niedziela, 4 sierpnia 2019

Lepiej milcz.

Better keep silent. [English version below.]

Wraz z żoną wróciliśmy dzisiaj rano z festiwalu Pol'and'Rock. Gdy piszę te słowa, jedziemy akurat na chwilę do Krakowa, więc jesteśmy trochę zabiegani i zmęczeni. W związku z tym wpis będzie krótki.

O festiwalu. Gdy czasem w rozmowach pojawia się jego temat, niektórzy moi znajomi, np. z pracy, zaczynają się śmiać, że to tylko błoto, brud i śmieci, a także ewentualnie narkotyki. Podobna narracja pojawia się często w pewnych mediach, a także używana jest przez niektóre grupy społeczne, tzw. obrońców tradycyjnych wartości itd. Jedno jest w tym najzabawniejsze / najsmutniejsze. Co takiego? To, że niemal zawsze są to wypowiedzi ludzi, którzy nigdy w życiu nie byli na tym festiwalu.

Ja w tym roku byłem tam po raz ósmy. I owszem, jest trochę bałaganu i błota, bo to nieuniknione przy kilkuset tysiącach ludzi na polu i w lesie. Zdecydowana większość ludzi stara się jednak po sobie sprzątać i zbierać śmieci do worków od razu albo na koniec festiwalu. Błota też można skutecznie unikać (co robię od lat). Narkotyki? Jeśli ktoś ich szuka, to pewnie je znajdzie. Ja nigdy nie szukałem. Trzeba samemu być odpowiedzialnym.

To, czego te wszystkie osoby nie powiedzą, a media nie pokażą, to cała reszta. Świetne koncerty w dużych ilościach, które do dobrej muzyki dokładają wspaniałą atmosferę. Wspólnota ludzi, którzy w zdecydowanej większości pomagają sobie jak tylko mogą. Błyskawicznie podnoszą przewracających się w pogo. Podnoszą do góry niepełnosprawnych. Pomagają szukać zaginionych rzeczy. Dzielą się jedzeniem, alkoholem i papierosami. Poza tym festiwal to także spotkania z ciekawymi, mądrymi gośćmi - my w tym roku słuchaliśmy Zbigniewa Zamachowskiego. Znajdziecie tam też warsztaty z robienia ekotoreb czy łapaczy snów, przeciwdziałania przemocy, różnych tańców i wiele, wiele innych. To po prostu miejsce przepełnione dobrocią.

Dr Misio na scenie Viva Kultura! 

Happysad na Dużej Scenie!

Losowy koncert #317 na Dużej Scenie!

W kwestii tego festiwalu, ale też każdej innej: jeśli samodzielnie nie zweryfikowałeś plotek, to może lepiej milcz. Nie odzywaj się, jeśli nie wiesz jak jest naprawdę. W ten sposób unikniesz kompromitacji i nie pokażesz innym jak łatwowierną osobą jesteś i jak wąskie są Twoje horyzonty. Nie opieraj się też raczej o to, że widziałeś jakieś materiały wideo. Ich twórcy musieliby przede wszystkim chcieć zachować obiektywizm. Nawet gdyby próbowali, to może im się to nie udać, bo stworzenie całkowicie bezstronnej treści jest bardzo trudne. Gdy do tego mówimy np. o kilkudziesięciu sekundach na wielki i złożony festiwal, wydaje się to już zupełnie niemożliwe. Dlatego właśnie przekonaj się sam lub nie zabieraj głosu. Zrobisz jednak oczywiście jak zechcesz.

Jako piosenka na dziś jedno z nagrań z zeszłorocznego festiwalu:


To tyle. Trzymajcie się!

ENG:

My wife and I came back this morning from the Pol'and'Rock festival. As I write these words, we are just going to Krakow for a moment, so we are a bit busy and tired. Therefore, this entry will be short.

About the festival. When this subject sometimes appears in conversations, some of my friends, e.g. from work, start to laugh that it is just mud, dirt and garbage, and possibly drugs. A similar narrative often appears in certain media and is also used by some social groups, the so-called defenders of traditional values, etc. One thing about that is the funniest / saddest. What? The fact that those are almost always statements of people who have never been to this festival.

This year I was there for the eighth time. And yes, there is a bit of mud and dirt, because it's inevitable with a few hundred thousand people in the field and in the forest. The vast majority of people, however, try to clean up after themselves and collect trash to the bags immediately or at the end of the festival. The mud can also be effectively avoided (which I have been doing for years). Drugs? If someone is looking for them, he or she will probably find them. I have never looked for. You have to be responsible for yourself.

What all these people will not say and the media will not show is the rest. Great concerts in large numbers, which add a great atmosphere to good music. A community of people who mostly help each other as much as they can. They quickly raise the ones falling in the mosh pit. They pick the disabled up in the crowd to enable them see. They help looking for missing things. They share food, alcohol and cigarettes. In addition, the festival also includes meetings with interesting, smart guests - we listened to Zbigniew Zamachowski this year. You can also find workshops on making eco-bags or dream catchers, counteracting violence, various dances and many, many more. It's just a place full of goodness.

With regard to this festival, but also to anything else: if you have not verified gossip yourself, then maybe you'd better keep silent. Do not talk if you do not know how it really is. In this way you will avoid discredit and you will not show others how gullible you are and how narrow your horizons are. Also, do not lean on the fact that you have seen any video. First of all, their creators would have to want remain objective. Even if they tried, they might not be able to do it, because creating completely impartial content is very difficult. When we talk about, for example, a few dozens seconds for a big and complex festival, it seems completely impossible. That's why you can see for yourself or stop talking. You will, of course, do as you like.

Song for today is one of the recordings from last year's festival. You can find it above.

That's all. Take care!

niedziela, 28 lipca 2019

Urlop na swoim.

Leave on your own. [English version below.]

Właśnie zacząłem tydzień urlopu. To nic, że niedawno miałem go trzy tygodnie (przy okazji wesela), a potem w pracy byłem ledwie siedem dni. Mam kolejny tydzień wolnego i już. Pół tego weekendu spędzam u teściów na wsi, ale potem pojedziemy z żoną gdzieś dalej dopiero w nocy ze środy na czwartek (oczywiście do Kostrzyna nad Odrą, na festiwal Pol'and'Rock). To oznacza, że najbliższe trzy dni robocze spędzę w Katowicach, nie musząc jednak chodzić do pracy. I wiecie co?

To szalenie przyjemna perspektywa! Umówiłem się już na piwo z kumplem jeszcze z przedszkola. Kiedy się ostatnio widzieliśmy, on jeszcze nie pracował, a ja nie byłem żonaty, więc na pewno będzie o czym rozmawiać. Poza tym mam w planach testowanie razem z kolegą z pracy planszówki, którą ostatnio sobie kupił. Może uda mi się też odwiedzić moją chrześnicę. Inną sprawą jest też to, że urlop pozwala na wybranie się na siłownię w środku dnia, gdy jest tam pustawo. Komfort ćwiczeń zdecydowanie się poprawia, gdy nie trzeba wypatrywać, który sprzęt akurat jest wolny.

Poza tym może uda mi się poświęcić trochę czasu na sprawy, które mam do załatwienia. Na pewno wybiorę się do domu rodziców przejrzeć rzeczy, które tam zostawiłem przy mojej wyprowadzce. Muszę zdecydować, co nadaje się do wyrzucenia, co do zabrania do siebie, a co będzie musiało zostać u moich rodziców, bo ja nie mam na to miejsca. Podejmę też bohaterską próbę odebrania mojego dyplomu magistra z dziekanatu mojej uczelni. Obroniłem się już w październiku zeszłego roku, ale wciąż brakuje mi dokumentu będącego zwieńczeniem tej drogi.

Tyle planów, tyle możliwości!

Odpoczynek zawsze w cenie.

Paradoksalnie, mimo tych wszystkich planów, pod pewnymi względami mogę przez te kilka dni bardziej odpocząć niż podczas wyjazdu na Kretę. Teraz na przykład będę mógł wstać o zupełnie dowolnej godzinie. Tam niby też mogłem, ale śniadania wydawano tylko do 10:00. Poza tym tam panował nieznośny upał, a tutaj, choć ciepło, to jednak jest zdecydowanie przyjemniej. Tam też moja żona pilnowała naszego planu dnia, a tu będzie przez te trzy dni chodziła do pracy, więc zamierzam kierować się własnymi kaprysami.

Oczywiście, urlopy wyjazdowe są super. Można poznać nowe miejsca, kultury, zwyczaje. Bardzo je sobie cenię. Czasem jednak dobrze jest polenić się w swoim mieszkaniu i z niczym się nie śpieszyć. Poza tym można właśnie wtedy zająć się tymi wszystkimi sprawami, na które nie było czasu wcześniej. Najważniejsze jednak, żeby urlop spędzić tak, że samemu będzie się zadowolonym. Czego sobie i Wam życzę.

Utwór na dziś to perełka Pablopavo. Nie udało mu się dotrzeć w zeszłym roku na Pol'and'Rock, więc mamy szczerą nadzieję być na jego koncercie tym razem. Posłuchajcie i wy:


Dobrego tygodnia!

ENG:

I just started a week of leave. It's nothing that I recently had it for three weeks (on the occasion of the wedding), and then I was only seven days at work. I have another week off and that is cool. I am spending half of this weekend at my in-laws in the countryside and later we will go with my wife somewhere further only at night from Wednesday to Thursday (of course to Kostrzyn nad Odrą, for the Pol'and'Rock festival). This means that I will spend the next three working days in Katowice without having to go to work. And you know what?

It's an extremely pleasant prospect! I have already planed a meeting for a beer with my friend from kindergarten. When we last saw each other, he has not been working yet, and I was not married, so I'm sure there will be something to talk about. In addition, together with a colleague from work we plan to test a board game, which he recently bought. Maybe I will manage to visit my goddaughter. Another thing is also the fact that the leave allows you to go to the gym in the middle of the day when it is almost empty. The comfort of the exercises definitely improves when you do not have to look for which equipment is not currently used.

Besides, maybe I can devote some time to the things I have to do. I will definitely go to my parents' home to look at the things I left there when I moved out. I have to decide what to throw away, what to take to myself, and what will have to stay with my parents, because I do not have a space for it. I will also make a heroic attempt to get my master's diploma from the dean's office of my university. I became master in October last year, but I still miss a document that crowns this road.

So many plans, so many possibilities!

Paradoxically, in spite of all these plans, in some aspects I can rest more during these few days than during my vacation on Crete. Now, for example, I will be able to get up at any hour. Theoretically I could also be doing that there, but breakfast was only being served until 10:00. In addition, there was unbearable heat, and here, though warm, it is definitely nicer. That's where my wife watched our day plan, and here she will be going to work for three days, so I'm going to be guided by my own whims.

Of course, the holidays far from home are great. You can get to know new places, cultures and customs. I value that very much. Sometimes, however, it is good to stay lazy in your apartment and do not hurry with anything. In addition, you can then deal with all the matters that you did not have time before. However, the most important thing is to spend your leave in such a way that you will be satisfied yourself. What I wish for me and for you.

The song for today is the gem of Pablopavo. He failed to be on  Pol'and'Rock last year, so we are sincerely hoping to be at his concert this time. You can find the song above.

Have a good week!

niedziela, 21 lipca 2019

Nasze dobro narodowe.

Our national treasure. [English version below.]

Dosłownie w ten weekend opublikowano pierwszy zwiastun serialu "Wiedźmin" z Henrym Cavillem w roli tytułowej, produkowanego przez Netflix. Produkcja oparta na prozie Andrzeja Sapkowskiego ma zadebiutować na największej platformie streamingowej już pod koniec tego roku.

Wraz z żoną obejrzeliśmy zwiastun i stwierdziła, że poszłaby to obejrzeć. Wtedy uświadomiłem ją, że mowa o serialu, który obejrzymy nie ruszając się z domu, a to tylko ułatwia sprawę. Mi też zwiastun się spodobał. Serial wygląda obiecująco. Jest ładnie, dużo się dzieje, Geralt, może poza nadmiarem mięśni, wygląda tak, jak powinien. Czekam.

Niestety, polski internet jest polskim internetem. Nie mówię, że każdy musi się ze mną zgadzać. Jeśli jednak coś krytykuje, to powinien to robić merytorycznie. Tymczasem...

Takie oto są komentarze.

Zarzuty o kiepskiej jakości efekty specjalne może nawet mają sens. Nie wiem, nie znam się. Przeczytałem też gdzieś, że Aretuza wygląda zbyt posępnie i z tym nawet się zgadzam. Komuś innemu nie odpowiada muzyka i faktycznie brzmi trochę zbyt podobnie do większości trailerów fantasy. Podobnie ktoś inny stwierdził, że jemu się ten zwiastun po prostu nie podoba. Okej, nie musi.
Są różne gusta, więc szanuję odmienne zdanie.

W ciągu ledwie półtorej dnia pojawiło się jednak wobec tego zwiastunu mnóstwo zarzutów, które są zupełnie bzdurne. Oto kilka najczęstszych:
  • "Co to za dziwny medalion?" - cóż, to pytanie zadawane raczej przez fanów Wiedźmina, a jakże, ale tych znających go tylko z gier CD Projekt Red. Pojawiający się w serialu medalion wiedźmiński Geralta jest bowiem okrągły i widnieje na nim głowa wilka. Nie ma kształtu głowy wilka. Dlaczego? Bo dokładnie tak medalion został opisany w książkach. Chwała więc twórcom za wierność oryginałowi. Choć, szczerze powiedziawszy, wersja z gier wygląda lepiej.

  • "Henry Cavill nie nadaje się do tej roli / nie umie grać" - jak dla mnie jedyną wadą Geralta pokazanego w zwiastunie są wspomniane już wcześniej przerośnięte muskuły. Poza tym mimika, oczy, włosy, sposób poruszania się lub, mówiąc w skrócie, całokształt kupuje mnie w pełni. Brytyjski aktor wygląda wspaniale w roli wiedźmina, a dodatkowo jest wielkim fanem tej postaci, zatem wierzę, że na planie dawał z siebie wszystko. Zależy mu na pewno na sukcesie tej produkcji. Z kolei twierdzenie, że Henry Cavill nie jest dobrym aktorem jest po prostu śmieszne, gdy zdążyliśmy go już oglądać choćby w takich filmach jak "Mission Impossible: Fallout", "Kryptonim U.N.C.L.E" czy nawet to nieszczęsne "Justice League", w którym był jednym z jaśniejszych punktów.
  • "Brakuje słowiańskości" - wiedźmina stworzył Andrzej Sapkowski, Polak. Polacy to naród słowiański. Tyle. Czy to znaczy, że wiedźmińskie uniwersum jest słowiańskie? Ależ skąd! Mówimy o świecie, w którym istotną rolę odgrywają elfy i krasnoludy, pochodzące z mitologii germańskiej (i może nordyckiej). To świat, w którym gros imion (choćby Yennefer, Triss czy Yarpen) i nazw (na przykład Nilfgaard, Oxenfurt czy Kaedwen) zdecydowanie nie brzmi po słowiańsku. W najpopularniejszej serii Andrzeja Sapkowskiego pojawiają się też oczywiście elementy słowiańskie, jak choćby strzyga, ale mamy również do czynienia z całą plejadą stworzeń mających zupełnie inną genezę, jak choćby jednorożce czy sukkuby. Ponadto część opowiadań o przygodach Geralta opiera się o takie baśnie jak Piękna i Bestia czy Królewna Śnieżka. W związku z tym mówienie o słowiańskości sagi o wiedźminie jest absurdem.
To oczywiście nie wszystko. Można by się jeszcze odnieść do wielu innych głupich komentarzy, choćby dotyczących ciemoskórych driad. Nie będę tego jednak robił. To, co jest, wystarczy. Nie mam oczywiście żadnej pewności, że serial "Wiedźmin" będzie dobry. Mam jednak szczerą nadzieję, że tak. Chętnie też o nim podyskutuję, pod warunkiem, że będzie to sensowna wymiana poglądów, a nie jęczenie, że "miało być inaczej".

A wy? Czekacie na "Wiedźmina"? Macie swoje obawy? Wkurzają Was kretyńskie komentarze? Piszcie, jeśli chcecie. Tymczasem zostawiam Was z dobrą muzyką:


To by było na tyle. Dobrego dnia, tygodnia, życia!

ENG:


Literally this weekend, the first trailer of the series "The Witcher" with Henry Cavill in the title role, produced by Netflix was published. The production based on Andrzej Sapkowski's prose is to debut on the largest streaming platform by the end of this year.

Together with my wife, we watched the trailer and she said that she would go and see it. Then I made her realize that we are talking about the series, which we will watch without leaving home and that only makes things easier. I also liked the trailer. The series looks promising. It looks nice, a lot is happening, Geralt, maybe except the excess muscle, looks like he should. I am waiting.

Unfortunately, Polish internet is Polish Internet. I'm not saying that everyone has to agree with me. However, if someone criticizes something, he or she should do it substantively. However... It is not happening.

Objections about poor quality special effects may even make sense. I do not know, I am not an expert. I also read somewhere that Aretuza looks too gloomy and I even agree with that. Someone else does not like the music and it actually sounds a bit too similar to most fantasy trailers. Similarly, someone else said that he did not like this trailer. Okay, he does not have to. There are different tastes, so I respect different opinions.

However, in the course of just a day and a half, there have been many accusations against this trailer, which are completely nonsense. Here are some of the most common:
  • "What is this strange medallion?" - Well, this is a question asked by Witcher fans, but those who know him only from CD Projekt Red games. Appearing in the series, the Geralt's medallion is round, and the head of a wolf appears on it. It is not wolf head shaped. Why? Because exactly in that way the medallion was described in the books. So praise the creators for loyalty to the original. Although, to be honest, the game version looks better.
  • "Henry Cavill is not suitable for this role / does not know how to play" - as for me the only defect of the Geralt shown in the trailer are the already mentioned overgrown muscles. Besides that, facial expressions, eyes, hair, a way to move or, in short, the whole performance, is great in my opinion. British actor looks great as a witcher, and is also a big fan of this character, so I believe that he did his best on the set. He certainly cares about the success of this production. In turn, the claim that Henry Cavill is not a good actor is just ridiculous when we've already seen him in such films as "Mission Impossible: Fallout", "The Man from U.N.C.L.E." or even the unfortunate "Justice League" in which he was one from brighter points.
  • "Slavic is missing" - the Witcher was created by Andrzej Sapkowski, a Pole. Poles are a Slavic nation. That is all. Does it mean that the Witcher universe is Slavic? Of course not! We are talking about a world in which elves and dwarves from the Germanic (and maybe Norse) mythology play an important role. It is a world in which the majority of names (like Yennefer, Triss, Yarpen or Nilfgaard, Oxenfurt, Kaedwen) definitely do not sound Slavonic. In the most popular series of Andrzej Sapkowski, there are of course also Slavic elements, such as a striga, but we also deal with a whole range of creatures having a completely different genesis, such as unicorns or succubuses. In addition, some of the stories about the adventures of Geralt are based on such fairy tales as Beauty and the Beast or Snow White. Therefore, talking about the witchers as a Slavic saga is absurd.
This is not everything, of course. One could still refer to many other stupid comments, even those concerning dark-skinned dryads. I will not, however, do it. What is written, is enough. Of course, I have no certainty that the Witcher series will be good. However, I sincerely hope so. I will also be happy to discuss it, provided that it would be a sensible exchange of views, not a whimper that "it  was supposed to be different".

And how about you? Are you waiting for The Witcher? Do you have your fears? Are you mad at moronic comments? Write, if you want. In the meantime, I leave you with good music. You can find it above.

That's it. Have a good day, week, life!

niedziela, 14 lipca 2019

Zabić lenistwo!

Kill the laziness! [English version below.]

Nie było mnie tu przez trzy tygodnie. Jak niektórzy z Was mogą kojarzyć z mojego Facebooka, przez niedawny tydzień odpoczywaliśmy na Krecie z moją świeżo poślubioną żoną. Ciepłe kraje to raczej nie nasze klimaty, ale raz postanowiliśmy odpocząć w ten sposób. Co więcej, po raz pierwszy zdecydowaliśmy się na wyjazd zorganizowany przez biuro podróży. nie chcąc do zamieszania związanego z weselem i innymi rzeczami dokładać sobie planowania wakacji.

Ślub, wesele, poprawiny, chwila przerwy i w końcu polecieliśmy. W Heraklionie lądowaliśmy w środę po południu i tego dnia zdążyliśmy jeszcze trochę odpocząć nad basenem. Podobnie przez cały czwartek i piątek: trochę spacerowaliśmy, ale głównie pływaliśmy i leżeliśmy nad basenami lub nad morzem. Taki był plan na początek, ale powiem szczerze: w piątek miałem już tego dość i kolejny dzień doprowadziłby mnie do furii. Nie bardzo pomagało nawet to, że miałem ze sobą książki i seriale. 

Na szczęście od soboty zaczęły się wycieczki. Najpierw pojechaliśmy zwiedzać pałac minojski w Knossos i oraz Muzeum Archeologiczne w Heraklionie, a także samo miasto. Było to naprawdę interesujące, choć trochę zawiódł mnie niski poziom oryginalności samego pałacu. Kolejnego dnia natomiast udaliśmy się na Spinalongę, będącą najpierw twierdzą wenecką, potem turecką, a potem mieszkaniem trędowatych. To była też naprawdę interesująca wycieczka, dodatkowo wzbogacona rejsem po morzu, pływaniem w zatoce Mirabello i obiadem na statku oraz zwiedzaniem miasteczka Ajos Nikolaos. Poza tym planowaliśmy na poniedziałek udział w wycieczce do Chanii i Retimno, tj. dwóch pięknych miast z wyraźnymi śladami panowania weneckiego na Krecie.

Niestety, okazało się, że wycieczka ta nie odbędzie się. Zdaje się, że przyczyną była zbyt mała ilość chętnych. Trochę się zirytowałem, bo naprawdę się na nią cieszyłem. Nie dało się jednak nic zrobić. Wizja powrotu do lenistwa przez cały dzień była jednak dla mnie dość przerażająca. W związku z tym musieliśmy poszukać czegoś innego.

WTEM... Okazało się, że raptem półtora kilometra od naszego hotelu znajduje się Lychnostatis, czyli Muzeum Na Wolnym Powietrzu, prezentujące historię naturalną i kulturę Krety. Na ogrodzonym obszarze znalazły się autentyczne domy kreteńskie, szkoła, kościółek czy chata rybaka, przykłady roślinności, herbarium i wiele, wiele innych. Całe zwiedzanie było rzeczywiście mocno pouczające i wciągające i jest to atrakcja, którą z czystym sumieniem mogę polecić. Wydanie na bilet wstępu 6 EUR od osoby okazało się całkiem niezłym pomysłem. Dzięki temu też kolejne dni można było znów poświęcić głównie na lenistwo i szukanie upominków. Ważne było, żeby urlop nie ograniczał się tylko do leżenia. 

Takie zwiedzanie.

Odpoczynek polegający wyłącznie na lenistwie nie bardzo do mnie trafia. Oczywiście, to przyjemne, ale w małych ilościach. Inny przykład to urodziny mojego kumpla, które świętowaliśmy w ten weekend. Może tylko siedzielibyśmy, pijąc i jedząc, być może przy dźwiękach gitary. Jednak nie tym razem. To znaczy: to też było, ale tylko w piątek wieczorem i sobotę rano. Wcześniej, przed imprezą, wybraliśmy się na gokarty. Ścigaliśmy się, wyprzedzaliśmy i porównywaliśmy wyniki. Czuć było przeciążenia i pęd powietrza. Najważniejsze, że coś się działo.

Podobnie po imprezie, gdy wreszcie udało nam się zebrać, wybraliśmy się na kajaki. Trochę sportu i wysiłku było dobrą odskocznią od imprezowania. Do tego doszło zwiedzenie okolicy z innej perspektywy i obserwacja kolegi, który przy brzegu wpadł do wody. Dzięki temu ze zwykłej imprezy zrobił się weekend pełen wrażeń.

Myślę, że choć czasem warto spędzić wolny czas na leniuchowaniu, to jednak lepiej z tym uważać. Trzeba szukać okazji, by odpoczywać, próbując różnych rzeczy i poznając nowe. Warto zabijać lenistwo, szukając okazji do wycieczek, ścigając się ze znajomymi czy próbując jeszcze czegoś innego. Oczywiście, nie nalegam. Polecam natomiast z całego serca.

Utwór na dziś to coś cudownego. Zresztą KAMP! zagra już w najbliższy piątek na Targu Nocnym w Katowicach. Wpadnijcie:


To tyle na dziś. Dobrego popołudnia, tygodnia, życia. Trzymajcie się.

ENG:

I have not been here for three weeks. As some of you can know from my Facebook, for the last week I rested on Crete with my newly married wife. Warm countries are not our typical destination, but this time we decided to rest in this way. What's more, for the first time we decided to go on a trip organized by a travel agency, not wanting to add planning the vacation to the mess related to the wedding and other things.

Wedding, reception, second day, a moment of break and finally we flew. In Heraklion we landed on Wednesday afternoon and on that day we managed to rest a bit by the pool. Similarly, throughout the whole of Thursday and Friday: we walked a bit, but mostly we swam and were lying by the pools or by the sea. That was the plan for the beginning, but to be honest: on Friday I had enough of that and another day would lead to fury. Even the fact that I had books and TV shows with me did not help me much.

