda, ostatniego rewolwerowca w świecie, który poszedł naprzód. Po przeczytaniu dwóch pierwszych książek wiążę wielkie nadzieje z pięcioma kolejnymi. To kawał fantastyki niepodobnej do niczego innego, co czytałem. Polecam!
Książką, po którą sięgnąłem przed "Powołaniem trójki" jest "Kłamca 2. Bóg marnotrawny". To druga część serii o Lokim, pisana przez Jakuba Ćwieka. Rzecz nie jest może wybitna, ale bardzo mnie bawi. Obserwowanie nordyckiego boga kłamstwa i jego przygód we współczesnym świecie daje dużo przyjemności. Z radością dokończę tę część i zapoluję na kolejne.
Z kolei książką, którą dzisiaj dostrzegłem wśród rzeczy mojej żony, a którą już dawno temu chciałem przeczytać, jest "Ślepnąc od świateł" Jakuba Żulczyka. Nie wiem, czy trzeba wam przedstawiać tę powieść, skoro w 2018 r. ukazał się hitowy serial HBO na jej podstawie, ale dla formalności coś napiszę. Otóż powieść ta ukazała się w 2014 r. i opowiada o warszawskich gangsterach i dilerach. Była nominowana do Paszportu Polityki i już te kilka lat temu chciałem ją przeczytać. Może teraz, gdy umieszczę ją w widocznym miejscu w salonie, będzie łatwiej?
Widzę Cię. Przeczytam Cię.
To chyba tyle. Powyższe pozycje regularnie poprawiają mi humor, wypełniają czas i dostarczają rozrywki. A wy jakimi dziełami kultury raczycie się w tym trudnym czasie? Dajcie znać, jeśli chcecie. A piosenka na dziś to utwór, który jakiś czas temu usłyszeliśmy przypadkiem w radiu i kompletnie nas zachwycił. Posłuchajcie:
Trzymajcie się ciepło. Słuchajcie dobrych rzeczy, oglądajcie dobre rzeczy, czytajcie dobre rzeczy. I myjcie ręce!
2019 - the year of pop culture. [English version may be added later.]
Kończy się rok 2019. Zostało już tylko 16 dni do jego końca. To dobry moment, by przyjrzeć mu się retrospektywnie. Nie będę jednak pisał o Brexicie, polskich wyborach, Europejskim Zielonym Ładzie, impeachmencie Trumpa czy całej reszcie tego typu kwestii. Nie mam ochoty, męczy mnie to i nie chcę sobie psuć niedzielnego popołudnia takimi tematami.
Graficzny teaser tego, co dalej.
Wolę skupić się na czymś przyjemniejszym, co rozpala wyobraźnię, inspiruje i zachwyca. Na rzeczach, które dotykają większości ludzi, o których niemal wszyscy dyskutują. Chcę spojrzeć na wytwory kultury popularnej. Subiektywnie. Moim zdaniem bowiem kończący się rok obfitował w rzeczy bardzo dobre, a nawet wybitne i to w stopniu, którego dawno nie widzieliśmy. Przypatrzmy się raz jeszcze:
FILMY WYBITNE (albo z jakiegoś powodu bardzo ważne/głośne)
"Parasite" - film ten opisywałem w skrócie jako taki, o którym ludzie w Polsce albo nie słyszeli, albo są nim zachwyceni. To koreański dramat, który ktoś mógłby nazwać najlepszym filmem roku, a ja nie byłbym w stanie zarzucić mu przesady, chociaż konkurencja jest silna. Trudno o nim opowiadać, nie zdradzając czegoś z fabuły, która zaskakuje niemal na każdym kroku. W każdym razie to opowieść o wielkim bogactwie i wielkim ubóstwie. Doskonale pokazuje kontrasty, rozwarstwienie społeczne. Świetnie portretuje bohaterów, z których część cechuje się wielką naiwnością, część przebiegłością i wyrachowaniem, a są i tacy, którzy próbują lawirować między jednymi i drugimi. To historia, która próbuje odpowiedzieć na pytanie jak daleko są w stanie posunąć się ludzie w celu poprawy swojej sytuacji materialnej lub obrony tego, co mają. Naprawdę warto zobaczyć!
