sobota, 14 kwietnia 2018

Już prawie koniec...

It is almost the end... [English version below]

Jest sobie COŚ. COŚ bardzo Wam się podoba. To COŚ trwa. Trwa długo, jesteście do tego przywiązani. I nagle zdajecie sobie sprawę, że niebawem to COŚ się skończy. To problem, bo wy wcale nie chcecie, żeby się skończyło.

To COŚ może być bardzo różne, w zależności od osoby. Możliwości to między innymi praca w jakimś miejscu, wciągająca rozmowa, pełen przygód wyjazd, wyjątkowo udana domówka, fascynująca książka czy rewelacyjny serial. Ja akurat piszę ten tekst z tego ostatniego powodu. Od jesieni oglądam serial Battlestar Galactica. Długo, ale z uwagi na napięty sezon nie byłem w stanie szybciej. W każdym razie pisząc te słowa jestem w połowie przedostatniego odcinka ostatniego sezonu, co oznacza, że zostało mi do obejrzenia ledwie 60 minut tego serialu. To tylko godzina produkcji, która jest jednym z najlepszych seriali sci-fi, jakie było mi dane oglądać, być może najlepszym serialem, jaki widziałem kiedykolwiek.

I co z tym zrobić? Z jednej strony kusi mnie, by jak najprędzej obejrzeć całość do końca, poznać zwieńczenie historii. Chciałbym usiąść i po prostu zobaczyć już naraz wszystko, co pozostało.

Istnieje jednak też druga pokusa, może silniejsza. Przecież można odwlekać zakończenie. Dawkować sobie poznawanie losów bohaterów. Przecież gdy na ekranie pojawią się napisy końcowe, pewien rozdział nieodwracalnie zostanie zamknięty. Do świata doskonale wykreowanych bohaterów już nie wrócę. Pewne pytania na pewno pozostaną bez odpowiedzi, bo nie da się jej udzielić na wszystkie. Losy niedobitków ludzkości uciekających przez przestrzeń kosmiczną na pewno pozostawią po sobie swego rodzaju pustkę.

Kadr z serialu Battlestar Galactica na platformie Showmax.
Odtwarzać dalej?

Admirale Adama, co robić?! Błyskawicznie pochłonąć resztę historii czy dawkować ją sobie jeszcze długo? Może się wydawać, że to banalne pytanie, bo w końcu chodzi tu tylko o serial, ale przecież można je przenieść także na inne dziedziny życia.

Czy spieszyć się z czymś, co sprawia nam przyjemność, ale kiedyś i tak się skończy? Przecież przyjemności należy dawkować, celebrować, cieszyć się nimi jak najdłużej. Zawsze jednak istnieje pokusa zobaczenia, co będzie dalej. Co pojawi się w miejscu dotychczasowego CZEGOŚ? Czy dorówna temu, co było dotychczas? Czy będzie podobne, czy zupełnie inne? I czy zakończenie tego, co jest teraz, usatysfakcjonuje nas? A może raczej rozczaruje? Wiele pytań i... Jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać!

Wychodzi więc na to, że trzeba trochę powzdychać, ale potem się przełamać i śmiało zmierzać do końca. Po nim przyjdą kolejne. To jednak tylko zdanie losowego typa z internetu. Nie musicie się nim zbytnio sugerować.

A dziś w kąciku muzycznym odgrzebujemy utwór, który już trochę lat ma, ale to nie ma żadnego znaczenia:



I to tyle. Dobrego tygodnia!

ENG:

There is a THING. You really like the THING. The THING takes some time. It takes a lot of time, so you become attached to it. And suddenly you realize that the THING will end soon. It's a problem, because you do not want it to end.

The THING can be very different, depending on the person. Possibilities include work in some place, engaging conversation, an adventurous trip, exceptionally successful home, fascinating book or a sensational series. I am just writing this text for the last reason. I have been watching the Battlestar Galactica series since autumn. Long, but due to the hard season I was not able to do it faster. In any case, writing these words I am in the middle of the penultimate episode of the last season, which means that I have only 60 minutes of watching this series left. It's just an hour of production, which is one of the best sci-fi series I've ever seen, maybe the best show I've ever seen.

And what to do about it? On the one hand, I am tempted to see the whole as soon as possible, to get to know the culmination of the story. I would like to sit down and just see everything that's left at once.

However, there is also a second temptation, maybe stronger. After all, you can postpone the ending. Dose yourself learning about the fate of heroes. After all, when the final credits will appear on the screen, a certain chapter will become irreversibly closed. I will not come back to the world of perfectly created heroes. Certain questions will remain unanswered for sure, because the answers can not be given to all of them. The story of the survivors of humanity fleeing through space will surely leave some kind of emptiness.

Admiral Adama, what am I supposed to do?! Quickly absorb the rest of the story or give it a lot of time? It may seem like a trivial question, because in the end it's all about the show, but you can also transfer it to other areas of life.

Should we hurry with something that pleases us, but it will end one day? After all, pleasures should be celebrated as long as possible. However, there is always a temptation to see what will happen next. What will appear in the place of the current THING? Will it equal to what was previously? Will it be similar or completely different? And is the ending of the current thing going to satisfy us? Or maybe rather disappoint? Many questions and ... There is only one way to find out!

So it comes out that you have to grumble a little, but then break it up and boldly go to the end. After this one, more will come. However, this is only the opinion of a random guy from the Internet. You do not have to take it too serious.

Song for today has a few years already, but I don't care. You can find it above.
And that's all for today. Have a nice week!

niedziela, 8 kwietnia 2018

Organizm mówi stop!

The body says "stop". [English version below].

Dziś będzie krótko. Dwie angedotki z tego weekendu:

1) Widziałem się w sobotę wieczorem z kumplem na mieście. Pogadaliśmy, połaziliśmy - wszystko super. Wróciłem do domu jakoś przed pierwszą w nocy. Postanowiłem zabrać się jeszcze za jedną rzecz związaną z magazynem Suplement. Usiadłem przy laptopie, zacząłem czytać, co trzeba i... Obudziłem się około 04:30 w pozycji siedzącej, z głową odchyloną do tyłu i nieco bolącym karkiem. Westchnąłem ciężko, wstałem, ogarnąłem się nieco, umyłem zęby i położyłem spać już w ciut bardziej cywilizowanych warunkach.

2) W piątek miałem gości. Szybko wyszedłem z imprezy firmowej, żeby się z nimi spotkać. To przyjaciele, z którymi w zeszłym roku podbijaliśmy Skandynawię. Zgodnie z planem więc w pewnym momencie zabraliśmy się za oglądanie zdjęć z tamtego wyjazdu. Szło całkiem sprawnie. Pamiętam, że widziałem jeszcze zdjęcia z soboty, gdy byliśmy na Drodze Trolli i chyba jakieś z niedzieli, a potem... Następne, na które otworzyłem oczy, były już z Kopenhagi, czyli z czwartku. Przespałem 3 dni! Cóż, nie dosłownie, ale przespałem oglądanie zdjęć z trzech dni i to tych, z najciekawszymi atrakcjami, czyli Bergen i Językiem Trolla. Oczy po prostu zamknęły mi się same i nie byłem w stanie nic z tym zrobić.

Co mają wspólnego te dwie głupio-śmieszne historyjki? To, że mój organizm powiedział stop. Rzekł mi "Denys, gościu, weź się ogarnij. Nie przeginaj, bo długo nie wytrzymamy". Miał rację, bo ostatnie dni były naprawdę intensywne. Czwartek i piątek minęły pod znakiem robienia mnóstwa rzeczy w pracy, wymagały nadgodzin, choć pierwotnie nie miało tak być. Piątek to też wspomniana impreza firmowa i spotkanie z przyjaciółmi. Sobota to pomoc w wizycie u lekarza, zakupy, siłownia, mecz futbolu amerykańskiego (51:9 dla Silesia Rebels - #goRebels) i na koniec wspomniane spotkanie z kumplem. Pisząc te słowa, nie wiem jeszcze do końca, jaka będzie niedziela, ale też raczej zalatana.

Dowód na zalataną niedzielę -
śniadanie jedzone w biegu na dworcu, tuż przed godziną 13.

Szybkie życie, krótki sen, rychła śmierć? Lepiej nie! Trzeba wyluzować, trochę odpuścić, następnym razem zrobić może coś, żeby za dużo aktywności nie skumulowało się naraz. Fakt, że większość z wymienionych powyżej, była dla mojej przyjemności. Cóż jednak z tego? To wcale nie znaczy, że nie były męczące. Z tą myślą Was zostawiam.

Akcent muzyczny? Odgrzebujemy hity sprzed kilku lat. Pasują do słońca, które dzisiaj wyszło:


Dobrego tygodnia! Byle nie zbyt intensywnego!

ENG:

It will be short today. Two angedots from this weekend:

1) I met with my friend on Saturday evening. We talked, we wandered around the city a little. That was quite cool. I came back home somehow before the one o'clock a.m. I decided to do one more thing related to the Suplement magazine. I sat with my laptop, started reading what I needed and ... I woke up around 4:30 a.m. in a sitting position, with my head tilted back and a slightly aching neck. I sighed heavily, got up, changed clothes, brushed my teeth and put asleep in a little more civilized conditions.

2) I had guests on Friday. I quickly left the company party to meet them. These are friends with whom we conquered Scandinavia last year. According to the plan, at some point we set about watching photos from that trip. I remember seeing photos from Saturday when we were on the Trolls' Path and probably some from Sunday and then ... The next ones I saw were from Copenhagen, on Thursday. I slept over 3 days! Well, not literally, but I slept through the pictures of three days, with the most interesting attractions, i.e. Bergen and the Troll tongue. My eyes just closed on their own and I could not do anything about it.

What do these two stupid-funny stories have in common? That my body said "stop". It told me, "Denys, man, take it easy, do not overdo anything, because we can not hold it for long." It was right because the last days were really intense. Thursday and Friday were marked by doing a lot of things at work, what required overtime, although it was not expected at first. Friday was also this corporate event and a meeting with friends. Saturday consisted of the help with a doctor's visit, shopping, gym, American football match (51: 9 for Silesia Rebels - #goRebels) and finally a meeting with a friend. While writing these words, I still do not know what the Sunday will be, but it will also be rather intense.

A quick life, a short sleep, an early death? Better not! We have to relax, let go a little, maybe next time do something so that too much activity does not take place all at once. The fact is that most of the above mentioned was for my pleasure. But what of this? This does not mean that they were not tiring. I leave you with this thought.

Song for today? We're digging up polish hits from a few years ago. It matches the sun visible today. Find it above.

Have a good week! Hopefully it will be not too intensive!


niedziela, 1 kwietnia 2018

Stałe i zmienne.

Fixed and variables [English version below].
Nic nie może przecież wiecznie trwać.
Zmiany są motorem postępu. Nie można ich unikać. Trzeba od czasu do czasu coś zmienić. Studia. Pracę. Otoczenie. Gust muzyczny. Okolicę. Miejsce zamieszkania. Coś. Cokolwiek. Bez tego popadamy w stagnację. Robiąc cały czas to samo, od pewnego momentu nie uczymy się już nic nowego. Pracując dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści lat w tym samym miejscu, na tym stanowisku nie spodziewajmy się, że nagle ktoś sam, z własnej inicjatywy uzna, że powinniśmy zająć wyższą pozycję, ze znacznie bardziej odpowiedzialnymi zadaniami. To może się wydarzyć, ale raczej tak się nie stanie, a jeśli nawet, to awans będzie niewielki. Trzeba więc walczyć samemu, próbować nieco zmieniać zakres swych obowiązków, by ciągle uczyć się czegoś nowego.

Lepiej się żyje, mając szerokie horyzonty. One jednak nie biorą się znikąd. