Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 października 2018

Na walizkach.

Living out of a suitcase [English version below.]

W ramach mojej pracy sporo jeżdżę na delegacje. Nie cały czas, ale myślę, że więcej niż przeciętny pracownik. Dzisiaj wyjeżdżam na tydzień (ok, z tego delegacja to połowa, reszta to już sprawy prywatne), w listopadzie czekają mnie dwa wyjazdy, dające łącznie ok. 1,5 tygodnia, a w grudniu kolejny tydzień poza domem. Szacunkowo daje to jakąś jedną czwartą czasu pracy w delegacjach. W praktyce pewnie mniej, bo zdarzają się okresy z mniejszą liczbą wyjazdów. Nie jeżdżę daleko, nie wyjeżdżam za granicę, ale odległości rzędu kilkuset kilometrów to standard.

Wyjazd ma swoje minusy. Przez kilka dni Cię nie ma, nie widzisz się na przykład z rodziną, narzeczoną, znajomymi (choć to ostatnie i tak rzadko się zdarza w tygodniu). Wypadasz ze swojego tygodniowego rytmu (np. chodzę co drugi dzień na siłownię, na której zbieram pieczątki - na wyjeździe też poćwiczę, ale już bez pieczątek), mogą Cię ominąć jakieś spotkania dotyczące spraw, w które jesteś zaangażowany poza pracą (w moim przypadku to magazyn Suplement). Poza tym delegacje wiążą się z podróżami, które bywają męczące, a czasem łączą się też z poświeceniem kawałka swojego weekendu (jak choćby dziś). Do tego wszystkiego dochodzi konieczność pakowania się i rozpakowywania. Niby drobiazg, a bywa uciążliwy.

Właśnie, mógłbym się spakować do końca, zamiast pisać ten tekst...

Oczywistym jest jednak, że jest i druga strona medalu. Nie chodzi o hotele same w sobie, bo one wszystkie są takie same (choć przyznaję uczciwie, że na przykład basen w hotelu zawsze jest dla mnie przyjemnym dodatkiem). Wyjazd na delegację sprawdza się świetnie, gdy jest mnóstwo pracy i trzeba ją też wykonywać w nadgodzinach. Pozwala bowiem na odcięcie się na kilka dni od zwykłych, małych, ale zajmujących czas obowiązków. Nie trzeba sobie robić śniadania - wystarczy zjechać do restauracji hotelowej. Nie trzeba odkurzać czy wynosić śmieci - to leży w kompetencjach personelu hotelu. Nie znaczy to oczywiście, że należy bałaganić, ale można swój czas poświęcić na coś innego.

Poza tym delegacja sprawia, że nie ma się poczucia straty, gdy trzeba pracować do wieczora. Nie ma myśli: " mógłbym teraz pójść na spacer, odwiedzić X lub Y, załatwić to czy tamto". I tak się jest na wyjeździe, daleko od domu, więc bez skrupułów można pracować z hotelu. Z kolei gdy nie ma takiej konieczności, można z czystym sumieniem rzucić się w objęcia Netflixa, Showmaxa czy innych tego typu serwisów, bo i tak nie bardzo jest jakakolwiek alternatywa.

Czasem można jeszcze na tym skorzystać. Gdy w zeszłym sezonie byłem na delegacjach we Wrocławiu czy Krakowie, wieczorami udało mi się zobaczyć ze znajomymi mieszkającymi w tych miastach. Bez służbowych wyjazdów spotkania z nimi wymagałyby większych nakładów czasu, a tak wystarczyło się po prostu umówić na konkretną godzinę, bo i tak byłem na miejscu. To było naprawdę wygodne.