"Knives out" - komedia kryminalna, która dopadła nas pod koniec roku, jest czymś urzekającym. To historia, której nie powstydziłaby się sama Agata Christie, a prezentowana jest przez rewelacyjną obsadę. Oczywiście w tym aspekcie bezkonkurencyjny jest Daniel Craig, który wciela się w nieco ekscentrycznego detektywa, Benoit Blanca i cudownie bawi się tą postacią. Warto też zwrócić uwagę na Chrisa Evansa, który po latach odgrywania Kapitana Ameryki może być kojarzony z wzorem cnót wszelakich, uprzejmym, pomocnym i krystalicznie uczcicwym. Tymczasem w "Knives out" mistrzowsko gra Ransoma, czarną owcę rodziny. Jest próżny, leniwy i chamski i można odnieść wrażenie, że nie lubi go tam absolutnie nikt. Co ważne, reszta obsady wcale nie odstaje od tych panów i doskonale prezentuje kolejne niteczki fabuły składające się na zagadkę śmierci nestora rodu. Każdy ma tu swoje sekrety i sekreciki, każdy ma do kogoś jakiś żal. Poza tym wizualnie film jest dokładnie tym, czym powinien być. Akcja dzieje się przez większość czasu we wnętrznach rezydencji Thrombey'ów lub wokół niej, co tylko sprzyja opowieści. Jedyna rzecz, która mi osobiście nie odpowiadała, to zdradzanie widzowi znacznej części wydarzeń w formie retrospekcji, co sprawia, że przez część seansu pozornie widz wie więcej niż bohaterowie. Potem następują jednak kolejne zwroty akcji, więc w ostatecznym rozrachunku i tak jestem bardzo zadowolony. Rian Johnson jako reżyser wykonał kawał dobrej roboty i chwała mu za to!
"Avengers: Endgame" - ktoś może oburzyć się umieszczeniem tego filmu w tej kategorii, ale prawda jest taka, że jest on nie do przecenienia. To najlepiej zarabiający film w historii kinematografii z zarobkami z box office w wysokości 2 797 800 564 dolarów. Nie można tego zignorować. Oczywiście te pieniądze nie są efektem wybitności samego filmu, ale wynikają z faktu, iż jest on kulminacją projektu budowanego od jedenastu lat i ponad dwudziestu filmów. Oprócz tego w pewnym sensie otwiera MCU na nowe możliwości (multiwersum). To wielkie filmowe wydarzenie i odnotowanie go tutaj to po prostu obowiązek, choćby kronikarski. Nie polecę Wam jednak tego filmu, jeśli wcześniej nie oglądaliście filmów z MCU. Mogę polecić Wam za to całe Marvel Cinematic Universe i to z całego serca robię.
"Once Upon a Time ... in Hollywood" - najnowszy film Quentina Tarantino to prawdziwa perełka. Piękne kadry, dobrze zarysowani bohaterowie, świetna gra aktorska (di Caprio pokazuje klasę, zwłaszcza gdy gra to, że gra, ale prawdziwą gwiazdą jest tutaj Brad Pitt, którego bohater tak naprawdę jest tą ważniejszą postacią filmu). Cały klimat końcówki lat 60. urzeka, muzyka jest cudowna, a fabuła w sam raz. Pojawiały się zarzuty, że ten film jest nudny, że nic się w nim nie dzieje. Uważam, że to bzdura. Oczywiście, sporo scen nie ma bezpośredniego wpływu na przebieg fabuły, ale wcale nie musi. Mają one bowiem opowiedzieć nam coś o ludziach, przedstawić ich w różnych sytuacjach, nakreślić charaktery. To nie jest opowieść o jakimś wydarzeniu, ale o bohaterach. W związku z tym przez ponad dwie i pół godziny płynie się przez malownicze Hollywood lat 60., towarzysząc podupadłemu aktorowi i jego dublerowi i chłonie się atmosferę. Nie nudziłem się ani przez chwilę. Tarantino po raz kolejny z nawiązką spełnił moje oczekiwania.