Fortunately, tours began on Saturday. First, we went to visit the Minoan palace in Knossos and the Archaeological Museum in Heraklion, as well as the city itself. It was really interesting, although I was disappointed by the low level of originality of the palace itself. The next day we went to Spinalonga, which was first a Venetian fortress, then a Turkish one, and then a place where lepers lived. It was also a really interesting trip, additionally enriched by a cruise on the sea, swimming in the Mirabello bay and a dinner on the ship and sightseeing of the town of Agios Nikolaos. In addition, we planned to participate in a trip to Chania and Rethymno on Monday, ie two beautiful cities with clear traces of Venetian rule in Crete.

Unfortunately, it turned out that this trip would not take place. It seems that the reason was too few interested. I got a little irritated because I was really looking forward to it. However, nothing could be done. The vision of a return to laziness throughout the day was quite frightening to me. Therefore, we had to look for something else.

SUDDENLY... It turned out that just one and a half kilometers from our hotel there is Lychnostatis, Museum on the Open Air, presenting the natural history and culture of Crete. In the fenced area there are authentic Cretan houses, a school, church or fisherman's hut, examples of vegetation, a herbarium and many, many more. The whole tour was indeed very informative and engaging and this is an attraction that I can recommend with a clear conscience. Spending EUR 6 per person on the admission ticket turned out to be quite a good idea. Thanks to this, the next days could again be sacrificed mainly for laziness and looking for gifts. It was important that the holiday was not limited only to lying down.

A rest based solely on laziness does not appeal to me. Of course, it's nice, but in small quantities. Another example is my friend's birthday, which we celebrated this weekend. Maybe we would just be sitting, drinking and eating, perhaps with the sounds of a guitar. However, not this time. That is to say: it happened also, but only on Friday evening and Saturday morning. Earlier, before the event, we went on karting. We were racing, overtaking each other and comparing the results. There was a sense of overload and air rush. The most important thing was that something was happening.

Similarly, after the event, when we finally managed to organize, we went on kayaks. A little of sport and effort was a good break from partying. This was accompanied by visiting the area from a different perspective and observing a colleague who fell into the water by the shore. Thanks to this, an ordinary event turned into an exciting weekend.

I think that although it is sometimes worth spending free time lazing around, it's better to be careful about it. You need to look for opportunities to relax, trying different things and getting to know new ones. It is worth to kill laziness, looking for opportunities for trips, racing with friends or trying something else. Of course, I do not insist. I recommend it with all my heart.

A song for today is something wonderful. What is more, KAMP! will play this Friday at the Night Market in Katowice. Come and hear, but first listen to the recording, which you can find it above.

That's it for today. Have a good afternoon, week and life. Take care.

niedziela, 23 czerwca 2019

A może lekkie szturchnięcie?

How about a delicate poke? [English version below.]

Jak możecie kojarzyć z mojego Facebooka tudzież Instagrama, tydzień temu odbył się mój wieczór kawalerski. Trasa wiodła od Katowic, przez kajaki na Wiśle, Nowy Targ i Zakopane, aż na Słowację. Zabawy było mnóstwo, uzbierało się sporo wspomnień i dostałem wspaniałe prezenty.

Dziś jednak chciałbym skupić się na tym, co wydarzyło się w Zakopanem. Tego, co to będzie, zacząłem domyślać się już w Nowym Targu. Miałem do tego trzy przesłanki:
  • okazało się, że trzeba dokonać przetasowań w samochodach, bo nie wszyscy jadą do kolejnego punktu, co oznaczałoby, że jest to atrakcja tylko dla mnie,
  • wiedziałem, o jakiej atrakcji mówiłem już od dawna,
  • osoby, które pomijały kolejny punkt, pożegnały się ze mną półżartem mówiąc, że możemy się już nie zobaczyć, a to sugerowało coś, co jest choć trochę niebezpieczne.
Gdy wjechaliśmy do Zakopanego i zbliżaliśmy się do celu, nabrałem pewności, że moje procesy dedukcyjne zadziałały prawidłowo. Oto moim oczom ukazał się dźwig do skoków. Kolejną atrakcją był skok na bungee.

Ucieszyłem się bardzo, choć gdzieś z tyłu głowy tliły się wątpliwości. "A co jeśli na górze się zawahasz i wystraszysz?"  szeptała jedna myśl, ale tę szybko odpędziłem. "Dopiero co jadłeś obiad..." wtrąciła druga i z tą nie mogłem się kłócić. Na wielkie rozmyślania nie było jednak czasu. Pozbyłem się wszystkich zbędnych rzeczy (portfela, telefonu, okularów itd.), przeczytałem regulamin, podpisałem się pod nim i wysłuchałem koniecznych informacji. Potem podpięto do mnie linę i wszedłem do kosza. Zrobiono mi trochę zdjęć i ruszyliśmy w górę. Po drodze instruktor przekazał mi wiedzę tajemną, która na dobre rozproszyła pierwszą z moich wątpliwości. W skrócie:
  • stanąć przy samej krawędzi kosza,
  • nie patrzeć w dół, a zamiast tego podziwiać widoki (m. in. Wielka Krokiew i Giewont),
  • po sygnale rozłożyć ręce i po prostu wychylić się do przodu (nie trzeba skakać, grawitacja zrobi swoje).
Na górze przyszła pora na kolejną sesję zdjęciową, po czym nadszedł sygnał. Rozłożyłem ręce, pochyliłem się na wyprostowanych nogach i... Runąłem w dół.

To ja.

O samym skoku nie ma sensu pisać wiele. Jest zbyt krótki. Przez adrenalinę nie dociera do Ciebie szczególnie dużo. Lecisz w dół, pewien, że zaraz pożegnasz się z życiem i nagle coś Cię zatrzymuje i ciągnie w górę. Jakby aniołowie ratowali Ci życie. Tyle tylko, że zaraz potem znów wygrywa grawitacja.

Nie da się jednak ukryć, że to spore przeżycie. Jak wspomniałem wcześniej, od dawna chciałem skoczyć. Zawsze jednak coś mi nie pasowało. Nie było na przykład ze mną osoby, która chciałbym, żeby była albo kolejka do skoku okazywała się za długa. Zapewne brakowało mi po prostu determinacji. W końcu jednak ktoś podjął decyzję za mnie.

Mówi się, że czasem konieczne jest delikatne popchnięcie, gdy jest się już na górze, ale ja potrzebowałem go na dole. Gdy zostałem zawieziony pod dźwig i oznajmiono mi "Skaczesz.", przyjąłem to do wiadomości. Chciałem to zrobić i skoro ktoś zorganizował całość, to nie było powodu, żeby rezygnować.

Myślę, że czasem, przy różnych życiowych, ważniejszych i mniej ważnych decyzjach potrzebny jest nam ktoś, kto nam to ułatwi. Wybierze moment. Zadba o to, żeby nie było wymówek. Powie: "Ok, chcesz to zrobić? To zrób to teraz." Taka osoba jest też ostatecznym weryfikatorem tego, czy rzeczywiście chce się podjąć daną decyzję. Jeśli bowiem wszystko jest gotowe, to można tylko zrobić daną rzecz albo przyznać, że jednak się nie chce. Trzeba wykazać się odwagą albo wycofać.

Przy ważnych decyzjach albo spełnianiu marzeń może warto zadbać o to, żeby mieć ze sobą kogoś, kto dopilnuje wszystkiego. Inaczej zawsze będziecie mogli próbować uników. To taka luźna myśl wynikająca ze skoku z ponad osiemdziesięciu metrów.

Tyle na dziś. Zostawiam Was z utworem odrobinę nawiązującym do tematu:



Dobrego popołudnia, tygodnia, życia!

ENG:

As you can know from my Facebook or Instagram, my bachelor party took place a week ago. The route led from Katowice, including canoes on the Vistula, then through Nowy Targ and Zakopane, to Slovakia. There were tons of fun, a lot of memories were collected and I got great presents.

Today, however, I would like to focus on what happened in Zakopane. I started to suspect what it would be when we were still in Nowy Targ. I had three premises for this:
  • it turned out that some shuffles in cars are necessary, because not everyone goes to the next point, which would mean that this is an attraction only for me,
  • I knew about what kind of attraction I had been talking for a long time,
  • people who omitted the next point said goodbye to me half-jokingly saying that it could be the last time we see each other, and this suggested something that is a bit dangerous.

When we entered Zakopane and approached the destination, I was certain that my deduction processes worked properly. i was precisely seeing the crane for the jumps. Next attraction was a bungee jump.

I was very happy, though doubt was somewhere in the back of my head. "What if you will hesitate and be scared at the top?" a thought whispered, but I quickly chased it away. "You just ate dinner ..." said the second one and I could not argue with that. However, there was no time for overthinking. I got rid of all unnecessary things (wallet, phone, glasses, etc.), read the regulations, signed it and listened to the necessary information. Then a rope was hooked up to me and I entered the basket. There were taken some pictures of me and we went up. Along the way, the instructor passed on to me secret knowledge, which for good dispersed the first of my doubts. In brief:
  • stand at the edge of the basket,
  • do not look down and instead see the views (including Wielka Krokiew and Giewont),
  • after the signal, spread your arms and just lean forward (you do not have to jump, gravity will do the job).
At the top, it was time for the next photo session, and then the signal came. I spread my arms, leaned forward with my legs straight and... I fell down.

It does not make sense to write a lot about the jump itself. It is too short. Because of adrenaline not much reaches you. You are falling down, sure that you will say goodbye to life and suddenly something stops you and pulls you up. As if angels saved your life. Only that a second later gravity wins again.

It is impossible to hide that it is a big experience. As I mentioned earlier, for a long time I have wanted to jump. Always, however, something was a problem. For example, there was no one of those I would like to be there, or the queue to jump was too long. I probably just lacked determination. In the end, however, someone made a decision for me.

It is said that sometimes it is necessary to be gently poked when you are on the top of the crane, but I needed it downstairs. When I was taken to the crane and heard "You are jumping.", I took it for granted. I wanted to do it and if someone had organized the whole thing, there was no reason to give up.

I think that sometimes, with various, more or less important decisions, we need someone who will make it easier for us. He or she chooses a moment. This person takes care that there are no excuses. He or she says, "Ok, you really want to do it? Do it now." Such a person is also the final verifier of whether you really want to make a decision. If everything is ready, you can only do the thing or admit that you do not want to. You have to show courage or simply withdraw. There is no third option.

When making important decisions or making your dreams come true, it may be worth having someone with you who will take care of everything. Otherwise you will always be able to try to dodge the decision. That is a free thought resulting from a jump from over eighty meters.

That is all for today. I leave you with the song a bit referring to the topic. You can find it above.
 
Have a good afternoon, week, life!

niedziela, 9 czerwca 2019

Znów czytam!

I read again! [English version below.]

Książki. Poszerzają horyzonty. Pokazują nowe światy. Pozwalają przeżyć historie niemożliwe do przeżycia. Uczą, bawią, rozwijają. Kiedyś czytałem całe mnóstwo. Mniej więcej do końca trzeciego roku studiów pożerałem książki nałogowo. Gdy miałem jedenaście lat, z własnej woli przeczytałem całą trylogię Sienkiewicza. Do liceum czytałem z zapałem wszystkie lektury, a w szkole średniej zrezygnowałem z części z nich, ale tylko po to, by mieć więcej czasu na bardziej interesujące mnie pozycje. Biblioteka była jednym z moich ulubionych kierunków spacerów.

A potem przyszła dorosłość. Na studiach drugiego stopnia zacząłem studiować zaocznie i pracować. Ilość wolnego czasu skróciła się dramatycznie. Poza tym, gdy już się pojawiał, na ogół byłem na tyle zmęczony, że wysiłek intelektualny był ostatnim, czego chciałem. Dużo wygodniejsze i mniej wymagające okazywało się przeglądanie rozmaitych treści w internecie lub oglądanie filmów czy seriali. To bardziej pozwalało odreagować. W tym czasie niemal przestałem czytać książki. Brakowało czasu i chęci. Raz na jakiś czas jeszcze coś przeczytałem, ale było to bardzo rzadko i w wyjątkowych sytuacjach. Trochę poprawiłem też własne statystyki podczas wakacji, w trakcie których miałem jednocześnie przerwę od pracy. Generalnie jednak było słabo.

Aż w końcu w październiku ubiegłego roku zostałem magistrem i nagle okazało się, że mimo coraz większej ilości pracy zdarza mi się mieć trochę wolnego czasu. To jeszcze nie był przełomowy moment, ale ten nadszedł niedługo później. Przy okazji Bożego Narodzenia pojawiło się kilka dni spokoju i właśnie wtedy zacząłem czytać "Hardą". Nie szło mi jakoś wybitnie szybko, ale po trochu do celu. Gdy skończyłem jedną pozycję, zabrałem się za kolejną, a potem już jakoś poszło. Pomogło też to, że w ostatnim czasie sporo jeżdżę pociągami (służbowo i prywatnie), co daje dodatkowy czas na czytanie. Od Bożego Narodzenia zdążyłem więc przeczytać:

  • "Hardą" i "Królową" - niezwykle wciągający dwuksiąg autorstwa Elżbiety Cherezińskiej będący powieścią historyczną o Świętosławie, czyli siostrze Bolesława Chrobrego,
  • "Felixa, Neta i Nikę oraz Koniec Świata Jaki Znamy" - piętnastą część uwielbianego cyklu dla młodzieży opowiadającego o trójce nastolatków przeżywających niesamowite przygody (szkoda tylko, że od 15 lat chodzą oni do tej samej szkoły).
Możliwe, że po drodze była jeszcze jakaś inna książka, która mi umknęła. Ostatnio natomiast zacząłem czytać "Kłamcę", czyli powieść fantasy opowiadającą o Lokim i jestem bardzo ciekaw, co będzie dalej.

Oto ona.

Wychodzi nieco ponad 3 książki w pięć i pół miesiąca. Mało? Kiedyś bym tak twierdził, ale czasy się zmieniły. Teraz czytam niemal wyłącznie przy okazji wspomnianych podróży pociągiem i czasem przez chwilę wieczorem. W związku z tym uważam, że to całkiem przyzwoity wynik. Poza wszystkim: dużo lepszy niż w ostatnich latach.

Dorastanie sprawia, że czasem trzeba ograniczać rzeczy, które się kiedyś lubiło. Niekoniecznie znaczy to jednak, że od razu należy rezygnować z nich całkowicie. Może wystarczy zamknąć tę rzecz w wyznaczonym codziennie lub co tydzień czasie? Jeśli bowiem coś jest przyjemne, a do tego rozwijające, to chyba warto próbować utrzymać się przy tej rzeczy. Choć na moment, gdzieś między innymi zadaniami. Tak mi się przynajmniej wydaje.

A wy? Jak stoicie z czytelnictwem? A może jest coś innego, na co zaczęło brakować Wam czasu, ale chcielibyście do tego wrócić albo już wróciliście? Dajcie znać, jeśli chcecie.

Zostawiam Was z utworem na dziś, który nie jest nowy ani wybitny, ale ostatnio bardzo go polubiłem:


I to tyle. Życzę Wam dobrego popołudnia i tygodnia.

ENG:

Books. They broaden horizons. They show new worlds. They enable you to experience stories that are impossible to live. They teach, amuse, develop you. I used to read a lot. Until the end of the third year of studies, I was reading the books addictively. When I was eleven years old, I read Sienkiewicz's entire trilogy of my own free will. Up to high school I read all the obligatory books eagerly and then I gave up some of them, but only to have more time for more interesting positions. The library was one of my favorite destinations of walks.

And then came the adulthood. At my second-cycle studies I started studying extramurally and working at the same time. The amount of free time has shortened dramatically. Besides, even when it was appearing, I was usually tired enough that the intellectual effort was the last thing I wanted. A lot more convenient and less demanding was browsing various content on the internet or watching movies or series. It made it possible to rest. During this time, I almost stopped reading books. Time and willingness were lacking. Once in a while I have been reading something more, but it was very rare and only in exceptional situations. I also slightly improved my own statistics during the holidays, when I also had a break from work. Generally, however, it was poor.

Finally, in October last year, I became a master and suddenly it turned out that despite the increasing amount of work, I happen to have some free time. It was not a crucial moment yet, but it came soon after. On the occasion of Christmas, there were a few calm days and that's when I started to read "Harda". It did not go very fast, but step by step. When I finished one position, I started the next one, and then it went somehow. It also helped that recently I travel a lot with trains (both business and private trips), which gives me extra time to read. Since Christmas, I managed to read:
  • "Harda" and "Królowa" - two extremely addictive books by Elżbieta Cherezińska, being a historical novel about Świętosława, the sister of Bolesław Chrobry,
  • "Felix, Net and Nika and the End of the World We Know" - the fifteenth part of the beloved cycle for young people telling about three teenagers experiencing amazing adventures (it's a pity that they have been going to the same school for 15 years).
It's possible that there was another book on the way that I forgot about. Recently, however, I started to read "Kłamca", a fantasy novel about Loki and I am very curious to see what will happen next.

The outcome is a little over three books in five and a half months. Little? Once I would say so, but times have changed. Now I read almost exclusively on the occasion of the aforementioned journeys by train and sometimes a bit in the evening. Therefore, I think it's a pretty decent result. Apart from everything: much better than in recent years.

Growing up makes you sometimes have to limit things that you used to like. It does not necessarily mean, however, that you should give them up completely. Maybe it's enough to close this thing in a fixed amount of time on a daily or weekly basis? If something is pleasant and also developing, it is probably worth trying to keep up with this thing. At least for a moment, somewhere among other things and tasks. At least I think so.


And you? How do you stand with readership? Or maybe there is something else that you have been running out of time for, but would you like to come back or have you come back? Let me know if you want.

I leave you with a song for today, which is not new or outstanding, but recently I liked it. You can find it above.

And that's it. I wish you a good afternoon and a week.

niedziela, 2 czerwca 2019

Bajka dla dorosłych.

Fairy tale for grown-ups. [English version below.]

Powoli zbliżam się do końca piątego sezonu "BoJacka Horsemana". Jest duża szansa, że doskonale to znacie. Może jednak akurat przypadkiem nie wiecie, co to? To serial animowany na Netfliksie, który dzieje się w Hollywood w świecie, w którym zwierzęta i ludzie żyją dokładnie tak samo. Głównym bohaterem jest koń, który w latach 90. był gwiazdorem sitcomu. Lata później boryka się on z częściowym zapomnieniem przez publikę, uzależnieniem od alkoholu i innych używek, samotnością, nieumiejętnością nawiązywania głębszych relacji z innymi czy wspomnieniami z dzieciństwa pozbawionego jakiejkolwiek czułości ze strony rodziców. Brzmi dziwnie? Jest cudownie.

Dlaczego o tym piszę? Bo serial ten jest cudowny i uświadomiłem sobie, że wynika to chyba z tego, iż doskonale łączy on sprzeczności. Z jednej strony bowiem jest przezabawny. Kwestie dialogowe są napisane doskonale. Bohaterowie albo wręcz tryskają sarkazmem, albo są oszałamiająco dosłowni. Humor sytuacyjny, którego fascynujące życie gwiazd dostarcza w dużych ilościach, także trzyma poziom. Podobnie jest z licznymi grami słownymi. Z drugiej strony, jak wskazuje już opis głównego bohatera, spektrum poruszanych tematów jest bardzo poważne. Serial opowiada o nałogach, cierpieniu, alienacji, śmierci bliskich, rozwodach, niemożności posiadania dzieci czy próbach adopcji. Porusza tematy prób zrozumienia własnej aseksualności, uzyskania akceptacji innych czy odnalezienia biologicznej rodziny. Pokazuje, że rzadko kiedy jest tak, jak byśmy chcieli i nawet osiągnięty sukces niekoniecznie daje spodziewaną satysfakcję.

