Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zakupy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zakupy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 marca 2020

Dwie perspektywy.

Two perspectives. [English version may be added later.]

Wczoraj na zakupach spotkaliśmy znajomą, która pracuje w pewnym sklepie z tzw. home decor, czyli artykułami wyposażenia wnętrz. Pokazała nam różne drobiazgi, a wśród nich miękką i uroczą maskotkę królika. Wskazała nam jednak, że z zabawką tą coś poszło nie tak: mianowicie zwierzak oczy i nos miał na jednej wysokości, co sprawiało, że królik wyglądał na zdeformowanego. Niby wyglądał uroczo, ale trochę głupia sprawa.

Przyjrzałem się jednak maskotce uważniej, spojrzałem na nią pod innym kątem i nagle okazało się, że królik wcale nie jest zdeformowany, a wygląda jak groźny gangster, szef mafii, ktoś, kto mocno się wkurzył i zaraz każe swoim cynglom odstrzelić Twój głupi łeb.

Widzicie?

Ta pozornie głupia angedotka niesie jednak za sobą pewną treść. Jaką? Taką, że czasem obie strony mają rację. Królik jest jednocześnie zdeformowany i ma wygląd groźnego gangusa - wszystko zależy od tego, jak się na niego spojrzy. Perspektywa ma znaczenie. To jak w tej popularnej grafice, w której coś wydaje się kołem lub kwadratem, a tak naprawdę jest walcem z jednej strony rzucającym cień w kształcie koła, a z drugiej w kształcie kwadratu. Obie strony mają rację.

Tyle tylko, że to też nie jest reguła. Odmienne perspektywy odmiennymi perspektywami, ale wcale nie musi być tak, że obie strony mają rację. Ktoś może po prostu się mylić. Na przykład wczoraj w swoich mediach społecznościowych śmiałem się z ogłoszenia, że w pewnym sklepie wykupiono wszystkie środki antybakteryjne. Przyczyną jest oczywiście koronawirus i śmiałem się, z tego, bo przecież bakterie i wirusy to co innego. Tyle tylko, że jak mi szybko uświadomiono, nie oznacza to wcale, że środki antybakteryjne nie mogą zadziałać na wirusa. Wygłupiłem się trochę.

Okazuje się, że środki antybakteryjne to nawet przesadzona reakcja na koronawirusa. Zwykła higiena powinna wystarczyć. W związku z tym paniczne wykupywanie takich środków przez masy nadal jest zabawne, ale już nie jako świadectwo braku wiedzy biologicznej a wyolbrzymienia i braku spokojnej refleksji. To może jednak na tę sprawę też można różnie spojrzeć? Z jednej strony to działania, które można uznać za sensowne, ale z drugiej strony są mocno przesadzone. Gdzie leży prawda? Znowu pośrodku?

Idąc tym tropem można by zmierzać do przekonania, że dosłownie każda rzecz zależy od perspektywy i jest względna, a zatem biec radośnie w stronę relatywizmu. Cóż... Wydaje mi się, że jednak nie na wszystko da się spojrzeć na kilka sposobów. Są poglądy, zachowania czy zbrodnie nie do obronienia z żadnej perspektywy. Zdumiewające jest jednak to, że kwestii, na które można spojrzeć na kilka sposobów, jest całe mnóstwo. Wydaje się nawet, że taka jest zdecydowana większość wszystkiego. Co sądzicie? Napiszcie, jeśli chcecie.

Tymczasem zostawiam Was z bardzo przyjemnym utworem z zeszłego roku:


To chyba tyle. Dobrego tygodnia! Pamiętajcie, że inni mogą patrzeć na rzeczy z innej perspektywy niż wy. To nie znaczy, że mają rację, ale nie znaczy też, że jej nie mają. Rozpatrujcie każdy przypadek osobno. Miejscie otwarte, ale nie puste głowy!

niedziela, 8 grudnia 2019

Święty i prezenty.

Santa and gifts. [English version below.]