"JOKER" - film o genezie najbardziej ikonicznego złoczyńcy DC Comics zyskał szerokie uznanie i to nie tylko wśród ludzi lubiących kino superbohaterskie, ale też zdobył Złotego Lwa na festiwalu w Wenecji. Świat stanął na głowie? Nie, to tylko Joaquin Phoenix stworzył niesamowitą kreację bohatera powoli zatracającego się w swoim szaleństwie, a pozostałym twórcom udało się dać mu odpowiednie tło. Film wygląda bowiem rewelacyjnie. Jest brudno i mroczno, gdy trzeba i obłąkanie kolorowo, gdy trzeba. Muzyka także dobrze podkreśla to, co się dzieje. Nieco gorzej wypada drugi plan aktorski i sam scenariusz. Nikt nie prezentuje się źle, ale też nie wybija jakoś szczególnie. Fabuła natomiast jest nieco naciągana, a momentami za bardzo na siłę próbuje wpychać wszystkim przesłanie w gęby ("żyjemy w społeczeństwie", hehe). W ogólnym rozrachunku to film dobry, który warto zobaczyć, ale nie czarujmy się, to nie arcydzieło. Trzeba mu jednak oddać, że zarobił mnóstwo pieniędzy - ponad miliard dolarów przychodu z box office przy 55 milionach budżetu to jakiś obłęd. Z drugiej strony: "Parasite" i tak jest lepszy.
FILMY WYBITNE/WAŻNE (chyba - nie wiem, bo jeszcze ich nie widziałem, ale bardzo chcę)
"Midsommar" - nie widziałem go, ale chętnie nadrobię, choć nie lubię horrorów. To dlatego, że już po zwiastunie widać, że ten film to coś zupełnie innego. Nie ma ciemności i wyskakujących z niej potworów. Jest Szwecja, światło dnia i dzikie, niespętane cywilizacją obrzędy. Brzmi jak coś, co trzeba zobaczyć choćby ze zwykłej ciekawości.
"The Lighthouse" - pod koniec roku do Polski trafiła kameralna produkcja, w której Willem Dafoe i Robert Pattinson mogą dać popis swojego aktorstwa, wcielając się w dwóch latarników morskich mierzących się z samotnością i ze sobą nawzajem. Na ten moment nie wiem wiele więcej, ale koniecznie muszę się dowiedzieć!
"Ford v Ferrari" - skrojona pod Oscary opowieść o rywalizacji dwóch wielkich firm motoryzacyjnych w ramach znanego wyścigu Le Mans. Co w tym atrakcyjnego? Przede wszystkim obsada. Matt Damon i Christian Bale niejednokrotnie udowodnili swój kunszt aktorski i pewnie warto przekonać się o tym po raz kolejny.
"John Wick: Chapter 3 - Parabellum" - trzeci akt opowieści o niezrównanym zabójcy, postaci wykreowanej przez Keanu Reevesa. Seria ta szybko stała się jednym z najlepszych współczesnych przykładów tego, jak powinien wyglądać film akcji. Czy trzeba dodawać coś więcej? Tak, to, że nie mam pojęcia, jakim cudem nadal nie obejrzałem tego filmu...
"The Irishman" - najnowszy film Martina Scorsese, ale pierwszy za pieniądze Netflixa. W obsadzie Robert De Niro, Al Pacino i Joe Pesci. Opowieść o przestępczości zorganizowanej Stanów Zjednoczonych. Brzmi jak coś rewelacyjnego i pewnie takie jest, ale jeszcze się nie przekonałem, bo całość trwa trzy i pół godziny, a znalezienie takiej ilości czasu, to wcale nie jest prosta sprawa. Kiedyś jednak pewnie się uda.
"Marriage Story" - dramat z elementami komedii, także dostarczony przez Netflixa (Boże, błogosław streaming!), w którym Scarlett Johansson i Adam Driver wchodzą w role oddalającychsię od siebie małżonków. Podobno zachwyca i chwyta za serce, a ja, widząc zwiastun i czytająopinie innych bardzo chcę się o tym przekonać.
"Watchmen", "Chernobyl", "Euphoria", "The Boys", "Good Omens" - to tylko kilka z seriali, które pojawiły się w tym roku i niestety żadnego z nich nie oglądałem. Jest ich tak dużo, że ciężko nadgonić, ale kiedyś to zrobię, a kiedy to tego dojdzie, jest duża szansa, że skupię się właśnie na tych wymienionych powyżej - to te powszechnie uważane za dobre, o których było głośno i które czymś się wyróżniają.
