Pokazywanie postów oznaczonych etykietą journey. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą journey. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 stycznia 2020

Po prostu to zrób! Jak Wagabunda.

Just do it! Like a Vagabond. [English version below.]

Wagabunda  - wg słownika języka polskiego PWN to "człowiek lubiący się włóczyć po świecie". Nic skomplikowanego, ale to słowo wyraża wszystko. Taki pseudonim postanowił przyjąć w internecie mój dobry kumpel. Dlaczego? Bo uwielbia podróżować i często to robi. Póki co raczej nie wypuszcza się poza Europę, ale to nieważne. Istotniejsza jest forma podróżowania. Czasem to objazdówka samochodem w półspartańskich warunkach, czasem autostop, a czasem cokolwiek, czym da się przemieszczać. Byle dalej. Byle jechać!

Sam miałem okazję nieco z nim podróżować, w szczególności podczas dwóch dość ważnych wypraw. Pierwsza to objazdowa wycieczka przez Niemcy, Danię, Szwecję aż do Norwegii. To były niemal dwa tygodnie podróży ze wzlotami i upadkami, momentami lepszymi i gorszymi, ale na pewno niezapomnianymi. Swego czasu wiele pisałem o tej wyprawie. Z kolei rok później pół spontanicznie, pół chaotycznie wybraliśmy się do Wilna, podróżując głównie pociągiem i autostopem. To też był wyjazd pełen niespodziewanych zwrotów akcji. O niektórych wspomniałem w tekście "Od chwili do momentu". Zapraszam do lektury.

Na samym początku drogi...

Od dłuższego czasu większość wolnych chwil poświęcając na podróże mój kumpel postanowił w końcu podzielić się wrażeniami ze swoich wojaży i ponad rok temu założył konto na Instagramie jako wagabunda_m. Wrzuca tam piękne zdjęcia, opisy zdradzające, na co warto zwrócić uwagę w podróży albo co zobaczyć w konkretnych miejscach. Z przyjemnością się to ogląda. Gorąco polecam.

To jednak było dla niego za mało. Gdy dwa tygodnie temu spotkaliśmy się na wspólną konsumpcję tzw. piwek, piwerek, czy też browarków, sporo rozmawialiśmy o podróżowaniu, a kumpel wspominał też o swoim kolejnym planie. Ponieważ od dłuższego czasu podczas wypraw nie tylko robi zdjęcia, ale też nagrywa wideo, postanowił to wykorzystać. Chciał użyć tych materiałów, zmontować je w sensowne relacje i publikować na YouTube. Zaczął się zastanawiać, z jakich wypraw ma nagrania, ja przypomniałem mu o naszej podróży do Wilna, pogadaliśmy jeszcze chwilę na ten temat i zajęliśmy się czymś innym. 

MINĘŁY DWA TYGODNIE I... Wczoraj wysłał mi taki oto LINK wraz z komentarzem, że mam tam niespodziankę. Najwyraźniej jak pomyślał, tak zrobił. W ciągu dwóch tygodni zdążył założyć kanał oraz zmontować trzy relacje wideo wraz z czołówkami oraz jedno wideo z Beskidów i wszystko opublikować wczoraj. Jego dobry znajomy stworzył muzykę do części treści i całość ogląda się naprawdę przyjemnie. Najsłabszy jest niestety nasz materiał z Wilna, bo wtedy jeszcze wideo było nagrywane spontanicznie, kiepskiej jakości i raczej nie z myślą o tworzeniu z tego czegoś większego.

Oczywiście, nie jest jeszcze idealnie. To pierwsze cztery produkcje. Jeśli jednak są one na takim, całkiem niezłym poziomie już teraz, to z optymizmem patrzę w przyszłość. Poza tym to nie jest tak istotne. Ważne jest to, że mój kumpel, skoro już sobie coś postanowił, to konsekwentnie zabrał się za realizację swojego pomysłu. To jest super i z tego warto brać przykład.

Z tą myślą Was zostawiam. Dorzucam też utwór, który można usłyszeć w pewnym momencie na nagraniu z podróży do Wilna:


To chyba tyle. Życzę Wam dobrego tygodnia, roku i w ogóle życia. W kontekście postanowień noworocznych zwróćcie uwagę na to, żeby, jeśli już wpadniecie na jakiś pomysł, spiąć pośladki i faktycznie wziąć się do roboty. Jak Wagabunda.

