Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seriale. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seriale. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 maja 2020

Dobre? Bo/choć polskie!

Good? Because / although Polish! [No English version today, since this text is related to Polish TV series.]

Wydaje mi się, że swego czasu powszechne było przekonanie, że jeśli seriale, to tylko amerykańskie albo ewentualnie brytyjskie. Wszystko inne to szrot. Oczywiście nie było to nigdy prawdą. Teraz, w dobie streamingu ludzie coraz częściej zdają sobie z tego sprawę i doceniają seriale hiszpańskie, niemieckie czy nawet polskie. Nadal jednak dość często można spotkać się z poglądem, że produkcje telewizyjne z naszego kraju to tylko maczetami.

Raczej nie wchodzę w dyskusje na ten temat, ale zawsze opinie te niemiłosiernie mnie wkurzają. To przecież skrajna głupota. Naprawdę dobrych polskich seriali jest całe mnóstwo i nie ograniczają się do tytułów z ostatnich lat, jak "Ślepnąc od świateł"  czy "Rojst". Poniżej prezentuję zestawienie kilku moich ulubionych polskich seriali. To oczywiście nie jest kompletna lista, ale kolejność na niej nie jest przypadkowa. Przejdźmy do rzeczy:

7. Pitbull (2005-2008)

Tę produkcję niemal na pewno znacie, bo fabuła jest powiązana z głośną serią filmów o tym samym tytule. Pierwszy sezon miał pięć odcinków, drugi dwanaście, a trzeci czternaście i wszystkie opowiadają o perypetiach pracowników Wydziału Zabójstw Komendy Stołecznej Policji,  potem przeniesionych do Wydziału Walki z Terrorem Kryminalnym. Porachunki z gangsterami będące motywem spinającym całą serię pokazano tu naprawdę dynamicznie.

Serial ten to oczywiście pierwsza klasa produkcji kryminalnych, z odpowiednim klimatem i wciągającą fabułą. Tym, co jednak szczególnie wyróżnia "Pitbulla", jest plejada świetnie napisanych i zagranych postaci. Te najbardziej znane to oczywiście groźny Despero, w którego wcielił się Marcin Dorociński i prawy Gebels, odgrywany przez Andrzeja Grabowskiego. Oprócz nich mamy między innymi Krzysztofa Stroińskiego grającego inteligentnego Metyla, skutecznego strzelca Benka, odgrywanego przez Janusza Gajosa, Pawła Królikowskiego w roli Igora, Rafała Mohra jako młodego Nielata, a także Weronikę Rosati, Romę Gąsiorowską czy Michała Żurawskiego. 

Ci bohaterowie razem z towarzyszącymi im innymi charakterystycznymi postaciami tworzą na tyle interesującą mieszankę, że akcję śledzi się z zapartym tchem. Można to zrobić na przykład na vod.tvp.pl.

6. Glina (2003-2008)

Ten serial składający się z dwóch sezonów po kilkanaście odcinków jest chyba gorzej pamiętany niż niektóre z obecnych na tej liście. Wynika to pewnie z bardziej kameralnego charakteru opowieści: barwnych bohaterów jest mniej i po prostu jako policjanci wydziału zabójstwo merytorycznie rozwiązują oni mniej lub bardziej łączące się ze sobą zagadki kryminalne. Jednocześnie też mierzą się ze swoimi prywatnymi problemami. Nie ma tu wielkiej walki pod hasłem "policja kontra gangsterzy".

Jednocześnie klimat tego serialu jest zdecydowanie bardziej mroczny niż na przykład "Pitbulla", co wynika też z brutalnego charakteru wielu zbrodni przedstawianych w kolejnych odcinkach. W tej sytuacji Jerzy Radziwiłowicz w roli posępnego nadkomisarza Andrzeja Gajewskiego odkrywającego kolejne poziomy makabry spisuje się wspaniale, a partnerujący mu Maciej Stuhr, Jacek Braciak i Robert Gonera także trzymają wysoki poziom. Oprócz nich w obsadzie znaleźli się między innymi Sławomir Orzechowski czy Marian Dziędziel.

O tym, że powyższe składa się na naprawdę wciągającą policyjną opowieść, możecie przekonać się także zaglądając na vod.tvp.pl. Serdecznie zachęcam!

5. Belfer (2016-2017)

O tym serialu zapewne słyszeliście, bo po pierwsze jest stosunkowo nowy, a po drugie był dość mocno promowany. Maciej Stuhr wciela się tu w rolę nauczyciela języka polskiego, który próbuje wyjaśnić zagadki kryminalne szkół, w których uczy. Nie ukrywam, że "Belfer" ma swoje wady - choćby wyjaśnienie zagadki z drugiego sezonu uważam za mocno naciągane. Niemniej jednak w ogólnym rozrachunku fabuła jest naprawdę wciągająca, a niektóre sekwencje są wręcz imponujące - nie zdradzając za dużo, odcinek drugiego sezonu w całości opierający się o ucieczkę przed zamachowcem to coś rewelacyjnego.

W obsadzie wrażenie robią też Sebastian Fabijański jako gangster Kuś, Grzegorz Damięcki jako wpływowy biznesmen, Krzysztof Pieczyński w roli lokalnego dziennikarza, Łukasz Simlat grający podejrzanego nauczyciela, Paweł Królikowski i Piotr Głowacki jako miejscowi policjanci, Magdalena Cielecka, Przemysław Bluszcz, Katarzyna Dąbrowska i inni, a z młodszych na przykład Paulina Szostak. To zresztą tylko najważniejsze postacie pierwszego sezonu, z których niewiele pojawia się w drugim. Tam natomiast obserwujemy na przykład Szymona Piotra Warszawskiego w roli oficera CBŚ, a także cały zestaw młodszych aktorów grających uczniów, jak na przykład Zofia Wichłacz, Michalina Łabacz, Damian Kret czy Eliza Rycembel. Siłą rzeczy, ponieważ akcja serialu rozgrywa się w szkole, bohaterów jest sporo. Na szczęście jednak w większości udało się napisać ich w taki sposób, że stają się oryginalni, wiarygnodni i poznajemy ich charaktery nawet nie skupiając się na nich przez zbyt długi czas. 

Gdyby ktoś chciał nadrobić tę produkcję, to zdaje się, że jest dostępna na przykład w player.pl. Jeśli jeszcze jej nie widzieliście, to moim zdaniem warto to zrobić.

4. Zbrodnia (2014-2015)

To dużo bardziej kameralna opowieść, składająca się z dwóch sezonów po trzy odcinki i wyprodukowana przez AXN. Fabuła opiera się o śledztwo w sprawie morderstw, do których dochodzi na Półwyspie Helskim. W zasadzie te kilka ostatnich słów wyjaśnia, dlaczego ten serial jest tak dobry. Po pierwsze intryga jest naprawdę interesująca i robi mocne wrażenie na odbiorcy. To zabójstwa, a nie kradzieże rowerów i winni muszą zostać znalezieni. Po drugie, lokalizacja jest nie do podrobienia. Najbardziej charakterystyczny z polskich półwyspów jest bardzo klimatycznym miejscem akcji. Piękne nadmorskie ujęcia, chłód wybrzeża czy wrażenie pustki i kameralności, powodowane między innymi tym, że na Helu jest tylko jedna główna droga naprawdę służą serialowi.

Podobnie jak przy wcześniejszych pozycjach, tu także obsada jest kolejnym mocnym punktem produkcji. Prym wiodą Wojciech Zieliński i Joanna Kulig w rolach policjantów pracujących nad sprawą. Są skupieni na śledztwie, a mniej na swoich prywatnych sprawach, które jednak w jakiś sposób też wypływają. Poza nimi pojawiają się tu między innymi Dorota Kolak, Aleksandra Popławska, Magdalena Boczarska i Radosław Pazura. W zasadzie każda osoba z obsady w krótkim czasie zdołała wykreować wiarygodną i interesującą postać z własnymi motywami i podejmowanymi działaniami. 

Naprawdę polecam obejrzenie "Zbrodni". Tym bardziej, że można to teraz zrobić na Netfliksie, więc w zasadzie wystarczy kliknąć.

Pora na przejście do podium...