POZA TYM
Wymienione powyżej produkcje, to tylko te, które z pewnych powodów uznałem za najważniejsze. W 2019 r. pojawiło się dużo, dużo więcej filmów, w tym sporo bardzo dobrych. Były wśrod nich filmy superbohaterskie, takie jak:
"Captain Marvel" - pierwszy solowy film MCU z kobiecą superbohaterką, dobrze wprowadzający nową postać, znacznie rozszerzający uniwersum i mogący się pochwalić dość oryginalnym zakończeniem,
"Spider-Man: Far From Home" - dobre rozwinięcie poprzedniej części przygód Petera Parkera, zgrabne pokazanie uniwersum po Endgame, sensowne zakończenie trzeciej fazy MCU, a przy okazji uczta dla oczu, gdy dochodzi do walki - świetne złudzenia, iluzje i wizje, brak pojęcia, co jest prawdą, a co nie,
"Shazam!" - pierwsza pełnoprawna komedia w ramach DCEU, film lekki i przyjemny, elegancko wprowadzający nowego bohatera, a przy okazji adresowany do nieco młodszego widza. W skrócie: niemal całkowite przeciwieństwo filmów DC pojawiających się jeszcze chwilę wcześniej.
Oprócz tego filmy, na które zwróciłem uwagę, to m. in. "Fast & Furious presents: Hobbs & Shaw" (czysta akcja, The Rock i Jason Statham, a do tego Idris Elba - czego chcieć więcej?), "Ad astra" (Brad Pitt to złoto, także w kosmosie, a film jest piękną wizualnie opowieścią, kameralną, głównie o samotności, która jednak momentami zamienia się też w niezły film akcji) czy "Pokémon Detective Pikachu" (zagadka kryminalna w świecie pokemonów okazała się czymś zaskakująco dobrym - to ładny, zabawny i wciągający film, a jeśli dodać do tego Ryana Reynoldsa w roli uroczego Pikachu, to już w ogóle poezja). W kinach wydarzyło się zresztą w tym roku dużo więcej, ale to już były rzeczy, których raczej nie widziałem, mniej mnie interesujące, np. adaptacje live-action animacji Disneya ("The Lion King", "Aladdin"), "Godzilla: King of the Monsters" i wiele, wiele innych. Najlepsze jest jednak to, że...
ROK SIĘ JESZCZE NIE SKOŃCZYŁ.
W tym miesiącu czekają nas jeszcze przynajmniej dwie głośne premiery:
"Star Wars: The Rise of Skywalker" - chociaż uważam, że TLJ było lepsze (bo świeższe i bardziej oryginalne) niż TFA, więc powrót J.J. Abramsa do roli reżysera tej sagi nie jest według mnie bardzo dobrą wiadomością, to jednak jestem bardzo ciekaw zakończenia historii Rey i Kylo czy Poe i Finna. Chcę się też dowiedzieć, jaka będzie rola Imperatora, co zrobi Lando i wielu innych rzeczy. Ciekawość mnie zżera i na pewno wybiorę się do kina,
"The Witcher" - to chyba najbardziej oczekiwana premiera Netflixa w tym roku, a w Polsce na pewno. Niektórzy liczą na to, że epicka, wysokobudżetowa saga oparta o prozę Andrzeja Sapkowskiego będzie czymś, co dorówna "Grze o tron". Czy tak będzie? Nie wiem. Może. Oby. W każdym razie pochłonę ten serial tak szybko jak będę mógł.
Popkultura to jednak nie tylko dzieła wizualne. Chciałem dodać kilka słów o muzyce, ale prawda jest taka, że zagranicznej prawie wcale nie śledzę. Nie to, że mam jakieś uprzedzenia, gdy podpowiedzą mi coś algorytmy Spotify, chętnie słucham, ale sam rzadko kiedy szukam. Jedyny gatunek, o którego premierach w minionym roku jestem w stanie coś powiedzieć, to polski rap, a to o tyle zabawne, że to muzyka, której jeszcze niedawno nie słuchałem prawie wcale. Zresztą Spotify nadal twierdzi, że mój ulubiony gatunek to rock, choć ulubione utwory i wykonawcy świadczą o czymś innym.