P S Wygląda na to, że wpis ten to 100 tekst w moim adresie "blogspot.com" - BRAWO JA!

ENG:

Vagabond - according to the Polish language dictionary PWN is "a man who likes to roam the world". Nothing complicated, but this word expresses everything. This nickname was taken by my good friend on the internet. Why? Because he loves to travel and does it often. For the time being, he rather not leave Europe, but it doesn't matter. The form of travel is more important. Sometimes it's a car trip in semi-spartan conditions, sometimes hitchhiking, and sometimes any way of moving. Just to keep going!

I myself had the opportunity to travel with him a bit, especially during two quite important trips. The first was a road trip through Germany, Denmark, Sweden to Norway. It was almost two weeks of travel with ups and downs, better and worse moments, but certainly unforgettable. I wrote a lot about this trip in that time. In turn, a year later, half spontaneously, half chaotically, we went to Vilnius, traveling mainly by train and hitchhiking. It was also a trip full of unexpected twists. I mentioned some of them in the text "From moment to moment". Feel welcome to read it.

Devoting most of his free time to traveling for a long time, my friend decided to share his impressions from his travels and over a year ago created an account on Instagram as wagabunda_m. He puts beautiful photos there, descriptions saying, what to look for when traveling or what to see in specific places. It is a pleasure to watch it. I highly recommend that.

This, however, was not enough for him. When two weeks ago we met for joint consumption of a couple of beers, we talked a lot about traveling, and a buddy also mentioned his next plan. Because for a long time during expeditions he not only have taken pictures, but also recorded videos, he decided to use it. He wanted to use these materials, assemble them into meaningful relations and publish on YouTube. He began to wonder what recordings he had of what journeys, I reminded him of our trip to Vilnius, we talked a bit more about this topic and took up something else.

TWO WEEKS HAVE PASSED AND... Yesterday he sent me this LINK with a comment that I there was a surprise waiting for me there. Apparently, he did as he planned. Within two weeks he managed to set up a channel and assemble three video reports with intro and one video from the Beskids and publish everything yesterday. His friend created music for some content and the whole thing is really nice to watch. Unfortunately, the weakest is our material from Vilnius, because back then the video was recorded spontaneously, of poor quality and not with the thought of creating something bigger out of it.


Of course, it's not perfect yet. Those are the first four productions. However, if they are on such a pretty good level right now, I am optimistic about the future. Besides, it's not so important. It is important that my friend, since he has already decided something, he consistently started to implement his idea. This is great and it is worth following an example.

I leave you with this thought. I also add a song that can be heard at some point on a recording from a trip to Vilnius. You can find it above.

I think that's it. I wish you a good week, a year and life in general. In the context of New Year's resolutions, make sure that, if you come up with an idea, actually get to work. Like a Vagabond.

P S It seems that this entry is 100th text in my address "blogspot.com" - GOOD FOR ME!

niedziela, 12 sierpnia 2018

Od chwili do momentu.

From moment to moment. [English version below.]

Magik w piosence Paktofoniki "Chwile ulotne" śpiewał:
"Życie nasze składa się z krótkich momentów
 Cudownych chwil, czy przykrych incydentów"
Trudno się z tym nie zgodzić. Owszem, zdarzają się dłuższe, monotonne okresy, ale je zapamiętuje się niezbyt szczegółowo. Z tygodnia spędzonego na plaży można zapamiętać, że przez siedem dni leżało się na piasku. Łał, super. To ekscytujące i na pewno godne opowiadania za pięćdziesiąt lat:
"- Dziadku, i co robiliście w tych Złotych Piaskach czy tam Mielnie?
  - No... Leżeliśmy.
  - Aha."
 Imponujące. Nawiązując, oby już po raz ostatni, do mojego, kończącego się właśnie dziś urlopu: wczoraj rano wróciłem z półspontanicznego wypadu do Wilna. Do stolicy Litwy dotarliśmy łącząc transport kolejowy i autostop. Wracaliśmy już w bardziej zorganizowany sposób, za to z długimi przestojami. Cały wyjazd był bardzo przyjemny. Są jednak pojedyncze punkty, które zapamiętam szczególnie.


Należy do nich sytuacja, gdy przez dobre kilkadziesiąt kilometrów wiózł nas kierowca, który prowadził, ujmując rzecz eufemistycznie, bardzo dynamicznie. Tuż przed tym, zanim wysiedliśmy z jego pojazdu, okazało się, że spędził on piętnaście lat w więzieniu i wyszedł z niego dopiero pół roku wcześniej. Robi wrażenie? Na nas zrobiło spore, bo piętnaście lat to nie byle co. Zapamiętam tę sytuację bardzo dobrze, w tym to, że kierowca ten był jednak całkiem sympatyczny i litościwie nie powiedział nam tego już na początku podróży. To na pewno dodałoby jej dodatkowych emocji.


Inna rzecz: już w Wilnie, zwiedzając Basztę Giedymina, dowiedziałem się o przedsięwzięciu zwanym Bałtyckim łańcuchem. To imponujące, jak masa ludzi z trzech różnych krajów potrafiła się zmobilizować, by wspólnie coś pokazać. Doczytajcie, bo warto.

Zarzecze, Wilno.

Ostatnia chwila: wieczór, nieduży pub na terenie Zarzecza, zabytkowej dzielnicy Wilna, nazywanej tamtejszym Montmartre. Ludzi sporo i wygląda na to, że połowa z nich to dobrzy znajomi barmana. Piję piwo pszeniczne, czekam na kumpla. Jest pięknie. Mniej więcej naprzeciwko mnie siedzi polska, czteroosobowa rodzina. Nagle ojciec wstaje, podchodzi do mnie i wskazując na moją koszulkę pyta, czy w tym roku także byłem na Woodst... Eh, na Pol'and'Rocku. Potwierdzam. Mówi, że oni byli chyba dwa lata temu i że w tym roku wystraszyły ich upały. Pyta jak było. Rozmawiamy przez chwilę. Tego się zupełnie nie spodziewałem. 

Tak się toczą wyjazdy i zwykłe życie. Od chwili do momentu. Przed, po i pomiędzy wymienionymi były też inne, ale ten post to przecież nie relacja z wyprawy. Ważne jest to, że zdarzeń ogółem, a zatem i chwil wartych zapamiętania jest więcej, gdy działamy aktywnie, robimy coś i dajemy im szansę się zdarzyć. Przy leżeniu tak się nie da.

A Ty dajesz momentom możliwość zaistnienia? Z czego składa się Twoje życie? Co zapamiętasz? Zostawiam Was z tymi pytaniami, a także z cudowną piosenką:


Dobrego tygodnia!

ENG:

Polish rapper Magik in the song by Paktofonika "Fleeting moments" sang something like:
"Our life consists of short moments
 Wonderful moments or unpleasant incidents"
It is hard to disagree. Yes, there are also longer, monotonous periods, but they are remembered not very precisely. After a week spent on the beach, you can remember the laying on the sand for seven days. Wow, awesome. It's exciting and certainly worthy of a story in fifty years from now:
"- Grandfather, and what have you been doing in these Golden Sands or Mielno?
  - Well ... We were lying down.
  - Oh."
Impressive. Hopefully for the last time refering to my leave, which ends today: yesterday morning I returned from a semi-spontaneous trip to Vilnius. We reached the Lithuanian capital by combining rail transport and hitchhiking. We were returning in a more organized way, but with long downtimes. The whole trip was very pleasant. However, there are individual points that I will remember especially.

One of them is the situation when, for a good few dozen kilometers we traveled with a driver, which led, saying euphemistically, very dynamically. Just before we got out of his vehicle, it turned out that he spent fifteen years in prison and left it only six months earlier. Does it make an impression? It was huge thing for us, because fifteen years is a lot. I will remember this situation very well, including the fact that the driver was quite nice and he did not tell us this at the beginning of the journey. That would certainly add extra emotions to it.

Another thing: already in Vilnius, visiting the Gediminas' Tower, I learned about the project called the Baltic Chain. It is impressive how the mass of people from three different countries was able to mobilize to show something together. Read about it because it's worth it.

The last moment: an evening, a small pub in the area of Zarzecze, a historical district of Vilnius, called the local Montmartre. There are a lot of people and it looks like half of them are good friends of the bartender. I drink wheat beer, while waiting for a friend, and more or less in front of me sits a Polish family of four. Suddenly a father gets up, approaches me and, pointing to my t-shirt, asks if this year I also took part in Woodst ... Eh, Pol'and'Rock festival. I confirm. He says they were probably two years ago and that they got scared of heat this year. He asks how it was. We talk for a moment. I did not see that coming.

This is how trips and ordinary life go. From moment to moment. There were also other before, after and between the mentioned, but this post is not a report from the trip. The important thing is that there are more events in total, and therefore the moments worth remembering, when we act actively, do something and give them a chance to happen. It is impossible to do when only lying down.

And do you give the moments possibility to occur? What does your life consist of? What will you remember? I leave you with these questions and also with a wonderful song, which you can find above.

Have a nice week!

niedziela, 5 sierpnia 2018

Odpoczynek od odpoczynku?

Relax from relax? [English version below.]

Wróciłem dzisiaj nad ranem z Woodst... Z festiwalu Pol'and'Rock. Na tym festiwalu wszyscy byli pierwszy raz, ale tak naprawdę poza nazwą nic się nie zmieniło. To stary, dobry Woodstock. W rzeczywistości więc wziąłem udział w tym festiwalu już po raz siódmy. W ten sposób upłynął pierwszy tydzień mojego urlopu. Czy odpocząłem?

Psychicznie na pewno. Spotkałem się z bardzo dobrymi znajomymi, znajomymi, których widuję tylko tam, znajomymi, których nie widziałem od bardzo dawna, a także poznałem sporo nowych, cudownych ludzi. Poza tym posłuchałem stand-upu na żywo, wziąłem udział we wspaniałych koncertach, kąpałem się w kanale (w którym zgubiłem klapka), ale przede wszystkim chłonąłem wspaniałą atmosferę wolności. Woodst... Pol'and'Rock to wolność. To widać na każdym kroku. Możesz wszystko. Piękne jest to, że budzi to w ludziach głównie pozytywne cechy. Najlepszym przykładem są ludzie, którzy przy ponad trzydziestostopniowych upałach swoje spryskiwacze z wodą poświęcali na oblewanie nią i schładzanie obcych ludzi, zamiast chować ten deficytowy towar dla siebie.

Tak było!

Teraz pora na drugi tydzień urlopu. Jeśli czytaliście poprzedni wpis, wiecie, że wstępny plan był taki, że jutro rano wyjadę samotnie w stronę polskiego morza. To chyba już nie do końca aktualne. Wyjadę we wtorek, to raz. Możliwe, że nie sam, to dwa. Niewykluczone też, że nieco zmieni się kierunek podróży. W każdym razie będę chciał zobaczyć coś nowego, coś przeżyć, może kogoś poznać. Zakładam, że kilka dni upłynie mi w trasie. To także będzie oczyszczające dla mojej psychiki.

A co z wypoczynkiem fizycznym? Tu nie jest tak różowo. Podczas festiwalu upały, ograniczona ilość snu i fakt, że wszędzie było daleko i każdego dnia trzeba było sporo przejść sprawiły, że pod tym względem jestem dość zmęczony. Podróże zaplanowane na kolejny tydzień wcale nie poprawią tej kwestii.

Tyle tylko, że to nic takiego. Pracuję umysłowo, przed komputerem. Raczej nie ma w tym wysiłku fizycznego. Czasem jest tylko niedobór snu. Aktywny wypoczynek jest więc tym, co jak najbardziej ma sens w moim przypadku. Chodzi o to, by zresetować umysł, odciąć się od wszystkiego, wyluzować. Mogą mnie boleć nogi, mogę być niewyspany, bo z tymi rzeczami do pewnego stopnia nie będę się musiał zmagać, gdy wrócę do pracy. Praca będzie odpoczynkiem od odpoczynku, a przynajmniej od jego niedogodności. Strefa fizyczna i psychiczna są tutaj jak najbardziej do rozdzielenia. Nie muszę dbać o jedno i drugie naraz, bo obszary te nie są zazwyczaj tak samo obciążone.

A wy? Chcecie jednocześnie odpocząć fizycznie i psychicznie czy rozdzielacie jedno od drugiego? Napiszcie, jeśli chcecie. W międzyczasie zostawiam Was z piosenką zespołu, na koncercie którego nie byłem, ale usłyszałem fragment tego występu wędrując gdzieś podczas festiwalu Pol'and'Rock. O, proszę:


Dobrego tygodnia!

ENG:

Today in the morning I came back from Woodst... From the Pol'and'Rock festival. Everyone was for the first time at this festival, but in fact, nothing has changed except the name. It's old, good Woodstock festival. So, in fact, I took part in this festival for the seventh time. In this way, the first week of my leave has passed. Have I rested?

Mentally for sure. I met with very good friends, friends whom I see only there, friends that I have not seen for a long time, and also met a lot of new, wonderful people. Besides, I listened to the stand-up live, I took part in great concerts, I bathed in the channel (in which I lost a flip-flop), but above all I absorbed the wonderful atmosphere of freedom. Woodst ... Pol'and'Rock is freedom. It can be seen at every step. You can do anything. The beautiful thing is that it makes people mostly positive. The best example are people who, with more than thirty degrees of heat, devoted their sprinklers with water to showering and chilling strangers, instead of hiding this scarce goods for themselves.

Now it's time for the second week of the leave. If you read the previous entry, you know that the initial plan was that tomorrow morning I would go alone to the Polish sea. This is probably not entirely up to date. I will leave on Tuesday, once. Maybe not alone, it's two. It is also possible that the direction of travel will change slightly. In any case, I want to see something new, experience something, maybe meet someone. I assume that I will spend this few days on the road. It will also be cleansing for my psyche.

And what about physical rest? It's not so good here. During the festival, the heat, limited amount of sleep and the fact that everything was far away and every day you had a lot of walking made me tired in this respect. Journey planned for the next week will not improve this issue at all.

Well, thing is that it is nothing. I work mentally, in front of a computer. Rather, there is no physical effort in it. Sometimes there is only lack of sleep. Active recreation is therefore what makes sense in my case. The idea is to reset the mind, cut off everything, relax. My legs may hurt, I may be sleepy, because with these things I will not have to struggle to some extent when I return to work. Work will be a rest from rest, at least from its inconvenience. The physical and psychic zones are here absolutely separatable. I do not have to take care of both at once, because these areas are usually not as burdened at the same time.

And you? Do you want to rest physically and mentally at the same time or do you separate one from the other? Write, if you like. In the meantime, I leave you with the song of the band, whose performance I heard only partly, wandering somewhere during the Pol'and'Rock festival. You can find it above.

Have a nice week!

sobota, 12 maja 2018

Wehikuł czasu.

Time machine. [English version below.]

Dzień dobry, cześć, czołem!

Wczoraj. Sobota. Pierwszy z ostatnich 4 dni zajęć na moich studiach magisterskich. Wracałem już do domu, całkiem zadowolony z życia, słoneczko świeciło, a w słuchawkach grała muzyka. Boże, błogosław Spotify! Nagle, jako kolejna propozycja na przygotowanej dla mnie przez algorytmy playliście, wybrzmiało to:


Coma. Piosenka pt. Angela. Nie byle wykonanie jednak, a wersja koncertowa z Przystanku Woodstock 2014. W tym momencie już całkiem rozpłynąłem się z zachwytu.

Dlaczego? Bo byłem tam. Byłem na tym koncercie. Był fantastyczny, jeden z najlepszych, na jakich kiedykolwiek się znalazłem, wliczając w to występy zagranicznych gwiazd. Energia ze strony wokalisty i publiczności to rzecz nieporównywalna z niczym innym. Kilkaset tysięcy osób na woodstockowym polu bawiło się wspaniale. Wcale nie przesadzam z liczbą - wówczas miało się wrażenie, że na ten koncert ze swoich namiotów wypełzli wszyscy. Porównywalne natężenie ludzi widziałem tylko podczas występu Nocnego Kochanka (humorystycznej wersji Night Mistress) w zeszłym roku. To było coś.

Ależ to był piękny koncert!

To były zresztą wspaniałe czasy. 4 lata. Niby niedużo, a przez taki okres może się zmienić niemal wszystko. Studia. Sytuacja zawodowa. Poziom zaawansowania związku. Znacznie więcej, ale nie w tym przypadku. Generalnie uważam, że najlepszy moment mojego życia to bieżący moment. Niemniej jednak wtedy, podczas wakacyjnej beztroski, też było wspaniale, a pod pewnymi względami pewnie nawet lepiej. Brak stresu. Mnóstwo czasu na wszystko. Ciągła zabawa.

Nie dziwne więc, że próbuję wrócić. Uda mi się to. Na pewno wrócę do tego wspaniałego czasu, gdy w te wakacje znów pojadę na ten festiwal, niestety występujący już pod inną nazwą. Urlop dawno mam zaplanowany. To moje miejsce na ziemi. Do tego czasu jednak też mogę regularnie odbywać podróż w czasie. Właśnie poprzez muzykę. Dostępne choćby na Spotify pełne nagranie tego koncertu to mój mały, prywatny wehikuł czasu. Dobrze, że go mam!

A wy? Pewnie też macie momenty, do których chcielibyście wrócić lub przynajmniej odtworzyć je możliwie najwierniej. Stworzyliście już własne sposoby, żeby przenieść się w czasie? Warto.

Limit piosenek na jeden wpis jest już wyczerpany, zatem to wszystko na dziś. Dobrego tygodnia!

ENG:

Good morning, hello, hi!

Yesterday. Saturday. The first of the last 4 days of classes in my master's studies. I was on my way back home, quite happy with my life, the sun was shining and music played in the headphones. God bless Spotify! Suddenly, as another item in the playlist prepared for me by the algorithms, song posted above appeared.

Band: Coma. Song: Angela. Not an ordinary performance, but a concert version from Woodstock Music Festival 2014. At this point, I became totally delighted.

Why? Because I was there. I was at this concert. It was fantastic, one of the best I've ever taken part in and that's including the performances of foreign stars. The energy of the vocalist and the audience was incomparable to anything else. Several hundred thousand people on the festival field were enjoying themselves wonderfully. I am not exaggerating with the number at all - then I had the impression that everyone had crawled out of their tents. I saw the comparable amount of people only during the performance of the Nocny Kochanek (funny version of Night Mistress) last year. It was huge.

These were great times indeed. 4 years passed. It's not much, but almost everything can change during that period. Studies. Occupational situation. The level of advancement of the relationship. Much more, but not in this case. In general, I think that the best moment of my life is the current moment. Nevertheless, that time, during the carefree holiday, was also great, and in some aspects probably even better than the present. Lack of stress. Plenty of time for everything. Continuous fun.

No wonder, then, that I am trying to come back. I will succeed. I will definitely come back to this wonderful time when I will go to this festival (unfortunately under a different name) again this summer. I have already planned a vacation at work. This is my place on earth. Until then, however, I can also travel regularly in time. Just through music. The full recording of this concert, available even for Spotify, is my little private time machine. It's good that I have it!

And you? Probably you also have the moments to which you would like to come back or at least recreate them as faithfully as possible. Have you already created your own ways to move in time? You'd better do!

The limit of songs per text is already used, so that's all for today. Have a good week!

niedziela, 25 marca 2018

Wpis podróżniczy z niewielką sportową wstawką.

An entry about a travel with a small sport insertion. [English version below].

KTW-WAW-KTW. Nie leciałem samolotem, ale i tak przy okazji szybkiego wypadu do stolicy na czas podróży nie ma co narzekać.

W sobotę rano wczesna pobudka po imprezie i marsz na dworzec kolejowy. Szybka herbata i tost, a potem wygodne moszczenie się w fotelu i próba odzyskania sił. Po około dwóch i pół godziny wysiadłem na stacji Warszawa Zachodnia.

Dzisiejszy powrót to z kolei jakieś trzy i pół godziny. Ciut dłużej, ale bilet ponad dwa razy tańszy. To niesamowite, jak szybko można się poruszać po kraju. Pewnie, za granicą transport publiczny osiąga znacznie wyższe, imponujące prędkości. Warto jednak doceniać to, co się ma. Taka podróż mija błyskawicznie. Wystarczy chwilę poczytać, posłuchać muzyki czy coś napisać, do tego wypić kawę i już się jest na miejscu. Świat się skurczył.

Skurczył się potwornie. Gdy już w szybkim tempie pokonasz te kilkaset kilometrów i spotkasz się z rodziną, chcesz im coś powiedzieć, ale... Wszystko już wiedzą. O sprawach powszechnych czytali zapewne na tych samych portalach. Skoki Stocha czy mecz reprezentacji oglądali prawdopodobnie w ramach tych samych transmisji. Z kolei o zmianach w życiu prywatnym z dużą dozą prawdopodobieństwa wiedzą już z Twojego Facebooka. I o czym tu rozmawiać?

Oczywiście, trochę wyolbrzymiam. Przy dobrych kontaktach z rodziną zawsze coś się znajdzie. Wspólne, specyficzne poczucie humoru, wspominki czy sprawy bieżące sprawdzają się naprawdę dobrze. Nie zmienia to jednak faktu, iż coś się zmieniło i trzeba się do tego dostosować.