Po co to wszystko piszę? Wśród Was większość stanowią prawdopodobnie ludzie, którzy dopiero niedawno zaczęli, właśnie zaczynają lub wkrótce będą zaczynać karierę zawodową. Wśród pozostałych mogą znaleźć się tacy, którzy do tej pory pracowali stacjonarnie, a teraz rozważają zmianę pracy na taką, która wymaga podróży służbowych. Niektórzy mogą się więc zastanawiać, jak to jest żyć trochę na walizkach, a tak się składa, że ja już trochę wiem na ten temat. A jak jest? Jak ze wszystkim: są dobre i złe strony. Znam ludzi, którzy uwielbiają delegacje i takich, którzy mają ich serdecznie dość. Różni ich sytuacja życiowa, liczba wyjazdów, ale też po prostu indywidualne preferencje odnośnie spraw, o których wspomniałem powyżej. Trzeba samemu rozeznać swoje podejście.

Właśnie, jak jest z Wami? Lubicie delegacje? Nie znosicie ich? Chcielibyście jeździć czy wolicie tego uniknąć? Dajcie znać, jeśli chcecie.

Akcent muzyczny na dziś? Taki trochę klasyk:


Dobrego wieczoru i tygodnia!

ENG:

As part of my work I have a lot of delegations. Not all the time, but I think more than the average employee. Today I am leaving for a week (well, the delegation is half of it, the rest are private matters), in November two trips await me, giving a total of about 1.5 weeks, and in December another week away from home. This gives some one-fourth of the working time in delegations. In practice, probably less, because there are periods with fewer trips. I do not travel far, I am not going abroad, but the distance of several hundred kilometers is a standard.

The trips have their drawbacks. You are away for a few days, you do not see your family, fiancée, friends (to be honest, the latter thing rarely happens during the week). You break your weekly routine (e.g. I go every other day to the gym where I collect stamps - I will also excercise during the trip, but with no stamps), you can miss some meetings about matters you're involved in outside of work (in my case it's Suplement magazine). In addition, delegations are associated with travels that are tiring, and sometimes also combine with devoting a piece of your weekend (as today). To all this, it is necessary to pack and unpack yourself again and again. It's a trifle, but it can be a nuisance.

It is obvious, however, that there is also the other side of the coin. It is not about the hotels themselves, because they are all the same (although I admit honestly that, for example, swimming pool in a hotel is always a nice addition for me). A delegation works great when there is a lot of work and you also have to do it overtime. It allows you to cut off from ordinary, small but time-consuming duties for a few days. You do not need to prepare breakfast - you just go to the hotel restaurant. You do not need to vacuum or take out rubbish - this is the competence of the hotel staff. This does not mean, of course, that you should make a mess, but you can devote your time to something else.

In addition, the delegation makes you feel no loss when you have to work until the evening. There is no thought: "I could go for a walk now, visit X or Y, do this or that." And so it is away, far from home, so you can work from the hotel unscrupulous. In turn when it is not necessary, you can spend the evening with Netflix, Showmax or other such services with a clear conscience, because there is no alternative.

Sometimes you can even use the fact of being somewhere. When last season I was on delegations in Wroclaw and Krakow, in the evenings I was able to meet with my friends living in these cities. Without business trips, meetings with them would require a greater amount of time, and in those situations it was enough to just make an appointment for a specific time, because I was already there. It was really convenient.

Why do I write all this? Most of you are probably people who have just started, are just starting or will soon start their careers. Others may include those who have worked stationary until now, and are now considering change to a job that requires business travel. Some people may wonder what it is like to live out of suitcases and I know a little bit about it. And how is it? As with everything: there are pros and cons. I know people who love delegations and those who are heartily fed up with them. They are differed in life situation, number of trips, but also individual preferences regarding the issues I mentioned above. You need to recognize your approach yourself.

So how is it with you? Do you like delegations? Or maybe you hate them? Would you like to travel at work or do you prefer to avoid it? Let me know if you want.

Song for today? A little sort of classic, which you can find above.

Have a good evening and the whole week!

niedziela, 12 sierpnia 2018

Od chwili do momentu.

From moment to moment. [English version below.]

Magik w piosence Paktofoniki "Chwile ulotne" śpiewał:
"Życie nasze składa się z krótkich momentów
 Cudownych chwil, czy przykrych incydentów"
Trudno się z tym nie zgodzić. Owszem, zdarzają się dłuższe, monotonne okresy, ale je zapamiętuje się niezbyt szczegółowo. Z tygodnia spędzonego na plaży można zapamiętać, że przez siedem dni leżało się na piasku. Łał, super. To ekscytujące i na pewno godne opowiadania za pięćdziesiąt lat:
"- Dziadku, i co robiliście w tych Złotych Piaskach czy tam Mielnie?
  - No... Leżeliśmy.
  - Aha."
 Imponujące. Nawiązując, oby już po raz ostatni, do mojego, kończącego się właśnie dziś urlopu: wczoraj rano wróciłem z półspontanicznego wypadu do Wilna. Do stolicy Litwy dotarliśmy łącząc transport kolejowy i autostop. Wracaliśmy już w bardziej zorganizowany sposób, za to z długimi przestojami. Cały wyjazd był bardzo przyjemny. Są jednak pojedyncze punkty, które zapamiętam szczególnie.


Należy do nich sytuacja, gdy przez dobre kilkadziesiąt kilometrów wiózł nas kierowca, który prowadził, ujmując rzecz eufemistycznie, bardzo dynamicznie. Tuż przed tym, zanim wysiedliśmy z jego pojazdu, okazało się, że spędził on piętnaście lat w więzieniu i wyszedł z niego dopiero pół roku wcześniej. Robi wrażenie? Na nas zrobiło spore, bo piętnaście lat to nie byle co. Zapamiętam tę sytuację bardzo dobrze, w tym to, że kierowca ten był jednak całkiem sympatyczny i litościwie nie powiedział nam tego już na początku podróży. To na pewno dodałoby jej dodatkowych emocji.


Inna rzecz: już w Wilnie, zwiedzając Basztę Giedymina, dowiedziałem się o przedsięwzięciu zwanym Bałtyckim łańcuchem. To imponujące, jak masa ludzi z trzech różnych krajów potrafiła się zmobilizować, by wspólnie coś pokazać. Doczytajcie, bo warto.

Zarzecze, Wilno.

Ostatnia chwila: wieczór, nieduży pub na terenie Zarzecza, zabytkowej dzielnicy Wilna, nazywanej tamtejszym Montmartre. Ludzi sporo i wygląda na to, że połowa z nich to dobrzy znajomi barmana. Piję piwo pszeniczne, czekam na kumpla. Jest pięknie. Mniej więcej naprzeciwko mnie siedzi polska, czteroosobowa rodzina. Nagle ojciec wstaje, podchodzi do mnie i wskazując na moją koszulkę pyta, czy w tym roku także byłem na Woodst... Eh, na Pol'and'Rocku. Potwierdzam. Mówi, że oni byli chyba dwa lata temu i że w tym roku wystraszyły ich upały. Pyta jak było. Rozmawiamy przez chwilę. Tego się zupełnie nie spodziewałem. 

Tak się toczą wyjazdy i zwykłe życie. Od chwili do momentu. Przed, po i pomiędzy wymienionymi były też inne, ale ten post to przecież nie relacja z wyprawy. Ważne jest to, że zdarzeń ogółem, a zatem i chwil wartych zapamiętania jest więcej, gdy działamy aktywnie, robimy coś i dajemy im szansę się zdarzyć. Przy leżeniu tak się nie da.

A Ty dajesz momentom możliwość zaistnienia? Z czego składa się Twoje życie? Co zapamiętasz? Zostawiam Was z tymi pytaniami, a także z cudowną piosenką:


Dobrego tygodnia!

ENG:

Polish rapper Magik in the song by Paktofonika "Fleeting moments" sang something like:
"Our life consists of short moments
 Wonderful moments or unpleasant incidents"
It is hard to disagree. Yes, there are also longer, monotonous periods, but they are remembered not very precisely. After a week spent on the beach, you can remember the laying on the sand for seven days. Wow, awesome. It's exciting and certainly worthy of a story in fifty years from now:
"- Grandfather, and what have you been doing in these Golden Sands or Mielno?
  - Well ... We were lying down.
  - Oh."
Impressive. Hopefully for the last time refering to my leave, which ends today: yesterday morning I returned from a semi-spontaneous trip to Vilnius. We reached the Lithuanian capital by combining rail transport and hitchhiking. We were returning in a more organized way, but with long downtimes. The whole trip was very pleasant. However, there are individual points that I will remember especially.

One of them is the situation when, for a good few dozen kilometers we traveled with a driver, which led, saying euphemistically, very dynamically. Just before we got out of his vehicle, it turned out that he spent fifteen years in prison and left it only six months earlier. Does it make an impression? It was huge thing for us, because fifteen years is a lot. I will remember this situation very well, including the fact that the driver was quite nice and he did not tell us this at the beginning of the journey. That would certainly add extra emotions to it.

Another thing: already in Vilnius, visiting the Gediminas' Tower, I learned about the project called the Baltic Chain. It is impressive how the mass of people from three different countries was able to mobilize to show something together. Read about it because it's worth it.

The last moment: an evening, a small pub in the area of Zarzecze, a historical district of Vilnius, called the local Montmartre. There are a lot of people and it looks like half of them are good friends of the bartender. I drink wheat beer, while waiting for a friend, and more or less in front of me sits a Polish family of four. Suddenly a father gets up, approaches me and, pointing to my t-shirt, asks if this year I also took part in Woodst ... Eh, Pol'and'Rock festival. I confirm. He says they were probably two years ago and that they got scared of heat this year. He asks how it was. We talk for a moment. I did not see that coming.

This is how trips and ordinary life go. From moment to moment. There were also other before, after and between the mentioned, but this post is not a report from the trip. The important thing is that there are more events in total, and therefore the moments worth remembering, when we act actively, do something and give them a chance to happen. It is impossible to do when only lying down.

And do you give the moments possibility to occur? What does your life consist of? What will you remember? I leave you with these questions and also with a wonderful song, which you can find above.

Have a nice week!

niedziela, 5 sierpnia 2018

Odpoczynek od odpoczynku?

Relax from relax? [English version below.]

Wróciłem dzisiaj nad ranem z Woodst... Z festiwalu Pol'and'Rock. Na tym festiwalu wszyscy byli pierwszy raz, ale tak naprawdę poza nazwą nic się nie zmieniło. To stary, dobry Woodstock. W rzeczywistości więc wziąłem udział w tym festiwalu już po raz siódmy. W ten sposób upłynął pierwszy tydzień mojego urlopu. Czy odpocząłem?

Psychicznie na pewno. Spotkałem się z bardzo dobrymi znajomymi, znajomymi, których widuję tylko tam, znajomymi, których nie widziałem od bardzo dawna, a także poznałem sporo nowych, cudownych ludzi. Poza tym posłuchałem stand-upu na żywo, wziąłem udział we wspaniałych koncertach, kąpałem się w kanale (w którym zgubiłem klapka), ale przede wszystkim chłonąłem wspaniałą atmosferę wolności. Woodst... Pol'and'Rock to wolność. To widać na każdym kroku. Możesz wszystko. Piękne jest to, że budzi to w ludziach głównie pozytywne cechy. Najlepszym przykładem są ludzie, którzy przy ponad trzydziestostopniowych upałach swoje spryskiwacze z wodą poświęcali na oblewanie nią i schładzanie obcych ludzi, zamiast chować ten deficytowy towar dla siebie.

Tak było!