W każdym razie płynąc po polskim rapie od początku roku do teraz zauważam pięć ważnych punktów:
"Wojtek Sokół" - w lutym tego roku ukazał się pierwszy solowy album Sokoła, jednego z bardziej rozpoznawalnych raperów w kraju. Co tu dużo mówić - to dobra rzecz, z kilkoma wybijającymi się utworami ("Napad na bankiet" czy "Hybryda"). Nie porwała mnie jakoś bardzo, ale na pewno warto posłuchać.
"Widmo" - w marcu b.r. pojawił się drugi longplay grupy PRO8L3M i jest to coś, czym potwierdziła ona swoją mocną pozycję na rynku. Dobry, nieszablonowy bit i przemyślane teksty to coś, czym panowie mogą się pochwalić. Mi osobiście najbardziej w ucho wpadają utwory „Prawdy nie mówi nikt”, „Crash Test”, „National Geographic” i „Interpol”, ale cały album jest wart uwagi.
"Pocztówka z WWA, lato ’19" - można by rzec, że kolejny rok, to i kolejny album Taco Hemingway'a. Twórca ten przyzwyczaił nas, że niemal co roku wydaje coś nowego i często jest to więcej niż jedna rzecz. Tym razem jednak w ponad połowie utworów artysta śpiewa z kimś w duecie (Pezet, Dawid Podsiadło, Ras, Kizo, Rosalie., Schafter). Opowiada znów o Warszawie i o ludziach. Jako sample miejscami wykorzystano teksty dobrze znane z polskiej kultury (m. in. z filmu "Miś"). Na pewno warto posłuchać!
"Muzyka współczesna" - w przeciwieństwie do Taco Pezet nie wydaje płyt co roku. W praktyce album wydany w 2019 r. jest pierwszym od siedmiu lat. Warto było czekać, bo dostaliśmy płytę spójną, trzymającą wysoki poziom, a czasami wręcz wspinającą się na wyżyny artyzmu. Nie ma tu znaczenia, że sporą część utworów poznaliśmy już wcześniej w formie singli. Faktem pozostaje, że utwory takie jak "Magenta", "Obrazy Pollocka", "2K30", "Nie zobaczysz łez" czy "Piroman" imponują tempem i treścią, błyskotliwymi nawiązaniami i w efekcie po prostu zniewalają.
"audiotele" - młody (prawdopodobnie szesnastoletni) scahfter robi coś niesamowitego. Oczywiście nie przekazuje w swojej twórczości nie wiadomo jakich mądrości, ale na poziomie technicznym i artystycznym jego pierwszy album studyjny to coś zachwycającego. Doskonale bawi się słowem, mieszając polskie i angielskie frazy, korzystając z ich podobieństw czy świetnie rozgrywając rymy. Świetnie bawi się też samplami, a cała płyta jest spójna, widać nawiązania pomiędzy poszczególnymi utworami. Ponadto doskonale odnajduje się we współpracy ze starszymi kolegami jak Taco Hemingway, Ras czy Żabson. Na ten moment moje ulubione utwory to "geekin in the booth", "ridin' round the town w czyims bel air" i spumante", ale bardzo możliwe, że zaraz zwrócę większą uwagę na inne.
Skupiłem się na filmach, ewentualnie serialach i wspomniałem coś o muzyce. Nie napisałem ani słowa o książkach, a to z prostego powodu: bardzo mało czytam, nad czym ubolewam. Poza tym, gdy już sięgam po książkę, to rzadko kiedy jest to nowość wydawnicza. Raczej nadrabiam zaległości sprzed kilku, kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu lat. Z tego powodu ciężko mi się wypowiadać o tym, co zostało wydane w tym roku. Wiem, że Grupa Filmowa Darwin wydała książkę "To (nie) koniec świata!" i ta pozycja czeka na mnie w domu. Wiem, że Donald Tusk napisał książkę "Szczerze", a Krzysztof Gonciarz książkę "Rozum i Godność Człowieka" i może kiedyś je przeczytam. Wiem też, że David Lagercrantz napisał szóstą część serii Millenium, pod tytułem "Ta, która musi umrzeć" i po tę pozycję pewnie też kiedyś sięgnę. Poza tym moja wiedza jest bardzo ograniczona. O książkach więc więcej nie napiszę.
Ufff, to by było na tyle. Sami widzicie, że ten rok był bardzo bogaty. Zostawiam Was z jednym z wymienionych wyżej utworów: