Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Co gryzie Denysa?. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Co gryzie Denysa?. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 września 2019

Nieznośna niepewność losu.

Unbearable uncertainty of fate. [English version below.]

Byliście kiedyś bezdomni? Znaleźliście się w sytuacji, w której nie macie gdzie mieszkać? Ja tak. Właśnie teraz. I szczerze, nie polecam.

Oczywiście koloryzuję. Na jakiś czas możemy się wraz z moją żoną schronić u moich rodziców. To jednak rozwiązanie mocno przejściowe. W ten piątek skończyła się nam umowa najmu jednego mieszkania, a jeszcze nie znaleźliśmy sobie nowego lokum. Póki co obejrzeliśmy kilka mieszkań, z których na jedno byliśmy zdecydowani, ale w ciągu kilku godzin ktoś zdążył nas uprzedzić. Inne mieszkania sami odrzuciliśmy, a w sprawie jednego trwają negocjacje. Na weekend wyjechaliśmy do teściów i w ten sposób kupiliśmy sobie chociaż dwa dni spokoju.

W każdym razie przyszłość jest mocno niepewna i strasznie mnie to wkurza. Ciężko cokolwiek zaplanować. Trudno umówić się ze znajomymi, choćby na wspólne oglądanie zdjęć z wesela, gdy nie dysponuje się własnym lokum. Nie wiemy, gdzie będziemy mieszkać za pięć dni, na koniec tygodnia czy za miesiąc. 

Najlepiej byłoby tymczasowo zawiesić wszystkie plany, aktywności, granie w D&D, wyjścia na siłownię i każdą chwilę poświęcać na oglądanie mieszkań, tudzież przeglądanie ofert na OLX. Tymczasowa rezygnacja ze wszystkiego byłaby tym lepsza, że nawet dostęp do naszych przedmiotów, jak ubrania, jest utrudniony. Część rzeczy wywieźliśmy do moich teściów na wieś, a część zajęła połowę mojego dawnego pokoju w mieszkaniu rodziców. Wszystko jest maksymalnie poupychane w walizkach, torbach czy kartonach. Najlepiej byłoby tego w ogóle nie ruszać i nic nie wyciągać, ale to niemal nierealne przy próbie prowadzenia względnie normalnego życia, zawierającego choćby chodzenie do pracy. Naprawdę z utęsknieniem wyczekuję momentu, w którym będę mógł rozpakować bagaże i zapełnić rzeczami jakąś szafę jak cywilizowany człowiek.

Takie sobie zadaję pytanie.

Nie chodzi jednak wyłącznie o niewiedzę co dalej. Irytująca jest nie tylko niepewność losu. Wkurzające jest bowiem też to, że nawet nie ma do kogo mieć pretensji. Nie da się stwierdzić, że zaistniała sytuacja to czyjaś wina. Nie ma nikogo, na kogo można by się złościć. Nawet na siebie. My, choćbyśmy chcieli wcześniej rozpocząć poszukiwanie nowego mieszkania, z pewnych powodów nie mogliśmy tego zrobić. Zabraliśmy się za to, gdy tylko zaczęliśmy mieć ku temu odpowiednie warunki.

Z kolei rynek mieszkaniowy po prostu jest jaki jest. Jedni właściciele oferują mieszkania, które nam nie odpowiadają, a inni z kolei mają wymagania, choćby finansowe, których nie chcemy spełniać. Atrakcyjne mieszkania rozchodzą się błyskawicznie, a nowe pojawiają się w swoim tempie. Nikt tu nikomu nie robi przecież na złość. Po prostu każdy chce zrobić jak najlepszy interes dla siebie.

To pewna życiowa nauka. Czasem bywa po prostu tak, że doszło do jakiejś niekorzystnej sytuacji, ale nikt nie jest za to odpowiedzialny. Tak się po prostu potoczyły koleje losu, doszło do pewnego splotu zdarzeń i nagle znaleźliśmy się w pewnym mało atrakcyjnym punkcie. Cóż, w takiej sytuacji trzeba zacisnąć zęby i zabrać się do roboty. Nie warto szukać winnych, których i tak nie ma, a zamiast tego lepiej rozejrzeć się za jak najszybszym i najlepszym rozwiązaniem sytuacji. I tyle.

Utwór na dziś to coś, co możecie znać, ale zapewne nie spodziewaliście się tego tutaj. A jednak:


Życzę Wam dobrego popołudnia, wieczoru i całego tygodnia.

ENG:

Have you ever been homeless? Have you found yourself in a situation where you didn't have anywhere to live? I have. Right now. And honestly, I do not recommend that.

Of course, I'm exaggerating. For some time, my wife and I can take shelter with my parents. However, this is a very temporary solution. This Friday, we have ended the contract of renting one apartment, and we have not yet found a new place. For now, we have seen several apartments and we really liked one, but within a few hours someone had already forestalled us. We rejected other apartments ourselves and some negotiations are underway on one. We went to the in-laws for the weekend and in this way we bought ourselves at least two days of calm.

Anyway, the future is very uncertain and it annoys me terribly. It's hard to plan anything. It's difficult to make an appointment with friends, even to view photos from a wedding together when you don't have your own accommodation. We don't know where we will live in five days, at the end of the week or in a month.

It would be best to temporarily suspend all plans, activities, stop playing D&D or going to the gym and devote every moment to visiting apartments and browsing OLX offers. Temporary giving up everything would be a good idea also because even access to our items, such as clothes, is difficult. Some of the things were taken by us to my in-laws to the countryside, and some took half of my former room in my parents' apartment. Everything is maximally stuffed in suitcases, bags or cartons. It would be best not to move them at all and do nothing, but it is almost unreal when you try to live a relatively normal life, including working. I really look forward to the moment when I can unpack my luggage and fill my wardrobe with things like a civilized man.

However, it's not just about lack of knowledge what to do next. Not only the uncertainty of fate is annoying. It is also irritating that there is no one to blame. It cannot be said that the situation was someone's fault. There is no one to be angry with. Even with ourselves. We, even if we wanted to start looking for a new apartment earlier, could not do it for some reasons. We started doing it as soon as we had the right conditions for it.

In turn, the housing market is just what it is. Some owners offer flats that do not suit us, while others have requirements, e.g. financial ones, which we do not want to meet. Attractive flats diverge quickly and new ones appear at their own pace. Nobody is doing anything to annoy others. Everyone just wants to make the best deal for themselves.

It's a lesson for life. Sometimes it just happens that some inconvenient situation has occurred, but no one is responsible. That is simply what happened, there was a certain combination of events and suddenly we found ourselves at some unpleasant point. Well, in this situation you have to clench your teeth and get to work. It is not worth looking for guilty parties who are not there. Better look for the fastest and best solution to the situation instead. And that's it.

A song for today is something you could know, but you probably didn't expect it here (and it is in Polish). And yet you can find it above.

I wish you a good afternoon, evening and the whole week.

niedziela, 3 lutego 2019

Zrób sobie przerwę.

Take a break. [English version below.]

Ostatnie tygodnie to dla mnie czas dużej ilości pracy. 8h dziennie u klienta to był raczej wyjątek niż standard, a do tego dochodziły kolejne godziny przepracowane wieczorami w domu, a także dokańczenie różnych rzeczy w weekendy. To utrzyma się zresztą przez kolejne tygodnie, a nawet miesiące. Taka praca i pora roku. 

To konieczność i wszyscy o tym wiedzą. Tyle tylko, że nie można przepracowywać się bez przerwy. Inaczej kiedyś człowieka trafiłby po prostu szlag. Dlatego czasem trzeba odpuścić. Powiedzieć sobie: dziś nie siedzę w nadgodzinach. Wyluzować. Niedawno byłem na delegacji. Każdy z zespołu miał sporo roboty - jedni pracowali nad rzeczami z tego wyjazdu, inni kończyli jakieś sprawy z poprzedniego tygodnia. A jednak stwierdziliśmy, że nie można przez cały tydzień siedzieć w hotelu i pracować. Trzeba się z tego wyrwać choć na moment. Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy i dziarsko pomaszerowaliśmy na kręgle. Pozwoliliśmy sobie na godzinny odpoczynek (bardziej dla mózgu niż dla ciała), bo i tak wcześniej i później tego dnia pracowaliśmy.

W zeszłym tygodniu było podobnie. Nadal miałem sporo pracy, choć akurat troszeczkę mniej. Stwierdziłem więc, że życie jest po to, żeby żyć i w środę poszliśmy z Lubą Mą na randkę. Kolacja, kino i światła miasta. Dzień później miałem już dylemat. Byłem umówiony z kumplem na wieczór, na Bitwę Piwowarów w katowickiej Absurdalnej. To impreza, w ramach której 5 browarów domowych prezentuje piwo swojej produkcji w określonym stylu, a publiczność wybiera 2 najlepsze z nich. Bardzo chciałem wziąć w tym udział, ale wracając z pracy do domu stwierdziłem, że nie dam rady, bo mam sporo do zrobienia. Zadzwoniłem więc do kumpla i poinformowałem go o tym. A potem zacząłem myśleć. Zwłaszcza o tym, że praca to nie wszystko. 10 minut później byłem już w domu i znów zadzwoniłem do kumpla, tym razem z informacją, że jednak się spotkamy.

Najlepsza decyzja. Spędziłem w pubie jakieś dwie godziny, odrywając myśli od Excela, dokumentacji i tak dalej. I tak pracowałem w domu tego dnia, godzinę przed wyjściem i godzinę po powrocie. Przynajmniej nie był to jednak ciągły maraton. Dzięki temu po tej przerwie można było na część spraw spojrzeć na świeżo. To pomogło. W ostatecznym rozrachunku i tak musiałem zrezygnować z czegoś innego tego dnia, ale przynajmniej nie było to spotkanie z kumplem.

Różne sposoby na przerwę...

To nieszczególnie odkrywcze, ale nie można tylko pracować. To znaczy: można, ale nic dobrego z tego nie wyniknie. Może osiągnie się sukces, ale okupiony wyczerpaniem nerwowym. Praca nie jest przecież sensem życia. Jest środkiem do osiągania innych rzeczy. Owszem, może być najważniejszą rzeczą, jeśli jest jednocześnie czyjąś pasją. Nie czarujmy się jednak, to rzadkość. I nawet nie chodzi o to, że większość ludzi nie znosi swojej działalności zarobkowej. Ja na przykład bardzo lubię swoją pracę. Lubię:

  • ludzi, którzy ze mną pracują, 
  • to, że cały czas uczę się czegoś nowego, 
  • fakt, że często jest wyzwaniem, wymagając wymyślenia lub zaplanowania czegoś,
  • to, że poznaję mnóstwo ludzi, biznesów, rozwiązań,
a także wiele innych rzeczy. Nie zmienia to jednak faktu, że wolę spędzić czas z przyjaciółmi lub z miłością mojego życia niż dziesiątą czy jedenastą godzinę ślęczeć przed komputerem nad dokumentacją. I rozumiem, że czasem to konieczność. Rozumiem też jednak to, że nie da się tak bez przerwy. 

Dlatego właśnie jestem zdania, że zawsze trzeba sobie stawiać granice. Wiedzieć, kiedy powiedzieć do siebie: "Dość. Dzisiaj/w ten weekend już więcej nie pracuję." Trzeba szanować swój czas, nerwy, zdrowie psychiczne i wiedzieć, kiedy należy sobie pozwolić sobie na odrobinę relaksu. To zwykły zdrowy rozsądek. A wy? Jakie macie podejście do dużej ilości pracy? Wypracowaliście sobie podejście? Dajcie znać!

Utwór na dziś? Chyba nie ma nic wspólnego z tym wpisem. Chyba nie jest w moim stylu. A jednak mnie urzekł:


Dobrego tygodnia!

ENG:


Last weeks were a time of a lot of work for me. 8h a day at the client's was rather an exception than the standard, and this was followed by working hours spent in the evenings at home, as well as the finishing various things on the weekends. This will last for weeks or even months. Such a work and a season.

It's a necessity and everyone knows it. It's just that you cannot overwork yourself without a break. Otherwise, you could just kill yourself. That's why sometimes you have to let it go. To tell yourself: I am not working overtime today. To chill out. Recently I was in a delegation. Each of the team members had a lot of work - some of them were working on things from this delegation, others were finishing some issues from the previous week. And yet we've decided that no one can sit in a hotel and work all week. You have to break out of it for at least a moment. As we thought, we did it and briskly marched on bowling. We allowed ourselves an hour's rest (more for the brain than for the body), because we were working earlier and later that day.

Last week it was similar. I still had a lot of work, although just a little less. So I decided that life is about living and we went on a date with My Darling on Wednesday. Dinner, movie and the city lights. A day later I had a dilemma. I was set with a friend for the evening, for the Battle of Brewers in Absurdalna in Katowice. This is an event in which 5 home brewers present their beer in a specific style, and the audience chooses the 2 best ones. I really wanted to take part in it, but coming home from work I said I could not do it because I had a lot work. So I called my buddy and informed him about it. And then I started thinking. Especially that work is not everything. 10 minutes later I was at home and I called my friend again, this time with the information that we will meet.

The best decision. I spent about two hours in the pub, not thinking about Excel, documentation and so on. I still worked at home that day, an hour before I left and an hour after my return. At least, however, it was not a continuous marathon. Thanks to this, after a break, I could look at some of the issues freshly. It helped. In the final analysis, I had to give up something else that day, but at least it was not a meeting with a friend.

It's not really revealing, but you cannot only work. Well, you can, but nothing good will come of it. Maybe success will be achieved, but it will be burdened with nervous exhaustion. Work is not the meaning of life. It is a means to achieve other things. Yes, it can be the most important thing if it is also someone's passion. However, let's not be deluded, it's a rarity. And it's not even about the fact that most people do not like their gainful activities. For example, I really like my job. I Like: 
  • people who work with me,
  • that I'm learning something new all the time,
  • the fact that it is often a challenge, requiring you to invent or plan something,
  • that I meet a lot of people, businesses, solutions,
and many other things. However, it does not change the fact that I prefer to spend time with friends or with the love of my life than sit with a computer and read over the documentation  for the tenth or eleventh hour. And I understand that sometimes it's a necessity. I also understand that it is impossible to do so without a break.

That is why I am of the opinion that you always have to set limits. you have to know when to say: "Enough. Today / this weekend I do not work anymore." You have to respect your time, nerves, mental health and know when to afford yourself a little relaxation. It's common sense. And you? What is your approach to a large amount of work? Have you worked out an approach? Let me know!

A song for today? I guess it has nothing to do with this entry. I do not think it's in my style. And yet it charmed me. You can find it above.

Have a nice week!

niedziela, 23 grudnia 2018

Przypadkowe spotkania.

Accidental meetings. [English version below.]

W miniony piątkowy wieczór ruszyliśmy ze znajomymi z pracy w miasto. Powoli zaczyna się z tego robić nowa, przedświąteczna tradycja. Zaczęliśmy od w miarę spokojnego pubu, a potem spróbowaliśmy wejść do pierwszego klubu, ale był już tam za duży tłum. Pokręciliśmy się więc po centrum i usiedliśmy w innej knajpie. Później na moment trafiliśmy do innego klubu, wysłaliśmy niektórych do domu i na sam koniec ostatnimi niedobitkami dotarliśmy do mieszkania znajomych mojej znajomej, gdzie nakarmiliśmy ich koty i usnęliśmy.

W każdym razie w trakcie tej imprezy, w knajpie na ulicy Mariackiej, gdy rozmawiałem z kimś z mojego towarzystwa czy coś w tym rodzaju, niespodziewanie ktoś się ze mną przywitał. Okazało się, że miejsca przy stole obok zajęła grupa, wśród której znalazło się dwóch moich znajomych. Chodzili do równoległej klasy w liceum i mieliśmy razem WF. Znalazł się tam też młodszy brat jednego z nich, którego również kojarzyłem ze szkoły. 

Usiadłem więc z nimi, jak mi się wydawało, na moment i zaczęliśmy rozmawiać. Co prawda jednego z nich spotkałem jakiś czas temu w pociągu relacji Warszawa-Katowice, ale wtedy zamieniliśmy dosłownie ze dwa zdania, bo na więcej nie było czasu, a reszty nie widziałem może nawet od liceum. Teraz mieliśmy więcej czasu. Mówiliśmy więc o tym, co każdy z nas robi w życiu zawodowym i prywatnym, co się pozmieniało itd. Potem zaczęliśmy dyskutować o wspólnych znajomych, o tym, kto i gdzie pracuje, a kto robi doktorat itp. Nim się zorientowałem, minęło przynajmniej pół godziny, a może i więcej. W każdym razie przegapiłem wszystkie shoty, które wypili tam moi towarzysze.

A to akurat z nieprzypadkowego spotkania...

Uwielbiam takie przypadkowe spotkania. Pozwalają zdobyć informacje. Podzielić się nimi. Pozwalają prześledzić jak toczą się losy ludzi, którzy w pewnym momencie mieli podobne doświadczenia. Umożliwiają zobaczenie, jaki kto miał lub ma pomysł na swoje życie i jak mu idzie. Dają podstawę do gdybania. Do spekulacji. Czasem pojawiają się też wspomnienia. Takie spotkania pełnią też rolę przypomnienia, mówiąc o tym, jaką ma się historię, skąd się pochodzi i kogo się tam poznało. Mogą być powodem refleksji nad sobą samym i tym, kim się jest dzisiaj i dlaczego.

A to wszystko z powodu przypadkowego spotkania przy piwie!

Swoją drogą urzeka mnie to, jak bardzo świat jest mały (a może tylko tak mi się wydaje). Bo w końcu jaka jest szansa, że ktoś znajomy zajmie stolik akurat w tej samej knajpie, akurat obok Ciebie? Nikła, a jednak tak się dzieje. A takich sytuacji było więcej. W tym samym lokalu spotkaliśmy innego znajomego z pracy, pracującego na znacznie wyższym stanowisku. Okazało się też, że inny znajomy zabrał ze sobą swojego kumpla, a ten studiował z inną obecną tam koleżanką. Ją zresztą pożegnaliśmy jakoś w środku nocy, po czym rano spotkaliśmy ją znów w innym miejscu centrum, gdy załatawiała swoje sprawy. Coś dużo tych przypadków...

Żeby wrzucić do tego jeszcze jeden kamyczek: tydzień temu organizowałem wieczór kawalerski. Zebrałem wszystkich gości zgodnie ze wskazaniami przyszłego pana młodego i już na miejscu okazało się, że dwóch z nich nie wiedziało nawzajem o swojej obecności na tej imprezie, a znają się jeszcze z licealnej drużyny siatkówki. Obaj byli zaskoczeni obecnością tego drugiego na imprezie.

Świat jest naprawdę mały. Jeszcze jedna anegdota na koniec: kumpel niebawem wyjeżdża do Holandii pracować jako inżynier. Razem z nim ma zacząć tam pracę jakiś inny gość, z Warszawy. I: szybki research pokazuje, że zna go nasza koleżanka z klasy w liceum. No jaka jest szansa?! 

W Polsce żyje przeszło 400 tys. ludzi dokładnie w moim wieku (wczoraj się nad tym zastanawialiśmy i dzisiaj specjalnie sprawdziłem w GUS). To dużo. Te wszystkie przypadki wydają się mało prawdopodobne. A jednak ciągle się zdarzają! Może więc to wcale nie są przypadki i każde takie spotkanie jest po coś? Może trzeba próbować coś z nich wyciągać? Może jakieś wnioski? Pewnie to bzdura, ale... Wszystko, co nas spotyka, można próbować przekuć w coś pożytecznego.

Akcent muzyczny? Niech będzie coś w temacie:


Dobrego wieczoru i tygodnia! Na życzenia świąteczne jeszcze za wcześnie. Tymczasem zwracajcie uwagę na przypadki!

ENG:

Last Friday we met downtown with friends from work. A new pre-Christmas tradition is slowly starting to form. We started with a fairly quiet pub, and then we tried to enter the first club, but there was already too much crowd there. So we hung around in the center for a while and then sat in another pub. Later we came to another club for a moment, we sent some of our people home and at the end as the last survivors we reached the apartment of friends of my friend, where we fed their cats and fell asleep.

Anyway, during this event, in a bar on Mariacka Street, when I was talking to someone from my companionship or something like that, unexpectedly someone greeted me. It turned out that the table next to the our table was occupied by a group, among whom there were two guys I know. They were in my year (but in different class) in high school and we had PE together. There was also a younger brother of one of them, whom I also know from school.

So I sat down with them, as it seemed to me, for a moment and we started talking. Well, I met one of them some time ago on the Warsaw-Katowice train, but we almost only said hi, because there was no more time. I haven't seen the rest probably since high school. This time we had more time. So we talked about what each of us does in professional and private life, what has changed, etc. Then we started discussing mutual friends, who works and where and who does the PhD, etc. Before I knew it, half an hour passed or maybe even more. In any case, I missed all the shots that my companions drank there.

I love such accidental meetings. They let you get information or share them. They let you trace the lifes of people who have had similar experiences at some point. They allow you to see who had or has an idea for life and how it goes. They give the basis for guessing. For speculation. Sometimes memories also appear. Such meetings also serve as a reminder, telling you about your history, where you come from and who you met there. They can be a reason to reflect on yourself and who you are today and why.

And all this because of accidental meeting over beer!

By the way, I am captivated by how small the world is (or maybe it just seems to me). Because in the end, what is the chance that a guy you know will occupy a table just in the same pub, just next to you? It is faint, but it is happening. And there were more such situations. In the same place we met another friend from work, working in a much higher position. It also turned out that another friend took with him his friend, and he studied with another female friend present there. We said goodbye to her somehow in the middle of the night, and then in the morning we met her again in a different place of the downtown, when she settled her affairs. That is a lot of accidents...

One more example: I organized a bachelor party a week ago. I gathered all the guests according to the indications of the future groom and it turned out that two of them did not know about the presence of each other at this event, but they know each other from high school volleyball team. Both were surprised by the other's presence at the party.

The world is really small. One more anecdote at the end: my friend is going to work as an engineer in Netherlands soon. Together with him, another guy, who is from Warsaw, will start work there. And: fast research shows that our female classmate in high school knows him. Well, what's the chance?!

In Poland live over 400,000 people exactly of my age (yesterday we were talking about it and today I checked it in the CSO). That's a lot. All these accidents seem unlikely. And yet they still happen! So maybe they are not accidents at all and every such meeting is for something? Maybe you have to try to draw something out of them? Maybe some conclusions? Probably it is nonsense, but ... You can try to convert everything that meets you, into something useful.
Song for today? It is a little bit related to this text. You can find it above, but you have to know polish.

Have a good evening and a week! It is still too early for Christmas wishes. In the meantime, pay attention to accidents!

niedziela, 9 grudnia 2018

Zarządzanie przez chaos.

Management through chaos. [English version below.]

Idzie nowe. Za 23 dni zaczniemy rok 2019. To dobry moment na pomyślenie o postanowieniach noworocznych. Ja raczej tego nie robię. Po pierwsze, zmiany w swoim życiu można zaczać wprowadzać w dowolnym momencie i jeśli już coś przyjdzie mi do głowy, to na ogół tak robię. Po drugie, postanowienia noworoczne rzadko kiedy działają. Szybko upadają. Wystarczy prześledzić ruch na siłowni w poszczególnych miesiącach. W lutym nie ma śladu po styczniowych tłumach. Mam tylko jeden pomysł na postanowienie, ale tym razem chyba nawet nie spróbuję. To...

Prowadzenie zorganizowanego i widzialnego planu

Mam tu na myśli plan dnia/tygodnia/miesiąca/roku. Dla jasności: planuję na bieżąco, co kiedy zrobię, ale plany te na ogół istnieją jedynie w mojej głowie i nie rozpisuję ich w żaden sposób. Wspieram się jedynie drobnymi listami zadań. Gdy wiem, że kolejnego dnia czeka mnie sporo rzeczy do zrobienia, to czasem wieczorem spisuję je i szacunkowe godziny, w których poszczególne punkty zostaną zrealizowane. W pracy na ogół na początku tygodnia dostaję listę spraw do załatwienia w związku z danym projektem i na niej pracuję, co najwyżej przypisując priorytety poszczególnym pozycjom. Gdy mam natomiast umówione z kimś spotkanie służbowe na konkretną godzinę, czasem korzystam z wbudowanego w Outlooka kalendarza. Po prostu ryzyko, że w natłoku pracy zapomniałbym o zaplanowanej rozmowie, jest zbyt duże.
To wszystko jednak rozwiązania doraźne, na konkretną sytuację. Nie prowadzę całościowego kalendarza, czy to w formie fizycznej, czy wirtualnej, bo po prostu nie potrafię. Kiedyś udawało mi się to chyba przez kilka miesięcy, ale potem temat upadł. Nawet nie wiem, kiedy to się stało. Nie pamiętałem po prostu o wpisywaniu planowanych wydarzeń do kalendarza, chociaż o nich samych raczej nie zapominałem.
Efektem jest swego rodzaju zarządzanie przez chaos. Pozornie istnieje bowiem plan, ale funkcjonuje on jedynie w obrębie mojej niedoskonałej pamięci. Ryzyko, że w niezauważony sposób ulegnie modyfikacjom, przesunięciom lub w ogóle coś z niego zniknie, a coś innego nawet się w nim nie znajdzie, jest całkiem spore.

Ładne pomoże?

Jak wspomniałem, próbowałem już prowadzić stały kalendarz. Gdy studiowałem, starałem się wykorzystać do tego uczelniane kalendarze. Były całkiem estetycznie zrobione, miały sudoku czy inne atrakcje, ale przede wszystkim sporo miejsca na moje rozległe, dysleksyjne pismo, więc mogłem tam spokojnie wpisać wszystkie plany na dany dzień. Wręcz chciało się je mieć, nosić i korzystać. I starałem się, wpisałem wszystkie ważne urodziny, a potem na bieżąco uzupełniałem zawartość o umówione spotkania. Próbowałem też regularnie tam zaglądać i sprawdzać, co jest zaplanowane na kolejny dzień. I co z tego? No właśnie nic. Tak jak napisałem, zawsze po jakimś czasie orientowałem się, że w sumie to już nie prowadzę kalendarza. Że ostatni zapis został dokonany bardzo dawno temu. To tylko sprawiało, że się dodatkowo irytowałem, a przecież potrafię zepsuć sobie humor i bez tego. Jestem więc zniechęcony do podejmowania kolejnej próby, niezależnie od tego czy to przy okazji nowego roku, czy nie.

Ale...

Zawsze jest jakieś ale. Nie pałam entuzjazmem do ponownego zmierzenia się z tematem kompleksowego planowania swojego czasu w uporządkowany sposób. Przeczuwam, że będzie to kolejna porażka, ale dostałem ostatnio w prezencie Ogarniacz. To skrzyżowanie książki z kalendarzem, a otrzymałem go z okazji obronienia mojej pracy magisterskiej.

Ogarniacz.

Może podejmę próbę prowadzenia go. W końcu ładnie wygląda, a poza tym cały zachęca do regularności. Przeczytanie treści na dany miesiąc, zawierającej wskazówki jak ogarnąć swoje życie, może iść w parze z uzupełnieniem kalendarza na ten czas. Poza tym dla każdego dnia przygotowano miejsce na wpisanie priorytetów, odhaczanie ilości wypitych szklanek wody, zaznaczenie swojego samopoczucia na skali i inne. To drobiazgi, ktoś może powiedzieć, że głupotki, ale mogą one zachęcić do regularnego zaglądania do Ogarniacza. Właśnie czegoś takiego potrzebuję, bo w kwestii ogarniania własnego życia póki co regularnie udaje mi się tylko monitorować wydatki. Zresztą to wyłącznie dlatego, że po prostu lubię się bawić Excelem. Prowadzenie kalendarza leży i monitorowanie czasu razem z nim. Życzcie mi więc sił do podjęcia kolejnej próby i powodzenia!

A jak jest z Wami? Prowadzicie kalendarze? Wolicie wirtualne czy fizyczne? Macie jakieś sposoby na pamiętanie o uzupełnianiu i sprawdzaniu ich? A może pozwalacie chaosowi przejąć stery? Dajcie znać! 
Tymczasem zostawiam Was z piosenką na dziś. To utwór, który Spotify podaje jako najczęściej słuchany przeze mnie w tym roku (w związku z tym mógł się już tu kiedyś pojawić):


Dobrego (i dobrze zaplanowanego) wieczoru i tygodnia!

ENG:

The new is coming. In 23 days we will start the year 2019. This is a good time to think about the New Year's resolutions. I rather do not do it. First of all, changes in one's life can be started at any time, so if anything comes to mind, I usually do it at that moment. Second, the New Year's resolutions rarely work. They end quickly. To see it just track the movement in the gym in individual months. In February there is already no trace of the January's crowds. I have only one idea for the resolution, but this time I will probably not even try. This is...

Keeping an organized and visible plan

I mean the plan of the day / week / month / year. For clarity: I plan on a regular basis, what and when I'm gonna do, but these plans usually exist only in my head and I do not write them down in any way. I'm just supporting myself with small task lists. When I know that a lot of things are waiting for me the next day, sometimes in the evening I write them and the estimated hours in which the individual points will be done down .At work, usually at the beginning of the week I get a list of things to do in relation to a given project and I work on it, at most assigning priorities to individual items. When I have an appointment set for a specific time, sometimes I use the calendar built in Outlook. Just the risk that I would forget about the planned conversation when dealing with plethora of work is too big.
However, these are all ad hoc solutions for specific situations. I do not have a complex calendar, whether in physical or virtual form, because I just can not. I used to do it for a few months, but then it fell. I do not even know when it happened. Simply I did not remember about entering planned events into the calendar, although I was rather not forgetting about them.
The result is a kind of management through chaos. Well, there is a plan, but it exists only within my imperfect memory. The risk of unnoticed modifications, shifts or something disappearing at all and something not even appearing in it is quite big.

Beautiful item will help?

As I mentioned, I tried to keep a permanent calendar. When I was studying, I tried to use university calendars for this. They were quite aesthetically done, they included sudoku or other attractions, but most of all they had a lot of space for my extensive, dyslexic writing, so I could easily write in there all the plans for the day. It was quite convinient to have, carry and use them. And I tried, I wrote down all the important birthdays and then I regularly updated the content with dates of appointments. I also tried to look there regularly and check what is planned for the next day. And what? Well, nothing. As I wrote, I was always realising after some time that I've already stopped updating the calendar. That the last entry was made a very long time ago. It was only making me irritated and I am able to mess up my mood even without it. I am therefore discouraged from making another attempt, regardless of whether it is together with the new year or not.

But...

There is always some "but". I have not been enthusiastic about reconsidering the subject of comprehensive planning of my time in an orderly way. I sense that it will be another defeat, but recently I got the Ogarniacz (from the word "ogarniać", which can mean "to manage succesfully") as a gift. This is something between the book and the calendar, and I received it because of defending my master's thesis.
Maybe I will try to complement it. In the end it looks nice, and besides, as the whole it encourages regularity. Reading the content for a given month, containing tips on how to manage your life successfully, can go hand in hand with complementing the calendar for that time. In addition, there are prepared spaces for entering priorities, counting the number of drank glasses of water, marking your mood on the scale and others for each day. These are small things, someone can say that they are stupid, but they can encourage to use the Ogarniacz on a regular basis. I need something like that because in the matter of managing my own life I'm only able to monitor expenses on a regular basis. And that is only because I just like to play with Excel. Keeping the calendar is a disaster and same is with monitoring the time. So please, wish me strength to make another attempt and wish me the success with it!
And how does it work for you? Do you complement calendars? Do you prefer virtual or physical ones? Do you have any ways to remember about completing and checking them? Or maybe you let the chaos take over control? Let me know!
In the meantime, I leave you with a song for today. This is a song that Spotify claims to be the most often listened by me this year (hence it may have already been here someday). You can find it above.

Have a good (and well-planned) evening and the week!

niedziela, 2 grudnia 2018

Sprezentuj prezent.

Give a gift. [English version below.]

Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta... Z tej okazji kilka słów o powiązanym z nimi temacie. Nie będę pisał rodzinnej atmosferze, poczuciu wspólnoty itd. O tym wszystkim na pewno się już naczytaliście albo jeszcze Was dopadną teksty na ten temat. Skupmy się natomiast na materialnym aspekcie.

Prezenty. Nie są najważniejsze, ale jeśli już się pojawiają, to ważne, żeby były trafione. Jak wymyślić dobry prezent dla jakiejkolwiek osoby (nie tylko na Boże Narodzenie)? Jeśli zna się ją dobrze, to czasem da się wymyślić coś samemu. Gdy człowiek natknie się akurat na coś sensownego w sklepie, to może sam stwierdzić, że to będzie odpowiedni prezent. Gorzej, gdy akurat nie natrafi się na nic takiego.

Problem z wymyśleniem prezentu wcale nie musi oznaczać, że słabo zna się daną osobę, jej gust czy zainteresowania. Wiem, bo nawet gdybym miał kupować prezent sam sobie, to mógłbym mieć problem. Jedna rzecz marzy mi się od dwóch lat, ale nie wiem, czy mój komputer jest do niej przystosowany, a poza tym mógłbym dostać jakieś płyty lub inne drobiazgi. Po prostu nie mam szczególnych potrzeb w zakresie posiadania rzeczy.

Ale pakowanie jest najgorsze!

Szukając pomysłu na udany prezent zawsze można zapytać wprost osobę, która ma zostać obdarowana, co chciałaby dostać. O ile jednak uważam to za rozwiązanie bardzo dobre w przypadku na przykład urodzin, to ze świąt zabiera moim zdaniem ono trochę magii. Przecież prezenty przynosi... No właśnie, kto? Jako osoba pochodząca z rodziny ślasko-warszawskiej postanowiłem ostatnio pogodzić dwa sprzeczne przekazy w tym zakresie i stwierdziłem, że Św. Mikołaj zbiera listy do niego podczas wizyty 6 grudnia, przekazuje je Dzieciątku, a ono 24 grudnia samo albo z dalszą asystą świętego przynosi prezenty.

To o tyle ważne, że ja i moi rodzice nadal co roku piszemy listy do Św. Mikołaja i zostawiamy je na parapecie. Znika list taty, znika list mamy, znika mój, potem dzieje się magia i w wigilię pod choinką pojawiają się prezenty. W pewnym sensie święta nadal są takie jak kiedyś.

Uważam to za bardzo elegancki sposób na przekazanie informacji o tym, co chciałoby się dostać. Żadnego mówienia wprost, jedynie klasyczny i stylowy list. Oczywiście ma on zastosowanie tylko w przypadku świąt Bożego Narodzenia.

Na inne okazje są inne metody. Ja i Luba Ma wymyśliliśmy (a w zasadzie to chyba był jej wyłączny pomysł), że po ślubie w naszym mieszkaniu zawiśnie tablica przedzielona na pół, na której każde z nas będzie wpisywać pomysły na prezenty dla siebie. Trudno bowiem wymyślić coś ot tak, gdy ktoś nagle zapyta, co chciałoby się dostać. Na tablicy natomiast będzie można zapisywać wszelkie rzeczy, które wpadną nam w oko podczas zakupów czy buszowania w internecie. To taka forma ogólnodostępnego notesiku. Bardzo się cieszę na to rozwiązanie.

Oczywiście są też inne sposoby. Można dawać prezenty uniwersalne, można nie dawać ich w ogóle. Można losować. Spotykając się co roku ze znajomymi w wigilię (już po spędzaniu jej w gronie rodzinnym) właśnie tak robimy. Każdy przynosi po prostu coś drobnego, a potem z całej puli losuje prezent dla siebie.

A jakie wy macie podejście do prezentów? Pytacie? Piszecie? Spisujecie? Kto u Was przynosi prezenty w Boże Narodzenie? Co chcielibyście dostać. Dajcie znać! Zostawiam Was z zupełnie nieświątecznym utworem:



Dobrego wieczoru i tygodnia. I pamiętajcie: coraz bliżej święta, coraz bliżej święta...

ENG:

Christmas is coming, Christmas is coming, ... On this occasion, a few words about the topic related to it. I will not write about the family atmosphere, a sense of community, etc. You have probably already read about all this or you will read about it soon. Let us focus on the material aspect.

Gifts. They are not the most important, but if they appear, it is important they should be adequate. How to come up with a good gift for a particular person (not only for Christmas)? If you know him/her well, sometimes you can come up with something yourself. When you encounter something sensible in the store, you can say that it will be the right gift. Worse, when you do not encounter anything like that.

The problem with finding a gift does not necessarily mean that a given person's taste or hobbys are poorly understood. I know, because even if I had to buy a gift to myself, I could have a problem. There is one thing I've been dreaming of for two years, but I do not know if my computer is adapted to it, and besides, I could receive some CDs or other things. I just do not have special desires in terms of possessing things.

When looking for an idea for a successful gift, you can always ask directly the person who is about to receive it, what she or he would like to get. However, I think that this is a very good solution in case of, for example, a birthday, but applied to Christmas it takes a part of magic away. After all, the presents are brought by... Well, by who? As a person coming from the family of Silesia and Warsaw, I recently decided to reconcile two contradictory opinions in this matter and stated that St. Nicholas collects letters to him during the visit on December 6, he passes them to the Child Jesus, and he on December 24 alone or with the further assistance of the saint brings gifts.

It is important, because my parents and I continue to write letters to St. Nicholas and leave them on the windowsill every year. The dad's letter disappears, my mother's letter disappears, my letter magicly disappears, then magic happens, and presents appear on the Christmas eve next to the Christmas tree. In a sense, holidays are still as it once was.

I find this a very elegant way to provide information about what you would like to get. No direct answers, just a classic and stylish letter. Of course, it only applies to Christmas.

There are other methods for other occasions. Me and My Darling decided (and in fact, it was probably only her idea) that after the wedding in our apartment there will hang a blackboard divided in half, where we will be writing in ideas for gifts for ourselves. It is difficult to think of an idea just like that when someone suddenly asks what you would like to get. On the board, however, you will be able to save all the things that fall into your eye when shopping or surfing on the internet. It is a form of a widely available notepad. I am very happy for this solution.

Of course there are other ways. You can give universal gifts, you can give up giving them at all. You can draw them. While we meet every year with friends on Christmas Eve (after spending it in the family circle), we do it. Everyone brings something nice, and then he or she draws a gift for himself or herself from the whole pool.

And what is your approach to the gifts? You ask? You write? You list? Who brings you presents at Christmas? What would you like to get? Let me know! I leave you with a completely non-Christmas song, which you can find above

Have a good evening and a week. And remember: Christmas is coming, Christmas is coming...

sobota, 12 maja 2018

Wehikuł czasu.

Time machine. [English version below.]

Dzień dobry, cześć, czołem!

Wczoraj. Sobota. Pierwszy z ostatnich 4 dni zajęć na moich studiach magisterskich. Wracałem już do domu, całkiem zadowolony z życia, słoneczko świeciło, a w słuchawkach grała muzyka. Boże, błogosław Spotify! Nagle, jako kolejna propozycja na przygotowanej dla mnie przez algorytmy playliście, wybrzmiało to:


Coma. Piosenka pt. Angela. Nie byle wykonanie jednak, a wersja koncertowa z Przystanku Woodstock 2014. W tym momencie już całkiem rozpłynąłem się z zachwytu.

Dlaczego? Bo byłem tam. Byłem na tym koncercie. Był fantastyczny, jeden z najlepszych, na jakich kiedykolwiek się znalazłem, wliczając w to występy zagranicznych gwiazd. Energia ze strony wokalisty i publiczności to rzecz nieporównywalna z niczym innym. Kilkaset tysięcy osób na woodstockowym polu bawiło się wspaniale. Wcale nie przesadzam z liczbą - wówczas miało się wrażenie, że na ten koncert ze swoich namiotów wypełzli wszyscy. Porównywalne natężenie ludzi widziałem tylko podczas występu Nocnego Kochanka (humorystycznej wersji Night Mistress) w zeszłym roku. To było coś.

Ależ to był piękny koncert!

To były zresztą wspaniałe czasy. 4 lata. Niby niedużo, a przez taki okres może się zmienić niemal wszystko. Studia. Sytuacja zawodowa. Poziom zaawansowania związku. Znacznie więcej, ale nie w tym przypadku. Generalnie uważam, że najlepszy moment mojego życia to bieżący moment. Niemniej jednak wtedy, podczas wakacyjnej beztroski, też było wspaniale, a pod pewnymi względami pewnie nawet lepiej. Brak stresu. Mnóstwo czasu na wszystko. Ciągła zabawa.

Nie dziwne więc, że próbuję wrócić. Uda mi się to. Na pewno wrócę do tego wspaniałego czasu, gdy w te wakacje znów pojadę na ten festiwal, niestety występujący już pod inną nazwą. Urlop dawno mam zaplanowany. To moje miejsce na ziemi. Do tego czasu jednak też mogę regularnie odbywać podróż w czasie. Właśnie poprzez muzykę. Dostępne choćby na Spotify pełne nagranie tego koncertu to mój mały, prywatny wehikuł czasu. Dobrze, że go mam!

A wy? Pewnie też macie momenty, do których chcielibyście wrócić lub przynajmniej odtworzyć je możliwie najwierniej. Stworzyliście już własne sposoby, żeby przenieść się w czasie? Warto.

Limit piosenek na jeden wpis jest już wyczerpany, zatem to wszystko na dziś. Dobrego tygodnia!

ENG:

Good morning, hello, hi!

Yesterday. Saturday. The first of the last 4 days of classes in my master's studies. I was on my way back home, quite happy with my life, the sun was shining and music played in the headphones. God bless Spotify! Suddenly, as another item in the playlist prepared for me by the algorithms, song posted above appeared.

Band: Coma. Song: Angela. Not an ordinary performance, but a concert version from Woodstock Music Festival 2014. At this point, I became totally delighted.

Why? Because I was there. I was at this concert. It was fantastic, one of the best I've ever taken part in and that's including the performances of foreign stars. The energy of the vocalist and the audience was incomparable to anything else. Several hundred thousand people on the festival field were enjoying themselves wonderfully. I am not exaggerating with the number at all - then I had the impression that everyone had crawled out of their tents. I saw the comparable amount of people only during the performance of the Nocny Kochanek (funny version of Night Mistress) last year. It was huge.

These were great times indeed. 4 years passed. It's not much, but almost everything can change during that period. Studies. Occupational situation. The level of advancement of the relationship. Much more, but not in this case. In general, I think that the best moment of my life is the current moment. Nevertheless, that time, during the carefree holiday, was also great, and in some aspects probably even better than the present. Lack of stress. Plenty of time for everything. Continuous fun.

No wonder, then, that I am trying to come back. I will succeed. I will definitely come back to this wonderful time when I will go to this festival (unfortunately under a different name) again this summer. I have already planned a vacation at work. This is my place on earth. Until then, however, I can also travel regularly in time. Just through music. The full recording of this concert, available even for Spotify, is my little private time machine. It's good that I have it!

And you? Probably you also have the moments to which you would like to come back or at least recreate them as faithfully as possible. Have you already created your own ways to move in time? You'd better do!

The limit of songs per text is already used, so that's all for today. Have a good week!