Teraz pora na drugi tydzień urlopu. Jeśli czytaliście poprzedni wpis, wiecie, że wstępny plan był taki, że jutro rano wyjadę samotnie w stronę polskiego morza. To chyba już nie do końca aktualne. Wyjadę we wtorek, to raz. Możliwe, że nie sam, to dwa. Niewykluczone też, że nieco zmieni się kierunek podróży. W każdym razie będę chciał zobaczyć coś nowego, coś przeżyć, może kogoś poznać. Zakładam, że kilka dni upłynie mi w trasie. To także będzie oczyszczające dla mojej psychiki.

A co z wypoczynkiem fizycznym? Tu nie jest tak różowo. Podczas festiwalu upały, ograniczona ilość snu i fakt, że wszędzie było daleko i każdego dnia trzeba było sporo przejść sprawiły, że pod tym względem jestem dość zmęczony. Podróże zaplanowane na kolejny tydzień wcale nie poprawią tej kwestii.

Tyle tylko, że to nic takiego. Pracuję umysłowo, przed komputerem. Raczej nie ma w tym wysiłku fizycznego. Czasem jest tylko niedobór snu. Aktywny wypoczynek jest więc tym, co jak najbardziej ma sens w moim przypadku. Chodzi o to, by zresetować umysł, odciąć się od wszystkiego, wyluzować. Mogą mnie boleć nogi, mogę być niewyspany, bo z tymi rzeczami do pewnego stopnia nie będę się musiał zmagać, gdy wrócę do pracy. Praca będzie odpoczynkiem od odpoczynku, a przynajmniej od jego niedogodności. Strefa fizyczna i psychiczna są tutaj jak najbardziej do rozdzielenia. Nie muszę dbać o jedno i drugie naraz, bo obszary te nie są zazwyczaj tak samo obciążone.

A wy? Chcecie jednocześnie odpocząć fizycznie i psychicznie czy rozdzielacie jedno od drugiego? Napiszcie, jeśli chcecie. W międzyczasie zostawiam Was z piosenką zespołu, na koncercie którego nie byłem, ale usłyszałem fragment tego występu wędrując gdzieś podczas festiwalu Pol'and'Rock. O, proszę:


Dobrego tygodnia!

ENG:

Today in the morning I came back from Woodst... From the Pol'and'Rock festival. Everyone was for the first time at this festival, but in fact, nothing has changed except the name. It's old, good Woodstock festival. So, in fact, I took part in this festival for the seventh time. In this way, the first week of my leave has passed. Have I rested?

Mentally for sure. I met with very good friends, friends whom I see only there, friends that I have not seen for a long time, and also met a lot of new, wonderful people. Besides, I listened to the stand-up live, I took part in great concerts, I bathed in the channel (in which I lost a flip-flop), but above all I absorbed the wonderful atmosphere of freedom. Woodst ... Pol'and'Rock is freedom. It can be seen at every step. You can do anything. The beautiful thing is that it makes people mostly positive. The best example are people who, with more than thirty degrees of heat, devoted their sprinklers with water to showering and chilling strangers, instead of hiding this scarce goods for themselves.

Now it's time for the second week of the leave. If you read the previous entry, you know that the initial plan was that tomorrow morning I would go alone to the Polish sea. This is probably not entirely up to date. I will leave on Tuesday, once. Maybe not alone, it's two. It is also possible that the direction of travel will change slightly. In any case, I want to see something new, experience something, maybe meet someone. I assume that I will spend this few days on the road. It will also be cleansing for my psyche.

And what about physical rest? It's not so good here. During the festival, the heat, limited amount of sleep and the fact that everything was far away and every day you had a lot of walking made me tired in this respect. Journey planned for the next week will not improve this issue at all.

Well, thing is that it is nothing. I work mentally, in front of a computer. Rather, there is no physical effort in it. Sometimes there is only lack of sleep. Active recreation is therefore what makes sense in my case. The idea is to reset the mind, cut off everything, relax. My legs may hurt, I may be sleepy, because with these things I will not have to struggle to some extent when I return to work. Work will be a rest from rest, at least from its inconvenience. The physical and psychic zones are here absolutely separatable. I do not have to take care of both at once, because these areas are usually not as burdened at the same time.

And you? Do you want to rest physically and mentally at the same time or do you separate one from the other? Write, if you like. In the meantime, I leave you with the song of the band, whose performance I heard only partly, wandering somewhere during the Pol'and'Rock festival. You can find it above.

Have a nice week!

sobota, 12 maja 2018

Wehikuł czasu.

Time machine. [English version below.]

Dzień dobry, cześć, czołem!

Wczoraj. Sobota. Pierwszy z ostatnich 4 dni zajęć na moich studiach magisterskich. Wracałem już do domu, całkiem zadowolony z życia, słoneczko świeciło, a w słuchawkach grała muzyka. Boże, błogosław Spotify! Nagle, jako kolejna propozycja na przygotowanej dla mnie przez algorytmy playliście, wybrzmiało to:


Coma. Piosenka pt. Angela. Nie byle wykonanie jednak, a wersja koncertowa z Przystanku Woodstock 2014. W tym momencie już całkiem rozpłynąłem się z zachwytu.

Dlaczego? Bo byłem tam. Byłem na tym koncercie. Był fantastyczny, jeden z najlepszych, na jakich kiedykolwiek się znalazłem, wliczając w to występy zagranicznych gwiazd. Energia ze strony wokalisty i publiczności to rzecz nieporównywalna z niczym innym. Kilkaset tysięcy osób na woodstockowym polu bawiło się wspaniale. Wcale nie przesadzam z liczbą - wówczas miało się wrażenie, że na ten koncert ze swoich namiotów wypełzli wszyscy. Porównywalne natężenie ludzi widziałem tylko podczas występu Nocnego Kochanka (humorystycznej wersji Night Mistress) w zeszłym roku. To było coś.

Ależ to był piękny koncert!

To były zresztą wspaniałe czasy. 4 lata. Niby niedużo, a przez taki okres może się zmienić niemal wszystko. Studia. Sytuacja zawodowa. Poziom zaawansowania związku. Znacznie więcej, ale nie w tym przypadku. Generalnie uważam, że najlepszy moment mojego życia to bieżący moment. Niemniej jednak wtedy, podczas wakacyjnej beztroski, też było wspaniale, a pod pewnymi względami pewnie nawet lepiej. Brak stresu. Mnóstwo czasu na wszystko. Ciągła zabawa.

Nie dziwne więc, że próbuję wrócić. Uda mi się to. Na pewno wrócę do tego wspaniałego czasu, gdy w te wakacje znów pojadę na ten festiwal, niestety występujący już pod inną nazwą. Urlop dawno mam zaplanowany. To moje miejsce na ziemi. Do tego czasu jednak też mogę regularnie odbywać podróż w czasie. Właśnie poprzez muzykę. Dostępne choćby na Spotify pełne nagranie tego koncertu to mój mały, prywatny wehikuł czasu. Dobrze, że go mam!

A wy? Pewnie też macie momenty, do których chcielibyście wrócić lub przynajmniej odtworzyć je możliwie najwierniej. Stworzyliście już własne sposoby, żeby przenieść się w czasie? Warto.

Limit piosenek na jeden wpis jest już wyczerpany, zatem to wszystko na dziś. Dobrego tygodnia!

ENG:

Good morning, hello, hi!

Yesterday. Saturday. The first of the last 4 days of classes in my master's studies. I was on my way back home, quite happy with my life, the sun was shining and music played in the headphones. God bless Spotify! Suddenly, as another item in the playlist prepared for me by the algorithms, song posted above appeared.