Powiększcie dla lepszego zrozumienia.

Inna płaszczyzna sprzeczności to absurd versus rzeczywistość. Mówimy bowiem o serialu, w którym wszystkie stworzenia mogą koegzystować, przyjaźnić się, a nawet wchodzić między sobą w związki, uprawiać seks i mieć dzieci. Nieważne, czy to ludzie, myszy, koty, psy, lisy, orki, konie, wieloryby czy hipopotamy. Nie ma to znaczenia. Poza tym pojawiają się motywy takie jak wyścig narciarski o tytuł gubernatora Kalifornii, wybudowanie mostu prowadzącego z kontynentu na Hawaje, podwodny festiwal filmowy czy Los Angeles zagrożone atakiem ogromnego spaghetti. Warto jednak zauważyć, że sporo z tych rzeczy wynika tylko z delikatnej hiperbolizacji zjawisk rzeczywiście występujących w naszej rzeczywistości. Wspomniane wyścig czy most to efekty normalnego amerykańskiego procesu legislacyjnego, odpowiednio prowadzonego przez lobbystów. Mechanizmy rządzące na przykład procesem adopcyjnym, przemysłem filmowym, geografia i zdarzenia historyczne także są bardzo zbliżone do naszej rzeczywistości. Pojawia się nawet część znajomych celebrytów, jak Andrew Garfield, Daniel Radcliffe czy Jessica Biel.

Wszystko to wymieszane sprawia, że dostajemy doskonały serialowy koktajl, trochę słodki, trochę kwaśny, który wypija się duszkiem i zaraz pragnie więcej. To produkcja, której nawet słabsze odcinki ogląda się z prawdziwą przyjemnością. Wiele epizodów bawi się rozmaitymi konwencjami: są śledztwa, odcinek niemy, retrospekcje. Serial raczy nas też doskonałymi zawieszeniami akcji na koniec sezonów i odcinków: to na przykład zgony istotnych postaci, ujawnienia mrocznych tajemnic czy zaskakujące rozpoznanie syna przez matkę z demencją. To rzeczy, które sprawiają, że od razu chcesz wiedzieć, co dalej. Włączasz kolejny odcinek i... Dany temat wcale niekoniecznie jest kontynuowany. To znaczy jest, ale nie od razu. Akcja toczy się dalej i dopiero później niemal zapomniany wątek zadaje niespodziewany cios. Serial jest też niesamowicie konsekwentny. Rzeczy z pierwszego sezonu, nawet drobiazgi, potrafią mieć niesamowity wpływ nawet na sezon piaty. 

W efekcie dostajemy serial, który nie męczy, ale prawdziwie wciąga. Potrafi zdołować, ale i rozśmieszyć. Gdzieś tam zawsze jednak tkwi maleńka iskierka nadziei. Dlatego całym serduszkiem go polecam. Jeśli jeszcze nie widzieliście "BoJacka Horsemana", a rozglądacie się za nowym serialem albo nawet nie rozglądacie się, ale gdzieś go jeszcze wepchniecie w swój grafik, nie wahajcie się. Warto!

Utwór na dziś nie jest szczególnie zaskakujący. Posłuchajmy:


To chyba tyle. Oglądajcie. Trzymajcie się. Dobrego tygodnia.

ENG:

I am slowly approaching the end of the fifth season of "BoJack Horseman". There is a good chance that you know it perfectly well. However, maybe you do not know what it is? This is an animated series on Netflix that takes place in Hollywood in a world where animals and people live exactly the same. The main hero is a horse, who in the 90s was a sitcom star. Years later he struggles with partial oblivion by the public, addiction to alcohol and other drugs, loneliness, inability to establish deeper relationships with others and childhood memories deprived of any tenderness from parents. Sounds weird? It's wonderful.

Why am I writing about it? Because this series is wonderful and I realized that this is probably due to the fact that it perfectly combines contradictions. On the one hand, it is hilarious. The dialogues are written perfectly. The heroes are either gushing with sarcasm or they are stunningly literal. Situational humor, provided in large quantities by the fascinating life of the stars, also holds the level. Similarly with numerous word games. On the other hand, as the description of the main character already indicates, the spectrum of topics discussed is very serious. The series tells about addictions, suffering, alienation, death of loved ones, divorces, inability to have children or attempts to adopt. It addresses the topics of attempts to understand one's asexuality, obtaining acceptance of others or finding a biological family. It shows that it is rarely the way we want it to be and even the success achieved does not necessarily give the expected satisfaction.

Another level of contradiction is absurd versus reality. We are talking about a series in which all creatures can co-exist, be friends and even enter into relationships, have sex and have children. It does not matter if they are people, mice, cats, dogs, foxes, orcs, horses, whales or hippos. In addition, there are motives such as the ski race for the title of governor of California, building a bridge leading from the mainland to Hawaii, an  film festival underwater or Los Angeles threatened by the attack of huge spaghetti. It is worth noting, however, that many of these things result only from the delicate hyperbolization of phenomena actually occurring in our reality. The race or bridge mentioned are the results of a normal American legislative process, properly run by lobbyists. Mechanisms that govern, for example, the adoption process, the film industry, geography and historical events are also very similar to our reality. There are even some familiar celebrities, such as Andrew Garfield, Daniel Radcliffe or Jessica Biel.

Everything mixed up makes us get a perfect serial cocktail, a bit sweet, a bit sour. You drink it quick and then you want more of it. It is a production, which even weaker episodes are watched with real pleasure. Many episodes are playing with various conventions: there are investigations, a silent episode, flashbacks. The series also catches us with excellent suspensions of action at the end of seasons and episodes: examples are deaths of important figures, revealing dark secrets or astonishing son recognition by a mother with dementia. These are the things that make you want to know what's next. You turn on the next episode and ... The subject is not necessarily continued. Well, it is, but not immediately. The action goes on and then the almost forgotten thread deals an unexpected blow. The series is also incredibly consistent. Things from the first season, even trinkets, can have an amazing impact even on the fifth season.

As a result, we get a series that is not exhausting, but really draws you in. It can depress you, but also make you laugh. However, there is always a tiny spark of hope. That is why I recommend it with the whole heart. If you have not seen "BoJack Horseman" yet, and you are looking for a new series or you do not even look around, but you can find some time, do not hesitate. It is really worth it!

The song for today is not particularly surprising. Find it above and enjoy.

I think that's all. Take care and have a good week.