"Idą święta, idą święta, każda buzia uśmiechnięta...". Boże Narodzenie już za dwa i pół tygodnia. Na tym etapie jedni mogą myśleć już o rodzinnej atmosferze, inni planować czy zaczynać świąteczne porządki, ale jest pewna rzecz, która zaprząta niemal wszystkie umysły.

PREZENTY.

Tak się składa, że galopujący kapitalizm sprawił, że kwestia obdarowywania się nawzajem stała się bardzo ważną sprawą. Czy to dobrze? Nie mnie oceniać. Tak w każdym razie jest i nieliczne próby zmiany zwyczaju, podejmowane w niektórych rodzinach, a polegające na rezygnacji z prezentów w ogóle czy ograniczeniu się do podarków hand-made raczej tego nie zmieni. Z tematem prezentów wiąże się jednak kilka istotnych pytań.

Wspomnienie zeszłego roku.

Po pierwsze, kto je przynosi w Wigilię? 

Nie chodzi o to, kto je kupuje, kto za nie płaci, kto je pakuje, stawia pod choinką itd. To nie jest ważne. Istotne jest to, kto je przynosi, przynajmniej w metaforycznym sensie. Sprawa z pozoru jest prosta: w Warszawie i innych częściach Polski to św. Mikołaj. Na Śląsku Dzieciątko. W Wielkopolsce Gwiazdor. Poza tym zdarzają się Aniołek, Dziadek Mróz, a może i inni. 

Co jednak, gdy jakaś rodzina wywodzi się z dwóch różnych tradycji? Trzeba ustalić indywidualną historię dla rodziny. W moim rodzinnym domu obowiązująca wersja jest taka, iż pisze się list do św. Mikołaja, on go czyta, na Śląsk przyjeżdża 6 grudnia, potem jedzie do Warszawy, gdzie dociera na 24 grudnia, a treść listów ze Śląska przekazuje Dzieciątku, które pojawia się tam w Wigilię. Proste, logiczne, działa. Jeśli więc zdarzyłoby się, że macie ze swoim partnerem/partnerką podzielone zdania w tej kwestii, a dzieci zaczynają zadawać Wam niewygodne pytania, najwyższa pora wypracować kompromisową historię.

Po drugie, czym obdarować swoich bliskich?

To jeden z trudniejszych tematów. Trzeba wymyślić coś, co nie jest banalne, rzeczywiście sprawi radość obdarowanej osobie, a przy tym nie kosztuje milionów monet. Tu może pomóc sprawdzone rozwiązanie, które odbiera trochę magii świąt, ale jest bardzo praktyczne, a mianowicie ustalenie górnego limitu wartości prezentu. Dzięki temu można uniknąć niezręcznych sytuacji, znacznych dysproporcji i podobnych. 

No dobrze, ale nawet jeśli zna się maksymalną wartość prezentu, to jeszcze nie rozwiązuje to kwestii, co to ma być. Najlepszą sytuacją jest, gdy akurat samemu ma się idealny pomysł na prezent dla danej osoby. Czasami przypadkiem trafia się w sklepie na coś idealnie pasującego do danej osoby albo w chwili olśnienia wpada się na jakiś pomysł i potem angażuje się wszystkie siły, żeby go zrealizować. To jednak relatywna rzadkość. Żeby więc prezent był trafiony, można wprost zapytać osobę, która ma go otrzymać, co chciałaby dostać. To jednak także odbiera trochę magii świętom, a poza tym niektórzy mogą czuć się niezręcznie, mówiąc o własnych zachciankach. Tu z pomocą może przyjść wspomniany wcześniej list do św. Mikołaja. Wystarczy spisać swoje życzenia, umotywować je i zostawić list na parapecie, skąd właściciel sań z reniferami może go odebrać. Każdy członek rodziny powinien tak zrobić, a pozostali zawsze jakimś magicznym sposobem dowiadują się, co było napisane w liście.

Oczywiście, nie trzeba się dopytywać. Można zdać się na swój instynkt, kupić coś i liczyć, że prezent przypadnie do gustu osobie obdarowanej. Może tak będzie. Ale czy warto ryzykować?

Po trzecie wreszcie, gdzie to wszystko kupić?

Zasadniczo opcje są dwie, a każda ma swoje wady. Sklepy stacjonarne albo internet. Te pierwsze wiążą się z tłumami ludzi, chaosem, hałasem i innymi nieprzyjemnościami. Poza tym w sklepach wcale nie najlepiej przegląda się dostępne produkty, a i część oferty może być właśnie niedostępna. Z drugiej strony w okresie świątecznym zakupy przez internet wiążą się z ryzykiem, czy kupione prezenty zdążą dotrzeć na czas. Liczba wysyłanych w tym okresie paczek jest ogromna, więc nie wszystkie uda się dostarczyć w terminie. To taki trochę hazard, bo w najgorszym wypadku może się okazać, że zostanie się zupełnie bez prezentu dla jakiejś osoby lub nawet dla wszystkich.

To właśnie powód, dla którego do tej pory decydowałem się jednak na sklepy stacjonarne. W tym roku postanowiłem wreszcie zmienić podejście. Część prezentów kupiłem w sklepach, ale część zamówiłem przez internet. Wyszedłem z założenia, że trzy tygodnie i więcej powinny wystarczyć na otrzymanie paczki. Jeżeli jednak nie, to trudno. Zawsze pozostaje kupienie symbolicznego prezentu i przygotowanie kartki z informacją, że część właściwa jest w drodze. Przecież wcale nie jest najważniejsze to, kiedy otrzyma się ten prezent. To sprawa drugorzędna, a nawet trzeciorzędna, zakładając, że same prezenty nie są takie ważne.

To chyba tyle. Warto do prezentów świątecznych podejść z głową. Dobrze obdarować bliskich czymś, co ich uraduje, ale nie dać się omamić galopującej konsumpcji. Po prostu.

Piosenka na dziś to coś, czym zachwycam się od kilku tygodni:


To tyle. Miłego dnia, tygodnia i dobrego szukania prezentów, jeśli jeszcze ich nie macie.

ENG:

"Christmas is coming, Christmas is coming, every face smiling ...". There are only two and a half weeks to the Christmas left. At this stage, some may already think about the family atmosphere, others may plan or start Christmas cleaning, but there is one thing that preoccupy almost all minds.

GIFTS.

It so happens that galloping capitalism has turned the issue of gifting one another into a very important matter. Is that good? I don't judge. In any case, this is the thing and the few attempts to change the habit, made in some families, and consisting in giving up gifts in general or limiting them to hand-made gifts, are unlikely to change that. However, there are a few important questions about the topic of gifts.

First, who brings them on Christmas Eve?

It's not about who buys them, who pays for them, who packs them, puts them under the Christmas tree, etc. It doesn't matter. It is important who brings them, at least in a metaphorical sense. The matter is seemingly simple: in Warsaw and other parts of Poland it is Santa Claus. Little Baby Jesus in Silesia. Star-man in Greater Poland. In addition, there are Little Angel, Grandfather Frost and maybe others.

But what if a family comes from two different traditions? You need to establish an individual story for the family. In my family home, the valid version is that a letter is written to Santa Claus, he reads it, then arrives to Silesia on December 6, then goes to Warsaw, where he arrives on December 24, and at the same time he hands on the content of letters from Silesia to the Little Baby Jesus, who appears there on Christmas Eve. Simple, logical, works. So, if it happens that you and your partner have divided opinions on this matter, and the children begin to ask you uncomfortable questions, it's time to work out a compromise story.

Second, what to give to your loved ones?

This is one of the most difficult topics. You have to come up with something that is not trivial, it will actually give joy to the recipient, and at the same time it does not cost millions of coins. Here, a proven solution that takes away a bit of magic of Christmas can help, but it is very practical, namely setting an upper limit on the value of the gift. Thanks to this, you can avoid awkward situations, significant disparities and the like.