3. 07 zgłoś się (1976-1987)

Oto prawdziwy klasyk polskiej telewizji! Żywy dowód na to, że Polacy też potrafią, a nawet potrafili kiedyś. Bronisław Cieślak przez dwadzieścia jeden odcinków wcielał się w rolę porucznika Sławomira Borewicza (kod wywoławczy: 07), niezwykle skutecznego śledczego Milicji Obywatelskiej. W swojej karierze zajmował się zabójstwami, kradzieżami, szantażami - całym spektrum możliwych przestępstw. Jednocześnie zawsze dobrze się prezentował czy potrafił uwieść. Imponował.

Czy ten serial był narzędziem propagandy? Oczywiście. Czy to w czymś przeszkadza? Nieszczególnie. Intrygi prezentowane w poszczególnych odcinkach były naprawdę interesujące, a niektóre wybijają się szczególnie. Doskonale pamiętam na przykład odcinek "Zamknąć za sobą drzwi", gdzie Piotr Fronczewski gra gościnnie emerytowanego policjanta z Nowego Jorku. To po prostu fabularna perełka. 

Oprócz powyższego "07 zgłoś się" można oglądać jako swoiste przypomnienie dawnych czasów (dla starszych) albo lekcję historii (dla młodszych). Poza tym jednak zdecydowałem się umieścić ten serial na niniejszej liście, w dodatku tak wysoko, bo bez niego mogłyby nie powstać inne tu wymienione. Pewnie, można się inspirować zagranicą, ale produkcja opisująca przygody słynnego porucznika dobitnie pokazała, że można i w naszych realiach.

2. Oficer, Oficerowie oraz Trzeci oficer (2004-2008)

To absolutnie jedna z moich najbardziej ukochanych polskich produkcji. Pozornie trzy osobne seriale składają się tak naprawdę na jedną, choć nie bardzo mocno powiązaną fabułę i opisują pracę CBŚ i wywiadu. Każdy z nich ma wyraźną, osobną oś fabularną. Mamy tu porachunki gangsterskie i infiltrację szeregów przestępców, porwania, przekręty i brutalne przejęcia majątków, a także terrorystów. Nie brakuje też skorumpowanych przedstawicieli władzy i organów ścigania.

W "Oficerze" i "Trzecim oficerze" w główną rolę wciela się Borys Szyc, który gra oraz gra, że gra i jest to swoiste "one man show". Nawet jeśli ktoś nie przepada za tym aktorem, to uważam, że w tym przypadku naprawdę warto dać mu szansę. W "Oficerach" natomiast jako główni bohaterowie wspólnie błyszczą Katarzyna Cynke i Cezary Pazura. Oprócz nich przez trzy sezony przewijają się takie tuzy polskiego aktorstwa jak Jacek Braciak, Eryk Lubos, Krzysztof Globisz, Maciej Kozłowski, Jan Frycz, Andrzej Chyra czy Marian Dziędziel. Listę można zresztą rozwijać: Tamara Arciuch, Wojciech Solarz, Robert Więckiewicz, Magdalena Różczka, Magdalena Cielecka, Jan Englert, Marcin Perchuć, Bartłomiej Topa, Przemysław Bluszcz, Mirosław Zbrojewicz czy Tomasz Dedek. Na tym zakończę, ale można by jeszcze dopisywać kolejne nazwiska. Ach, jest jeszcze Paweł Małaszyński w roli Granta. Wiem, że nie jest to najbardziej ukochany polski aktor, ale jako główny antagonista w pierwszym serialu, a potem swoisty cień unoszący się nad bohaterami wypada naprawdę wiarygodnie.

Nie chcę zdradzać dużo więcej, bo główną zaletą tej produkcji są właśnie zwroty akcji, nieszablonowa fabuła i znakomicie odgrywane reakcje bohaterów na zdarzenia. Jeśli więc nie widzieliście jeszcze tych trzech seriali, to naprawdę koniecznie je nadróbcie. To także możecie zrobić na vod.tvp.pl. 

1. Ekipa (2007)

Długo wahałem się między miejscem pierwszym i drugim, ale ostatecznie uznałem, że to "Ekipa" zasługuje na to miesjce. Wynika to z jednego prostego powodu: w polskich realiach to produkcja jedyna w swoim rodzaju. Oto political fiction, przedstawiające pracę polskiego rządu jako grupy profesjonalistów, którym zależy na dobru kraju. Nie może być inaczej, jeżeli nagle premierem ma zostać niezaangażowany politycznie wykładowca ekonomii z Zamościa. 

"Ekipa" jest fantastycznie napisana. Bohaterowie mierzą się z ponadprzeciętną ilością kryzysów bezpieczeństwa, biznesmenami dążącymi do monopolu, obywatelami protestującymi przed utratą pracy i całym spektrum innych zagrożeń, a także z polityką samą w sobie i swoimi oponentami w tym zakresie. Marcin Perchuć w roli idealisty wkraczającego do polityki to klasa sama w sobie, ale mogłoby tak nie być, gdyby nie jako znakomici partnerzy na ekranie. Wśród nich znaleźli się między innymi Krzysztof Stroiński w roli szefa Kancelarii Premiera, Katarzyna Herman jako szefowa gabinetu politycznego, Janusz Gajos grający byłego premiera, Andrzej Seweryn wcielający się w prezydenta, Rafał Maćkowiak w roli rzecznika prasowego, a także Agnieszka Grochowska, Marek Kalita, Marcin Bosak, Marcin Dorociński czy Michał Żurawski. 

Podobnie jak przy poprzedniej pozycji, wolę nie zdradzać dużo więcej, bo tym przyjemniej ogląda się ten serial, gdy kolejne wyzwania zaskakują nas tak samo jak bohaterów. Dodam tylko, że poza opisanymi powyżej kwestiami serial dobitnie pokazuje jak praca na szczeblu rządowym wpływa na życie prywatne - wieczne zaskoczenia, konieczności jechania gdzieś nie wiadomo po co, nieplanowane spotkania i wysoki poziom stresu odbijają się także na rodzinach bohaterów. To wszystko możecie zobaczyć sami, choćby na ipla.tv.


To by było na tyle. Gwoli podsumowania warto się zastanowić, co łączy wymienione powyżej pozycje. Jaki mają wspólny mianownik? Nietrudno zgadnąć, że chodzi o to, że niemal wszystkie te produkcje to seriale kryminalne, a jeśli nawet nie, to chociaż sensacyjne. Zastanawiam się, czy to kwestia mnie i tego, że zwracam uwagę głównie na takie produkcje? A może życie w Polsce z jakiegoś powodu sprawia, że opowieści o marazmie, zbrodni, poczuciu jałowości czy trudnościach dnia codziennego udają się polskim twórcom wyjątkowo dobrze? Oczywiście jest tu miejsce na optymizm, ale raczej ostrożny, stonowany. Prawda leży pewnie gdzieś pośrodku, łącząc obie te teorie.

Chciałem też jeszcze raz podkreślić, że nie jest to kompletna lista. Mógłbym dopisać do niej choćby "Paradoks", "Prokuratora" czy "Rojst", ale postanowiłem gdzieś postawić kreskę. To były produkcje, które naprawdę mi się podobały, ale brakowało im jakiegoś nadzwyczajnego wyróżnika (choć warstwa wizualna w "Rojście" to nadal majstersztyk). 

Poza tym nie ma tu na przykład "Odwróconych", "Watahy" czy "Paktu", ponieważ nie widziałem jeszcze wszystkich sezonów lub kontynuacji tych seriali, co nie zmienia faktu, że na tyle, na ile zdołałem zobaczyć, to fantastyczne rzeczy.  Z oczywistych względów nie ma tu też seriali, których mimo najszczerszych chęci jeszcze w ogóle nie widziałem, jak choćby "Ślepnąc od świateł". Mam nadzieję, że uda mi się je nadrobić i może wtedy przyjdzie pora na kolejny taki tekst, ale z dopiskiem vol. 2. Szczerze na to liczę i chętnie przyjmę Wasze propozycje takich seriali. Jeśli je macie, napiszcie proszę w komentarzu.

Teraz to już naprawdę wszystko. Zostawiam Was z przepiękną, hipnotyzującą piosenką. O, taką:


Trzymajcie się ciepło. Myjcie często ręce. Dobrego wieczoru i tygodnia!

niedziela, 12 kwietnia 2020

Zazwyczaj tego nie robię...

I usually do not do that... [English version below.]

Epidemia, pandemia i cyk, święta. Święta Wielkiej Nocy. Zazwyczaj nie bawię się na blogu w jakieś rozbudowane życzenia. Powód jest prosty. Zawsze życzę Wam wszystkim jak najlepiej. Niech każdemu się dobrze wiedzie.

Tegoroczne święta są jednak inne i wszyscy wiecie dlaczego. Nie będę więc Wam tego powtarzał, a zamiast tego dla odmiany złożę jednak życzenia. Toteż życzę Wam:
Spokojnych, Wesołych Świąt. pełnych miłości i radości. Bądźcie zdrowi i doceniajcie, co macie. Dbajcie o siebie i oglądajcie dużo seriali. Życzę Wam, żeby całe to szaleństwo niebawem się skończyło i kolejne święta były już bliższe normalności. Trzymajcie się cieplutko! A, i dobrego jedzonka!
 Zając dołącza się do życzeń!

A tak poza tym pamiętajcie, że zawsze mogłoby być gorzej. Kapitan Janeway ze Star Treka: Voyager utknęła wraz ze swoją załogą na drugim końcu galaktyki i czeka ją jakieś 75 lat podróży z powrotem na Ziemię. Bohaterów Stranger Things  cały czas coś chce zeżreć albo zrobić im jakąś inną krzywdę. Ogólnie: mogłoby być dużo gorzej.

I, tak, zgadliście: te dwa seriale to te, które aktualnie oglądam. A co Wam zajmuje czas? Dajcie znać, jeśli chcecie. A piosenka na dziś to utwór, który kojarzy mi się z ubiegłorocznymi świętami:


Trzymajcie się i raz jeszcze wszystkiego dobrego!

ENG:

Epidemic, pandemic and boom, holiday. Easter in particular. I usually don't post any extended wishes on the blog. The reason is simple. I always wish you all the best. Let everyone do well.

However, this year's holiday is different and you all know why. So I won't repeat it to you, but instead I would like to wish you instead. So I wish you:
Have a nice Happy Easter, full of love and joy. Be healthy and appreciate what you have. Take care of yourself and watch a lot of series. I wish you all this madness would end soon and the next Easter would be closer to normal. Take care warmly! And have a good food!
Anyway, remember that it could always be worse. Captain Janeway from Star Trek: Voyager has stuck with her crew at the other end of the galaxy and it will take about 75 years to travel back to Earth. Something wants to eat Stranger Things heroes or hurt them some other way all the time. Overall: it could be a lot worse.

And yes, you guessed it: these two series are the ones I'm watching right now. And what takes your time? Let me know if you want. And the song for today is a song that I associate with last year Easter. You can find it above.

Take care and all the best once again!

niedziela, 12 stycznia 2020

Styczeń z potencjałem.

January with potential. [English version below.]

Nie będę się dzisiaj bardzo rozpisywał. Brakuje mi czasu (znów wyjazd  na delegację) i weny (tak czasem bywa). Chcę jednak zwrócić waszą uwagę na pewne rzeczy w popkulturze.

Otóż, mamy już 2020 r. Nowy rok, nowy ja, a przede wszystkim nowe filmy i seriale. Ten rok zdecydowanie nie zapowiada się pod tym względem aż tak dobrze jak poprzedni. Są produkcje, na które rzeczywiście choć trochę czekam, jak "Diuna" Denisa Villeneuve'a,  "The New Mutants", czyli horror Foxa o mutantach, "No Time to Die", które może rzeczywiście będzie ostatnim filmem z Danielem Craigiem w roli Jamesa Bonda, "Birds of prey" o Harley Quinn, "Tenet" Christophera Nolana, "Psy 3" , "Eternals", które może bardzo mocno różnić się od dotychczasowych filmów MCU. Są także inne, ale niemal nic z tego nie jest wielce ekscytujące. Trochę słabo.

Zamiast wybiegać więc niemal rok w przyszłość, może warto skupić się na trwającym już miesiącu. Mamy już prawie połowę stycznia, ale czekają nas jeszcze dobre rzeczy. Ja pragnę zwrócić waszą uwagę na trzy, które dostarczy Pan Netflix.

Plakaty oczywiście ze strony Netflixa.

Po pierwsze, Chilling adventures of Sabrina. Już 24 stycznia na największej platformie streamingowej pojawi się trzeci sezon tego serialu. Wiem, że części z Was może on nie odpowiadać. ale mnie i moją żonę dotychczasowe dwa mocno wciągnęły. Ten serial to teen drama ze sporą dawką kiczu, ale też z nieco mroczniejszymi elementami. Postacie są dobrze zarysowane i mierzą się z realnymi problemami (no, w większości), a sam serial jest po prostu zabawny, intrygujący i bardzo przyjemny w odbiorze. 

To, o jakiej stylistyce mówimy, może Wam nakreślić zapowiedź trzeciego sezonu stworzona jako przebojowy teledysk, który możecie znaleźć pod TYM LINKIEM.

Po drugie, Bojack Horseman. Od 31 stycznia na Netfliksie można będzie znaleźć drugą połowę szóstego sezonu tego znakomitego serialu animowanego. Będzie to najprawdopodobniej domknięcie opowieści o podstarzałym koniu-celebrycie, który ma dużo więcej problemów niż przyjaciół i w zasadzie każda jego próba odbicia się od dna spełza na niczym. Sam serial jest wielkim hitem i niemal na pewno już o nim słyszeliście. Jeśli oglądaliście wcześniejsze odcinki, to zapewne nie  trzeba Was namawiać do sięgnięcia po finałowe. Jeśli natomiast jeszcze nie śledziliście przygód Bojacka Horsemana, to być może do 31 stycznia zdążycie nadrobić. Warto!

Wreszcie po trzecie, Uncut gems. To film de facto z 2019 r., ale zdaje się, że w Polsce nie można go było zobaczyć w kinach, może tylko na niektórych festiwalach. 31 stycznia pojawi się na Netfliksie i to jest chyba w moim osobistym rankingu  najbardziej ekscytująca pozycja z tutaj wymienianych. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że to dramat czy film kryminalny, w którym Adam Sandler, znany głównie z głupawych komedii, wciela się w główną rolę, nowojorskiego jubilera zmuszonego do podjęcia ryzykownych decyzji. Co więcej, podobno jest w tym rewelacyjny. Mało? Wszystko wskazuje na to, że ten film po prostu wygląda obłędnie. Spójrzcie na zwiastun:


Mało? To może przekona Was to, że na portalu metacritic.com średnia ocen przyznanych filmowi przez profesjonalnych krytyków to "90"? To świadczy o tym, że zdecydowana większość ludzi, którzy ocenianiem filmów zajmują się na codzień, uważa, że Uncut gems jest świetne. 

Jeszcze mało? To nie wiem już, czym Was przekonać. Ja w każdym razie jestem niemiłosiernie podekscytowany.

To tyle. Zostawiam Was z jednym z moich ulubionych utworów w ogóle, a przy okazji wykorzystanym w jednym z odcinków Bojacka Horsemana. Posłuchajcie:



Trzymajcie się! Dobrego dnia, tygodnia i miesiąca. Dobrego oglądania!

ENG:


I will not write much today. I lack time (delegation again) and inspiration (sometimes it happens). However, I want to draw your attention to some things in pop culture.

Well, we already have 2020. New year, new me, and above all new movies and series. This year is definitely not going to be as good as the previous one. There are productions that I'm waiting for at least a bit, like Denis Villeneuve's "Dune", "The New Mutants" - Fox's horror about mutants, "No Time to Die", which may actually be the last film with Daniel Craig as James Bond, "Birds of prey" about Harley Quinn, "Tenet" by Christopher Nolan, "Dogs 3" (third part of classical polish action movie), "Eternals", which can be very different from previous MCU movies. There are also others, but almost none of this is very exciting. That's a pity.

So instead of looking almost a year ahead, it may be worth focusing on an ongoing month. We have almost half of January, but we are still waiting for some good things. I would like to draw your attention to three that Mr. Netflix will provide.

