niedziela, 6 października 2019

Skreśl swoją przyszłość!

Cross out your future. [English version below.]

Wkrótce wybory. Już za tydzień będziemy wybierać naszych reprezentantów w dwóch izbach parlamentu, w ten sposób decydując o przyszłości naszego kraju. Są nawet tacy, którzy twierdzą, że wybory te są ważniejsze niż zazwyczaj.

Abstrahując od tego, czy tak jest, udział w wyborach jest bardzo ważny. Prawo głosu to nie tylko prawo obywatela, ale też jego obowiązek brania odpowiedzialności za losy kraju (nawet jeśli nie regulowany środkami przymusu). Po prostu należy iść na wybory. Żadne teksty w stylu "jeden głos nic nie zmieni" nie usprawiedliwią zignorowania swojej powinności.

Nie będę zresztą Was przekonywał o konieczności głosowania. Robiłem to już wielokrotnie. Ostatnio przy okazji wyborów europejskich we wpisie Bądź bohaterem! Teraz bardziej zależy mi na tym, żeby Wasz głos był przemyślany.

O tych portalach piszę poniżej.

Nie chodzi o to, żeby zagłosować na byle kogo. Nie wierzę też w teksty o tym, że ktoś zupełnie nie ma na kogo głosować. Obecnie kandydaci prezentują naprawdę szerokie spektrum poglądów. Nawet jeśli w jakiejś kwestii nie ma nikogo, kto by podzielał wasze zdanie, to na pewno istnieją inne obszary, w których znajdziecie kandydatów myślących podobnie. Przecież osoba, na którą oddacie głos, nie musi być z Wami zgodna we wszystkim.

Co ważne, w dzisiejszych czasach znalezienie odpowiedniego kandydata to naprawdę łatwa rzecz. Kiedyś może wymagało to dużej ilości czasu, przeglądania materiałów prasowych, chodzenia na spotkania przedwyborcze itd. Dziś wystarczy internet. Dzięki niemu można oczywiście w prosty sposób pozyskać informacje o kandydatach, ich zachowaniach czy wypowiedziach. To jednak nie wszystko.

Istnieją strony dedykowane wyborom, pomagające przyjrzeć się komitetom i kandydatom. Ta chyba bardziej znana to Latarnik Wyborczy. Tam można wypełnić quiz składający się z dwudziestu pytań i porównać swoje odpowiedzi z poszczególnymi komitetami wyborczymi. Widać, z którym komitetem posiada się największą procentową zgodność, a także jak komitety udzielały odpowiedzi na poszczególne pytania i czy dodatkowo jakoś je skomentowały. Warto zajrzeć na tę stronę internetową, odpowiedzieć na pytania i sprawdzić, do którego komitetu nam najbliżej. Niektóre odpowiedzi mogą okazać się naprawdę zaskakujące i jakby stojące w kontrze do tego, co można było obserwować przez ostatnie lata. Tu świetnym przykładem jest pytanie o zaangażowanie Uni Europejskiej w wewnętrzne sprawy Polski i odpowiedź komitetu PiS.

Latarnik może być naprawdę użytecznym narzędziem przy podejmowaniu decyzji o swoim głosie, ale w wyborach wybiera się konkretne osoby, a nie komitety. Przecież program komitetu to tylko pewien wzór, a poglądy poszczególnych kandydatów z tej samej listy w pewnych kwestiach mogą się różnić między sobą. Nie w każdym głosowaniu obowiązuje dyscyplina partyjna, a poza tym w skrajnym przypadku konkretny człowiek może ją przecież złamać. Trzeba wybrać więc osobę, która ma poglądy jak najbardziej podobne do naszych, a poza tym swoimi dotychczasowymi działaniami legitymizuje to, co mówi. Warto też, żeby mogła się pochwalić doświadczeniem przydatnym w pracy parlamentarzysty. 

O konieczności zwrócenia uwagi na to, na kogo konkretnie się głosuje niech przekona Was wreszcie przypadek radnego Kałuży z sejmiku województwa śląskiego. Dla zapominalskich przypominam: startował do sejmiku jako jedynka w swoim okręgu na liście Koalicji Obywatelskiej, dostał się, zdobywając ponad 25 tys. głosów, po czym zaraz po wyborach zawarł porozumienie z PiS, tym samym przyznając tej partii większość (23 mandat w 45-osobowym sejmiku) i zostając wicemarszałkiem. Warto więc zwrócić uwagę, czy wybrany przez nas kandydat nie pokazuje potencjału na dokonanie takiej wolty.

Ważna jest więc nie tylko lista, ale i osoba. W tym niestety Latarnik nie pomoże. I wtedy wkracza portal Mam Prawo Wiedzieć (cały na biało). To strona działająca na podobnej zasadzie jak Latarnik Wyborczy, ale precyzyjniej. Pytań  jest więcej i są bardziej szczegółowe, a odpowiadają na nie konkretni kandydaci, nie komitety. Można więc wypełnić kwestionariusz i przejść do listy kandydatów, których odpowiedzi są zbieżne z naszymi, a następnie przefiltrować ją i wybrać tych z interesującego nas okręgu. W ten sposób wyłaniają się kandydaci odpowiedni dla nas. Na portalu możemy zresztą poczytać o nich więcej. Umieszczono tam informacje o ich doświadczeniu zawodowym i politycznym, wykształceniu, złożonych obietnicach i innych kwestiach. Naprawdę warto tam zajrzeć.

I to tyle. Wpis okazał się dłuższy niż planowałem, więc w skrócie: 13 października 2019 idźcie na wybory, a wcześniej zajrzyjcie na Mam Prawo Wiedzieć i może na Latarnika. Wybierzcie odpowiedniego dla siebie kandydata i oddajcie ważny głos. Po prostu.

A utwór na dziś to klasyk:



Życzę Wam wszystkiego dobrego na nowy tydzień.

ENG:

Elections soon. In a week we will be choosing our representatives in two houses of parliament, thus deciding about the future of our country. There are even those who claim that these elections are more important than usual.

Apart from whether this is the case, participation in elections is very important. The right to vote is not only the citizen's right, but also his/her obligation to take responsibility for the fate of the country (even if not regulated by coercive measures). Just go to the elections. No sentence like "one voice will not change anything" justify ignoring your duty.

However, I will not be convincing you of the necessity of voting. I've been doing it many times. Recently on the occasion of the European elections in the entry Be a hero! Now I care more about your voice being reasonable.

It's not about voting for whoever. I also don't believe in claims that someone has absolutely no one to vote for. Currently, candidates present a really wide spectrum of views. Even if there is no one to share your opinion, there are certainly other areas in which you will find candidates who think alike. After all, the person you vote for does not have to agree with you in everything.

Importantly, finding the right candidate nowadays is really easy. It used to be a time consuming, including browsing press materials, attending pre-election meetings, etc. Today, all you need is the internet. Of course, it is easy to obtain information about candidates, their behavior or statements. However, this is not all.

There are sites dedicated to elections that help you look at committees and candidates. The probably better known is Election Lamplighter. There you can complete a quiz of twenty questions and compare your answers with individual election committees. You can see which committee has the highest percentage compliance, as well as how the committees answered individual questions and whether they commented on them somehow. It is worth visiting this website, answering questions and checking which committee is closest to us. Some answers may turn out to be really surprising and as if counter to what has been observed in recent years. A great example here is the question about the involvement of the European Union in Poland's internal affairs and the answer of the PiS committee.

A Lamplighter can be a really useful tool when deciding your voice, but you choose specific people, not committees. After all, the program of the committee is just a model, and the views of individual candidates from the same list on some issues may differ from each other. Party discipline does not apply in every vote, and besides, in an extreme case, a particular person can break it. So you have to choose a person who has views as similar to ours as possible, and besides, by his or her actions, legitimizes what he/she says. It is also good for her or him to have an experience useful in the work of a parliamentarian.

Let the case of councilman Kałuża from the Silesian regional council convince you of the necessity of paying attention to who exactly is being voted for. For the forgetful, I remind: he was a candidate to the regional council as a leader in his district on the Civic Coalition list, he won with over 25,000 votes and immediately after the election he made an agreement with the PiS, thereby granting this party a majority (23th seat in the 45-member council) and becoming vice marshal. Therefore, it is worth paying attention to whether the candidate selected by us shows the potential to make such a volte.

So not only the list is important, but also the person. Unfortunately, the Lamplighter will not help. And then comes the portal "I have the right to know". This site works on a similar principle as Election Lamplighter, but more precisely. There are more questions and they are more detailed. In addition, they are answered by specific candidates, not committees. So you can complete the questionnaire and go to the list of candidates whose answers overlap with ours, and then filter it and select those from the district interesting to us. This is how we get to candidates suitable for us. On the portal, we can read more about them. There are information about their professional and political experience, education, promises made and other issues. It's really worth a look there.

And that's it. The entry turned out to be longer than planned, so in short: on October 13, 2019 go to the elections, and earlier look at I Have the Right to Know and maybe Election Lamplighter. Choose the right candidate for you and give an important vote. Just do it.

And the song for today is a Polish classic. You can find it above.

I wish you all the best for the new week.

niedziela, 29 września 2019

Nieznośna niepewność losu.

Unbearable uncertainty of fate. [English version below.]

Byliście kiedyś bezdomni? Znaleźliście się w sytuacji, w której nie macie gdzie mieszkać? Ja tak. Właśnie teraz. I szczerze, nie polecam.

Oczywiście koloryzuję. Na jakiś czas możemy się wraz z moją żoną schronić u moich rodziców. To jednak rozwiązanie mocno przejściowe. W ten piątek skończyła się nam umowa najmu jednego mieszkania, a jeszcze nie znaleźliśmy sobie nowego lokum. Póki co obejrzeliśmy kilka mieszkań, z których na jedno byliśmy zdecydowani, ale w ciągu kilku godzin ktoś zdążył nas uprzedzić. Inne mieszkania sami odrzuciliśmy, a w sprawie jednego trwają negocjacje. Na weekend wyjechaliśmy do teściów i w ten sposób kupiliśmy sobie chociaż dwa dni spokoju.

W każdym razie przyszłość jest mocno niepewna i strasznie mnie to wkurza. Ciężko cokolwiek zaplanować. Trudno umówić się ze znajomymi, choćby na wspólne oglądanie zdjęć z wesela, gdy nie dysponuje się własnym lokum. Nie wiemy, gdzie będziemy mieszkać za pięć dni, na koniec tygodnia czy za miesiąc. 

Najlepiej byłoby tymczasowo zawiesić wszystkie plany, aktywności, granie w D&D, wyjścia na siłownię i każdą chwilę poświęcać na oglądanie mieszkań, tudzież przeglądanie ofert na OLX. Tymczasowa rezygnacja ze wszystkiego byłaby tym lepsza, że nawet dostęp do naszych przedmiotów, jak ubrania, jest utrudniony. Część rzeczy wywieźliśmy do moich teściów na wieś, a część zajęła połowę mojego dawnego pokoju w mieszkaniu rodziców. Wszystko jest maksymalnie poupychane w walizkach, torbach czy kartonach. Najlepiej byłoby tego w ogóle nie ruszać i nic nie wyciągać, ale to niemal nierealne przy próbie prowadzenia względnie normalnego życia, zawierającego choćby chodzenie do pracy. Naprawdę z utęsknieniem wyczekuję momentu, w którym będę mógł rozpakować bagaże i zapełnić rzeczami jakąś szafę jak cywilizowany człowiek.

Takie sobie zadaję pytanie.

Nie chodzi jednak wyłącznie o niewiedzę co dalej. Irytująca jest nie tylko niepewność losu. Wkurzające jest bowiem też to, że nawet nie ma do kogo mieć pretensji. Nie da się stwierdzić, że zaistniała sytuacja to czyjaś wina. Nie ma nikogo, na kogo można by się złościć. Nawet na siebie. My, choćbyśmy chcieli wcześniej rozpocząć poszukiwanie nowego mieszkania, z pewnych powodów nie mogliśmy tego zrobić. Zabraliśmy się za to, gdy tylko zaczęliśmy mieć ku temu odpowiednie warunki.

Z kolei rynek mieszkaniowy po prostu jest jaki jest. Jedni właściciele oferują mieszkania, które nam nie odpowiadają, a inni z kolei mają wymagania, choćby finansowe, których nie chcemy spełniać. Atrakcyjne mieszkania rozchodzą się błyskawicznie, a nowe pojawiają się w swoim tempie. Nikt tu nikomu nie robi przecież na złość. Po prostu każdy chce zrobić jak najlepszy interes dla siebie.

To pewna życiowa nauka. Czasem bywa po prostu tak, że doszło do jakiejś niekorzystnej sytuacji, ale nikt nie jest za to odpowiedzialny. Tak się po prostu potoczyły koleje losu, doszło do pewnego splotu zdarzeń i nagle znaleźliśmy się w pewnym mało atrakcyjnym punkcie. Cóż, w takiej sytuacji trzeba zacisnąć zęby i zabrać się do roboty. Nie warto szukać winnych, których i tak nie ma, a zamiast tego lepiej rozejrzeć się za jak najszybszym i najlepszym rozwiązaniem sytuacji. I tyle.

Utwór na dziś to coś, co możecie znać, ale zapewne nie spodziewaliście się tego tutaj. A jednak:


Życzę Wam dobrego popołudnia, wieczoru i całego tygodnia.

ENG:

Have you ever been homeless? Have you found yourself in a situation where you didn't have anywhere to live? I have. Right now. And honestly, I do not recommend that.

Of course, I'm exaggerating. For some time, my wife and I can take shelter with my parents. However, this is a very temporary solution. This Friday, we have ended the contract of renting one apartment, and we have not yet found a new place. For now, we have seen several apartments and we really liked one, but within a few hours someone had already forestalled us. We rejected other apartments ourselves and some negotiations are underway on one. We went to the in-laws for the weekend and in this way we bought ourselves at least two days of calm.

Anyway, the future is very uncertain and it annoys me terribly. It's hard to plan anything. It's difficult to make an appointment with friends, even to view photos from a wedding together when you don't have your own accommodation. We don't know where we will live in five days, at the end of the week or in a month.

It would be best to temporarily suspend all plans, activities, stop playing D&D or going to the gym and devote every moment to visiting apartments and browsing OLX offers. Temporary giving up everything would be a good idea also because even access to our items, such as clothes, is difficult. Some of the things were taken by us to my in-laws to the countryside, and some took half of my former room in my parents' apartment. Everything is maximally stuffed in suitcases, bags or cartons. It would be best not to move them at all and do nothing, but it is almost unreal when you try to live a relatively normal life, including working. I really look forward to the moment when I can unpack my luggage and fill my wardrobe with things like a civilized man.

However, it's not just about lack of knowledge what to do next. Not only the uncertainty of fate is annoying. It is also irritating that there is no one to blame. It cannot be said that the situation was someone's fault. There is no one to be angry with. Even with ourselves. We, even if we wanted to start looking for a new apartment earlier, could not do it for some reasons. We started doing it as soon as we had the right conditions for it.

In turn, the housing market is just what it is. Some owners offer flats that do not suit us, while others have requirements, e.g. financial ones, which we do not want to meet. Attractive flats diverge quickly and new ones appear at their own pace. Nobody is doing anything to annoy others. Everyone just wants to make the best deal for themselves.

It's a lesson for life. Sometimes it just happens that some inconvenient situation has occurred, but no one is responsible. That is simply what happened, there was a certain combination of events and suddenly we found ourselves at some unpleasant point. Well, in this situation you have to clench your teeth and get to work. It is not worth looking for guilty parties who are not there. Better look for the fastest and best solution to the situation instead. And that's it.

A song for today is something you could know, but you probably didn't expect it here (and it is in Polish). And yet you can find it above.

I wish you a good afternoon, evening and the whole week.

niedziela, 22 września 2019

Inna perspektywa.

Another perspective. [English version below.]


Byliśmy wczoraj z żoną na ślubie i weselu. Ważne wydarzenie, bo żenił się mój długoletni kumpel, który w dodatku był świadkiem na moim ślubie. Co ciekawe, to pierwszy raz, gdy wybraliśmy się na taką imprezę jako małżeństwo.

Bycie po własnym ślubie pozwala inaczej spojrzeć na całą uroczystość. Obserwowaliśmy Państwa Młodych, gdy wyczekiwali w kościele, przysłuchiwaliśmy się ich głosom przy składaniu przysięgi. Potem patrzyliśmy jak przygotowywali się do pierwszego tańca, kroili tort czy stali i czekali aż wszyscy zrobią sobie z nimi zdjęcia. My, kilka miesięcy temu będąc w podobnych sytuacjach, mogliśmy się z dużą dozą prawdopodobieństwa domyślać, co czują. Podejrzewaliśmy kiedy mogli być zestresowani, zirytowani, podekscytowani. Gdy wcześniej bywaliśmy na weselach jako goście, mogliśmy próbować zgadywać emocje Państwa Młodych, ale nie mieliśmy żadnego punktu odniesienia. Teraz miałem poczucie znacznie lepszego ich zrozumienia. Zmieniła się perspektywa.
W trakcie wesela jeden z moich kumpli został poproszony o pomoc. Zniknął na jakiś czas, po czym pojawił się z gitarą, usiadł na krzesełku na środku sali i zaczął grać. Obok niego przycupnął Pan Młody i zabrał się za śpiew. To było coś autentycznie pięknego. Zachwyciłem się, choć przecież znałem talenty moich kumpli. Sama piosenka, choć śpiewana po polsku, brzmiała znajomo. Rozpoznałem melodię i przypomniałem sobie jak pierwszy wers brzmiał po angielsku, ale początkowo nie byłem w stanie ustalić, co to za utwór. Wreszcie razem z żoną przypomnieliśmy sobie, że to „Shallow” z filmu „Narodziny gwiazdy”.

Tutaj z kolei smaczkiem jest to, że gdy pierwszy raz usłyszałem ten utwór, nie zachwycił mnie jakoś szczególnie. Stwierdziłem, że jest ok, ale bez szału. Nie czułem też potrzeby obejrzenia filmu. Gdy jednak usłyszałem ten utwór w polskiej wersji, na żywo, w wykonaniu moich utalentowanych kumpli, stwierdziłem, że jest zachwycający. Od teraz będę przychylniejszy oryginałowi, a nawet kusi mnie, żeby obejrzeć film. Zmieniła się perspektywa.

Zamiast tortu minitorciki.

Te anegdotyczne przykłady doskonale obrazują pewną prawdę. Nie jest ona może szczególnie odkrywcza, ale ważna. Chodzi o to, że to, jak widzimy daną sprawę, może zmieniać się wraz ze zbieraniem kolejnych doświadczeń życiowych. To jak z wycieczką w góry: na początku trasy widzimy szczyt z jakiejś perspektywy lub w ogóle wydaje się on niedostępny, ale wraz ze wspinaczką widok się zmienia. Szczyt może okazać się jeszcze piękniejszy czy majestatyczny. Czasem można też odkryć, że wcale nie jest tak trudny do zdobycia, jak się wydawało. Im więcej doświadczamy, tym więcej sytuacji znamy i jesteśmy w stanie wczuć się w jakąś sytuację.

Nie wiem, czy można z tego wyciągnąć jakiś użyteczny wniosek. Zawsze warto jednak rozważyć zbieranie najróżniejszych doświadczeń. To otwiera oczy. Pamiętajcie też o tym, że nawet jeśli teraz postrzegacie pewne sprawy w określony sposób, to zawsze może to się zmienić.

Utwór na dziś jest oczywisty:


To wszystko. Dobrego tygodnia!

ENG:

Me and my wife took part in a wedding and reception yesterday. An important event, because my longtime friend got married, and he was also my best man before. Interestingly, this is the first time we went to such an event as a married couple.

Being after your own wedding allows you to look differently at the whole ceremony. We watched the bride and groom while they waited in the church, listened to their voices when taking the oath. Then we watched them prepare for the first dance, cut the cake or stood waiting for everyone to take pictures with them. We, being a few months ago in similar situations, could guess what they feel with a high probability. We suspected when they could be stressed, irritated, excited. When we used to attend weddings as guests before, we could try to guess the emotions of the Bride and Groom, but we didn't have any point of reference. Now I had a better understanding of them. The perspective has changed.

During the wedding, one of my friends was asked for help. He disappeared for a while, then appeared with a guitar, sat down on a chair in the middle of the room and began to play. Next to him crouched the groom and began to sing. It was something truly beautiful. I was delighted, even though I knew my friends' talents. The song itself, though sung in Polish, sounded familiar. I recognized the melody and remembered how the first verse sounded in English, but at first I couldn't figure out what the song was. Finally, my wife and I remembered that it was "Shallow" from the movie "A Star Is Born".

Here, in turn, the funny thing is that when I first heard this song, I was not particularly impressed. I found it OK, but not awesome. I also didn't feel the need to watch the movie. However, when I heard this song in the Polish version, live, performed by my talented buddies, I found it delightful. From now on I will be more favorable to the original and I am even tempted to watch the movie. The perspective has changed.

These anecdotal examples perfectly illustrate a certain truth. It is not particularly revealing, but important. The point is that how we see a given case can change as we gather more life experiences. It's like a trip to the mountains: at the beginning of the route we see the summit from some perspective or it seems inaccessible at all, but with climbing the view changes. The summit may turn out to be even more beautiful or majestic. Sometimes you can also discover that it is not as difficult to reach as it seemed. The more we experience, the more situations we know and we become able to empathize with them.

I do not know if any useful conclusion can be drawn from this. However, it is always worth considering collecting various experiences. It opens your eyes. Also remember that even if you now perceive certain things in a certain way, it can always change.


The song for today is obvious and you can find it above.

That's all. Have a good week!

niedziela, 15 września 2019

Najlepszy film w historii?

Best movie ever? [English version below.]

W miniony poniedziałek wybraliśmy się wreszcie z żoną na "Once upon a time... In Hollywood", najnowszy, dziewiąty film Quentina Tarantino. Wreszcie, bo było to już ponad trzy tygodnie po polskiej premierze tego filmu. Dzisiaj mija miesiąc. Mogłoby się wydawać, że kto chciał zobaczyć ten film, już to zrobił, ale po rozmowie z różnymi moimi znajomymi dochodzę do wniosku, że jednak nie i może jeszcze warto o nim napisać.

Przed pójściem do kina trochę się obawiałem. Widziałem pozytywne opinie o filmie, niektóre nawet pełne zachwytu. Spotkałem się jednak też z krytycznymi głosami, twierdzącymi, że film jest nudny, że oglądanie go to zmarnowanie dwóch godzin i czterdziestu jeden minut (tak, jest aż tak długi). W kontrze do tego głosy uznania twierdziły, że nawet się nie zorientowały, kiedy minął ten czas.

Miałem więc nieco powodów do obaw. Próbowałem się uspokoić, powtarzając sobie, że to przecież Tarantino, więc film musi mi się spodobać. Z drugiej strony, gdybym jednak nie docenił filmu tego reżysera, to tylko spotęgowałoby rozmiar katastrofy. Rozwiązanie tej zagadki było jednak tylko jedno. Trzeba było pójść do kina i przekonać się samemu. To właśnie zrobiliśmy.

Copyright foto: Visiona Romantica, Bona Film Group, Sony Pictures Entertainment (SPE), Heyday Films

Przekonałem się. Ten film jest absolutnie zachwycający, to jeden z najlepszych filmów, jakie oglądałem, jeśli nie najlepszy. I mowa tu zarówno o filmach Tarantino, jak i wszystkich innych. Dlaczego? Zacznijmy od oczywistych rzeczy.

Muzyka. Ścieżka dźwiękowa tego filmu to absolutne cudo. Można ją zresztą znaleźć już na Spotify'u. Wspaniałe utwory, pochodzące z epoki i doskonale oddające klimat filmu zostały odpowiednio poprzetykane reklamami radiowymi, spikerami podającymi wiadomości o pogodzie i innymi tego typu wstawkami, które ułatwiają imersję w świat przedstawiony w filmie.

Aspekt wizualny. Film wygląda przepięknie. Kolory, stylizacje, stroje, samochody, plany zdjęciowe - wszystko to składa się na oszałamiający raj dla oczu. Wystarczy zresztą spojrzeć na plakat powyżej - to po prostu piękno w czystej postaci i nie ma co o tym więcej mówić.

Opisane powyżej elementy doskonale dbają o to, żeby widz poczuł klimat Hollywood u schyłku lat sześćdziesiątych. Dodajmy do tego fakt, że fikcyjni bohaterowie pierwszoplanowi spotykają na swojej drodze postacie historyczne, takie jak Bruce Lee, Sharon Tate czy przez chwilę Roman Polański. Oprócz tego, jak zazwyczaj w filmach Tarantino, przez sporą część opowieści jest całkiem zabawnie, ale nie przez wymuszone żarciki, czyjeś wygłupy czy coś podobnego, ale przez autentycznie zabawne sytuacje. Doskonałym przykładem jest tu scena starcia z Brucem Lee.

Wreszcie to, co od początku było rzeczą przyciągającą uwagę. Obsada i gra aktorska. Nie trzeba tutaj wiele pisać, bo nazwiska mówią same za siebie. Brad Pitt im starszy tym lepszy, absolutnie urzekający. W wielu momentach kradnie film i można dojść do wniosku, że to jego postać jest głównym bohaterem opowieści. Z kolei Leonardo DiCaprio pokazuje, że naprawdę potrafi grać przecudownie. Więcej nawet, potrafi doskonale zagrać to, że potrafi doskonale zagrać. Wciela się przecież w rolę aktora w zawodowym kryzysie. Oprócz tego Margot Robbie czaruje na ekranie, tworząc bardzo wiarygodną kreację, a poza nią w obsadzie znaleźli się też między innymi Al Pacino, Dakota Fanning czy Kurt Russel. To, że trzymają poziom, jest oczywiste, bo to profesjonaliści. Swoje role jednak, nawet gdy nie są jakoś szczególnie istotne, grają z nadzwyczajną lekkością. To czysta przyjemność oglądać ich w pracy.

Wszystko powyższe jednak to kwestie, które raczej nie są przedmiotem sporu między widzami. Film brzmi, wygląda i zagrany jest pięknie i raczej nikt się z tym nie spiera. Zarzuty niektórych dotyczą bardziej scenariusza, fabuły i tego, że według nich film jest po prostu nudny.

Cóż, absolutnie się z tym nie zgadzam. "Once upon a time... In Hollywood" jest fascynujące i wciągające. Film dzieje się na przestrzeni ledwie kilku dni, ale z przeskokiem czasowym w środku. Pokazuje nam on interesujących bohaterów, w stosunkowo krótkim czasie nakreśla nam ich motywacje, doświadczenia, porażki, sukcesy, obawy, obrazuje relacje między nimi. Dzięki temu później możemy zobaczyć, jak mogłaby się potoczyć historia, gdyby akurat tacy ludzie znaleźliby się w konkretnym czasie, w konkretnym miejscu.

Poza tym zarzucanie temu filmowi, że nic się w nim nie dzieje, to bzdura. Przez większość fabuły nie ma jakiś wielkich, przełomowych, widowiskowych scen, te nadchodzą dopiero na końcu, ale właśnie o to chodzi, że ludzie, którzy wiodą swoje względnie spokojne życia, nagle ścierają się z czymś niespodziewanym. Zarzuty o brak akcji miałyby więcej sensu w przypadku takich filmów jak "Hateful eight" czy "Wściekłe psy", ale nikt poważny im tego nie zarzuca, bo tak zostały skonstruowane, w dodatku w konkretnym celu. Podobnie jest tutaj.

Swoją drogą ten film absolutnie nie może być nudny i mam na to prosty argument. Gdzieś pod koniec filmu w pewnym momencie dało się wyczuć, że finał się zbliża i zapytałem sam siebie w duchu "To już?!". Nie wiadomo kiedy minęły pierwsze dwie godziny i dwadzieścia minut i zostało ostatnie dwadzieścia. Czas płynął jak szalony, tak dobrze oglądało się ten film.

Tyle tylko, że to wszystko powyżej, to oczywiście moja subiektywna opinia. Napiszcie swoją, a jeśli jeszcze nie widzieliście "Once upon a time... In Hollywood", to pędźcie do kina.

Piosenka na dziś to utwór ze ścieżki dźwiękowej filmu:


To tyle. Trzymajcie się ciepło.

ENG:

Last Monday, my wife and I finally went to cinema to see "Once upon a time ... In Hollywood", the latest, ninth movie by Quentin Tarantino. Finally, because it was over three weeks after the Polish premiere of this film. Today is a month. It would seem that whoever wanted to see this movie has already done it, but after talking to various friends of mine, I come to the conclusion that it is not true, so maybe the movie is still worth writing about it.

I was a little worried before going to the cinema. I read positive reviews about the movie, some of them even expressing delight. However, I also heard critical voices saying that the film is boring, that watching it is a waste of two hours and forty-one minutes (yes, it is so long). In opposition to this, the voices of recognition claimed that they did not even realize when this time had passed.

So I had a bit of concern. I tried to calm down, telling myself that it was Tarantino, so I must like the movie. On the other hand, if I did not appreciate this director's film, it would only increase the extent of the disaster. There was only one solution to this puzzle. We had to go to the cinema and find out for ourselves. That's what we did.

I have found out. This movie is absolutely delightful, it's one of the best movies I've ever watched, if not the best. And here we are talking about both Tarantino films and all others. Why? Let's start with the obvious things.

Music. The movie's soundtrack is an absolute wonder. You can already find it on Spotify. Wonderful songs, from the era and perfectly reflecting the atmosphere of the film were properly interwoven with radio commercials, speakers giving information about the weather and other such inserts that facilitate immersion into the world presented in the movie.

Visual aspect. The movie looks beautiful. Colors, styles, clothes, cars, film sets - all this adds up to a stunning paradise for the eyes. All you have to do is look at the poster above - it's just pure beauty and there is no more to talk about it.

The elements described above make the viewer feels the atmosphere of Hollywood in the late sixties. Add to this the fact that fictitious heroes in the foreground meet historical characters such as Bruce Lee, Sharon Tate or Roman Polański for a while. In addition, as is usually the case in Tarantino movies, for quite a lot of the story it is quite funny, but not through forced jokes, somebody's tomfoolery or something similar, but through genuinely funny situations. A great example is the scene of a clash with Bruce Lee.

Finally, what was eye-catching from the beginning. Cast and acting. You don't have to write a lot here, because the names speak for themselves. Brad Pitt the older the better, absolutely captivating. In many moments, he steals the movie and it can be concluded that his character is the main character of the story. In turn, Leonardo DiCaprio shows that he can really play wonderfully. Even more, he can play perfectly that he can play perfectly. He plays the role of an actor in a professional crisis. In addition, Margot Robbie charms on the screen, creating a very credible creation, and in addition in the cast there were, among others, Al Pacino, Dakota Fanning and Kurt Russel. That they provide the high quality is obvious because they are professionals. However, their roles, even if they are not particularly important, are played with extreme lightness. It's a pleasure to watch them at work.

All of the above, however, are issues that are hardly the subject of dispute between audience. The film sounds, looks and is played beautifully and nobody argues with it. Some objections are more about the script, the story and the fact that some people think the film is simply boring.

Well, I totally disagree. "Once upon a time ... In Hollywood" is fascinating and engaging. The film takes place over just a few days, but with a time jump in the middle. It shows us interesting heroes, outlines their motivations, experiences, failures, successes and fears in a relatively short time, and illustrates the relationships between them. Thanks to this, we can later see how history could have turned out if such people would find themselves in a specific time, in a specific place.

Besides, accusing this movie of nothing happening in it is bullshit. For most of the plot there are no great, groundbreaking, spectacular scenes, these come only at the end, but it is precisely in order to picture the people who lead their relatively quiet lives and suddenly clash with something unexpected. Accusations of lack of action would make more sense in the case of such films as "Hateful eight" or "Reservoir Dogs", but no one seriously accuses them, because they were constructed so, in addition, for a specific purpose. It is similar here.

By the way, this film can absolutely not be boring and I have a simple argument for it. Somewhere at the end of the movie, at some point, one could feel that the finale was approaching and I asked myself in the spirit of "Is it already?!". It is not known when the first two hours and twenty minutes have passed and the last twenty were left. Time passed like crazy, this movie was so good to watch.

Only that all of this above is, of course, my subjective opinion. Write yours and if you haven't seen "Once upon a time ... In Hollywood" yet, go to the cinema.

The song for today is from the movie soundtrack. You can find it above.

That's all. Keep good.

niedziela, 1 września 2019

Wspólna Europa.

Common Europe. [English version below.]

Dziś osiemdziesiąta rocznica wybuchu drugiej wojny światowej. To bez wątpienia największa tragedia i najbardziej przerażające wydarzenie w historii ludzkości. Czy mogło więc wyniknąć z niego coś dobrego?

Tak.

Od czasu tej tragedii Europa zaczęła się jednoczyć. Najpierw powstała Europejska Wspólnota Węgla i Stali, potem Europejska Wspólnota Gospodarcza i Europejska Wspólnota Energii Atomowej, a w końcu Unia Europejska. Zaczęto działać na rzecz współpracy gospodarczej, politycznej, społecznej. Co najważniejsze jednak: Europa zanotowała i dalej notuje najdłuższy w swej historii okres pokoju (oczywiście pomijając wojny na Bałkanach i Ukrainie oraz w Gruzji. a skupiając się na obszarze Unii). Takie założenie przyświecało zresztą Robertowi Schumanowi: powiązać ze sobą państwa Europy tak silnie, że wojna stanie się po prostu nieopłacalna.

Choć nie jest idealnie i w ramach wspólnoty europejskiej nadal pojawiają się spory, to jednak przynajmniej swobody działają. Ludzie, towary, usługi i kapitał mogą swobodnie przemieszczać się pomiędzy krajami członkowskimi. Trzy ostatnie służą głównie wspomnianym powiązaniom gospodarczym. Pierwsza też, ale oprócz tego ma ona inną ujmującą zaletę. Dzięki swobodnemu podróżowaniu pomiędzy państwami można poznawać różnorodność naszego kontynentu, rozmaite kultury, ale i odkrywać to, że choć się różnimy, to jesteśmy też podobni. Wszyscy jesteśmy ludźmi.

Nigdy nie miałem problemu z tym stwierdzeniem. Ksenofobia i podobne to raczej obce mi tematy. Jeden z moich pradziadków był Ukraińcem. W rodzinie mam wujka Anglika. Partnerka mojego kuzyna pochodzi z Hiszpanii, a chłopak mojej koleżanki jeszcze z podstawówki jest Niemcem. Z tego też kraju pochodziła grupa uczniów, z którą współpracowało moje gimnazjum. Kiedyś nawet przyjechali do nas z wizytą. 

Gdy sam zacząłem korzystać ze swobody przepływu osób, tylko wzmocniłem swoje wrażenia. Nie podróżuję tak dużo jak niektórzy z moich znajomych, ale też więcej niż inni. Poznałem Finów, Szwedów, Austriaków, ludzi z Norwegii, Grecji czy Czech. To tylko wzmocniło wrażenie, że nie bardzo się różnimy.

Wystawa o upadku Żelaznej Kurtyny prezentowana w Wiedniu.

Im szybciej wszyscy zdadzą sobie sprawę z tego, że wszyscy jesteśmy tacy sami, niezależnie od tego, skąd jesteśmy, tym lepiej. Nas, ludzi, łączy wspólna planeta. Musimy się jednoczyć w działaniach na jej rzecz. Oczywiście, do utopijnych wizji przedstawianych w science-fiction jeszcze daleko. Cała ludzkość nie zjednoczy się z dnia na dzień, nie stworzy jednego państwa i narodu. To za trudne.

Można jednak próbować najpierw na mniejszą skalę. Musimy, bo jak donoszą naukowcy, planeta nam się psuje. Jeśli będziemy marnować energię na nieistotne konflikty, to nie zdołamy się ocalić.  Prawdziwe zjednoczenie całej Europy byłoby ważnym krokiem w kierunku globalnej współpracy. W końcu to jeden z najbardziej rozdrobnionych kontynentów. Pod pewnymi względami już się to udaje: są wspomniane swobody przepływu, różne traktaty i ułatwienia, spółki europejskie, wspólne instytucje, organy władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej etc. Zbyt często jednak ludzie patrzą tylko na interesy pojedynczych krajów czy narodów. Brakuje ludzi, którzy byliby ponad to. Brakuje polityków, którzy myśleliby w skali całego kontynentu.

Najważniejsze jest jednak to, że ciągle się próbuje. Europa przeżywa kryzys, ale te mają to do siebie, że kiedyś się kończą. Cóż, zazwyczaj, więc mam nadzieję, że tak będzie i tym razem. Trzeba mieć nadzieję. Trzeba wierzyć, bo inaczej może się okazać, że wrócimy do etapu wojen, konfliktów i nienawiści. Nie warto. Pamiętajmy o tym. Pamiętajmy o dorobku ostatnich dziesięcioleci i dbajmy o to, żeby już nigdy nie powtórzyły się wydarzenia sprzed osiemdziesięciu lat. Myślmy o tym także, ale nie tylko, przy okazji takich rocznic jak dzisiejsza.

Piosenka na dziś to klasyk przesiąknięty mądrością:



To tyle. Dobrej niedzieli, tygodnia i przyszłości.

ENG:

Today is the 80th anniversary of the outbreak of World War II. This is without a doubt the biggest tragedy and the most terrifying event in the history of mankind. Could something good come out of it?

Yes.

Since that tragedy, Europe has begun to unite. First, the European Coal and Steel Community was established, then the European Economic Community and the European Atomic Energy Community, and finally the European Union. Activities for economic, political and social cooperation began. Most importantly, however: Europe has been experiencing the longest period of peace in its history (of course, apart from the wars in the Balkans, Ukraine and Georgia, and focusing on the territory of the Union). This assumption was used by Robert Schuman: to tie together the countries of Europe so strongly that the war would simply become unprofitable.

Although it is not perfect and there are still disputes within the European community, at least the freedoms work. People, goods, services and capital can move freely between member countries. The last three mainly serve these economic connections. The first also, but in addition, it has another engaging advantage. Thanks to free travel between countries, you can learn about the diversity of our continent, various cultures, but also discover that although we differ, we are also similar. We're all human.

I have never had a problem with this statement. Xenophobia and related topics are rather foreign to me. One of my great grandparents was a Ukrainian. I have an uncle, who is English. My cousin's partner is from Spain, and my friend's boyfriend is German. A group of students from which my junior high school cooperated came from this country. Once they even came to visit us.

When I started using the free movement of people myself, I only strengthened my experience. I don't travel as much as some of my friends, but also more than others. I met Finns, Swedes, Austrians, people from Norway, Greece and the Czech Republic. It only reinforced the impression that we are not so different.

The sooner everyone realizes that we are all the same, no matter where we are from, the better. We humans share a common planet. We must unite in our efforts. Of course, Utopian visions of science fiction are still far away. All humanity will not unite overnight, will not create one state and nation. It's too hard.

However, you can try on a smaller scale first. We have to, because, according to scientists, the planet is breaking down. If we waste energy on insignificant conflicts, we won't be able to save ourselves. A real unification of all of Europe would be an important step towards global cooperation. After all, it is one of the most fragmented continents. In some respects, this is already succeeding: there are the mentioned freedoms of movement, various treaties and facilities, European companies, joint institutions, legislative, executive and judicial bodies, etc. Too often, however, people only look at the interests of individual countries or nations. There are no people who would be above this. There are no politicians who would think on a continental scale.

The most important thing is that people keep trying. Europe is going through a crisis, but these have the feature that they are ending eventually. Well, usually, so I hope it will be this time. You have to hope. You have to believe. Otherwise it may turn out that we will return to the stage of wars, conflicts and hatred. Better not. Let's remember that. Let's remember the achievements of the last decades and make sure that the events of eighty years ago never happen again. Let's think about it on anniversaries like today, but not only.

The song for today is a classic steeped in wisdom. You can find it above.

That's it. Have a good Sunday, week and future.

niedziela, 25 sierpnia 2019

Pijani pasją.

Drunk with passion. [English version below.]

Wraz z kumplem odwiedziliśmy wczoraj wieczorem innego kumpla. Na początku zaserwował nam jakieś piwo wiśniowe. Potem pojawiły się między innymi maliny, jakaś IPA i weizen bock. Łącznie około sześciu różnych piw. Co najważniejsze: wszystkie uwarzone przez niego. O każdym mógł długo opowiadać, wspominając o procesie produkcji, aromatach, drożdżach czy liczbach dotyczących choćby ekstraktów. Widać od razu, że jest zafascynowany tematem. Kto inny miałby w salonie lodówkę z kranami i piwem własnej produkcji? Gdy wystartuje w kolejnej edycji Bitwy Piwowarów, na pewno będę mu kibicował.

A teraz z innej beczki: mam kumpla, który, odkąd pamiętam, a znamy się ponad dwanaście lat, pasjonuje się kolejnictwem. Rozpoznawanie lokomotyw jedynie po szybkim spojrzeniu lub nawet po dźwięku to dla niego pestka. Jadąc z nim pociągiem można się dowiedzieć, na których stacjach z której strony otworzą się drzwi pojazdu. Parowozjady i inne tego typu imprezy, Wolsztyn i Chabówka to dla niego chleb powszedni. W jego otoczeniu zawsze były jakieś plakaty, przedmioty czy zdjęcia związane z pociągami. Poza tym w każdej chwili potrafi zaskoczyć jakąś ciekawostką i bardzo trudno go zagiąć w tym temacie. Na wakacje też jeździ pociągiem i tym środkiem transportu zwiedza rozmaite kraje. Do tego wszystkiego jakiś czas temu zaczął w ogóle pracować na kolei. To trochę jakby ukoronowanie wielu lat pasji. Teraz kontakt z koleją ma na co dzień i jeszcze mu za to płacą.

Piwko w temacie.

Myślę, że to wspaniałe mieć tak wielką pasję. Trochę im tego zazdroszczę, bo sam nie mam czegoś takiego. Owszem, bardzo lubię pisać i poświęcam na to czas. To zarówno blog i towarzyszące mu media, jak i wymyślanie różnych rzeczy, światów i historii - kampanie D&D, dawniej opowiadania, a nawet powieść, którą napisałem i zalążki kilku innych. Poza tym interesuję się niektórymi obszarami popkultury, oglądam filmy, czytam artykuły na ich temat i słucham różnych dyskusji (Napisy Końcowe całym serduszkiem). Poświęcam swoją uwagę różnym rzeczom: wartościowym kanałom w różnych mediach, ukochanemu klubowi sportowemu, muzyce, w tym także kolekcjonowaniu płyt. Można by jeszcze wymieniać. Nie mam jednak pasji, o której bez przygotowania mógłbym opowiadać godzinami, a ktoś mógłby traktować mnie jak eksperta. Szkoda.

Tyle tylko, że nie ma jakiegoś magicznego, szybkiego sposobu, który sprawi, że nagle znajdę taką pasję. To tak nie działa, bo nie da się na siłę czymś zafascynować. Dlatego szukam. Próbuję różnych rzeczy. Może skupię się na mojej kolekcji płyt, a może na skokach na bungee, skoro pierwszy mam już za sobą. Nie wiem, czym będzie moja wielka pasja. Mam jednak nadzieję, że jeszcze ją znajdę.

A piosenka na dziś to niezwykły cover:


To tyle na dziś. Życzę Wam dobrego dnia, tygodnia i życia.

ENG:

Together with a friend we visited another friend last night. At the beginning he served us some cherry beer. Then came, among others, raspberries, some IPA and weizen bock. A total of about six different beers. Most importantly: all brewed by him. He could talk about each for a long time, mentioning the production process, aromas, yeast or numbers regarding even extracts. You can immediately see that he is fascinated by the topic. Who else would have a fridge with taps and own-made beer in the living room? When he takes part in the next edition of the Brewers' Battle, I will definitely support him.

On another subject: I have a friend who, since I can remember, and we know each other for over twelve years, is passionate about railways. Recognizing locomotives only after a quick look or even sound is a snap for him. Coming with the train together with him you can find out at which stations the door of the vehicle will open from which side. Steam locomotives meetings and other similar events, Wolsztyn and Chabówka, are normal parts of his life. There were always posters, objects or photos related to trains around him. In addition, he can surprise you at any time with some interesting facts and it is very difficult to beat him with any question. He also goes by train on vacation and travels to various countries using this means of transport. What's more, some time ago he even started working on railways. It's a bit like the crowning of many years of passion. Now he has contact with the railway every day and they even pay him for it.

I think it's wonderful to have such a great passion. I'm a little jealous of it because I don't have something like that myself. Yes, I really like writing and I devote time to it. It's both a blog and accompanying media, as well as coming up with different things, worlds and stories - D&D campaigns, formerly novelettes, and even a novel I wrote and the beginnings of several others. In addition, I am interested in some areas of pop culture, I watch films, read articles about them and listen to various discussions (End Credits with all my heart). I devote my attention to various things: valuable channels in various media, my beloved sports club, music, including collecting CDs. List could go on. However, I have no passion that I could talk about for hours without preparation and someone would treat me like an expert. That's sad.

It's just there is no magical, quick way that would make me suddenly find such a passion. It doesn't work that way, because you can't force fascination by something. That's why I'm looking. I try different things. Maybe I will focus on my CD collection, or maybe on bungee jumping, since the first one is behind me. I don't know what my great passion will be. However, I hope to find it eventually.

And the song for today is an amazing cover. You can find it above.

That's all for today. I wish you a good day, week and life.

niedziela, 18 sierpnia 2019

Lochy i praca.

Dungeons and work. [English version below.]

Jakiś czas temu poruszałem na moim Facebooku temat utrzymywania ze współpracownikami relacji także poza pracą. Pojawiały się różne opinie, ale ja utrzymałem przekonanie, że warto mieć z nimi koleżeńskie stosunki. To ułatawia wiele kwestii. Można zamienić się wyjazdem czy projektem w razie konieczności, umówić się na wspólny dojazd w jakieś miejsce czy bez obaw poprosić o pomoc, gdy ma się z czymś kłopot. Żeby było jasne: nie chodzi mi o to, żeby nawiązywać takie relacje w celu osiągnięcia czegoś. Jeśli jednak lubi się kogoś z wzajemnością i pielęgnuje się taką znajomość, to pewne rzeczy stają się łatwiejsze. Oczywiście, istnieje też ryzyko, że pojawią się związane z tym niedogodności: na przykład ktoś, zamiast skupiać się na osiągnięciach danej osoby w ramach działalności profesjonalnej, może wyciągać sprawy z jej prywatnego życia.

Z mojego doświadczenia wynika jednak, że całe zjawisko jest raczej pozytywne. Moi współpracownicy (przynajmniej niektórzy) są też moimi dobrymi znajomymi. I nie ma większego znaczenia, czy pracują na tym samym stanowisku co ja, na wyższych lub na niższych. Spotykanie się na piwo, zapraszanie wzajemnie na parapetówki czy urodziny nie jest więc czymś wyjątkowo rzadkim. Nie ukrywam, że specyfika mojej firmy sprzyja nawiązywaniu koleżeńskich stosunków między współpracownikami.

Przede wszystkim kadra pracownicza jest stosunkowo młoda - większość pracowników jest poniżej trzydziestki, a managerów i wyżej poniżej czterdziestki. To sprawia, że większość ludzi jest na dość podobnym etapie życia, a co za tym idzie, boryka się z podobnymi problemami i ma wspólne tematy do rozmów. Do tego dochodzi fakt, że w przeciwieństwie do wielu firm nie ma tu niezdrowej rywalizacji. Każdy skupia się na swoich zadaniach i jeśli dobrze je wykonuje, zdobywa awanse niemal niezależnie od wyników innych osób.

Ponadto pracuje się u nas zazwyczaj w małych, ale zmiennych zespołach, co sprawia, że niemal z każdym udaje się spędzić trochę czasu. Zdarzają się też projekty wyjazdowe, gdy ze współpracownikami spędza się więcej niż tylko osiem godzin dziennie. Oprócz tego organizowanych jest sporo szkoleń wyjazdowych, które, zwłaszcza na początku kariery, zawierają też elementy integracyjne. Do tego dochodzą zwykłe imprezy firmowe, których jest przynajmniej kilka w ciągu roku.

D&D w wersji "praca".

Jednym z najciekawszych zjawisk związanych z koleżeństwem w mojej pracy jest jednak to, co zaczęło dziać się niedawno. Już dawno myślałem bowiem o tym, żeby znaleźć towarzystwo do grania w "D&D" ("Dungeons and Dragons", czyli na polski "Lochy i smoki"). To najpopularniejszy na świecie system RPG, w którym gracze wymyślają własnych bohaterów, a potem mierzą się z przygodami kreowanymi przez prowadzącego, tzw. Mistrza Podziemi. W tym celu korzystają ze swojej pomysłowości, decydując o tym, co chcą zrobić, dokąd pójść i jak rozwiązać napotkane przeszkody. To, czy im się udało, zależy od ustalonych statystyk ich bohaterów, tego jak je rozbudowują, a także rzutów kością.

Przez kilka lat grywałem w "D&D" ze znajomymi z liceum, a czasem także z innymi ich znajomymi. Ostatnio jednak niektórzy powyjeżdżali i nie miałem odpowiedniej grupy. Jednocześnie wiedziałem już od jakiegoś czasu, że u mnie w pracy są ludzie, którzy mogliby być zainteresowani tematem. Trzy tygodnie temu napisałem więc do nich i udało nam się umówić już na dwa dni później. Od tamtej pory rozegraliśmy już dwie kilkugodzinne sesje i na pewno zagramy kolejne. Nie mogę się doczekać.

A co wynika z tego, że znalazłem kompanów do rzucania kośćmi i snucia się po krainach pełnych elfów, krasnoludów i innych stworów? Chociażby to, że jeśli szuka się do czegoś towarzystwa, to może warto rozejrzeć się w pracy. Skoro wykonujesz razem z kimś podobną pracę, to jest szansa, że macie ze sobą coś wspólnego. Jeśli pracujecie w tym samym miejscu, to zapewne nie żyjecie daleko od siebie. Poza tym taką osobę zapewne już trochę znasz (chociażby jej poczucie humoru i to, czy w ogóle się dogadujecie) i to na pewno jej przewaga nad kimś zupełnie obcym.

A wy co sądzicie? Warto spędzać swój wolny czas ze współpracownikami? Dajcie znać, jeśli chcecie. Utwór na dziś to piosenka, o której niedawno sobie przypomniałem. Zapraszam:


Dobrego popołudnia i tygodnia!

ENG:

Some time ago I wrote on my Facebook about maintaining relationships with coworkers also outside work. There were different opinions, but I maintained the belief that it is worth having friendly relations with them. It makes a lot of things easier. You can exchange a travel or a project if necessary, arrange a shared journey to some place or ask for help when you have trouble with something. To make it clear: I don't mean to establish such relationships in order to get something. However, if you like someone with reciprocity and cultivate such relation, then some things become easier. Of course, there is also the risk that there will be associated inconveniences: for example, instead of focusing on the achievements of a person in the context of a professional activity, someone can get some things out of that person's private life.

In my experience, however, the whole phenomenon is rather positive. My coworkers (at least some of them) are also my good mates. And it doesn't matter if they work in the same position as me, in the higher or lower. Hanging out for a beer, inviting each other to house-warming or birthday parties is not so rare. I must admit that the specifics of my company are conducive to establishing friendly relations between coworkers.

First of all, the staff is relatively young - most employees are under thirty and managers are under forty. This means that most people are in a fairly similar stage of life, and hence, they have similar problems and have common topics for conversation. Added to this is the fact that, unlike many companies, there is no unhealthy competition here. Everyone focuses on their tasks, and if they perform them well, they get promotions almost regardless of the results of others.

In addition, we usually work in small but variable teams, which means that everyone can spend some time with almost everyone. There are also away projects when coworkers spend together more than just eight hours a day. In addition, a lot of away training is organized, which, especially at the beginning of your career, also includes integration elements. Added to this are ordinary company parties, at least several during the year.

One of the most interesting camaraderie phenomena in my work, however, is what has started to happen recently. For a long time I was thinking about finding a company to play "D&D" ("Dungeons and Dragons"). This is the most popular RPG system in the world, in which players create their own heroes, and then face the adventures created by the host. To this end, they use their ingenuity, deciding what they want to do, where to go and how to solve the obstacles encountered. Whether they succeeded depends on the stats of their heroes, how they develop them, as well as their dice rolls.

For several years I used to play "D&D" with my high school friends, and sometimes also with their other friends. Recently, however, some have left and I did not have the right group. At the same time, I have known for some time that there are people at my workplace who could be interested in the topic. So three weeks ago I wrote to them and we were able to arrange a meeting two days later. Since then, we've played two a few hours long sessions and we will definitely play next ones. I can not wait.

And what results from the fact that I found companions to roll dices and wander around lands full of elves, dwarves and other creatures? For example, if you are looking for a companion to do something, it might be worth looking around at work. Since you do similar work with someone, there is a chance that you have something in common. If you work in the same place, you probably don't live far apart. In addition, you probably already know that person a bit (at least her or his sense of humor and whether you get along well) and it's definitely his or her advantage over someone completely stranger.

What do you think? Is it worth spending your free time with coworkers? Let me know if you want. The song for today is a song that I recently reminded myself. You can find it above.

Have a good afternoon and a week!