Well, but even if you know the maximum value of a gift, it still doesn't solve the question of what it should be. The best situation is when you have the perfect idea for a gift for a given person. Sometimes, by accident, you find something in the store perfectly matching the person, or, in a moment of enlightenment, you come up with an idea and then get all your strength involved to implement it. However, this is a relative rarity. So in order to buy a perfect gift you can directly ask the person who is to receive it what he or she would like to get. However, this also takes some magic away from the Christmas, and besides, some may feel awkward about their own wishes. The aforementioned letter to Santa Claus can be useful there. All you have to do is to write down your wishes, justify them and leave the letter on the windowsill, from where the owner of the sleigh with reindeers can pick it up. Every family member should do this, and the others always find out what was written in the letter in some magical way.

Of course, you don't have to ask. You can rely on your instincts, buy something and hope that the gift will appeal to the recipient. Maybe it will be. But is it worth risking?

Third, finally, where to buy it all?

Basically there are two options, each with its own disadvantages. Regular stores or internet. The first ones are associated with crowds of people, chaos, noise and other unpleasantness. In addition, the stores are not the most comfortable way to view all the products, and part of the offer may not be available. On the other hand, during the Christmas season, online shopping is connected with the risk that the purchased gifts will not arrive on time. The number of packages sent during this period is huge, so not all of them can be delivered on time. It's a bit of a gamble because in the worst case scenario, you may find yourself completely without a present for someone or even for everyone.

This is the reason why I have been choosing stationary stores so far. This year, I finally decided to change my approach. I bought some of the presents in stores, but I ordered the other part online. I assumed that three weeks and more should be enough to get the parcels. If not, well, OK. It is always an option to buy a symbolic gift and prepare a card with information that the main part is on the way. After all, it is not the most important thing when you receive this gift. This is secondary and even tertiary, assuming that the gifts themselves are not so important.

I think that's it. It is worth to approach Christmas presents reasonably. It is good to give loved ones something that will delight them, but not to be deceived by galloping consumption. Just it.

The song for today is something that I've been raving about for several weeks. You can find it above.

That's it. Have a nice day, week and good search for presents if you don't have them yet.

sobota, 6 kwietnia 2019

Obsługa ponad reklamę.

Service over advertising. [English version below.]

Dwie sytuacje zakupowe z ostatniego tygodnia:

1) Tydzień temu wraz z Lubą Mą wybraliśmy się pozałatwiać kilka spraw na mieście, w tym obejrzeć obrączki ślubne (czas najwyższy!). Odwiedziliśmy bodajże trzy salony (wszystkie należące do mniejszych lub większych sieci) i przyznaję, że nie wydaje mi się, żeby znacząco różniły się od siebie ofertą. Wzory były różne, ale jednak do pewnego stopnia podobne, ceny zapewne też, możliwości wyboru chyba również. Sklepy te różniły się jednak między sobą pewną istotną kwestią, a mianowicie podejściem do klienta. W pierwszych dwóch czułem się nieco jak intruz. W tym, który odwiedziliśmy najpierw, pracownik obsługi do nas podszedł, nieco pokazał i wyjaśnił, ale widać było pewne bijące od niego zniechęcenie. W kolejnym sprzedawczyni najpierw nieszczególnie się nami interesowała, a potem i tak, żeby czegokolwiek się dowiedzieć, trzeba było ją dosyć mocno ciągnąć za język.

Żeby było jasne, nie oczekuję, że sprzedawcy będą nie wiadomo jak bardzo się o mnie troszczyć, ale obrączki to trudny temat. To decyzja finansowo może nie ogromna, ale spora, a ponadto obarczona znaczeniem symbolicznym. Wybrana obrączka ma służyć do końca życia, a przeciętny klient nie zna się na tego rodzaju biżuterii. Można by więc oczekiwać choć minimum wsparcia ze strony sprzedawców.

Rozumiem też, że ci nie uznali nas za szczególnie obiecujących klientów. Gdyby nie moje zakola, ja i Luba Ma wyglądalibyśmy bardzo młodo (co jest prawdą!). W dodatku ubrałem tego dnia bluzę z kapturem (jak zazwyczaj) i nosiłem na ramieniu wielką torbę sportową, wypakowaną rzeczami. Mogliśmy więc sprawiać wrażenie ludzi, którzy pooglądają, zajmą czas, ale nie dokonają żadnego poważnego zakupu. Rozumiem to, ale uważam, że obsługujący sklepy powinni zachować taki poziom profesjonalizmu, by nie było po nich widać, że tak myślą.

W związku z powyższym zostałem bardzo pozytywnie zaskoczony w trzecim salonie, który odwiedziliśmy (W. Śliwiński w Galerii Katowickiej). Tam pracownice dały nam chwilę czasu na przyjrzenie się obrączkom, ale od razu poinformowały, że potem podejdą. Rzeczywiście, po chwili jedna z nich dosiadła się do nas i z pełnym profesjonalizmem zaczęła doradzać, pokazywać, odpowiadać na pytania odnośnie rozmiaru, wielkości soczewki, wzorów, ewentualnych zmian, kosztów itd. Na koniec, gdy już dokonaliśmy wstępnego wyboru, przygotowała nam wydruki ze wszystkimi niezbędnymi informacjami.

I wiecie co? Nie wiem, czy tam kupimy obrączki. Ciężko jeszcze powiedzieć. Gdybyśmy mieli jednak wybierać tylko między tymi trzema salonami, tak by się to chyba skończyło (nawet jeśli mielibyśmy zapłacić ciut więcej, w co i tak wątpię).

2) Wymieniałem ostatnio telefon. Sam proces zakupu nowego smartfona wiązał się z drobnymi problemami, ale wynikały one raczej z systemu niż czyichś błędów, a nie były też przesadnie dotkliwe, więc to pominę. Ważne jest jednak to, że w związku ze zmianą sprzętu musiałem także zmienić kartę microSIM na nanoSIM. Przed dzisiejszą wizytą w salonie Plusa byłem więc dość zniechęcony, bo ostatnio wkurzałem się na tę sieć. Fakt, zmienili mi niedawno ofertę na wyraźnie korzystniejszą (to zresztą główna przyczyna zmiany telefonu), ale z drugiej strony byłem w tym tygodniu na delegacji i w naszym "hotelu" niemal wszyscy mieli zasięg, tylko ja miałem z nim wieczne problemy. Spodziewałem się więc najgorszego: kolejek, zawiłych formalności, dodatkowych, znacznych i irytujących kosztów. Tymczasem...

Tymczasem nic takiego nie nastąpiło. Kilka minut po dziesiątej, zaraz po otwarciu salonu, tłoku nie było. Obsługujący nas pracownik ze wszystkim uporał się bardzo szybko (wymiana karty była tylko jedną ze spraw do załatwienia), a poszłoby mu pewnie jeszcze szybciej, gdyby w międzyczasie nie pomagał swojej koleżance ze stanowiska obok, która najwyraźniej była mniej doświadczona, a walczyła z jakimś trudnym przypadkiem. Poza tym dżentelmen ów sprawnie i treściwie odpowiedział na wszystkie nasze pytania. Oczywiście za wymianę trzeba było zapłacić, ale tylko 13 zł, a dodatkowo dostałem zestaw adapterów na wszystkie funkcjonujące obecnie rodzaje kart. Niby to nic takiego, ale sprawna i profesjonalna obsługa dzisiaj poprawiła moją opinię na temat Plusa bardziej niż jakiekolwiek reklamy, akcje czy wymuszone działania.

Zdjęcie nowego telefonu dla atencji.

Te dwie sytuacje doprowadziły mnie do dwóch wniosków. Pierwszy jest taki, że rozmaite firmy i marki, zamiast wydawać niebotyczne pieniądze na reklamę, czasem zupełnie absurdalną, powinny może promować się poprzez wysoką jakość obsługi klienta. Jasne, to nie wystarczy. Kampanie reklamowe są po to, by zaprezentować ofertę, nowe produkty, przewagę nad ofertą konkurencji. Chodzi głównie o to, żeby pozyskać nowego klienta. Tyle tylko, że klient zadowolony z obsługi to klient, który wróci. Ten źle potraktowany może nie tylko więcej nie skorzystać z oferty danej marki, ale też zniechęcać do niej innych. Jeśli jeden podmiot na rynku nie deklasuje kompletnie pozostałych ceną lub jakością, to standardy prezentowane przez jego pracowników mogą mieć kluczowe znaczenie przy wyborze dostawcy danego sprzętu czy usługi. Mam nadzieję, że niektóre firmy spróbują się promować właśnie tym.

Drugi wniosek: doskonale rozumiem, że nikt nie musi pałać entuzjazmem do swojej pracy. W sprzedaży też nie każdy dostaje prowizję, żeby nie wiadomo jak walczyć o klienta. Interes firmy często nie jest zbieżny z osobistym. Wszystko to jest jasne. Mam jednak taką, może nadmiernie idealistyczną myśl, że jeśli wykonuje się jakąś pracę, to powinno się ją wykonywać dobrze, a przynajmniej próbować. Jesteś sprzedawcą? Sprzedawaj, a przynajmniej nie zniechęcaj potencjalnego klienta. Nie daj mu odczuć, że jest niechciany. Jeśli nie lubisz swojej pracy i wykonujesz ją byle jak, to niemal zawsze cierpi nie tylko firma, która Cię zatrudnia, ale też inni ludzie. Przykłady zawodów ratujących życie byłyby nazbyt oczywiste, więc je pominę. Są jednak inne. Zawodowo przygotowujesz jedzenie i coś będzie niedogotowane/niedopieczone? Twoja firma straci na reputacji, ale też jakaś konkretena osoba zje niedobry posiłek. Przygotowujesz wiadomości i coś pominiesz albo przedstawisz nierzetelnie? Twoja firma utraci na wiarygodności, ale też prawdziwi ludzie zostaną wprowadzeni w błąd. Zajmujesz się sprzątaniem i pozostawisz bałagan? Być może Twoja firma straci kontrakt, ale na pewno konkretni ludzie będą przebywać w tym niesprzyjającym środowisku.

I tak dalej, i tak dalej. Jeśli nie lubisz swojej pracy, naprawdę możesz ją zmienić, a jeśli nie chcesz tego robić, to przynajmniej nie utrudniaj życia innym ludziom. To wcale nie jest skomplikowane.

Utwór na dziś? To mogłaby być "Doskozzza", najnowsze szaleństwo Jacka Stachurskiego, ale postanowiłem jednak postawić na minimalnie inne klimaty:


Dobrego tygodnia!

ENG:

Two shopping situations from last week:

1) A week ago, together with My Darling, we went to settle some matters downtown, including wedding rings (this is about time!). We have visited perhaps three salons (all belonging to smaller or larger networks) and I admit that I do not think their offers differ significantly from each other. Patterns were different, but to a certain extent similar, prices and the possibility of choice probably also. These stores, however, differed among themselves a certain important issue, namely the approach to the customer. In the first two I felt a bit like an intruder. In the one we visited first, the employee came to us, showed and explained a bit, but there was some noticeable discouragement in him. In the next shop a saleswoman was not particularly interested in us at first, and then, in order to find out anything, we had to pull her teeth a bit.

To be clear, I do not expect merchants to excessively care for me, but wedding rings are a difficult topic. This decision may not be huge in a financial aspect, but it is quite large, and additionally burdened with a symbolic meaning. The chosen wedding rings are to serve the end of life, and the average customer is not familiar with this type of jewelry. One could expect at least a minimum of support from the sellers.

I also understand that they did not recognize us as really promising clients. If not my receding hairline, me and My Darling would look very young (which is true!). In addition, I dressed a hoodie on this day (as usual) and was carrying a large sports bag on my shoulder, packed with things. So we could give the impression of people who will watch, take time, but do not make any serious purchase. I understand this, but I think that shopkeepers should maintain a level of professionalism that would not show me that they think so.

In connection with the above, I was very positively surprised in the third salon that we visited (W. Śliwiński in Galeria Katowicka). Employees there gave us a moment to look at wedding rings by ourselves, but they immediately informed us that they would come later. Indeed, after a while one of them joined us and with full professionalism began to advise, show, answer questions about the size, patterns, possible changes, costs, etc. Finally, after we made the initial selection, she gave us printouts with all necessary information.

And you know what? I do not know if we'll buy wedding rings there. It's hard to say yet. However, if we were to choose only between these three salons, it would probably end this way (even if we had to pay a bit more, in which I doubt anyway).

2) I changed a phone recently. The very process of buying a new smartphone was associated with minor problems, but they resulted rather from the system than someone's mistakes, and they were not really important, so I will skip it. The important thing is that due to the change of equipment I had to change the microSIM card to nanoSIM. Before today's visit to the Plus salon, I was quite discouraged because I was recently pissed off at this network. Fact, they changed my offer to a clearly more favorable one (this is the main reason for changing the phone), but on the other hand I was on a delegation this week and almost everyone had coverage in our "hotel", except me. So I expected the worst: queues, intricate formalities, additional, significant and annoying costs. In fact...

In fact, nothing like that happened. A few minutes after ten a.m., just after opening the salon, there was no crowd. The employee who handled us was able to deal with everything very quickly (card change was only one of the things to do), and it would probably take even less time, if in the meantime he wasn't helping his colleague from the second desk, who apparently was less experienced and struggled with some difficult case. In addition, the gentleman answered all our questions efficiently and concisely. Of course, I had to pay for the change, but only PLN 13, and additionally I got a set of adapters for all types of currently used cards. It's nothing big, but efficient and professional service today has improved my opinion about Plus more than any advertising or forced actions.

These two situations led me to two conclusions. The first is that various companies and brands, instead of spending exorbitant money on advertising, which is sometimes completely absurd, should promote themselves through high quality customer service. Sure, that's not enough. Advertising campaigns are designed to present the offer, new products, an advantage over the competitors' offers. The main point is to get a new customer. It's just that the customer satisfied with the service is the customer who will come back. A poorly serviced person may not only never buy anything from given brand again, but also discourage others. If one entity on the market does not clearly outclass the remaining ones with a price or quality, then the standards showed by its employees may be crucial when choosing a supplier of a given equipment or service. I hope that some companies will try to promote themselves using this.

The second conclusion: I perfectly understand that nobody has to be enthusiastic about their work. Not everybody gets a commission for sales, to really fight for a client. The company's interest is often not consistent with the personal one. That is totally clear. However, I have one, maybe overly idealistic idea that if you work somewhere, you should do your job well or at least try. Are you a seller? Sell, or at least do not discourage a potential customer. Do not let him/her feel that he/she is unwanted. If you do not like your job and do it slapdash, almost always not only the company that employs you suffers, but also other people. Examples of life saving professions would be too obvious, so I will skip them. However, they are different ones. What if you professionally prepare food and something will be undercooked / undercooked? Your company will lose its reputation, but also some specific person will eat a bad meal. Are you preparing news and omitting something or presenting unreliable? Your company will lose its credibility, but also real people will be misled. Do you do cleaning and leave a mess? Perhaps your company will lose the contract, but certainly specific people will stay in this unfavorable environment.

And so on and so forth. If you do not like your work, you can seriously change it, and if you do not want to do it, at least do not make life difficult for other people. It is not complicated at all.

A song for today? This could be "Doskozzza", the latest madness of Jacek Stachursky, but I decided to focus on a slightly different sounds. You can find them above.

Have a nice week!