Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 września 2020

Diabeł, mrok i ubaw po pachy.

Devil, darkness and so much fun. [English version below.]

Ostatnie tygodnie były pełne wrażeń i czasochłonnych aktywności - wystarczy wymienić przeprowadzkę i zwiedzanie niektórych zabytków Śląska. Skrawki urlopu udało mi się jednak zagospodarować na wlepianie oczu w ekran i tym sposobem ponadrabiałem nieco filmów i seriali. Z tej okazji powstał ten pierwszy po przerwie tekst, w którym prezentuję krótki przegląd netfliksowych nowości (no, prawie). Zapraszam do lektury.

Na pierwszy ogień idzie Lucyfer, sezon piąty A. O tym serialu najpierw Foxa, a teraz Netflixa zapewne większość z Was słyszała. Dla formalności: Władca Piekieł porzuca tę funkcję i zaczyna żyć w Los Angeles jako właściciel klubu nocnego, jednocześnie pomagając pewnej pani detektyw w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych. Pierwsza połowa piątego sezonu tego serialu trafiła na Netflixa mniej więcej miesiąc temu i, prawdę powiedziawszy, trochę się jej obawiałem. Wynikało to z tego, że choć sam pomysł na serial jest naprawdę przedni, a i wykonanie (zwłaszcza obsada i muzyka) stało zawsze na wysokim poziomie, to zastanawiałem się jak długo można to ciągnąć. Czy dalsze losy diabła na Ziemi to nie będzie męczenie buły? 

Okazało się, że zdecydowanie nie! Wydaje mi się, że zadecydowało o tym kilka rzeczy. Po pierwsze, w tym sezonie ponownie pozwolono sobie na zabawę konwencjami: mamy do czynienia między innymi z autoparodią, gdy bohaterowie serialu trafiają na plan serialu kręconego na podstawie ich losów, a także odcinek nawiązujący klimatem do stylu noir. Po drugie, dopilnowano, by zachowany był zdrowy balans między wątkami kryminalnymi i niebiańskimi - mam wrażenie, że w poprzednich sezonach momentami to kulało, a tutaj mamy porządny układ: w zasadzie w każdym odcinku widzimy przyzwoitą zagadkę do rozwiązania przez detektywów, ale jednocześnie dostajemy też coś, choćby scenę czy dwie, które rozbudowują świat nadprzyrodzony i trawiące go konflikty. Dzieje się to także przez dodanie kilku nowych, całkiem interesujących postaci. Nie będę zdradzać jakich, ale na pewno warto się o tym przekonać. Wreszcie ostatni czynnik, który moim zdaniem sprawia, że sezon 5A "Lucyfera" ogląda sie naprawdę dobrze: to konsekwentne rozbudowywanie postaci. O ile w przypadku głównych bohaterów, tj. Lucyfera i Chloe, odbywa się to w ograniczonym zakresie (choć całkiem znaczącym), tak jeśli chodzi o Maze, Ellę czy Lindę, dowiadujemy się o nich nowych rzeczy, widzimy ich nowe postawy i ogólnie zyskują one więcej czasu ekranowego. I bardzo dobrze!

Jeśli jesteście fanami "Lucyfera", pewnie widzieliście już sezon 5A. Jeżeli jednak jakimś cudem nie, nadróbcie czym prędzej. Moim zdaniem naprawdę warto. Jeśli natomiast nie oglądaliście jeszcze wcale tego serialu, spróbujcie. Raczej nie pożałujecie.

Kolejną rzeczą, którą ostatnio oglądaliśmy z żoną, jest pierwszy sezon Dark. Ponieważ przed nami jeszcze dwa kolejne, nie będę się zanadto rozpisywał. Powiem tylko, że to fantastyczna rzecz - jak "Stranger Things", tylko poważniej. Współczesne Niemcy, małe miasteczko, nad którym góruje elektrownia atomowa. Zaginięcia dzieci i... Dalsze tajemnicze zjawiska. Mrok, brud, niepokojący klimat, który sprawia, że niemal od razu chce się oglądać kolejny odcinek. Tu każdy ma coś za uszami lub przynajmniej sprawia takie wrażenie. Mało którego bohatera da się lubić, a jednak chce się śledzić ich losy. 

Serial ten jest pełen zagadek i daje dużo miejsca dla snucia własnych teorii. Finał pierwszego sezonu przynosi trochę odpowiedzi, ale też chyba jeszcze więcej pytań, więc liczę na to, że już niebawem będę mógł się zabrać za sezon drugi. Każdemu polecam to samo!

Inną niedawno obejrzaną przez nas produkcją jest Enola Holmes. To akurat absolutna świeżynka (premiera miała miejsce dosłownie kilka dni temu), która klimatem wyraźnie odbiega od innych opisywanych dziś produkcji. Główna bohaterka to młodsza siostra Mycrofta i słynnego Sherlocka, która w dniu swoich szesnastych urodzin odkrywa, że jej matka zniknęła. Od tego momentu dziewczyna skupia się na poszukiwaniach ukochanej rodzicielki, jednocześnie uciekając przed pomysłami starszego brata na jej przyszłość i rozwiązując sprawę pewnego markiza. 

To idealna, niegłupia rozrywka, bo i czegóż tu nie ma?! Jest i humor, i wartka akcja, brytyjski akcent, piękni ludzie i świetna obsada (Henry Cavill(!), ale też Sam Claflin, Helena Bonham Carter czy Millie Bobby Brown). Mimo wszystko przemycono tu też namiastkę poważniejszych wątków: emancypacji kobiet, rozważań o celu uświęcającym środki, a może nawet rozwarstwienia społecznego. Do tej mieszanki dochodzi jeszcze klimatyczny Londyn czy zwroty akcji (nieszczególnie zaskakujące, ale całkiem niezłe). W efekcie dostajemy feel good film dla każdego, który mimo to nie traci wcale na jakości. Warto obejrzeć go w jakiś wolny wieczór.

Po czymś pozytywnym powracamy do znacznie poważniejszych tematów, bowiem kolejną ostatnio obejrzaną nowością jest Diabeł wcielony, a w oryginale The Devil All The Time. Premiera tego filmu miała miejsce 16 września i jest to dramat z elementami thrilleru. Akcja rozgrywa się na przestrzeni około dwudziestu lat, głównie na terenie Wirginii Zachodniej i Ohio i opowiada o losach weterana II wojny światowej, Willarda, a potem jego syna, Arvina, a także otaczających ich ludziach. Wszyscy oni mierzą się z traumatycznymi zdarzeniami i próbują radzić sobie z nimi na różny sposób, w większości stopniowo się staczając. W obsadzie znaleźli się m. in. Tom Holland, Bill Skarsgård, Mia Wasikowska i Robert Pattinson. 

Jaki jest ten film? Mroczny. Niepokojący. Odsłania niektóre ciemne zakamarki ludzkiego umysłu. Ukazuje szaleństwo, rozpacz, desperację. Analizuje motywy, jakimi kieruje się ktoś popełniający zbrodnię. Jednocześnie robi to w hipnotyzujący sposób, który nie pozwala oderwać oczu od ekranu. Pozornie akcja toczy się powoli, by momentami gwałtownie przyśpieszać i szokować. Trudno jednak to opisywać słowami Najlepiej samemu zobaczyć, do czego serdecznie Was zachęcam.



Oprócz powyższych produkcji skończyłem ostatnio oglądać pierwszy sezon Suits, ale w przypadku tego serialu przede mną jeszcze aż 8 kolejnych (i nawet nie wiem, gdzie obejrzeć ostatni z nich), więc nie będę się rozpisywał na ten temat. Powiem tylko tyle: gdzie ten serial  był wcześniej w moim życiu? Toż to czyste złoto! Opowieść o genialnych prawnikach oglądam z zapartym tchem i już nie mogę się doczekać kolejnych seansów.

To tyle na dziś. Zachęcam Was do obejrzenia czegoś z wyżej imienionych pozycji, a najlepiej wszystkich z nich. Trzymajcie się ciepło, myjcie ręce, noście maseczki. Zostawiam Was z taką oto piosenką:

Teraz to już naprawdę koniec. Pa pa pa!

ENG:

The last weeks were full of impressions and time-consuming activities - it is enough to mention the move and visiting some monuments of Silesia. However, I managed to use up the scraps of my vacation for making up watching some films and series. On this occasion, the first post-break text was created, in which I present a short overview of Netflix news (well, almost). Have fun reading!

Lucifer, season five A, goes first. Most of you probably heard about this series, first by Fox, and now Netflix. For the record: The Lord of Hell leaves this position and starts living in Los Angeles as a nightclub owner, while helping a detective lady with a criminal mystery. The first half of the show's fifth season came to Netflix about a month ago and, to tell the truth, I was a little worried about it. This was due to the fact that although the idea for the series is really great, and the performance (especially the cast and music) was always at a high level, I was wondering how long you can go on. Would the further life of the devil on Earth be boring?

It turned out that definitely not! I guess there were a few things that contributed to that. First of all, this season once again plays with conventions: we are dealing, among other things, with self-parody, when the characters of the series find themselves on the set of a series based on their life, and an episode referring to the noir style. Secondly, care was taken to maintain a healthy balance between criminal and heaven themes - I have the impression that in previous seasons it was not working well sometimes, and here we have a decent arrangement: basically in every episode we see an interesting puzzle to be solved by detectives, but at the same time we also get something, at least a scene or two, that builds up the supernatural world and conflicts consuming it. It is also done by adding some new and quite interesting characters. I will not reveal which ones, but it is definitely worth finding out. Finally, the last factor I think makes "Lucifer"'s Season 5A really good to watch: it's consistent character development. While in the case of the main characters, Lucifer and Chloe, this is done to a limited extent (although quite significant), when it comes to Maze, Ella or Linda, we learn new things about them, see their new attitudes and they generally gain more screen time. And very well!

If you're a fan of "Lucifer", you've probably already seen season 5A. However, if by some miracle not, make up for it as soon as possible. In my opinion, it's really worth it. If you haven't watched this series yet, give it a try. You probably won't regret it.

Another thing my wife and I watched recently is the first season of Dark. Since there are two more ahead of us, I will not write too much. Let me just say it's a fantastic thing - like "Stranger Things", only more serious. Modern Germany, a small town dominated by a nuclear power plant. Missing children and ... Further mysterious phenomena. Darkness, dirt, disturbing atmosphere that makes you want to watch the next episode almost immediately. Everyone hides something here or at least gives the impression. Few of the characters can be liked, and yet you want to follow their adventures.

The series is full of puzzles and gives you plenty of room for your own theories. The season one finale brings some answers, but probably even more questions, so I hope to be able to start season two soon. I recommend the same to everyone!

Another production we have recently watched is Enola Holmes. This is absolutely fresh (the premiere took place literally a few days ago) movie, which in terms of climate clearly differs from other productions described today. The main character is the younger sister of Mycroft and the famous Sherlock, who on her sixteenth birthday discovers that her mother has disappeared. From that moment on, the girl is focused on searching for her beloved mother, while running away from her older brother's ideas for her future and solving the case of a certain marquis.

It's a perfect, not stupid entertainment, because what is not here?! There is humor and fast action, British accent, beautiful people and a great cast (Henry Cavill (!), but also Sam Claflin, Helena Bonham Carter and Millie Bobby Brown). Nevertheless, a whit of more serious threads was smuggled in here: the emancipation of women, considerations about the end justifying the means, and maybe even social stratification. In addition to this mix, there is also the atmospheric London or twists and turns (not particularly surprising, but quite good). As a result, we get a feel good movie for everyone, which still does not lose its quality. It's worth watching it on a free evening.

After something positive, we return to much more serious topics, because another recently watched novelty is The Devil All The Time. The premiere of this film took place on September 16 and it is a drama with elements of a thriller. The action takes place over the course of about twenty years, mainly in West Virginia and Ohio, and tells the story of a World War II veteran, Willard, and then his son, Arvin, as well as the people around them. They all experience traumatic events and try to deal with them in different ways. Most of them gradually roll downhill. The cast included, among others, Tom Holland, Bill Skarsgård, Mia Wasikowska and Robert Pattinson.

What is this movie like? Dark. Disturbing. It reveals some of the dark corners of the human mind. It shows madness, despair and desperation. It analyzes the motives of someone committing a crime. At the same time, it does it in a mesmerizing way that does not allow you to take your eyes off the screen. Seemingly, the action is slow, only to accelerate and shock at times. However, it is difficult to describe it in words. It's best to see for yourself, which I encourage you to do.

In addition to the above productions, I recently finished watching the first season of Suits, but in the case of this series, there are 8 more ahead of me (and I don't even know where to watch the last one), so I will not write about it. Let me just say this: where was this show before in my life? It's pure gold! I watch the story of brilliant lawyers with bated breath and I can't wait for the next screenings.

That's it for today. I encourage you to watch something from the above-mentioned items, preferably all of them. Take care, wash your hands, wear face masks. I leave you with the song you can find above.

Now it's really over. Bye bye bye!

niedziela, 14 czerwca 2020

Co to za gangsterzy?

Who are these gangsters? [No English version today, since this text is about Polish movie and actors. if you would like one anyway, let me know.]

Na początku tego roku pojawił się w kinach pewien polski film. Raczej nie było słychać o nim złych opinii, ale mam wrażenie, że w ogóle przeszedł bez większego echa. Tak się jednak złożyło, że nieco ponad tydzień temu produkcja ta pojawiła się na Netfliksie, dzięki czemu zdecydowanie powiększyło się grono jej odbiorców. Momentalnie też zrobiło się o niej głośno. O jakim filmie mowa? Oczywiście o "Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa". 

Nie będę tutaj pisał o wszystkich aspektach tego filmu, jego zaletach (licznych) i wadach (znośnych). Powiem tylko tyle, że po prostu bardzo przyjemnie ogląda się tę produkcję. Pragnę skupić się natomiast na jednym jej elemencie, a mianowicie obsadzie. Ta jest rzeczywiście interesująca, ale i spora, toteż ograniczę się do osób z jakiegoś powodu szczególnych - ważnych dla fabuły czy zaskakujących wyborów castingowych. Właśnie w ten sposób powstały 3 kategorie, które prezentuję poniżej.

Plakat nie jest szczególnie porywający, ale to pozory.

1. Powiew świeżości.

Bohater - Marcin Kowalczyk

To centralna postać filmu. Narrator, ale i główny bohater, będący kołem zamachowym całej fabuły. Jego twarz wydawała mi się znajoma, ale nie potrafiłem stwierdzić dlaczego. Dopiero błyskawiczny research uświadomił mi, że aktor ten osiem lat temu wcielał się w rolę Magika w filmie "Jesteś bogiem". W międzyczasie zagrał też m. in. w "Hardkor disko" i "Córkach dancingu", ale to dwa skrajne filmy, portretujące rapera i gangstera, chyba dobrze pokazują potencjał tego aktora i aż dziw, że tak mało go w polskim kinie. A przecież ma coś w sobie, jakąś nieuchwytną dzikość w spojrzeniu czy sposobie poruszania się. W najnowszej produkcji sprawdza się to doskonale.

Marcin Kowalczyk jest dopiero niewiele po trzydziestce, więc istnieje spora szansa, że przyniesie światu jeszcze wiele fantastycznych kreacji. W "Jak zostałem gangsterem" postać groźnego, bardzo inteligentnego gangstera sprzedaje bardzo wiarygodnie. Można uwierzyć nawet w to, że choć podczas filmu Bohater przechodzi przemianę, zmienia się skala jego planowania i z pospolitego przestępcy staje się prawdziwym wodzem, to nadal napędza go adrenalina. Ciekawe, co jeszcze uda się mu nam sprzedać w kolejnych swoich kreacjach. Ja bardzo chętnie się przekonam.

Walden - Tomasz Włosok

Aktor ten zaczynał od ról w polskich serialach (choćby "Pierwsza miłość"), potem pojawiając się w kolejnych produkcjach, takich jak m. in. "Bodo", "Jestem mordercą" czy niedawno netfliksowe "1983", gdzie partnerował Robertowi Więckiewiczowi. Miniony rok był dla niego dość obfity, bo pojawił się m. in. w "Bożym ciele" "Stuleciu winnych" czy "Underdogu". Aktor w tym roku kończy 30 lat i ma już za sobą całkiem spory dorobek.

W "Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa" pokazuje natomiast, że może bardzo dużo i przy odrobinie szczęścia najlepsze jeszcze przed nim. Stworzona tam kreacja Waldena, prawej ręki głównego bohatera, lojalnego za wszelką cenę, a jednocześnie zupełnie nieobliczalnego, absolutnie szalonego, który z dnia na dzień zatraca swoje człowieczeństwo, jakimś cudem pozostaje wiarygodna przez cały film. Postać wykreowana przez Tomasza Włosoka to z pewnością najjaśniejszy punkt tego i tak całkiem niezłego filmu. Oby tak dalej!

Łomek - Adam Bobik

Co prawda ta postać nie jest wybitnie istotna dla fabuły filmu, ale jednak przewija się przez znaczną jego część. Choć chyba nikt jej nie polubił, to właśnie taką postać miał wykreować prawie trzydziestodwuletni aktor. Łomek to cwaniak, tchórz, który z jakiegoś powodu nosi w sobie zdecydowanie więcej dumy niż powinien. I Adam Bobik sprzedaje to bardzo wiarygodnie: można mu wierzyć, gdy pokazuje, że uważa się za pana sytuacji, a zaraz potem zmienia się w trzęsącą się ze strachu kupę mięsa. To świetny portret pozera, który próbuje nadrabiać miną, ale w żaden sposób nie zbliża się do tego, kim chciałby być. 

Jeśli chodzi o wcześniejszy dorobek, to Adam Bobik grał w sporej ilości produkcji (choćby "Planeta singli", "Juliusz", "Wybraniec"), natomiast nie ukrywam, że ja nie kojarzę żadnej z jego ról i niemal wszystkie wyglądają na drugoplanowe lub nawet epizodyczne. A szkoda. Bardzo chętnie zobaczę, co jeszcze potrafi ten aktor. Niech pojawi się jako ważna postać choć w kilku głośnych filmach.

Marian - Piotr Rogucki

Tak, wiem. Umieszczanie muzyka i lidera zespołu "Coma" w kategorii "powiew świeżości" to pewne nadużycie. Przecież pierwsze aktorskie epizody zaliczał on dwadzieścia lat temu. Nie da się jednak ukryć, że większość występów ekranowych Roguca to role dość epizodyczne. Mi osobiście nadal najbardziej kojarzy się z rolą Manola w seriach "Oficer". Oczywiście, od tamtej pory pojawiły się też m. in. "Skrzydlate świnie" czy "Misja Afganistan", natomiast w "Jak zostałem gangsterem" widzimy artystę w roli Mariana, jednego z przestępców, nieszczególnie błyskotliwego, a jednocześnie raczej pozbawionego jakichkolwiek zasad. Balansuje on gdzieś na granicy między w miarę kompetentnymi gangsterami, a tymi po prostu obłąkanymi. I wiecie co? To na pewno nie jest rola wybitna, ale po raz kolejny utwierdza mnie w przekonaniu, że chętnie obejrzałbym więcej Roguckiego na ekranie, nawet na pierwszym planie.

2. Stara gwardia.

W "Jak zostałem gangsterem" prym wiedzie stosunkowo młode pokolenie, ale oczywiście nie jest ono zawieszone w próżni. Otacza ich rzeczywistość, którą kształtują ich poprzednicy czy przodkowie, a przy takich rolach raczej nie ma zaskoczeń. Także i we wzmiankowanym filmie postawiono na doświadczonych aktorów. Nie warto się więc zanadto rozpisywać, ale można wspomnieć o najtrafniejszych wyborach:
  • Jan Frycz (Daniel) - oto gangster jak się patrzy. Tego aktora chyba nie trzeba nikomu przedstawiać, bo przez lata udowadniał swój kunszt aktorski, czasem z powodzeniem wcielając się w role twardzieli albo po prostu skurwysynów, ale oczywiście nie tylko. Choć zaskakująco często gra w przeciętnych albo po prostu słabych produkcjach, to na szczęście w jego dorobku można wymienić choćby "Oficera", a ostatnio jest powszechnie chwalony za rolę w "Ślepnąc od świateł". W "Jak zostałem gangsterem" Frycz gra człowieka absolutnie bezwzględnego, a jednocześnie zainteresowanego wyłącznie zarabianiem pieniędzy. To jego jedyny cel, ważniejszy niż cokolwiek innego i ja, oglądając tego aktora na ekranie, absolutnie w to wierzę. W sumie liczę na to, że pan Jan zagra jeszcze w przynajmniej kilku naprawdę dobrych filmach.
  • Janusz Chabior (Magi) - to jeden z etatowych twardzieli polskiego kina w ostatnich latach, który samym spojrzeniem potrafi przyprawić człowieka o dreszcze. Choć obecnie może kojarzyć się mocno z filmami Patryka Vegi ("Służby specjalne", "Botoks" czy "Polityka"), to grał także m. in. w "Pitbullu", "Odwróconych", "Drogówce", "Pakcie", "Wołyniu", "Na granicy", "Underdogu" czy "Kamerdynerze". Z drugiej strony warto zobaczyć go w "Kołysance' Machulskiego. Niby to mroczny film, ale przecież komedia, w dodatku przezabawna i Janusz Chabior walnie się do tego przyczynia. To o tyle fascynujący aktor, że absolutnie nie przychodzi mi do głowy żadna słaba rola w jego wykonaniu. Nawet jeśli cały film stałby na żenująco niskim poziomie, pan Janusz gwarantuje, że przynajmniej jedna postać zostanie zagrana z imponującą jakością.
  • Adam Woronowicz (Ryszard, ojciec Bohatera) - postanowiłem umieścić go na tej liście, bo fascynuje mnie to jak w "Jak zostałem gangsterem" gra on ucieleśnienie bezradności. Jego postać jest mocno zatroskana o syna i widzi, że idzie on w zupełnie nieodpowiednią stronę, ale nie potrafi zupełnie nic z tym zrobić. Najpierw próbuje go jeszcze wychowywać, ale wycofuje się przy jakimkolwiek oporze. Potem woli już udawać, że nie widzi, na kogo wyrosło jego dziecko. To naprawdę przekonująca i jednocześnie smutna postać. Sam aktor natomiast od lat pokazuje wielki talent. W swoim bogatym dorobku ma między innymi "Zimną wojnę" (epizodycznie), "7 uczuć" i "Pakt" (jako jedna z ważniejszych postaci) czy "Kamerdynera". Zwłaszcza ten ostatni film to pokaz umiejętności Woronowicza, gdzie odgrywa hrabiego von Kraussa na przestrzeni czterdziestu lat. Ciekawie wypada zresztą porównanie przedstawionej przez aktora figury ojcowskiej w tym filmie w kontrze do "Jak zostałem gangsterem". Hrabia jest apodyktyczny, władczy. Nie dopuszcza do jakiegokolwiek sprzeciwu i jego zdanie nie może być podważone. Mało jest osób z którymi się liczy, a z pewnością nie ma wśród nich najbliższej rodziny. To ciekawy kontrast i tylko jeden z licznych dowodów na wielki kunszt aktorski tego artysty. Zresztą cały ten akapit można streścić jednym zdaniem: Adama Woronowicza nigdy za wiele. Chcę go oglądać jak najwięcej.
3. One.