First, Chilling adventures of Sabrina. On January 24, the third season of this series will appear on the largest streaming platform. I know that some of you may not like it, but both my wife and I have really enjoyed it. This series is a teen drama with a large dose of kitsch, but also with slightly darker elements. The characters are well outlined and face real problems (well, most of the time), and the show itself is simply funny, intriguing and very pleasant to watch.

The example of the style we are talking about can be seen in the announcement of the third season created as a hit music video which you can find at THIS LINK.

Secondly, Bojack Horseman. From January 31, Netflix will feature the second half of the sixth season of this amazing animated series. This will most likely close the story of an aging celebrity horse who has many more problems than friends, and basically his every attempt to bounce back from the bottom comes to nothing. The show itself is a huge hit and you've almost certainly heard of it. If you've watched earlier episodes, then you probably don't need to be persuaded to reach for the final ones. However, if you have not yet followed the adventures of Bojack Horseman, then you may be able to catch up by January 31. Well worth it!

Finally, thirdly, Uncut gems. Actually this is a film from 2019, but it seems that it could not be seen in cinemas in Poland, maybe only at some festivals. On January 31 it will appear on Netflix and this is probably in my personal ranking the most exciting item listed here. Why? First of all, because it is a drama or a criminal movie in which Adam Sandler, known mainly from silly comedies, plays the main role of a New York jeweler forced to make risky decisions. What's more, apparently he is sensational in it. Not enough? Everything seems to indicate that this movie just looks incredibly. Just look at the trailer - you can find it above.

Not enough? So maybe you let me convince you with the fact that on metacritic.com the average rating of the film by professional critics is "90"? This shows that the vast majority of people who evaluate movies on a daily basis think that Uncut gems is great.

Not enough yet? I don't know how to convince you anymore. In any case, I am mercilessly excited.

That's it. I leave you with one of my favorite songs in general and also used in one of Bojack Horseman's episodes. You can find it above.

Take care! Have a good day, week and month. Good watching!

niedziela, 15 grudnia 2019

2019 rokiem popkultury.

2019 - the year of pop culture. [English version may be added later.]

Kończy się rok 2019. Zostało już tylko 16 dni do jego końca. To dobry moment, by przyjrzeć mu się retrospektywnie. Nie będę jednak pisał o Brexicie, polskich wyborach, Europejskim Zielonym Ładzie, impeachmencie Trumpa czy całej reszcie tego typu kwestii. Nie mam ochoty, męczy mnie to i nie chcę sobie psuć niedzielnego popołudnia takimi tematami.

Graficzny teaser tego, co dalej.

Wolę skupić się na czymś przyjemniejszym, co rozpala wyobraźnię, inspiruje i zachwyca. Na rzeczach, które dotykają większości ludzi, o których niemal wszyscy dyskutują. Chcę spojrzeć na wytwory kultury popularnej. Subiektywnie. Moim zdaniem bowiem kończący się rok obfitował w rzeczy bardzo dobre, a nawet wybitne i to w stopniu, którego dawno nie widzieliśmy. Przypatrzmy się raz jeszcze:

FILMY WYBITNE (albo z jakiegoś powodu bardzo ważne/głośne)

  • "Parasite" - film ten opisywałem w skrócie jako taki, o którym ludzie w Polsce albo nie słyszeli, albo są nim zachwyceni. To koreański dramat, który ktoś mógłby nazwać najlepszym filmem roku, a ja nie byłbym w stanie zarzucić mu przesady, chociaż konkurencja jest silna. Trudno o nim opowiadać, nie zdradzając czegoś z fabuły, która zaskakuje niemal na każdym kroku. W każdym razie to opowieść o wielkim bogactwie i wielkim ubóstwie. Doskonale pokazuje kontrasty, rozwarstwienie społeczne. Świetnie portretuje bohaterów, z których część cechuje się wielką naiwnością, część przebiegłością i wyrachowaniem, a są i tacy, którzy próbują lawirować między jednymi i drugimi. To historia, która próbuje odpowiedzieć na pytanie jak daleko są w stanie posunąć się ludzie w celu poprawy swojej sytuacji materialnej lub obrony tego, co mają. Naprawdę warto zobaczyć!


  • "Knives out" - komedia kryminalna, która dopadła nas pod koniec roku, jest czymś urzekającym. To historia, której nie powstydziłaby się sama Agata Christie, a prezentowana jest przez rewelacyjną obsadę. Oczywiście w tym aspekcie bezkonkurencyjny jest Daniel Craig, który wciela się w nieco ekscentrycznego detektywa, Benoit Blanca i cudownie bawi się tą postacią. Warto też zwrócić uwagę na Chrisa Evansa, który po latach odgrywania Kapitana Ameryki może być kojarzony z wzorem cnót wszelakich, uprzejmym, pomocnym i krystalicznie uczcicwym. Tymczasem w "Knives out" mistrzowsko gra Ransoma, czarną owcę rodziny. Jest próżny, leniwy i chamski i można odnieść wrażenie, że nie lubi go tam absolutnie nikt. Co ważne, reszta obsady wcale nie odstaje od tych panów i doskonale prezentuje kolejne niteczki fabuły składające się na zagadkę śmierci nestora rodu. Każdy ma tu swoje sekrety i sekreciki, każdy ma do kogoś jakiś żal. Poza tym wizualnie film jest dokładnie tym, czym powinien być. Akcja dzieje się przez większość czasu we wnętrznach rezydencji Thrombey'ów lub wokół niej, co tylko sprzyja opowieści. Jedyna rzecz, która mi osobiście nie odpowiadała, to zdradzanie widzowi znacznej części wydarzeń w formie retrospekcji, co sprawia, że przez część seansu pozornie widz wie więcej niż bohaterowie. Potem następują jednak kolejne zwroty akcji, więc w ostatecznym rozrachunku i tak jestem bardzo zadowolony. Rian Johnson jako reżyser wykonał kawał dobrej roboty i chwała mu za to!

  • "Avengers: Endgame" - ktoś może oburzyć się umieszczeniem tego filmu w tej kategorii, ale prawda jest taka, że jest on nie do przecenienia. To najlepiej zarabiający film w historii kinematografii z zarobkami z box office w wysokości 2 797 800 564 dolarów. Nie można tego zignorować. Oczywiście te pieniądze nie są efektem wybitności samego filmu, ale wynikają z faktu, iż jest on kulminacją projektu budowanego od jedenastu lat i ponad dwudziestu filmów.  Oprócz tego w pewnym sensie otwiera MCU na nowe możliwości (multiwersum). To wielkie filmowe wydarzenie i odnotowanie go tutaj to po prostu obowiązek, choćby kronikarski. Nie polecę Wam jednak tego filmu, jeśli wcześniej nie oglądaliście filmów z MCU. Mogę polecić Wam za to całe Marvel Cinematic Universe i to z całego serca robię.

  • "Once Upon a Time ... in Hollywood" - najnowszy film Quentina Tarantino to prawdziwa perełka. Piękne kadry, dobrze zarysowani bohaterowie, świetna gra aktorska (di Caprio pokazuje klasę, zwłaszcza gdy gra to, że gra, ale prawdziwą gwiazdą jest tutaj Brad Pitt, którego bohater tak naprawdę jest tą ważniejszą postacią filmu). Cały klimat końcówki lat 60. urzeka, muzyka jest cudowna, a fabuła w sam raz. Pojawiały się zarzuty, że ten film jest nudny, że nic się w nim nie dzieje. Uważam, że to bzdura. Oczywiście, sporo scen nie ma bezpośredniego wpływu na przebieg fabuły, ale wcale nie musi. Mają one bowiem opowiedzieć nam coś o ludziach, przedstawić ich w różnych sytuacjach, nakreślić charaktery. To nie jest opowieść o jakimś wydarzeniu, ale o bohaterach. W związku z tym przez ponad dwie i pół godziny płynie się przez malownicze Hollywood lat 60., towarzysząc podupadłemu aktorowi i jego dublerowi i chłonie się atmosferę. Nie nudziłem się ani przez chwilę. Tarantino po raz kolejny z nawiązką spełnił moje oczekiwania.