A co z tą wstawką sportową? To właśnie sprawy bieżące.

Na przykład takie.

Jak mogliście na przykład zauważyć na moim Instagramie, wczoraj wybrałem się na mecz mojego kuzyna. MKS Hutnik Warszawa. A klasa. No nieźle. Fajnie grali, fajnie. Przeciwnikiem był Wicher Kobyłka. Futbol wielkiego formatu, W każdym razie "nasi", tj. powiązani rodzinnie, wygrali.

Dzisiaj natomiast byłem na kolejnej imprezie sportowej. Nie jako uczestnik, nie ma głupich. Mój ojciec przebiegł Półmaraton Warszawski. Piękne wydarzenie. Atmosfera wielkiego sportowego święta. Kilkanaście tysięcy samych biegaczy.

A na wczorajszym meczu? Owszem, też były emocje, zwłaszcza na trybunie. Tyle tylko, że głównie negatywne. Bulwersowanie się co drugą sytuacją. Wygrażanie sędziemu. Wyzywanie zawodników. Standard. Tak naprawdę to nie wiem. To dopiero drugi mecz piłki nożnej, na który się wybrałem, a pierwszy był reprezentacyjny, czyli de facto piknikowy. Zdarzało mi się za to być na meczach futbolu amerykańskiego i tam też okrzyków było sporo, ale wszystkie miały na celu wspieranie własnej drużyny, a nie szkalowanie przeciwników.

Może to po prostu specyfika dyscypliny. W końcu piłka nożna to sport ludzi prostych. Trudno wymagać od kibiców wyrafinowania wziętego nie wiadomo skąd. Krzyczą to, co im przyjdzie do głowy. Bez szczególnej refleksji. I to też jest w pewien sposób piękno sportu.

Piosenka na dziś? Energetyczny T.Cover. Zapraszam:


Dobrego tygodnia!

ENG:

KTW-WAW-KTW. I did not fly by plane, but in case of a quick trip to the capital there is no reason to complain about the time of the journey.

On Saturday morning, an early wake-up call after the party and a march to the train station. Quick tea and toast, and then a comfortable armchair and an attempt to regain strength. After about two and a half hours I got off at Warszawa Zachodnia station.

Today's return is in turn some three and a half hours. A little longer, but the ticket is more than two times cheaper. It's amazing how fast you can move around the country. Sure, public transport abroad reaches much higher, impressive speeds. However, it is worth appreciating what you have. Such a journey passes quickly. It's enough to read for a moment, listen to music or write something, drink coffee and you are already there. The world has shrunk.

It shrank terribly. You can beat those few hundred kilometers quickly and meet with your family, you want to tell them something, but ... They already know everything. They probably read about common issues on the same websites. Probably they watched Stoch jumping or the match of the representation from the same broadcasts. In turn about changes in your private life they probably already know from your Facebook. So what to talk about here?

Of course, I am exaggerating a little. When you have good relations with your family, there is always something to talk about. Common, specific sense of humor, memories and current affairs work really well. It does not change the fact that something has changed and you have to adapt to it.

And what about this sport insertion? These are current issues.

As you could see on my Instagram, for example, yesterday I went to my cousin's match. MKS Hutnik Warsaw. Class A. Cool. They played nice. The opponent was Wicher Kobyłka. Big format football. In any case, "ours", i.e. family-related, won.

Today, however, I was at another sports event. Not as a participant, I'm not stupid. My father took part in the Warsaw Halfmarathon. A beautiful event. The atmosphere of a great sport holiday. A dozen or so thousands of runners themselves.

And at yesterday's match? Yes, there were also emotions, especially on the grandstand. Only that they were mainly negative. Anger with every situation. Threatening the judge. Cursing players. Standard. I do not really know. This was only the second football match I have been at, and the first one was Polish national team's, so, in fact, a picnic one. I have been at American football matches and there were a lot of shouts there, but all of them were aimed at supporting proper team, not slandering opponents.

Maybe it's just the specificity of the discipline. After all, football is a sport of simple people. It is difficult to demand from the supporters refinement taken from nowhere. They scream what comes to their minds. Without special reflection. And this is also the beauty of sport in a way.

Song for today? T.Cover full of energy. Please find it above.

Have a nice week!