Jeśli gdzieś pojawiają się gangsterzy, to zwykle towarzyszą im one: kobiety gangsterów. Choć nie tkwią w samym centrum opowieści, to jednak są dla niej ważne. Stają się motywacją albo powodem popełnienia błędów. Uskrzydlają lub ciągną w dół. Nie podoba Wam się ta wizja? Mi też tak średnio, ale to nie ja produkuję filmy gangsterskie, a z kolei ich twórcy nie odpowiadają za to jak wyglądała ta społeczność. 

W każdym razie w "Jak zostałem gangsterem" mamy do czynienia z dwoma ważniejszymi postaciami kobiecymi. Pierwsza to Magda, ukochana Bohatera, w którą wciela się Natalia Szroeder. Trzeba przyznać, że to całkiem udany debiut aktorski piosenkarki. Interesujący jest przede wszystkim początek jej obecności na ekranie, gdy Bohater próbuje ją poderwać, a ona inteligentnie z nim flirtuje. Potem okazji do błysku jest już mniej, ale artystka potrafiła w taktowny, nienachalny sposób zagrać swoje zaniepokojenie i wątpliwości, gdy coraz trudniej było jej nie dostrzegać kłamstw Bohatera. Moje ogólne wrażenia z jej występu są więc całkiem pozytywne i jeśli wystąpi w kolejnych filmach, będę całkiem ciekaw, czy udało jej się pokazać więcej talentu.

Druga ważniejsza postać kobieca to Viola, którą gra Natalia Siwiec. Celebrytka ta na ekranie nie błyszczy, ani też nie wygłupia się przesadnie. Prawdę powiedziawszy jednak scenariusz nie pozwala jej za bardzo na jedno, ani na drugie. Jej postać ma więcej czasu ekranowego niż inne kobiety (poza Magdą), ale jest w tym filmie tylko dlatego, że musi wypełnić lukę. Potrzebny był ktoś obok Waldena, kto oprócz Bohatera pokazywałby jak zmieniają się relacje tej postaci z innymi i Viola jest właśnie po to. W związku z tym nie dostajemy nawet namiastki jej jako postaci. Efekt? Nieszczególnie zależy mi na oglądaniu Natalii Siwiec na ekranie, natomiast jeśli zobaczę, że ma gdzieś wystąpić, to nie sprawi jeszcze, że ucieknę z krzykiem. Chyba.

To by było na tyle. Jeśli oglądaliście "Jak zostałem gangsterem", podzielcie się swoimi wrażeniami. Jeśli nie, to może chcecie napisać coś na temat wymienionych tu aktorów i aktorek? Śmiało! 

Tymczasem ja zostawiam Was z piosenką niezwiązaną z tym tekstem, za to taką, która niedawno mi się przypomniała:


Teraz to już naprawdę wszystko na dziś. Nadal myjcie ręce i noście maseczki! Trzymajcie się ciepło!

niedziela, 10 maja 2020

Dźwięki Hollywoodu.

Sounds of Hollywood. [English version below.]

Sztuki audiowizualne. Filmy. Wielkie produkcje. Blockbustery. Gwiazdorska obsada? Oczywiście. Efekty specjalne? Jak najbardziej. Niebanalny scenariusz. Pewnie. Ale co jeszcze? Co poza tym sprawia, że pewne dzieła stają niezwykłe, doskonale zapamiętane, a czasem nawet wybitne?

Komponent audio, który jest ważnym towarzyszem wizualiów. Soundtrack. Muzyka. Zestaw dopasowanych albo specjalnie skomponowanych utworów, które odpowiednio podkreślają klimat filmu, budują napięcie czy wprowadzają odpowiednią melancholię albo przeciwnie, dynamikę. Odpowiednia ścieżka dźwiękowa może uratować nawet przeciętny film lub sprawić, że dobry stanie się rewelacyjny, a zaniedbana może położyć całkiem niezłą produkcję.

Odpowiednie zbudowanie klimatu filmu to jedno, ale przecież soundtracki często wydaje się też osobno. Oceniając je niezależnie od filmów, dla których je stworzono, ma się do czynienia tak naprawdę z jednym tylko pytaniem: czy bronią się same? Czy potrafią obudzić odpowiednie emocje bez ruchomego obrazka na ekranie? Jeśli tak, to rzeczywiście można mówić o sukcesie. Poniżej prezentuję kilka takich właśnie soundtracków, które mają coś w sobie i z jakiegoś powodu uważam je za wyjątkowe. Kolejność listy jest raczej przypadkowa.


Dźwięk wkomponowany w obraz.

TRON: Legacy

Ten głośny film z 2010 r., będący kontynuacją filmu sci-fi z 1982 r. i opierający się na idei przeniesienia się człowieka do wnętrza komputera z pewnością ma wiele zalet. Choć fabuła jest dość absurdalna i niezbyt imponująca, to całkiem niezła obsada (m. in. Olivia Wilde, Jeff Bridges i Michael Sheen) sprzedaje ją nienajgorzej. Z kolei warstwa wizualna filmu to coś niezwykłego i nie chodzi mi tu tylko o sceny wyścigów na motocyklach czy walk na dyski, nawiązujące do pierwszego filmu, ale o całokształt. Kolory, światło czy ukazanie ruchu sprawiają, że w zasadzie każda scena tego filmu jest prawdziwą ucztą dla oczu. Nie zmienia tego nawet fakt, że pewnie przy obecnej technologii produkcja ta nie jest jakimś wybitnym osiągnięciem. To nieważne, gdy ogląda się ją tak dobrze.

Czy jednak wspomniane wizualia robiłyby takie wrażenie, gdyby nie doskonała ścieżka dźwiękowa skomponowana przez francuski duet Daft Punk? Nie jestem przekonany. Na potrzeby filmu powstała muzyka elektroniczna najwyższej jakości. Album na Spotify  ma niespełna 59 minut i jest po prostu arcydziełem. Odpowiednio koresponduje z fabułą filmu, udanie łącząc ze sobą dynamiczne, szybkie utwory i bardziej melancholijne kompozycje, doskonale dopasowując je do bieżących potrzeb filmu. 

Album sprawdza się zresztą także w oddzieleniu od obrazu. Dość często włączam go sobie podczas pracy, ponieważ pozwala mi się skupić, a z kolei dynamiczniejsze utwory sprzyjają szybszemu tempu wykonywania zadań. Nie jest jednak tak, że album TRON: Legacy nie sprawdza się jako towarzysz czasu wolnego. Przeciwnie, bardzo chętnie słucham go także na przykład podczas odpoczynku czy lektury książki. Wydaje mi się, że to jeden z najczęściej odtwarzanych przeze mnie albumów jako całości. Zresztą, posłuchajcie sami, na przykład na Spotify. Nie pożałujecie (chyba).

Once Upon a Time... in Hollywood


O samym filmie nie ma chyba sensu pisać za wiele, ponieważ niemal każdy powinien go kojarzyć. Po pierwsze, to produkcja ledwie z ubiegłego roku, a po drugie to film Quentina Tarantino. To powinno w zupełności wystarczyć. Dla formalności przypomnę jeszcze, że fabuła filmu rozgrywa się w Hollywood u schyłku lat 60., a główni bohaterowie to aktorzy, kaskaderzy i inne osoby związane z przemysłem filmowym. W obsadzie znaleźli się między innymi Leonardo DiCaprio, Margot Robbie czy Brad Pitt, który za swój występ w tym filmie zdobył pierwszego w swojej karierze Oscara.

Choć opinie o tym filmie były dość mocno podzielone, to jego zwolennicy i przeciwnicy mogą się chyba zgodzić w jednym: to klimat gra tutaj pierwsze skrzypce. Jest ważniejszy niż fabuła czy doświadczenia życiowe głównych bohaterów. Cała produkcja de facto sprowadza się do tego, że śledzenie ich losów jest tak naprawdę tylko narzędziem, dzięki którym ma się płynąć i chłonąć atmosferę Hollywood u schyłku swojego okresu niewinności.

A wiecie, co jest wspaniałym narzędziem budowania klimatu? Tak, zgadliście. Muzyka. Once Upon a Time... in Hollywood wykorzystuje ją doskonale. Na ścieżce dźwiękowej można znaleźć między innymi utwory Deep Purple czy duetu Simon & Garfunkel, a także wielu innych artystów z epoki. Pomiędzy utworami umieszczono krótkie reklamy i komunikaty informacyjne odpowiadające tym z czasów, gdy rozgrywa się akcja filmu, co ma dawać wrażenie, jakby słuchało się po prostu radia sprzed pięćdziesięciu lat i to rzeczywiście działa. Soundtrack Once Upon a Time... in Hollywood to z jednej strony kawał doskonałej muzyki, raczej rockowej, a z drugiej muzyczne odbicie tego wszystkiego, co film pokazuje obrazem. Piękna sprawa i naprawdę warto posłuchać. Serdecznie Was do tego zachęcam.

The Secret Life of Walter Mitty

Ten film z 2013 r. może być znany mniejszej liczbie osób, więc w skrócie: Ben Stiller wciela się tu w tytułowego bohatera, marzyciela i pracownika ciemni fotograficznej magazynu LIFE, który wiedzie dość nudne życie. Zawirowania w pracy sprawiają jednak, że niespodziewanie dla wszystkich, łącznie z samym sobą, rusza w niezwykłą podróż w poszukiwaniu zaginionego negatywu fotografii. Po drodze odwiedza przepiękne lokalizacje na całym świecie, uczy się zachwytu światem, a w drodze przeżywa także niezwykłe przygody, między innymi walcząc z rekinem czy uciekając na deskorolce przed wybuchem wulkanu. 

To pozytywna, ale nie miałka ani kiczowata opowieść i w zasadzie to samo można powiedzieć o muzyce towarzyszącej filmowi. Wśród wykonawców tworzących jego ścieżkę dźwiękową znaleźli się między innymi  José González, grupa Junip, do której także należy ten muzyk czy zespół Of Monsters and Men. Większość utworów to melodyjne, melancholijne kompozycje, popowo-gitarowe, o skandynawskiej genezie.

Utwory z tego filmu bardzo chętnie włączam, gdy chcę się wyciszyć czy uspokoić albo po prostu odpocząć. Pomagają oczyścić umysł i zwyczajnie się zrelaksować. Poza tym są po prostu piękne i wzruszające. Możecie o tym przekonać się śłuchając tego albumu, inspirowanego filmem lub tego, który nie jest zbiorem piosenek, ale kompozycji muzycznych towarzyszących poszczególnym scenom.

Knives out

Drugi i ostatni na tej liście film z ubiegłego roku to bardzo dobrze przyjęty kryminał w reżyserii Riana Johnsona, klimatem wyraźnie nawiązujący do twórczości Agathy Christie. To się musiało udać, bo rewelacyjny scenariusz, nie dość, że doskonale nakręcony i wyreżyserowany, został też perfekcyjnie zagrany. Nie można było zresztą oczekiwać niczego innego, jeśli w obsadzie znaleźli się Daniel Craig, Chris Evans, Don Johnson, Ana de Armas, Christopher Plummer, a także inni znakomici aktorzy. 

Przedstawiona w filmie opowieść jest pełna napięcia i zwrotów akcji, a jednocześnie rozgrywa się w klasycznej rezydencji bardzo dobrze sytuowanej rodziny. Czy jakaś inna muzyka niż klasyczna mogłaby tu budować klimat? Wątpię. Fortepian, instrumenty smyczkowe i inne zostały połączone przez Nathana Johnsona w taki sposób, by widzowi czy też słuchaczowi cały czas towarzyszyło uczucie delikatnego niepokoju. Niezbyt intensywne, gdzieś w tle, ale nie znikające nawet na ułamek sekundy. Czasem nasilające się, a czasem pozwalające na odrobinę wytchnienia, ale zawsze w jakiś sposób obecne. Naprawdę warto zatopić się w tych dźwiękach i doświadczyć owego uczucia na własnej skórze.


American Hustle


Opowieść o przekręcie, FBI i próbie przywrócenia świetności Atlantic City opisana w całkiem niezłym scenariuszu. Do tego w obsadzie Christian Bale, Jennifer Lawrence, Amy Adams, Jeremy Renner, Bradley Cooper na pierwszym planie, a w tle kolejni znakomici aktorzy, zatem fabuła zagrana wybornie. Piękne ujęcia obrazujące klimat schyłku lat 70. ubiegłego wieku. Czy to wystarczyłoby, żebym pokochał ten film z 2013 r.? To całkiem możliwe.

Tak się jednak złożyło, że oprócz tego wszystkiego zaoferował on znacznie więcej, a mianowicie wyborną ścieżkę dźwiękową. Znaleźli się na niej tacy wykonawcy jak Duke Ellington, Elton John, Electric Light Orchestra, Wings, Bee Gees, Donna Summer, Tom Jones czy America, a nawet nie wymieniłem wszystkich. Prawdziwe gwiazdy i ich przeboje, które mimo upływu lat wcale nie tracą na jakości. I tak, w przypadku tego filmu muzyka nie była tworzona specjalnie na jego potrzeby, ani nawet odpowiednio w nim osadzona, jak w przypadku Once Upon a Time... in Hollywood. Tyle tylko, że... Nie ma to żadnego znaczenia. Muzyka ta jest tak dobra sama w sobie, a jednocześnie w naturalny sposób tak dobrze pasuje do filmu, że nie potrzeba tu nic więcej. Zresztą najlepiej posłuchajcie sami.

To by było na tyle. Jeśli nie chcecie po raz kolejny słuchać playlist, które są mniej lub bardziej losowymi zbieraninami różnych utworów, a wolicie posłuchać czegoś dłuższego, co jest spójną całością, sięgnijcie po któryś z powyższych soundtracków, a najlepiej po wszystkie po kolei. Raczej nie pożałujecie.

A oprócz tego utwór na dziś to klasyk, ale w wersji z filmu The Secret Life of Walter Mitty, która z jakiegoś powodu nie znalazła się na albumie z oficjalnym soundtrackiem. Posłuchajcie:


To chyba tyle. Życzę Wam dobrego, dobrze brzmiącego tygodnia. Myjcie ręce i noście maseczki.

ENG:

Audiovisual Arts. Movies. Great productions. Blockbusters. Star cast? Of course. Special effects? Certainly. An original scenario? Sure. But what else? What else makes some works extraordinary, perfectly remembered, and sometimes even outstanding?

Audio component that is an important companion of the visuals. Soundtrack. Music. A set of matched or specially composed songs that properly emphasize the atmosphere of the film, build tension or introduce appropriate melancholy or, on the contrary, dynamics. The right soundtrack can save even the average movie or make from a good one a sensational one, and neglected soundtrack can spoil quite a good production.

Building a proper climate of the movie is one thing, but soundtracks are often published separately as well. Judging them regardless of the films for which they were created, there is really only one question: are they good on their own? Can they arouse the right emotions without a moving picture on the screen? If so, we can really talk of success. Below I present some such soundtracks that have something in them and for some reason I consider them unique. The order of the list is rather random.

TRON: Legacy

This quite popular film from 2010, which is a continuation of the 1982 sci-fi film and based on the idea of moving a human inside a computer, certainly has many advantages. Although the plot is quite absurd and not very impressive, quite a good cast (including Olivia Wilde, Jeff Bridges and Michael Sheen) sells it well. In turn, the visual layer of the film is something extraordinary and I do not mean only scenes of racing on motorbikes or disc fights, referring to the first film, but about the whole. Colors, light or showing of movement make virtually every scene of this film is a real feast for the eyes. This is not altered even by the fact that with current technology this production is not some outstanding achievement. It doesn't matter when it is such a pleasure to watch it.

However, would the aforementioned visuals make such an impression without the perfect soundtrack composed by the French duo Daft Punk? I'm not sure. The highest quality electronic music was created for the needs of the film. The Spotify album is just under 59 minutes and is simply a masterpiece. It corresponds with the movie's plot, successfully combining dynamic, fast songs and more melancholic compositions, perfectly matching them to the current needs of the film.

The album also works well separately from the video. I turn it on quite often when I work, because it allows me to focus, and in turn more dynamic songs favor faster task pace. It's not like the TRON: Legacy album doesn't work as a free time companion. On the contrary, I like to listen to it, for example, while resting or reading a book. It seems to me that it's one of the albums I listen to most often as a whole. Listen to it yourself, for example on Spotify. You won't regret it (I think).

Once Upon a Time... in Hollywood

There is probably no point in writing too much about the movie itself, because almost everyone should recognize it. First of all, this production is barely from last year, and secondly it is a movie by Quentin Tarantino. That should be enough. For formalities, let me remind you that the plot of the film takes place in Hollywood in the late 1960s, and the main characters are actors, stuntmen and other people associated with the movie industry. The cast includes Leonardo DiCaprio, Margot Robbie and Brad Pitt, who won the first Oscar in his career for his performance in this film.

Although opinions about this movie were quite strongly divided, its supporters and opponents can probably agree in one: the climate is a primary thing here. It is more important than the plot or life experiences of the main characters. The whole production de facto boils down to the fact that following their lives is really just a tool thanks to which one can flow and soak up the atmosphere of Hollywood at the end of period of its innocence.

And you know what a great climate-building tool is? Yes you guessed it. Music. "Once Upon a Time... in Hollywood" uses it perfectly. On the soundtrack you can find songs by Deep Purple or the duo Simon & Garfunkel, as well as many other artists from the era. Between the songs there are placed short commercials and informational messages corresponding to those of the time when the film is set, which is to give the impression that you just listened to the radio fifty years ago and it actually works. Soundtrack of "Once Upon a Time... in Hollywood" is on the one hand a piece of excellent, rather rock music, and on the other a musical reflection of everything that the movie shows with video. It's a beautiful thing and it's really worth listening to. I heartily encourage you to do so.

The Secret Life of Walter Mitty

This 2013 movie may be known to fewer people, so in a nutshell: Ben Stiller takes on the title hero, dreamer and darkroom employee of the LIFE magazine who lives a rather boring life. Turmoil at work, however, means that unexpectedly for everyone, including himself, he sets off on an unusual journey in search of the lost negative of photography. Along the way, he visits beautiful locations around the world, learns how to admire the world, and on the road also experiences extraordinary adventures, including fighting a shark or escaping on a skateboard before a volcanic eruption.

It is a positive, but not too shallow or kitschy tale, and basically the same can be said about the music accompanying the movie. Among the performers creating its soundtrack were José González, a group Junip, which also includes this musician and the band Of Monsters and Men. Most of the songs are melodic, melancholic compositions, pop-guitar ones, with Scandinavian genesis.

I joyfully listen to songs from this movie when I want to calm down or just relax. They help clear the mind. In addition, they are simply beautiful and touching. You can see for yourself of this by listening to the album, inspired by the film or the one that is not a collection of songs, but music compositions accompanying individual scenes. Please refer the links above.

Knives out

The second and last movie on this list from last year is a very well-received detective story directed by Rian Johnson, with a climate that clearly refers to the work of Agatha Christie. It had to succeed, because the sensational script, was not only perfectly filmed and directed, but also perfectly played. One could not expect anything else if the cast included Daniel Craig, Chris Evans, Don Johnson, Ana de Armas, Christopher Plummer, as well as other great actors.

The story presented in the movie is full of suspense and twists, and at the same time takes place in the classic residence of a very well-off family. Could any music other than classical build a climate here? I doubt it. The piano, string instruments and others were connected by Nathan Johnson in such a way that the viewer or listener is constantly accompanied by a feeling of delicate anxiety. Not very intense, somewhere in the background, but not disappearing even for a split second. Sometimes intensifying, sometimes allowing a little respite, but always present in some way. It is really worth sinking in these sounds and experiencing this feeling on your own skin.

American Hustle

The story of the scam, the FBI and an attempt to restore Atlantic City's splendor described in a pretty good script. In addition, the cast with Christian Bale, Jennifer Lawrence, Amy Adams, Jeremy Renner and Bradley Cooper in the foreground, and in the background other great actors, so the story was played superbly. Beautiful shots depicting the climate of the late 1970s. Would it be enough for me to love this 2013 movie? It is quite possible.

However, it so happened that in addition to all this it offered much more, namely an excellent soundtrack. Performers like Duke Ellington, Elton John, Electric Light Orchestra, Wings, Bee Gees, Donna Summer, Tom Jones and America appeared on it, and I didn't even list all the artists. Real stars and their hits, which despite the passage of years do not lose their quality at all. And so, in the case of this film, the music was not created especially for his needs, or even embedded in it properly, as in the case of Once Upon a Time... in Hollywood. It's just that ... It doesn't matter. This music is so good itself and at the same time naturally fits the movie so well that you don't need anything more. Anyway, just listen to it.

That's it. If you don't want to once again listen to playlists, which are more or less random jumbles of different songs, and you prefer to listen to something longer, which is a coherent whole, reach for one of the above soundtracks, and preferably all of them. You probably won't regret it.

And besides, the song for today is a classic, but in the version from The Secret Life of Walter Mitty, which for some reason was not included on the album with the official soundtrack. You can find it above.

I think that's it. I wish you a good, good sounding week. Wash your hands and wear face masks.

niedziela, 3 maja 2020

Niekończące się dzieciństwo.

Never ending childhood! [English version below.]

2018, 2019, 2020... Lata mijają i wszyscy się starzejemy. Zaliczamy kolejne etapy w życiu. Kończymy szkoły, studia, zaczynamy pracę, zmieniamy ją. Pobieramy się. Przeprowadzamy. Wiele się dzieje. Wszystko się zmienia. Wszystko? Nie, jedna mała rzecz wciąż stawia opór najeźdźcom...

To oczywiście żart. Nie mogłem się oprzeć nawiązaniu do wybitnego francuskiego komiksu. Rzeczy, które się nie zmieniają, jest pewnie więcej, natomiast w tym tekście chciałbym skupić się na jednej, a mianowicie dziełach kultury, które towarzyszą nam od lat dziecięcych czy nastoletnich lub są adresowane do takich odbiorców, a mimo to cały czas chętnie do nich sięgamy, czy to pochłaniając kolejne części, o ile nadal się ukazują, czy co jakiś czas wracając do tych starych. W końcu, jak śpiewał Zbigniew Wodecki, "Lubię wracać tam gdzie byłem już..."

Rozsiądźcie się wygodnie, zróbcie sobie kawę, herbatę albo kakao i zacznijmy. Przyniosłem kilka przykładów:
  1. Seria książek Felix, Net i Nika - to coś, co może być znane wielu z Was i na pewnym etapie życia może mieliście do czynienia z tą serią, ale całkiem prawdopodobne, że odpadliście gdzieś po drodze.

    Gwoli formalności/przypomnienia: w 2004 r. na kartach powieści Felix, Net i Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi przed polskimi czytelnikami zadebiutowały wspomniane trzy postacie, z których pierwsza odznacza się głębokim zrozumieniem fizyki i talentem konstruktorskim, druga wysokimi zdolnościami matematycznymi i informatycznymi, a trzecia intuicją, zdolnościami paranormalnymi i empatią. Poznali się podczas rozpoczęcia roku szkolnego w pierwszej klasie gimnazjum, a czternaście lat i piętnaście książek później trafili wreszcie do liceum, choć, jak opisuje powieść Felix, Net i Nika oraz Koniec Świata Jaki Znamy z 2018 r., wynika to jedynie z reformy edukacji i faktu, iż trzecia klasa gimnazjum stała się pierwszą klasą liceum. W tym czasie bohaterowie zdążyli mieć do czynienia między innymi ze sztuczną inteligencją, podróżami w czasie i teleportacją, światem snów, przenoszeniem świadomości do robotów lub ciał innych ludzi, alternatywnymi rzeczywistościami i wieloma innymi, przedziwnymi rzeczami.

    Ja osobiście poznałem tę serię prawdopodobnie w 2007 r. (ewentualnie w 2006 r.), spędzając sporą część wakacji w Miejskim Domu Kultury oraz sąsiadującej z nim bibliotece. Na tym etapie byłem niemal w tym samym wieku, co bohaterowie. Potem jednak zacząłem się starzeć znacznie szybciej niż oni, co wcale nie przeszkadzało mi w pochłanianiu kolejnych części z entuzjazmem. Część znajdowałem w bibliotekach, część miałem na własność, a pozostałe udało mi się pożyczać od kolegi, nawet gdy obaj już byliśmy na studiach.

    To na przykład zdjęcie raptem z zeszłego roku.

    Dlaczego, mimo, że seria ta z pewnością jest adresowana głównie do młodszych odbiorców, nadal z chęcią do niej wracam? Cóż, pewnie jakąś rolę gra tu sentyment, ale myślę, że wcale nie kluczową. Po prostu te książki są naprawdę dobre. Po pierwsze, jak już wspomniałem, pomysły, które autor, Rafał Kosik, umieszczał w swoich powieściach, są fenomenalne i nieszablonowe. Nie da się ukryć, że za każdym razem jednym z głównych powodów sięgnięcia po kolejną część jest myśl "Co też tam się odwali tym razem?". 

    Po drugie, bohaterowie są naprawdę wyraziści i dotyczy to zarówno postaci tytułowych jak i pobocznych. Właściwie każda osoba jest dość charakterystyczna, toteż mimo zgromadzonej przez lata pokaźnej galerii bohaterów, nie mieszają się oni ze sobą i poszczególni znajomi ze szkoły, nauczyciele, rodzice czy osoby poznane podczas poszczególnych przygód są łatwo rozpoznawalne i chyba każdy czytelnik ma w głowie jakiś konkretny obraz każdej postaci. 

    Po trzecie wreszcie, seria Felix, Net i Nika odznacza się naprawdę nieszablonowym humorem. To mieszanka nawiązań popkulturowych, drwin z polityków, dziennikarzy i wszystkich innych, a także bardziej abstrakcyjnych sytuacji - vide moment, w którym pewien robot przedstawia się imieniem Konpopoz i chwali się jego antyczną genezą, ale bohaterowie szybko rozszyfrowują to jako skrót frazy "Konserwator Powierzchni Poziomych". Do tego dochodzą nastoletnie problemy - romanse, spiski, szkolne dramaty. Wszystko to wymieszane razem daje literacki koktajl nieporównywalny z niczym innym. I bardzo smaczny. A tak na marginesie, właśnie przyszło mi do głowy, że na podstawie tych książek można by stworzyć coś na miarę Stranger Things lub nawet lepszego.

  2. Radiostacja Roscoe (Radio Free Roscoe) - to kanadyjski serial z 2003 r., w którym czwórka głównych bohaterów, nie potrafiąc się dopasować do objętych sztywnymi zasadami organizacji szkolnych, postanawia założyć własne, nielegalne radio. Tam wygadany i zabawny Ray, utalentowana Lily, tajemniczy Travis i gdybający Robbie mogą być sobą, a jednocześnie wpływać na otaczającą ich rzeczywistość.

    Oprócz tego oczyście muszą się mierzyć ze swoimi wielkimi marzeniami, romansami, szkolnymi konfliktami, pierwszymi pracami, utraconym zaufaniem przyjaciół i wieloma innymi wyzwaniami. Ponadto ponieważ wspomniana Lily realizuje się jako gitarzystka i wokalistka, a Travis próbuje swoich sił jako producent, w serialu bardzo ważna jest muzyka, z naciskiem na rock. Motywy koncertów czy wywiadów w prowadzonym przez bohaterów radiu są bardzo częste. W tym kontekście pojawiają się zarówno prawdziwe zespoły (choćby The Trews, The Flaming Lips czy The Petit Project) jak i stworzone wyłącznie na potrzeby serialu.

    Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz oglądałem tę produkcję. Mógł to być na przykład 2008 r. i wtedy niekoniecznie obejrzałem ją w całości. Później jednak jeszcze przynajmniej kilkukrotnie wracałem do Roscoe i oglądałem wszystkie 52 odcinki. Co sprawiło, że tak chętnie sięgałem do serialu bez wątpięnia przeznaczonego dla nastolatków, w dodatku ostatnio ledwie rok lub dwa lata temu?

    Ciężko wskazać precyzyjnie. Może bohaterowie, którzy są autentycznie sympatyczni, wiarygodni i dlatego chętnie trzyma się za nich kciuki? Tym bardziej, że trudności, z którymi się mierzą, są rzeczami, z którymi przynajmniej częściowo niemal każdy ma lub miał do czynienia. Niewykluczone  też, że chodzi o przeświadczenie, że bycie nastolatkiem w Stanach czy Kanadzie jest po prostu fajniejsze i oglądanie tego, jak fajnie mogłoby być, jest w pewnym sensie nęcące. A może przyczyną jest wspomniana muzyka, która fantastycznie buduje klimat serialu i oglądając go kolejny raz odkrywa się ponownie jakieś muzyczne perełki. Zapewne chodzi o każdąz tych rzeczy po trochu, ale efekt jest taki, że w każdej chwili chętnie wróciłbym do tego serialu raz jeszcze.

  3. Harry Potter - to oczywiście seria znana niemal każdemu. 7 książek, 8 filmów i sztuka teatralna oparte na przygodach Chłopca, Który Przeżył i jego bliskich, a do tego druga seria filmów, kolejne książki rozbudowujące uniwersum czarodziejów i mnóstwo dodatkowych materiałów - to robi wrażenie. Harry Potter to bez wątpienia jedna z najbardziej rozpoznawalnych na świecie marek. 

    I wiecie co? Osobiście mam wrażenie, że to seria fantasy, która najlepiej może trafić do dzieci, a jednocześnie pozostać atrakcyjna dla dorosłych. Jest bardziej zrozumiała niż na przykład "Władca pierścieni", bliższa naszym realiom. Nie ucieka od humoru i jednocześnie oferuje całą gamę wspaniałości, jak magiczne słodycze, sport z lataniem na miotłach, mówiące obrazy i przede wszystkim same czary.

    To wszystko sprawia, że dzieciak łatwo może zachwycić się tym światem. Moja przygoda z tą książką zaczynała się chyba, gdy miałem siedem lat i na początku czytała mi ją mama. Kolejne części pochłaniałem już sam. Pierwszy film obejrzany w kinie był przerażający, ale to nie odwiodło mnie od obejrzenia następnych. Siódmą część książki kupiłem niedługo po premierze, gdy chodziłem do gimnazjum. Jechałem akurat z rodzicami do ich znajomych i tuż przed wyjazdem nabyłem swój egzemplarz. Na miejscu usiadłem w kuchni, w jeden wieczór zdążyłem przeczytać całą książkę i... Od razu zacząłem ją czytać znowu. Zresztą na dziejące się w tym samym uniwersum "Fantastyczne Zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda" półtora roku temu popędziłem do kina z niemal takim samym entuzjazmem.

    Magiczne uniwersum musi oczarowywać czymś więcej niż tylko sentymentem, skoro nawet drobne szczegóły filmów i książek potrafią mocno utkwić w pamięci. Gdy w miarę niedawno oglądaliśmy w telewizji "Harry'ego Pottera i Księcia Półkrwi", ja i bratowa mojej Żony niemal cały czas dyskutowaliśmy o poszczególnych detalach, wątkach z książek nieumieszczonych w filmach czy ulubionych motywach. Reszta towarzystwa musiała nas mocno upominać ale niczego nie żałuję. Może seria czaruje tym, że to w zasadzie prosta opowieść, ale opowiedziana w sposób godny epickiej sagi. Zwroty akcji, bohaterskie czyny, brawurowe szarże, zdrady, podwójni agenci. Przysięgi, pojedynki, pościgi, bitwy. Włamania. Miłość. Przyjaźń. Lojalność. Można by wymieniać długo, ale w głównej serii towarzyszymy bohaterom przez siedem lat ich niezwykłych przygód, a to chyba mówi samo za siebie.
Co wynika z tego wpisu? Chyba to, że warto czasem wrócić do historii poznanych kilka czy kilkanaście lat temu, a może i więcej. Może do tych, o których pisałem powyżej, a może do innych. Jeśli macie swoje propozycje, śmiało podzielcie się nimi w komentarzach. Z drugiej strony, jeżeli nie mieliście do czynienia z moimi propozycjami lub nigdy ich nie dokończyliście, to może warto to zrobić - teraz lub razem z Waszymi dziećmi, gdy będą w odpowiednim wieku. Spróbujcie!

Zostawiam Was z jedną z tych piosenek, które poznałem dzięki Radiostacji Roscoe. Posłuchajcie i się zachwyćcie:


To by było na tyle. Miłego czytania/oglądania. Trzymajcie się zdrowo. Noście maseczki!

ENG:

2018, 2019, 2020 ... The years go by and we all age. We pass the next stages in life. We finish schools, studies, we start to work, we change it. We're getting married. We move from one place to another. Lots is happening. Everything is changing. All? No, one small thing is still resisting the invaders ...

This is of course a joke. I couldn't resist the reference to the outstanding French comic book. There are probably more things that do not change, but in this text I would like to focus on one, namely works of culture that accompany us from childhood or teenage years, or are addressed to such recipients, and yet we are happy to reach for them all the time , whether by getting to know new parts, if they are still published, or from time to time returning to the old ones. Finally, as Zbigniew Wodecki sang, "I like to go back to where I've already been ..."

Sit back, have a cup of coffee, tea or cocoa and let's get started. I brought some examples:
  1. The Felix, Net and Nika polish book series - something that may be familiar to many of you and at some point in your life you may have dealt with this series, but it is quite likely that you fell off somewhere along the way.

    As formality/reminder: in 2004 on the pages of the novel Felix, Net and Nika and the Gang of Invisible People these three characters debuted for Polish readers. First of them has a deep understanding of physics and great construction talent, the second has high mathematical and IT skills, and the third one has intuition, paranormal abilities and empathy. They met during the start of the school year in the first grade of secondary school, and fourteen years and fifteen books later they finally made into high school, although, as described by the novel Felix, Net and Nika and the End of the World Known To Us from 2018, this is only due to education reform and the fact that the third grade of middle school became the first grade of high school. During this time, the characters had to deal with, among others, artificial intelligence, time travel and teleportation, the world of dreams, the transfer of consciousness to robots or other people's bodies, alternative realities and many other, strange things. 

    I personally discovered this series probably in 2007 (or possibly in 2006), spending a large part of my vacation at the Municipal Culture Center and the library adjacent to it. At this stage, I was almost the same age as the characters. But then I started to grow old much faster than they did, which didn't bother me to read the next parts with enthusiasm. Some I found in libraries, some I owned, and the others I borrowed from a friend, even when we were both in college.

    Why, despite the fact that this series is certainly addressed mainly to younger recipients, I still gladly come back to it? Well, there is probably a role here for sentiment, but I don't think it is crucial. These books are simply really good. First of all, as I have already mentioned, the ideas that the author, Rafał Kosik, put in his novels are phenomenal and unconventional. It cannot be denied that each time one of the main reasons for reaching for the next part is the thought "What's going to happen there this time?"

    Secondly, the characters are really expressive and this applies to both the title and side characters. Actually, every person is quite characteristic, so despite the large gallery of heroes gathered over the years, they do not mix with each other and individual friends from school, teachers, parents or people met during individual adventures are easily recognizable and probably every reader has a specific picture in mind regarding any character.

    Thirdly, the Felix, Net and Nika series is really funny in an unconventional way. It is a mix of pop culture references, derision from politicians, journalists and all other, as well as more abstract situations - like the moment when a robot introduces himself under the name Konpopoz and boasts of the name's ancient genesis, but the characters quickly decipher it as an abbreviation of the phrase "Conservator of Horizontal Surfaces ". In addition, there are teenage problems - romances, conspiracies, school dramas. All this mixed together gives a literary cocktail incomparable to anything else. And very tasty. As a side note, it just occurred to me that based on these books one could create something like Stranger Things or even better.

  2. Radio Roscoe (Radio Free Roscoe) - it is a Canadian 2003 series in which four main characters, unable to adapt to rigid school organizations, decide to set up their own illegal radio. There, the talkative and funny Ray, the talented Lily, the mysterious Travis and the philosophising Robbie can be themselves, and at the same time influence the surrounding reality.

    In addition, they have to face their big dreams, romance, school conflicts, first jobs, losses of friends' trust and many other challenges. In addition, because the aforementioned Lily performs as a guitarist and singer, and Travis tries his hand as a producer, in the series music is very important, with an emphasis on rock. Motives for concerts or interviews on the radio run by the characters are very common. In this context, there are both real bands (such as The Trews, The Flaming Lips and The Petit Project) as well as created exclusively for the series.

    I don't remember when I watched this production for the first time. It could have been 2008, for example, and I did not necessarily see it in its entirety at the time. Later, however, I returned to Roscoe at least several times and watched all 52 episodes. What made me so eager to keep reaching for a series undoubtedly intended for teenagers, in addition, recently barely a year or two ago?

    It's hard to pinpoint precisely. Maybe the characters who are genuinely friendly, credible and therefore it is a pleasure to keep your fingers crossed for them? The more so that the difficulties they face are things that almost everyone has dealt with at least partly. It is also possible that it is a conviction that being a teenager in the United States or Canada is simply cooler and watching how cool it could be is, in a sense, alluring. Or maybe the reason is the mentioned music, which fantastically builds the atmosphere of the series and watching it once again reveals some musical gems again. Probably it is a bit about each of these things, but the effect is that I would love to come back to this series again at any time.

  3. Harry Potter - the series obviously known to almost everyone. 7 books, 8 movies and theater play based on the adventures of the Boy Who Lived and his close ones, and a second series of films, more books expanding the wizarding world and a lot of additional materials - that's impressive. Harry Potter is undoubtedly one of the most recognizable brands in the world.

    And you know what? Personally, I have the impression that this is a fantasy series that can best reach children and at the same time remain attractive to adults. It is more understandable than, for example, "The Lord of the Rings", closer to our reality. It doesn't run away from humor and at the same time offers a whole range of greatness, like magic sweets, sport with flying brooms, talking paintings and, above all, spells themselves.

    All this makes that the kid can easily admire this world. My adventure with this book probably began when I was seven years old and my mother was reading it to me at first. I have read the next parts myself. The first movie seen in the cinema was terrifying, but that did not deter me from watching the next ones. I bought the seventh part of the book shortly after its premiere when I was in middle school. I was traveling with my parents to their friends and I bought my copy just before leaving. On the spot I sat in the kitchen, in one evening I read the entire book and ... I immediately began to read it again. Anyway, to see the "Fantastic Beasts: The Crimes of Grindelwald" happening in the same universe I went to the cinema with almost the same enthusiasm a year and a half ago.

    The magic universe must enchant with something more than just sentiment, since even the small details of movies and books can be firmly remembered. When we recently watched "Harry Potter and the Half-Blood Prince" on television, me and my wife's sister-in-law almost all the time have discussed individual details, threads from books not included in movies or favorite themes. The rest of the squad had to strongly rebuke us but I don't regret anything. Maybe the series is charming because it is basically a simple story, but told in a way worthy of an epic saga. Twists and turns, heroic deeds, reckless charges, betrayals, double agents. Oaths, duels, pursuits, battles. Burglary. Love. Friendship. Loyalty. One could list it for a long time, but in the main series we accompany the heroes for seven years of their extraordinary adventures, and this probably speaks for itself.
What results from this text? I guess it's sometimes worth returning to the stories of a few or several years ago, and maybe more. Maybe to those I listed above, or maybe to others. If you have your suggestions, feel free to share them in the comments. On the other hand, if you have not dealt with my proposals or have never finished them, it may be worth doing it - now or together with your children when they will be of the right age. Try it!

I leave you with one of those songs that I met thanks to Radio Free Roscoe. Listen and be amazed. You can find it above.

That's it. Happy reading/watching. Stay healthy. Wear masks!

niedziela, 16 lutego 2020

Nie takie oczywiste.

Not so obvious. [English version may be added later.]

Jeśli miałbym zamknąć kończący się weekend w jednym słowie, to chyba właśnie taki był: nieoczywisty.

A wszystko wskazywało, że będzie to klasyka przewidywalności. Taki był plan. Zresztą, przeczytajcie:

Piątek. Walentynki. Klasyka banału. 

Zdrowy rozsądek podpowiadał, by tego dnia nie wychodzić z domu. Wszędzie miało być tłoczno i straszno. Co więc pozostało? Wino, kolacja i jakiś film. Najlepiej komedia.

Poniekąd tak było. Tyle tylko, że doszły do tego rozmaite zaskakujące elementy: dość wspomnieć, że z uwagi na alarm bombowy w moim miejscu pracy wróciłem do domu chwilę wcześniej, co zmodyfikowało wszystkie plany. Wino jednak było, świetny łosoś na kolację też. Wielkim zaskoczeniem okazał się natomiast film. Z jakiegoś przedziwnego powodu zdecydowaliśmy się bowiem na Disco Polo z 2015 r. i...

Ten film jest zdumiewający. Z pozoru to klasyczna opowieść o chłopakach z małej miejscowości i ich drodze na szczyt, tylko osadzona w realiach disco polo i Polski lat 90., ale jednak to zupełnie co innego. Można się tego domyślić już po samej obsadzie: na pierwszym planie Dawid Ogrodnik, tuż przy nim Piotr Głowacki, nieco dalej Tomasz Kot i Joanna Kulig, gdzieś w tle także Rafał Maćkowiak, Jacek Koman, Janusz Chabior czy Bartosz Bielenia w skromnej, ale absolutnie przerażającej roli, gdzie do osiągnięcia tego efektu przez większość czasu wystarcza mu tylko uśmiech.

Jak wspomniałem, fabuła nie jest szczególnie skomplikowana. Domorośli muzycy próbują przebić się do świata showbiznesu, najpierw najprostszymi metodami, potem podstępem, zyskując znajomości. Stopniowo rozwijają karierę, pojawiają się problemy, konflikty z innymi osobami zaangażowanymi w branżę, romans, gwiazdorzenie. Słowem standard. Tym, co wyróżnia Disco Polo, jest jednak sposób podania opowieści, a ten zahacza o surrealizm. Czasem ma się wrażenie, jakby to wszystko było snem. Już sam początek, mieszający Dziki Zachód z polską wsią, pokazuje, że to nie będzie zwykły film. Potem jest tylko ciekawiej i czasem zdarzenia są w oczywisty sposób niezwykłe (jak choćby w końcowych scenach w Pałacu Kultury), a czasem to, że coś tu jest nie tak, jest tylko delikatnie zarysowane (warto obserwować na przykład, co dzieje się z samochodem zespołu Laser wraz z rozwojem fabuły).

Poza wszystkim imponująca jest estetyka tego filmu: kolory, neony, lasery. Ujęcia wiernie, ale i barwnie oddające epokę. Wspaniała sprawa!

Film na Filmwebie ma średnią ocen tylko 5/10, ale to coś, czym zupełnie nie należy się kierować. Dlaczego? Bo nisko ocenić go mogły tylko te osoby, które naprawdę liczyły na klasyczną opowieść o drodze do sławy i bardzo nie lubią jakichkolwiek eksperymentów z formą. Film ten, jakkolwiek dziwny, na pewno jest wart obejrzenia.

I co dalej?

To były Walentynki. A co nieoczywistego przez resztę weekendu? Na pewno już mniej w tym spektakularności, ale pewnym zaskoczeniem było na przykład to, że do Magazynu, w którym w sobotę wieczorem świętowaliśmy urodziny znajomych, w pewnym momencie wparowała ekipa Ghost Busters, zachęcając gości do śpiewania, zadając zagadki i oferując degustację whisky Monkey Shoulder. Nie wiem jak Wam, ale mi coś takiego nie przydarza się zbyt często i przez dłuższą chwilę byłem mocno skonfudowany...

W niedzielę natomiast, czyli dziś, gdy piszę te słowa, mieliśmy zaplanowany obiad u moich rodziców, potem wizytę u mojej przyjaciółki i jej córki, a mojej chrześnicy, a następnie byliśmy wstępnie umówieni z jeszcze jednymi znajomymi. I co? I 1/3, to znaczy, z tych wszystkich planów odwiedziliśmy tylko moich rodziców. Natura jednak nie znosi próżni, toteż zagraliśmy z moimi rodzicami w "Korporację", a resztę uwolnionego czasu przeznaczyliśmy na wyprawę na lodowisko.

Takiego stwora spotkaliśmy w drodze powrotnej.

Musicie wiedzieć w tym miejscu, że nasze wyprawy na lodowisko to poważna sprawa. Moja żona jeździ, a ja... Siedzę obok z telefonem w ręku. Tym razem zacząłem tworzyć już niniejszy wpis, chcąc wykorzystać trochę czasu.

To właśnie wymyśliłem, marznąc przy tafli lodu. Że kończący się weekend był z pozoru precyzyjnie zaplanowany i że to był dobry plan. Rzeczywistość go zweryfikowała i nie ziściło się zbyt dużo, ale to też nic złego. Po prostu wydarzyły się nieoczywiste rzeczy i to też jest okej. Może tak jest, że nieważne, z planem czy bez, jeśli ma być dobrze, to jest dobrze? 

Nie mnie to rozstrzygać - najważniejsze, co powinniście wynieść z tego wpisu, to żeby obejrzeć Disco Polo! A piosenka na dziś to chyba coś maksymalnie możliwie dalekiego od wspomnianego gatunku:


To tyle. Dobrego wieczora, tygodnia, życia!

niedziela, 5 stycznia 2020

Po prostu to zrób! Jak Wagabunda.

Just do it! Like a Vagabond. [English version below.]

Wagabunda  - wg słownika języka polskiego PWN to "człowiek lubiący się włóczyć po świecie". Nic skomplikowanego, ale to słowo wyraża wszystko. Taki pseudonim postanowił przyjąć w internecie mój dobry kumpel. Dlaczego? Bo uwielbia podróżować i często to robi. Póki co raczej nie wypuszcza się poza Europę, ale to nieważne. Istotniejsza jest forma podróżowania. Czasem to objazdówka samochodem w półspartańskich warunkach, czasem autostop, a czasem cokolwiek, czym da się przemieszczać. Byle dalej. Byle jechać!

Sam miałem okazję nieco z nim podróżować, w szczególności podczas dwóch dość ważnych wypraw. Pierwsza to objazdowa wycieczka przez Niemcy, Danię, Szwecję aż do Norwegii. To były niemal dwa tygodnie podróży ze wzlotami i upadkami, momentami lepszymi i gorszymi, ale na pewno niezapomnianymi. Swego czasu wiele pisałem o tej wyprawie. Z kolei rok później pół spontanicznie, pół chaotycznie wybraliśmy się do Wilna, podróżując głównie pociągiem i autostopem. To też był wyjazd pełen niespodziewanych zwrotów akcji. O niektórych wspomniałem w tekście "Od chwili do momentu". Zapraszam do lektury.

Na samym początku drogi...

Od dłuższego czasu większość wolnych chwil poświęcając na podróże mój kumpel postanowił w końcu podzielić się wrażeniami ze swoich wojaży i ponad rok temu założył konto na Instagramie jako wagabunda_m. Wrzuca tam piękne zdjęcia, opisy zdradzające, na co warto zwrócić uwagę w podróży albo co zobaczyć w konkretnych miejscach. Z przyjemnością się to ogląda. Gorąco polecam.

To jednak było dla niego za mało. Gdy dwa tygodnie temu spotkaliśmy się na wspólną konsumpcję tzw. piwek, piwerek, czy też browarków, sporo rozmawialiśmy o podróżowaniu, a kumpel wspominał też o swoim kolejnym planie. Ponieważ od dłuższego czasu podczas wypraw nie tylko robi zdjęcia, ale też nagrywa wideo, postanowił to wykorzystać. Chciał użyć tych materiałów, zmontować je w sensowne relacje i publikować na YouTube. Zaczął się zastanawiać, z jakich wypraw ma nagrania, ja przypomniałem mu o naszej podróży do Wilna, pogadaliśmy jeszcze chwilę na ten temat i zajęliśmy się czymś innym. 

MINĘŁY DWA TYGODNIE I... Wczoraj wysłał mi taki oto LINK wraz z komentarzem, że mam tam niespodziankę. Najwyraźniej jak pomyślał, tak zrobił. W ciągu dwóch tygodni zdążył założyć kanał oraz zmontować trzy relacje wideo wraz z czołówkami oraz jedno wideo z Beskidów i wszystko opublikować wczoraj. Jego dobry znajomy stworzył muzykę do części treści i całość ogląda się naprawdę przyjemnie. Najsłabszy jest niestety nasz materiał z Wilna, bo wtedy jeszcze wideo było nagrywane spontanicznie, kiepskiej jakości i raczej nie z myślą o tworzeniu z tego czegoś większego.

Oczywiście, nie jest jeszcze idealnie. To pierwsze cztery produkcje. Jeśli jednak są one na takim, całkiem niezłym poziomie już teraz, to z optymizmem patrzę w przyszłość. Poza tym to nie jest tak istotne. Ważne jest to, że mój kumpel, skoro już sobie coś postanowił, to konsekwentnie zabrał się za realizację swojego pomysłu. To jest super i z tego warto brać przykład.

Z tą myślą Was zostawiam. Dorzucam też utwór, który można usłyszeć w pewnym momencie na nagraniu z podróży do Wilna:


To chyba tyle. Życzę Wam dobrego tygodnia, roku i w ogóle życia. W kontekście postanowień noworocznych zwróćcie uwagę na to, żeby, jeśli już wpadniecie na jakiś pomysł, spiąć pośladki i faktycznie wziąć się do roboty. Jak Wagabunda.

P S Wygląda na to, że wpis ten to 100 tekst w moim adresie "blogspot.com" - BRAWO JA!

ENG:

Vagabond - according to the Polish language dictionary PWN is "a man who likes to roam the world". Nothing complicated, but this word expresses everything. This nickname was taken by my good friend on the internet. Why? Because he loves to travel and does it often. For the time being, he rather not leave Europe, but it doesn't matter. The form of travel is more important. Sometimes it's a car trip in semi-spartan conditions, sometimes hitchhiking, and sometimes any way of moving. Just to keep going!

I myself had the opportunity to travel with him a bit, especially during two quite important trips. The first was a road trip through Germany, Denmark, Sweden to Norway. It was almost two weeks of travel with ups and downs, better and worse moments, but certainly unforgettable. I wrote a lot about this trip in that time. In turn, a year later, half spontaneously, half chaotically, we went to Vilnius, traveling mainly by train and hitchhiking. It was also a trip full of unexpected twists. I mentioned some of them in the text "From moment to moment". Feel welcome to read it.

Devoting most of his free time to traveling for a long time, my friend decided to share his impressions from his travels and over a year ago created an account on Instagram as wagabunda_m. He puts beautiful photos there, descriptions saying, what to look for when traveling or what to see in specific places. It is a pleasure to watch it. I highly recommend that.

This, however, was not enough for him. When two weeks ago we met for joint consumption of a couple of beers, we talked a lot about traveling, and a buddy also mentioned his next plan. Because for a long time during expeditions he not only have taken pictures, but also recorded videos, he decided to use it. He wanted to use these materials, assemble them into meaningful relations and publish on YouTube. He began to wonder what recordings he had of what journeys, I reminded him of our trip to Vilnius, we talked a bit more about this topic and took up something else.

TWO WEEKS HAVE PASSED AND... Yesterday he sent me this LINK with a comment that I there was a surprise waiting for me there. Apparently, he did as he planned. Within two weeks he managed to set up a channel and assemble three video reports with intro and one video from the Beskids and publish everything yesterday. His friend created music for some content and the whole thing is really nice to watch. Unfortunately, the weakest is our material from Vilnius, because back then the video was recorded spontaneously, of poor quality and not with the thought of creating something bigger out of it.


Of course, it's not perfect yet. Those are the first four productions. However, if they are on such a pretty good level right now, I am optimistic about the future. Besides, it's not so important. It is important that my friend, since he has already decided something, he consistently started to implement his idea. This is great and it is worth following an example.

I leave you with this thought. I also add a song that can be heard at some point on a recording from a trip to Vilnius. You can find it above.

I think that's it. I wish you a good week, a year and life in general. In the context of New Year's resolutions, make sure that, if you come up with an idea, actually get to work. Like a Vagabond.

P S It seems that this entry is 100th text in my address "blogspot.com" - GOOD FOR ME!

niedziela, 15 września 2019

Najlepszy film w historii?

Best movie ever? [English version below.]

W miniony poniedziałek wybraliśmy się wreszcie z żoną na "Once upon a time... In Hollywood", najnowszy, dziewiąty film Quentina Tarantino. Wreszcie, bo było to już ponad trzy tygodnie po polskiej premierze tego filmu. Dzisiaj mija miesiąc. Mogłoby się wydawać, że kto chciał zobaczyć ten film, już to zrobił, ale po rozmowie z różnymi moimi znajomymi dochodzę do wniosku, że jednak nie i może jeszcze warto o nim napisać.

Przed pójściem do kina trochę się obawiałem. Widziałem pozytywne opinie o filmie, niektóre nawet pełne zachwytu. Spotkałem się jednak też z krytycznymi głosami, twierdzącymi, że film jest nudny, że oglądanie go to zmarnowanie dwóch godzin i czterdziestu jeden minut (tak, jest aż tak długi). W kontrze do tego głosy uznania twierdziły, że nawet się nie zorientowały, kiedy minął ten czas.

Miałem więc nieco powodów do obaw. Próbowałem się uspokoić, powtarzając sobie, że to przecież Tarantino, więc film musi mi się spodobać. Z drugiej strony, gdybym jednak nie docenił filmu tego reżysera, to tylko spotęgowałoby rozmiar katastrofy. Rozwiązanie tej zagadki było jednak tylko jedno. Trzeba było pójść do kina i przekonać się samemu. To właśnie zrobiliśmy.

Copyright foto: Visiona Romantica, Bona Film Group, Sony Pictures Entertainment (SPE), Heyday Films

Przekonałem się. Ten film jest absolutnie zachwycający, to jeden z najlepszych filmów, jakie oglądałem, jeśli nie najlepszy. I mowa tu zarówno o filmach Tarantino, jak i wszystkich innych. Dlaczego? Zacznijmy od oczywistych rzeczy.

Muzyka. Ścieżka dźwiękowa tego filmu to absolutne cudo. Można ją zresztą znaleźć już na Spotify'u. Wspaniałe utwory, pochodzące z epoki i doskonale oddające klimat filmu zostały odpowiednio poprzetykane reklamami radiowymi, spikerami podającymi wiadomości o pogodzie i innymi tego typu wstawkami, które ułatwiają imersję w świat przedstawiony w filmie.

Aspekt wizualny. Film wygląda przepięknie. Kolory, stylizacje, stroje, samochody, plany zdjęciowe - wszystko to składa się na oszałamiający raj dla oczu. Wystarczy zresztą spojrzeć na plakat powyżej - to po prostu piękno w czystej postaci i nie ma co o tym więcej mówić.

Opisane powyżej elementy doskonale dbają o to, żeby widz poczuł klimat Hollywood u schyłku lat sześćdziesiątych. Dodajmy do tego fakt, że fikcyjni bohaterowie pierwszoplanowi spotykają na swojej drodze postacie historyczne, takie jak Bruce Lee, Sharon Tate czy przez chwilę Roman Polański. Oprócz tego, jak zazwyczaj w filmach Tarantino, przez sporą część opowieści jest całkiem zabawnie, ale nie przez wymuszone żarciki, czyjeś wygłupy czy coś podobnego, ale przez autentycznie zabawne sytuacje. Doskonałym przykładem jest tu scena starcia z Brucem Lee.

Wreszcie to, co od początku było rzeczą przyciągającą uwagę. Obsada i gra aktorska. Nie trzeba tutaj wiele pisać, bo nazwiska mówią same za siebie. Brad Pitt im starszy tym lepszy, absolutnie urzekający. W wielu momentach kradnie film i można dojść do wniosku, że to jego postać jest głównym bohaterem opowieści. Z kolei Leonardo DiCaprio pokazuje, że naprawdę potrafi grać przecudownie. Więcej nawet, potrafi doskonale zagrać to, że potrafi doskonale zagrać. Wciela się przecież w rolę aktora w zawodowym kryzysie. Oprócz tego Margot Robbie czaruje na ekranie, tworząc bardzo wiarygodną kreację, a poza nią w obsadzie znaleźli się też między innymi Al Pacino, Dakota Fanning czy Kurt Russel. To, że trzymają poziom, jest oczywiste, bo to profesjonaliści. Swoje role jednak, nawet gdy nie są jakoś szczególnie istotne, grają z nadzwyczajną lekkością. To czysta przyjemność oglądać ich w pracy.

Wszystko powyższe jednak to kwestie, które raczej nie są przedmiotem sporu między widzami. Film brzmi, wygląda i zagrany jest pięknie i raczej nikt się z tym nie spiera. Zarzuty niektórych dotyczą bardziej scenariusza, fabuły i tego, że według nich film jest po prostu nudny.

Cóż, absolutnie się z tym nie zgadzam. "Once upon a time... In Hollywood" jest fascynujące i wciągające. Film dzieje się na przestrzeni ledwie kilku dni, ale z przeskokiem czasowym w środku. Pokazuje nam on interesujących bohaterów, w stosunkowo krótkim czasie nakreśla nam ich motywacje, doświadczenia, porażki, sukcesy, obawy, obrazuje relacje między nimi. Dzięki temu później możemy zobaczyć, jak mogłaby się potoczyć historia, gdyby akurat tacy ludzie znaleźliby się w konkretnym czasie, w konkretnym miejscu.

Poza tym zarzucanie temu filmowi, że nic się w nim nie dzieje, to bzdura. Przez większość fabuły nie ma jakiś wielkich, przełomowych, widowiskowych scen, te nadchodzą dopiero na końcu, ale właśnie o to chodzi, że ludzie, którzy wiodą swoje względnie spokojne życia, nagle ścierają się z czymś niespodziewanym. Zarzuty o brak akcji miałyby więcej sensu w przypadku takich filmów jak "Hateful eight" czy "Wściekłe psy", ale nikt poważny im tego nie zarzuca, bo tak zostały skonstruowane, w dodatku w konkretnym celu. Podobnie jest tutaj.

Swoją drogą ten film absolutnie nie może być nudny i mam na to prosty argument. Gdzieś pod koniec filmu w pewnym momencie dało się wyczuć, że finał się zbliża i zapytałem sam siebie w duchu "To już?!". Nie wiadomo kiedy minęły pierwsze dwie godziny i dwadzieścia minut i zostało ostatnie dwadzieścia. Czas płynął jak szalony, tak dobrze oglądało się ten film.

Tyle tylko, że to wszystko powyżej, to oczywiście moja subiektywna opinia. Napiszcie swoją, a jeśli jeszcze nie widzieliście "Once upon a time... In Hollywood", to pędźcie do kina.

Piosenka na dziś to utwór ze ścieżki dźwiękowej filmu:


To tyle. Trzymajcie się ciepło.

ENG:

Last Monday, my wife and I finally went to cinema to see "Once upon a time ... In Hollywood", the latest, ninth movie by Quentin Tarantino. Finally, because it was over three weeks after the Polish premiere of this film. Today is a month. It would seem that whoever wanted to see this movie has already done it, but after talking to various friends of mine, I come to the conclusion that it is not true, so maybe the movie is still worth writing about it.

I was a little worried before going to the cinema. I read positive reviews about the movie, some of them even expressing delight. However, I also heard critical voices saying that the film is boring, that watching it is a waste of two hours and forty-one minutes (yes, it is so long). In opposition to this, the voices of recognition claimed that they did not even realize when this time had passed.

So I had a bit of concern. I tried to calm down, telling myself that it was Tarantino, so I must like the movie. On the other hand, if I did not appreciate this director's film, it would only increase the extent of the disaster. There was only one solution to this puzzle. We had to go to the cinema and find out for ourselves. That's what we did.

I have found out. This movie is absolutely delightful, it's one of the best movies I've ever watched, if not the best. And here we are talking about both Tarantino films and all others. Why? Let's start with the obvious things.

Music. The movie's soundtrack is an absolute wonder. You can already find it on Spotify. Wonderful songs, from the era and perfectly reflecting the atmosphere of the film were properly interwoven with radio commercials, speakers giving information about the weather and other such inserts that facilitate immersion into the world presented in the movie.

Visual aspect. The movie looks beautiful. Colors, styles, clothes, cars, film sets - all this adds up to a stunning paradise for the eyes. All you have to do is look at the poster above - it's just pure beauty and there is no more to talk about it.

The elements described above make the viewer feels the atmosphere of Hollywood in the late sixties. Add to this the fact that fictitious heroes in the foreground meet historical characters such as Bruce Lee, Sharon Tate or Roman Polański for a while. In addition, as is usually the case in Tarantino movies, for quite a lot of the story it is quite funny, but not through forced jokes, somebody's tomfoolery or something similar, but through genuinely funny situations. A great example is the scene of a clash with Bruce Lee.

Finally, what was eye-catching from the beginning. Cast and acting. You don't have to write a lot here, because the names speak for themselves. Brad Pitt the older the better, absolutely captivating. In many moments, he steals the movie and it can be concluded that his character is the main character of the story. In turn, Leonardo DiCaprio shows that he can really play wonderfully. Even more, he can play perfectly that he can play perfectly. He plays the role of an actor in a professional crisis. In addition, Margot Robbie charms on the screen, creating a very credible creation, and in addition in the cast there were, among others, Al Pacino, Dakota Fanning and Kurt Russel. That they provide the high quality is obvious because they are professionals. However, their roles, even if they are not particularly important, are played with extreme lightness. It's a pleasure to watch them at work.

All of the above, however, are issues that are hardly the subject of dispute between audience. The film sounds, looks and is played beautifully and nobody argues with it. Some objections are more about the script, the story and the fact that some people think the film is simply boring.

Well, I totally disagree. "Once upon a time ... In Hollywood" is fascinating and engaging. The film takes place over just a few days, but with a time jump in the middle. It shows us interesting heroes, outlines their motivations, experiences, failures, successes and fears in a relatively short time, and illustrates the relationships between them. Thanks to this, we can later see how history could have turned out if such people would find themselves in a specific time, in a specific place.

Besides, accusing this movie of nothing happening in it is bullshit. For most of the plot there are no great, groundbreaking, spectacular scenes, these come only at the end, but it is precisely in order to picture the people who lead their relatively quiet lives and suddenly clash with something unexpected. Accusations of lack of action would make more sense in the case of such films as "Hateful eight" or "Reservoir Dogs", but no one seriously accuses them, because they were constructed so, in addition, for a specific purpose. It is similar here.

By the way, this film can absolutely not be boring and I have a simple argument for it. Somewhere at the end of the movie, at some point, one could feel that the finale was approaching and I asked myself in the spirit of "Is it already?!". It is not known when the first two hours and twenty minutes have passed and the last twenty were left. Time passed like crazy, this movie was so good to watch.

Only that all of this above is, of course, my subjective opinion. Write yours and if you haven't seen "Once upon a time ... In Hollywood" yet, go to the cinema.

The song for today is from the movie soundtrack. You can find it above.

That's all. Keep good.