  • "JOKER" - film o genezie najbardziej ikonicznego złoczyńcy DC Comics zyskał szerokie uznanie i to nie tylko wśród ludzi lubiących kino superbohaterskie, ale też zdobył Złotego Lwa na festiwalu w Wenecji. Świat stanął na głowie? Nie, to tylko Joaquin Phoenix stworzył niesamowitą kreację bohatera powoli zatracającego się w swoim szaleństwie, a pozostałym twórcom udało się dać mu odpowiednie tło. Film wygląda bowiem rewelacyjnie. Jest brudno i mroczno, gdy trzeba i obłąkanie kolorowo, gdy trzeba. Muzyka także dobrze podkreśla to, co się dzieje. Nieco gorzej wypada drugi plan aktorski i sam scenariusz. Nikt nie prezentuje się źle, ale też nie wybija jakoś szczególnie. Fabuła natomiast jest nieco naciągana, a momentami za bardzo na siłę próbuje wpychać wszystkim przesłanie w gęby ("żyjemy w społeczeństwie", hehe). W ogólnym rozrachunku to film dobry, który warto zobaczyć, ale nie czarujmy się, to nie arcydzieło. Trzeba mu jednak oddać, że zarobił mnóstwo pieniędzy - ponad miliard dolarów przychodu z box office przy 55 milionach budżetu to jakiś obłęd. Z drugiej strony: "Parasite" i tak jest lepszy.
FILMY WYBITNE/WAŻNE (chyba - nie wiem, bo jeszcze ich nie widziałem, ale bardzo chcę)
  • "Midsommar" - nie widziałem go, ale chętnie nadrobię, choć nie lubię horrorów. To dlatego, że już po zwiastunie widać, że ten film to coś zupełnie innego. Nie ma ciemności i wyskakujących z niej potworów. Jest Szwecja, światło dnia i dzikie, niespętane cywilizacją obrzędy. Brzmi jak coś, co trzeba zobaczyć choćby ze zwykłej ciekawości.

  • "The Lighthouse" - pod koniec roku do Polski trafiła kameralna produkcja, w której Willem Dafoe i Robert Pattinson mogą dać popis swojego aktorstwa, wcielając się w dwóch latarników morskich mierzących się z samotnością i ze sobą nawzajem. Na ten moment nie wiem wiele więcej, ale koniecznie muszę się dowiedzieć!

  • "Ford v Ferrari" - skrojona pod Oscary opowieść o rywalizacji dwóch wielkich firm motoryzacyjnych w ramach znanego wyścigu Le Mans. Co w tym atrakcyjnego? Przede wszystkim obsada. Matt Damon i Christian Bale niejednokrotnie udowodnili swój kunszt aktorski i pewnie warto przekonać się o tym po raz kolejny.

  • "John Wick: Chapter 3 - Parabellum" - trzeci akt opowieści o niezrównanym zabójcy, postaci wykreowanej przez Keanu Reevesa. Seria ta szybko stała się jednym z najlepszych współczesnych przykładów tego, jak powinien wyglądać film akcji. Czy trzeba dodawać coś więcej? Tak, to, że nie mam pojęcia, jakim cudem nadal nie obejrzałem tego filmu...

  • "The Irishman" - najnowszy film Martina Scorsese, ale pierwszy za pieniądze Netflixa. W obsadzie Robert De Niro, Al Pacino i Joe Pesci. Opowieść o przestępczości zorganizowanej Stanów Zjednoczonych. Brzmi jak coś rewelacyjnego i pewnie takie jest, ale jeszcze się nie przekonałem, bo całość trwa trzy i pół godziny, a znalezienie takiej ilości czasu, to wcale nie jest prosta sprawa. Kiedyś jednak pewnie się uda.

  • "Marriage Story" - dramat z elementami komedii, także dostarczony przez Netflixa (Boże, błogosław streaming!), w którym Scarlett Johansson i Adam Driver wchodzą w role oddalających się od siebie małżonków. Podobno zachwyca i chwyta za serce, a ja, widząc zwiastun i czytająopinie innych bardzo chcę się o tym przekonać.

  • "Watchmen", "Chernobyl", "Euphoria", "The Boys", "Good Omens" - to tylko kilka z seriali, które pojawiły się w tym roku i niestety żadnego z nich nie oglądałem. Jest ich tak dużo, że ciężko nadgonić, ale kiedyś to zrobię, a kiedy to tego dojdzie, jest duża szansa, że skupię się właśnie na tych wymienionych powyżej - to te powszechnie uważane za dobre, o których było głośno i które czymś się wyróżniają.
POZA TYM

Wymienione powyżej produkcje, to tylko te, które z pewnych powodów uznałem za najważniejsze. W 2019 r. pojawiło się dużo, dużo więcej filmów, w tym sporo bardzo dobrych. Były wśrod nich filmy superbohaterskie, takie jak:
  • "Captain Marvel" - pierwszy solowy film MCU z kobiecą superbohaterką, dobrze wprowadzający nową postać, znacznie rozszerzający uniwersum i mogący się pochwalić dość oryginalnym zakończeniem, 

  • "Spider-Man: Far From Home" - dobre rozwinięcie poprzedniej części przygód Petera Parkera, zgrabne pokazanie uniwersum po Endgame, sensowne zakończenie trzeciej fazy MCU, a przy okazji uczta dla oczu, gdy dochodzi do walki - świetne złudzenia, iluzje i wizje, brak pojęcia, co jest prawdą, a co nie,

  • "Shazam!" - pierwsza pełnoprawna komedia w ramach DCEU, film lekki i przyjemny, elegancko wprowadzający nowego bohatera, a przy okazji adresowany do nieco młodszego widza. W skrócie: niemal całkowite przeciwieństwo filmów DC pojawiających się jeszcze chwilę wcześniej.
Oprócz tego filmy, na które zwróciłem uwagę, to m. in. "Fast & Furious presents: Hobbs & Shaw" (czysta akcja, The Rock i Jason Statham, a do tego Idris Elba - czego chcieć więcej?), "Ad astra" (Brad Pitt to złoto, także w kosmosie, a film jest piękną wizualnie opowieścią, kameralną, głównie o samotności, która jednak momentami zamienia się też w niezły film akcji) czy "Pokémon Detective Pikachu" (zagadka kryminalna w świecie pokemonów okazała się czymś zaskakująco dobrym - to ładny, zabawny i wciągający film, a jeśli dodać do tego Ryana Reynoldsa w roli uroczego Pikachu, to już w ogóle poezja). W kinach wydarzyło się zresztą w tym roku dużo więcej, ale to już były rzeczy, których raczej nie widziałem, mniej mnie interesujące, np. adaptacje live-action animacji Disneya ("The Lion King", "Aladdin"), "Godzilla: King of the Monsters" i wiele, wiele innych. Najlepsze jest jednak to, że...

ROK SIĘ JESZCZE NIE SKOŃCZYŁ.

W tym miesiącu czekają nas jeszcze przynajmniej dwie głośne premiery:

  • "Star Wars: The Rise of Skywalker" - chociaż uważam, że TLJ było lepsze (bo świeższe i bardziej oryginalne) niż TFA, więc powrót J.J. Abramsa do roli reżysera tej sagi nie jest według mnie bardzo dobrą wiadomością, to jednak jestem bardzo ciekaw zakończenia historii Rey i Kylo czy Poe i Finna. Chcę się też dowiedzieć, jaka będzie rola Imperatora, co zrobi Lando i wielu innych rzeczy. Ciekawość mnie zżera i na pewno wybiorę się do kina,

  • "The Witcher" - to chyba najbardziej oczekiwana premiera Netflixa w tym roku, a w Polsce na pewno. Niektórzy liczą na to, że epicka, wysokobudżetowa saga oparta o prozę Andrzeja Sapkowskiego będzie czymś, co dorówna "Grze o tron". Czy tak będzie? Nie wiem. Może. Oby. W każdym razie pochłonę ten serial tak szybko jak będę mógł.

Popkultura to jednak nie tylko dzieła wizualne. Chciałem dodać kilka słów o muzyce, ale prawda jest taka, że zagranicznej prawie wcale nie śledzę. Nie to, że mam jakieś uprzedzenia, gdy podpowiedzą mi coś algorytmy Spotify, chętnie słucham, ale sam rzadko kiedy szukam. Jedyny gatunek, o którego premierach w minionym roku jestem w stanie coś powiedzieć, to polski rap, a to o tyle zabawne, że to muzyka, której jeszcze niedawno nie słuchałem prawie wcale. Zresztą Spotify nadal twierdzi, że mój ulubiony gatunek to rock, choć ulubione utwory i wykonawcy świadczą o czymś innym.

W każdym razie płynąc po polskim rapie od początku roku do teraz zauważam pięć ważnych punktów:

  • "Wojtek Sokół" - w lutym tego roku ukazał się pierwszy solowy album Sokoła, jednego z bardziej rozpoznawalnych raperów w kraju. Co tu dużo mówić - to dobra rzecz, z kilkoma wybijającymi się utworami ("Napad na bankiet" czy "Hybryda"). Nie porwała mnie jakoś bardzo, ale na pewno warto posłuchać.

  • "Widmo" - w marcu b.r. pojawił się drugi longplay grupy PRO8L3M i jest to coś, czym potwierdziła ona swoją mocną pozycję na rynku. Dobry, nieszablonowy bit i przemyślane teksty to coś, czym panowie mogą się pochwalić. Mi osobiście najbardziej w ucho wpadają utwory  „Prawdy nie mówi nikt”, „Crash Test”, „National Geographic” i „Interpol”, ale cały album jest wart uwagi.

  • "Pocztówka z WWA, lato ’19" - można by rzec, że kolejny rok, to i kolejny album Taco Hemingway'a. Twórca ten przyzwyczaił nas, że niemal co roku wydaje coś nowego i często jest to więcej niż jedna rzecz. Tym razem jednak w ponad połowie utworów artysta śpiewa z kimś w duecie (Pezet, Dawid Podsiadło, Ras, Kizo, Rosalie., Schafter). Opowiada znów o Warszawie i o ludziach. Jako sample miejscami wykorzystano teksty dobrze znane z polskiej kultury (m. in. z filmu "Miś"). Na pewno warto posłuchać!
  • "Muzyka współczesna" - w przeciwieństwie do Taco Pezet nie wydaje płyt co roku. W praktyce album wydany w 2019 r. jest pierwszym od siedmiu lat. Warto było czekać, bo dostaliśmy płytę spójną, trzymającą wysoki poziom, a czasami wręcz wspinającą się na wyżyny artyzmu. Nie ma tu znaczenia, że sporą część utworów poznaliśmy już wcześniej w formie singli. Faktem pozostaje, że utwory takie jak "Magenta", "Obrazy Pollocka", "2K30", "Nie zobaczysz łez" czy "Piroman" imponują tempem i treścią, błyskotliwymi nawiązaniami i w efekcie po prostu zniewalają.

  • "audiotele" - młody (prawdopodobnie szesnastoletni) scahfter robi coś niesamowitego. Oczywiście nie przekazuje w swojej twórczości nie wiadomo jakich mądrości, ale na poziomie technicznym i artystycznym jego pierwszy album studyjny to coś zachwycającego. Doskonale bawi się słowem, mieszając polskie i angielskie frazy, korzystając z ich podobieństw czy świetnie rozgrywając rymy. Świetnie bawi się też samplami, a cała płyta jest spójna, widać nawiązania pomiędzy poszczególnymi utworami. Ponadto doskonale odnajduje się we współpracy ze starszymi kolegami jak Taco Hemingway, Ras czy Żabson. Na ten moment moje ulubione utwory to "geekin in the booth", "ridin' round the town w czyims bel air" i spumante", ale bardzo możliwe, że zaraz zwrócę większą uwagę na inne.
Skupiłem się na filmach, ewentualnie serialach i wspomniałem coś o muzyce. Nie napisałem ani słowa o książkach, a to z prostego powodu: bardzo mało czytam, nad czym ubolewam. Poza tym, gdy już sięgam po książkę, to rzadko kiedy jest to nowość wydawnicza. Raczej nadrabiam zaległości sprzed kilku, kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu lat. Z tego powodu ciężko mi się wypowiadać o tym, co zostało wydane w tym roku. Wiem, że Grupa Filmowa Darwin wydała książkę "To (nie) koniec świata!" i ta pozycja czeka na mnie w domu. Wiem, że Donald Tusk napisał książkę "Szczerze", a Krzysztof Gonciarz książkę "Rozum i Godność Człowieka" i może kiedyś je przeczytam. Wiem też, że David Lagercrantz napisał szóstą część serii Millenium, pod tytułem "Ta, która musi umrzeć" i po tę pozycję pewnie też kiedyś sięgnę. Poza tym moja wiedza jest bardzo ograniczona. O książkach więc więcej nie napiszę.

Ufff, to by było na tyle. Sami widzicie, że ten rok był bardzo bogaty. Zostawiam Was z jednym z wymienionych wyżej utworów:


Dobrego dnia, tygodnia i życia!

niedziela, 20 stycznia 2019

Kultura w biegu, książka ma zadyszkę.

Culture in a rush, a book can't even breathe. [English version will be added soon.]

Wiecie, dlaczego częściej oglądam seriale lub rozmaite treści w sieci (nawet głupie) niż czytam książki? Te drugie są za bardzo angażujące. Wymagają pełnej uwagi, na co nie mogę sobie pozwolić. Nie można na przykład czytać, jednocześnie biegnąc na bieżni. To znaczy, okej, umówmy się: można wszystko. To po prostu nie jest najlepszy pomysł.

Efekt jest taki, że gdy obcuję z kulturą, to zazwyczaj sięgam po coś, co można chłonąć w międzyczasie, robiąc jednocześnie coś innego. Tu dwie uwagi: 
  1. Z rozważań tych wykluczam muzykę, bo akurat w jej przypadku powszechne jest obcowanie z nią niejako przy okazji, idąc gdzieś lub jadąc, pracując czy robiąc cokolwiek innego. Oczywiście, bywam czasem na koncertach i wtedy jestem w pełni skupiony na muzyce, ale to wydarzenia, nie codzienność.
  2. Mój gust raczej nie odbiega istotnie od gustu przeciętnego człowieka (tak mi się przynajmniej wydaje), więc kiedy piszę o kulturze, mam przede wszystkim na myśli popkulturę.
Jest kilka takich czynności, przy których książka nie ma prawa się sprawdzić. Na każdą jednak mam sprawdzony zakres innych treści, które będą odpowiednie. Wygląda to tak:
  • posiłki - wiadomo, że jeśli jem w samotności, nie mam ochoty wyłącznie patrzeć się w ścianę. Na szczęście przy posiłkach spektrum możliwości jest największe. Przy kolacji, obiedzie czy śniadaniu w grę wchodzi jakiś serial, film lub internetowa publicystyka raz wyższych, raz niższych lotów. Czasem oglądam coś nowego, ale często też wracam do produkcji, które już oglądałem.
  • bieżnia/rowerek na siłowni - tu sprawa wygląda podobnie jak wyżej. Skoro i tak w czasie tego typu aktywności fizycznej nie zrobię nic innego, to mogę przynajmniej coś obejrzeć. Podczas takiego ruchu nie potrafię się jednak w pełni skupić, a tego wymagam od siebie, gdy oglądam coś nowego i chciałbym w pełni zrozumieć fabułę. Dlatego właśnie na siłowni ograniczam się raczej do wspomnianej publicystyki internetowej i seriali/filmów, które już widziałem. Teraz po raz chyba trzeci lub nawet czwarty włączam czasami "Jak poznałem waszą matkę", skoro Netflix dał taką możliwość. Jeszcze niedawno korzystałem też czasem w tym celu z Showmaxa, ale tę platformę zaraz pożegnamy.
  • prasowanie - niestety, moja praca oprócz licznych zalet ma tę jedną wadę, że na ogół wymaga bycia ubranym w garnitur. To samo w sobie nie jest problemem, ale wiąże się z bardzo częstym prasowaniem koszul. Prasowanie to zło. Tym bardziej, że w moim wykonaniu to dość czasochłonna czynność. Próbuję ją sobie jakoś umilać, na przykład poprzez oglądanie jakichś treści. Słowo oglądanie jest jednak pewnym wyolbrzymieniem, ponieważ nie chcę spalić swoich koszul, więc na ekran raczej tylko zerkam, wzrok skupiając na koszulach. W związku z tym przy prasowaniu ograniczam się już raczej do publicystyki internetowej. To może być na przykład Krzysztof Gonciarz, ale też Napisy Końcowe, czyli dyskusje na temat kinematografii prowadzone przez twórców Comics Weekly (Łukasz Stelmach - Ichabod, Oskar Rogowski - Komiksomaniak i Radosław Pisula - Full Frontal Pisula). Czasem wybieram też wywiady Onetu lub jakiś stand-up - w internecie jest przecież wszystko.
  • odkurzanie - kolejna przykra czynność. Tu nie sprawdzi się nic z obrazem, więc pozostaje mi włączyć Spotify (ewentualnie jakąś inną platformę) i posłuchać jakiegoś podcastu. Ostatnio są to najczęściej Imponderabilia, które można też znaleźć na YouTube'ie. Mi jednak bardziej odpowiada forma podcastu i w ten sposób mogę słuchać jak Karol Paciorek prowadzi ze swymi gośćmi rozmowy, które na ogół trwają od godziny do przeszło dwóch. Przy wersji ze Spotify'a brak obrazu jest co prawda pewną stratą, ale najważniejsze jest jednak to, co mówią zaproszeni goście. Ich spektrum jest zresztą bardzo szerokie: dziennikarze, muzycy, politycy, YouTuberzy, scenarzyści, aktorzy, sportowcy, naukowcy. Warto posłuchać.
Kto wygra? Książka czy Netflix?

Wracając do tematu książek: kiedyś czytałem ich mnóstwo. Trylogię Sienkiewicza przeczytałem, mając 11 lat. Na manewry, terenowe imprezy harcerskie potrafiłem zabierać ze sobą kilkaset stron lektury. Jeszcze nie tak dawno, kilka lat temu zabrałem ze sobą na Przystanek Woodstock "Metro 2033". Czytałem je nocą, przy świetle latarki, siedząc pod drzewem naprzeciwko dworca PKP w Kostrzynie i czekając na pociąg powrotny. To były czasy! A teraz? Teraz nie ma czasów, a przynajmniej czasu. Dopadła mnie codzienność, w której nie bardzo jest miejsce na książki.

Tylko, że to bzdura. To kwestia determinacji. W ostatnich latach czytałem mało, ale przez święta zabrałem się za "Hardą", książkę widoczną na zdjęciu. To powieść o losach Świętosławy, siostry Bolesława Chrobrego i miałem się nią zająć już dawno temu, ale ciągle nie było kiedy. W święta pojawiło się trochę czasu i zdążyłem się wciągnąć w fabułę, więc teraz staram się codziennie przeczytać przynajmniej kilkanaście/dziesiąt stron, bo część druga już czeka.

Prawda jest taka, że skoro w ciągu dnia nie mam czasu na lekturę, ale przy okazji innych zajęć mogę oglądać seriale czy filmy, słuchać publicystyki itd., to przynajmniej czas tuż przed snem mogę poświęcić na książki. Dziś wyjeżdżam na delegację i zabieram ze sobą "Hardą". Chyba będzie ważyć więcej niż laptop.

Kwestionowałem ostatnio sens postanowień noworocznych, ale jeśli miałbym jakieś mieć, to chyba byłoby właśnie takie: w nowym roku więcej czytać. Dobrej lektury nam wszystkim! Jeśli macie ochotę, dajcie też znać, co lubicie oglądać lub słuchać, zajmując się nużącym prasowaniem, odkurzaniem i innymi tego typu rzeczami.

Utwór na dziś nie ma nic wspólnego z tym tekstem. Jest za to piękny: 


Dobrego popołudnia i tygodnia!

ENG:

Do you know why I watch TV series or various content on the web more often (even stupid) than I read books? The latter are too engaging. They require full attention, which I can not afford. For example, you can not read while running on the treadmill. Well, okay: you can do anything. It's just not the best idea.

The effect is that when I associate with culture, I usually reach for something that can be absorbed in the meantime, while doing something else. Here are two notes:

  1. I exclude music from these considerations, because in its case it is common to deal with it by the way, while walking somewhere or driving, working or doing anything else. Of course, sometimes I go to concerts and then I am fully focused on music, but those are events, not everyday life.
  2. My taste does not really differ significantly from the taste of the average person (I think so at least), so when I write about culture, I mainly think of pop culture.

There are several activities when the book is not an option. For each of them, however, I have a range of other content that is appropriate. This is how it works:
  • meals - it is obvious that if I eat in solitude, I do not want to just look at the wall. Fortunately, with meals the spectrum of possibilities is the greatest. During supper, dinner or breakfast, I can watch a series, a movie or an online journalism (better or worse). Sometimes I watch something new, but I also often come back to the things I have already watched.
  • treadmill / bike at the gym - this case is similar to the above. Since I can't do anything else during this type of physical activity, I can at least watch something. However, I can not fully concentrate then, and this is what I require from myself when I watch something new and would like to fully understand the plot. That's why I limit myself to the aforementioned online journalism and series / movies that I have already seen. Now for the third or even fourth time I sometimes watch "How I met your mother", since Netflix gave us this opportunity. Until recently I also used Showmax for such a purpose, but we will say goodbye to this platform soon.
  • ironing - unfortunately, my work apart from numerous advantages has one disadvantage, which is usually requiring to wear a suit. This is not a problem itself, but it involves very frequent ironing of shirts. Ironing is evil. The more so because in my performance it is quite a time-consuming activity. I try to make it more pleasant somehow, for example, by watching some content. The word "watching" is, however, an exaggeration, because I do not want to burn my shirts, so I only look at the screen from time to time, focusing on the shirts. Therefore, when I'm ironing, I'm limiting myself to online journalism. This may be for example Krzysztof Gonciarz, but also the Final Subtitles - discussions about cinematography conducted by the creators of Comics Weekly (Łukasz Stelmach - Ichabod, Oskar Rogowski - Komiksomaniak and Radosław Pisula - Full Frontal Pisula). Sometimes I also choose Onet interviews or some stand-up shows - there is everything on the internet.
  • vacuuming - another unpleasant activity. Nothing with the image will work here, so I need to turn on Spotify (or some other platform) and listen to some podcast. Recently, these are mostly Imponderabilia, which can also be found on YouTube. However, the form of the podcast suits me better and in this way I can listen to how Karol Paciorek conducts conversations with his guests, which usually last from one hour to more than two. With the Spotify version, the lack of a picture is a certain loss, but the most important thing is what the invited guests say. Their spectrum is very broad: journalists, musicians, politicians, YouTube, scriptwriters, actors, athletes, scientists. It's worth listening.
Returning to the topic of books: I used to read a lot. I read the Sienkiewicz trilogy at the age of 11. I was able to take several hundred pages of reading with me for maneuvers, field scouting events. Not so long ago, a few years ago I took the "Metro 2033" with me to Przystanek Woodstock. I read it at night, by the light of the flashlight, sitting under a tree in front of the railway station in Kostrzyn and waiting for the return train. Those were times! And now? There are no times now or at least there is no time. Daily life had overwhelmed me and there is not much place for books.

Only that it is bullshit. It's a matter of determination. In recent years, I have read few, but by Christmas I set about "Harda", a book visible in the picture. This is a novel about the life of Swietosława, sister of Bolesław Chrobry, and I was supposed to start reading it long ago, but there was  never any time. During the Christmas some time finally appeared and I got caught up in the story, so now I try to read at least a dozen / ten pages every day, because the second part is already waiting.

The truth is that if during the day I do not have time to read, but during other activities I can watch series or movies, listen to journalism, etc., I can at least spend for the reading the time just before bedtime. Today I am leaving for a delegation and I am taking 'Harda' with me. I think it will weigh more than a laptop.

I recently questioned the meaning of the New Year's resolutions, but if I had to have any, it would probably be like this: read more in the new year. Happy reading to all of us! If you would like, let me know what you like to watch or listen to, bored with ironing, vacuuming and other things like that.

The song for today has nothing to do with this text. However, it is simply beautiful.

Have a nice afternoon and the week!

niedziela, 19 sierpnia 2018

Oh, znów to obejrzałem!

Oops!... I watched it again [English version below.]

Obcowanie z kulturą ma tendencję do nawrotów. Zadziwiająco często wraca się do czegoś, co się już zna. Pomijam muzykę, bo w jej przypadku to oczywiste. Dziwna byłaby sytuacja odwrotna, gdybyśmy słuchali jakiegoś utworu, stwierdzali, że jest świetny, ale potem już nigdy więcej do niego nie wracali. Jak jest natomiast z książkami, filmami czy serialami?

Różnie. Wczoraj wspominałem na moim facebookowym fanpage'u o serialu "Radiostacja Roscoe" (w oryginale "Radio Free Roscoe"). To kanadyjski serial dla młodzieży sprzed kilkunastu lat, który opowiada o grupce nastolatków zakładających nielegalną rozgłośnię radiową. Słyszeliście może? Oby. Co go wyróżnia? Niby nic, poza tym, że... Był super! Atmosfera, postaci, relacje między nimi -wszystko idealnie układało się w serial dla nastolatków. Poznałem też dzięki niemu kilka niezłych zespołów, choćby The Petit Project czy The Trews. Serial był tak super, że obejrzałem go ze 3 albo 4 razy w całości. Ostatnio nawet chyba w tym roku, w oryginalnej wersji językowej. To nie było problemem, bo polskie wersje jakiejś połowy tekstów mógłbym cytować z pamięci.

No dobrze, ale właściwie dlaczego poświęciłem ponad 17 godzin życia na obejrzenie znów tego samego? Przecież w tym czasie mógłbym poznać jakiś inny, zupełnie nowy, równie znakomity serial. Żyjemy w czasach Netflixa i Showmaxa (dziś premiera Rojsta - pierwszy odcinek już się ukazał!), więc ogrom seriali jest w zasięgu kilku kliknięć. Studia filmowe sypią pieniędzmi na nowe blockbustery jak nigdy wcześniej. Mniejsze produkcje też mają łatwiej, bo dystrybucja stała się czymś naprawdę prostym (Bogu dzięki za internet!). Także wśród książek mamy klęskę urodzaju, aczkolwiek ona jest permanentna. Niemożliwym jest przeczytanie wszystkich książek. Niemożliwym jest przeczytanie wszystkich dobrych książek. Ba, nie da się nawet przeczytać wszystkich książek, które subiektywnie mogą się nam spodobać. Jest ich po prostu za dużo, a cały czas powstają nowe. Przy tym kulturowym bogactwie jaki jest powód wracania do tego, co już się zna, gdy można przeznaczyć czas na coś nowego?

To, co właśnie czytam lub chcę przeczytać niebawem.

Cóż, najłtawiej powiedzieć, że to sentyment. Chęć poczucia się jak kiedyś, satysfakcja z tego, że wie się, co nastąpi za chwilę na ekranie lub kartach powieści. Ten mechanizm na pewno działa w przypadku mnie i "Radiostacji Roscoe", ale mamy też znacznie bardziej spektakularny przykład: Kevin w święta. Miliony Polaków co roku wracają do tego filmu. To nowa, świecka tradycja. Czysty sentyment.

Zdarzają się jednak także inne powody. Gdy zmienia się perspektywa, zmienia się sposób postrzegania utworu. Może to wynikać z jakiejś zmiany w życiu osobistym odbiorcy. Czytałem jakiś czas temu wypowiedź kogoś, kto uważał, że "Przyjaciele" to lepszy serial niż "Jak poznałem waszą matkę". Zmienił zdanie, gdy sam został ojcem. Według niego w "Przyjaciołach" dzieci były tylko dodatkiem, czasem wykorzystywanym na potrzeby fabuły, podczas gdy w "Jak poznałem waszą matkę" stanowiły ważny wątek, wręcz integralną część serialu. Podobny przypadek dotyczy sytuacji, w których opowieść dotyczy na przykład losów rodziny i z upływem czasu zmienia się postać, z którą się utożsamiamy, od pełnego energii dziecka do zgorzkniałego rodzica. Trochę smutne, ale tylko trochę, za to bardzo często prawdziwe.

Inna możliwość dotyczy głównie thrillerów, kryminałów itp., ale nie tylko. Chodzi o to, że przy pierwszym seansie czy czytaniu nie wiemy, co stanie się później i to ważny element budowania napięcia. Przy drugim podejściu tego już nie ma. Można za to skupić się na niuansach. Gdy znamy już rozwiązanie zagadki, nagle wiele scen nabiera sensu. Koronnym przykładem jest tutaj oczywiście "Podziemny krąg" ("Fight club"). Kto widział, ten wie. Podobnie wygląda to zresztą w każdym dobrym filmie sensacyjnym, choćby w najświeższym Mission Impossible: Fallout, gdzie zagadką jest tożsamość niejakiego Johna Larka. Ponowny seans może sprawić, że pomyśli się: "rzeczywiście, były poszlaki by odkryć prawdę, ale ich nie dostrzegłem".

Wracanie do treści, które się już zna, pozornie wydaje się więc marnowaniem czasu. W rzeczywistości jednak może być powodowane sentymentem lub sprawić, że lepiej zrozumie się fabułę lub konkretnych bohaterów. To jest nie do przecenienia.

A wy wracacie do rzeczy, które już znacie? Dajcie koniecznie znać. Zostawiam Was z piosenką wspomnianych The Trews:

Dobrego wieczoru i całego tygodnia!

ENG:

Enjoying the culture tends to relapse. Suprisingly often people come back to something they already know. I skip the music because it's obvious in its case. It would be a strange thing if we listened to a song, claimed it was great, but then would not come back to it anymore. How is it with books, movies or series?

Variously. Yesterday I mentioned on my facebook fanpage about the "Radio Free Roscoe". This is a Canadian series for youth from a dozen or so years ago, which is about a group of teenagers who set up an illegal radio station. Have you heard about it? Hope so. What distinguishes it? Nothing, except that ... It was great! The atmosphere, the characters, the relationship between them - everything went perfectly into a series for teenagers. Thanks to it I also got to know some awesome bands, like The Petit Project or The Trews. The show was so great that I watched it 3 or 4 times in full, recently, probably this year, in the original language version. It was not a problem, because now I am able to quote Polish versions of some half of the texts from memory.

Okay, but why did I devote more than 17 hours to watch the same again? After all, at this time I could get to know another, completely new, equally excellent series. We live in the times of Netflix and Showmax (today is the "Rojst" premier - the first episode is already there!), so the vastness of the various series is within a few clicks. Movie studios are pouring money into new blockbusters like never before. Smaller productions are also in a good situation, because the distribution has become something really simple (thank God for the Internet!). We also have a impressive selection of books, although it is permanent state. It is impossible to read all the books. It is impossible to read all the good books. Oh, you can not even read all the books that you might subjectively like. There are just too many of them, and new ones are being created all the time. With this cultural richness, what is the reason for coming back to what you already know, when you can devote time to something new?

Well, it's the simplest to say it's a sentiment. The desire to feel like it used to be, the satisfaction of knowing what will happen in a moment on the screen or in the pages of the novel. This mechanism certainly works for me and "Radio Free Roscoe", but we also have a much more spectacular example: Kevin during the Christmas. Millions of Poles return to this film every year. It is a new, secular tradition. Pure sentiment.

There are also other reasons, however. When the perspective changes, the perception of the piece of art changes. This may be due to some change in the personal life of the recipient. I read some time ago a statement from someone who believed that "Friends" is a better series than "How I met your mother". He changed his mind when he became a father himself. According to him, in "Friends" children were just an addition, sometimes used for the plot, while in "How I met your mother" they were an important element of the plot, even an integral part of the series. A similar case concerns situations in which the plot is about, for example, the story of the family and with the passage of time the figure we identify with changes from the child full of energy to the embittered parent. A bit sad, but only a bit and very often true.

Another possibility applies mainly to thrillers, detective stories, etc., but not only. The point is that during the first screening or reading we do not know what will happen later and this is an important element of building tension. With the second time, it is gone. Instead, you can focus on the nuances. When you know the solution to the puzzle, suddenly many scenes make sense. The crucial example here is of course the "Fight Club". Whoever saw this, understands it. Similarly, it works in every good sensational film, for instance in the most recent Mission Impossible: Fallout, where the mystery is the identity of a guy called John Lark. The re-screening may make you think: "indeed, there were clues to discover the truth, but I did not see them."

Going back to the content you already know seems to be a waste of time. In reality, however, it can be caused by sentiment or by the desire to better understand the plot or specific characters. This can not be overestimated.

Do you return to the things you already know? Let me know. I leave you with the song of the The Trews, which you can find above.

Have a good evening and and the good week!