Band: Coma. Song: Angela. Not an ordinary performance, but a concert version from Woodstock Music Festival 2014. At this point, I became totally delighted.

Why? Because I was there. I was at this concert. It was fantastic, one of the best I've ever taken part in and that's including the performances of foreign stars. The energy of the vocalist and the audience was incomparable to anything else. Several hundred thousand people on the festival field were enjoying themselves wonderfully. I am not exaggerating with the number at all - then I had the impression that everyone had crawled out of their tents. I saw the comparable amount of people only during the performance of the Nocny Kochanek (funny version of Night Mistress) last year. It was huge.

These were great times indeed. 4 years passed. It's not much, but almost everything can change during that period. Studies. Occupational situation. The level of advancement of the relationship. Much more, but not in this case. In general, I think that the best moment of my life is the current moment. Nevertheless, that time, during the carefree holiday, was also great, and in some aspects probably even better than the present. Lack of stress. Plenty of time for everything. Continuous fun.

No wonder, then, that I am trying to come back. I will succeed. I will definitely come back to this wonderful time when I will go to this festival (unfortunately under a different name) again this summer. I have already planned a vacation at work. This is my place on earth. Until then, however, I can also travel regularly in time. Just through music. The full recording of this concert, available even for Spotify, is my little private time machine. It's good that I have it!

And you? Probably you also have the moments to which you would like to come back or at least recreate them as faithfully as possible. Have you already created your own ways to move in time? You'd better do!

The limit of songs per text is already used, so that's all for today. Have a good week!

niedziela, 25 marca 2018

Wpis podróżniczy z niewielką sportową wstawką.

An entry about a travel with a small sport insertion. [English version below].

KTW-WAW-KTW. Nie leciałem samolotem, ale i tak przy okazji szybkiego wypadu do stolicy na czas podróży nie ma co narzekać.

W sobotę rano wczesna pobudka po imprezie i marsz na dworzec kolejowy. Szybka herbata i tost, a potem wygodne moszczenie się w fotelu i próba odzyskania sił. Po około dwóch i pół godziny wysiadłem na stacji Warszawa Zachodnia.

Dzisiejszy powrót to z kolei jakieś trzy i pół godziny. Ciut dłużej, ale bilet ponad dwa razy tańszy. To niesamowite, jak szybko można się poruszać po kraju. Pewnie, za granicą transport publiczny osiąga znacznie wyższe, imponujące prędkości. Warto jednak doceniać to, co się ma. Taka podróż mija błyskawicznie. Wystarczy chwilę poczytać, posłuchać muzyki czy coś napisać, do tego wypić kawę i już się jest na miejscu. Świat się skurczył.

Skurczył się potwornie. Gdy już w szybkim tempie pokonasz te kilkaset kilometrów i spotkasz się z rodziną, chcesz im coś powiedzieć, ale... Wszystko już wiedzą. O sprawach powszechnych czytali zapewne na tych samych portalach. Skoki Stocha czy mecz reprezentacji oglądali prawdopodobnie w ramach tych samych transmisji. Z kolei o zmianach w życiu prywatnym z dużą dozą prawdopodobieństwa wiedzą już z Twojego Facebooka. I o czym tu rozmawiać?

Oczywiście, trochę wyolbrzymiam. Przy dobrych kontaktach z rodziną zawsze coś się znajdzie. Wspólne, specyficzne poczucie humoru, wspominki czy sprawy bieżące sprawdzają się naprawdę dobrze. Nie zmienia to jednak faktu, iż coś się zmieniło i trzeba się do tego dostosować.

A co z tą wstawką sportową? To właśnie sprawy bieżące.

Na przykład takie.

Jak mogliście na przykład zauważyć na moim Instagramie, wczoraj wybrałem się na mecz mojego kuzyna. MKS Hutnik Warszawa. A klasa. No nieźle. Fajnie grali, fajnie. Przeciwnikiem był Wicher Kobyłka. Futbol wielkiego formatu, W każdym razie "nasi", tj. powiązani rodzinnie, wygrali.

Dzisiaj natomiast byłem na kolejnej imprezie sportowej. Nie jako uczestnik, nie ma głupich. Mój ojciec przebiegł Półmaraton Warszawski. Piękne wydarzenie. Atmosfera wielkiego sportowego święta. Kilkanaście tysięcy samych biegaczy.

A na wczorajszym meczu? Owszem, też były emocje, zwłaszcza na trybunie. Tyle tylko, że głównie negatywne. Bulwersowanie się co drugą sytuacją. Wygrażanie sędziemu. Wyzywanie zawodników. Standard. Tak naprawdę to nie wiem. To dopiero drugi mecz piłki nożnej, na który się wybrałem, a pierwszy był reprezentacyjny, czyli de facto piknikowy. Zdarzało mi się za to być na meczach futbolu amerykańskiego i tam też okrzyków było sporo, ale wszystkie miały na celu wspieranie własnej drużyny, a nie szkalowanie przeciwników.

Może to po prostu specyfika dyscypliny. W końcu piłka nożna to sport ludzi prostych. Trudno wymagać od kibiców wyrafinowania wziętego nie wiadomo skąd. Krzyczą to, co im przyjdzie do głowy. Bez szczególnej refleksji. I to też jest w pewien sposób piękno sportu.

Piosenka na dziś? Energetyczny T.Cover. Zapraszam:


Dobrego tygodnia!

ENG:

KTW-WAW-KTW. I did not fly by plane, but in case of a quick trip to the capital there is no reason to complain about the time of the journey.

On Saturday morning, an early wake-up call after the party and a march to the train station. Quick tea and toast, and then a comfortable armchair and an attempt to regain strength. After about two and a half hours I got off at Warszawa Zachodnia station.

Today's return is in turn some three and a half hours. A little longer, but the ticket is more than two times cheaper. It's amazing how fast you can move around the country. Sure, public transport abroad reaches much higher, impressive speeds. However, it is worth appreciating what you have. Such a journey passes quickly. It's enough to read for a moment, listen to music or write something, drink coffee and you are already there. The world has shrunk.

It shrank terribly. You can beat those few hundred kilometers quickly and meet with your family, you want to tell them something, but ... They already know everything. They probably read about common issues on the same websites. Probably they watched Stoch jumping or the match of the representation from the same broadcasts. In turn about changes in your private life they probably already know from your Facebook. So what to talk about here?

Of course, I am exaggerating a little. When you have good relations with your family, there is always something to talk about. Common, specific sense of humor, memories and current affairs work really well. It does not change the fact that something has changed and you have to adapt to it.

And what about this sport insertion? These are current issues.

As you could see on my Instagram, for example, yesterday I went to my cousin's match. MKS Hutnik Warsaw. Class A. Cool. They played nice. The opponent was Wicher Kobyłka. Big format football. In any case, "ours", i.e. family-related, won.

Today, however, I was at another sports event. Not as a participant, I'm not stupid. My father took part in the Warsaw Halfmarathon. A beautiful event. The atmosphere of a great sport holiday. A dozen or so thousands of runners themselves.

And at yesterday's match? Yes, there were also emotions, especially on the grandstand. Only that they were mainly negative. Anger with every situation. Threatening the judge. Cursing players. Standard. I do not really know. This was only the second football match I have been at, and the first one was Polish national team's, so, in fact, a picnic one. I have been at American football matches and there were a lot of shouts there, but all of them were aimed at supporting proper team, not slandering opponents.

Maybe it's just the specificity of the discipline. After all, football is a sport of simple people. It is difficult to demand from the supporters refinement taken from nowhere. They scream what comes to their minds. Without special reflection. And this is also the beauty of sport in a way.

Song for today? T.Cover full of energy. Please find it above.

Have a nice week!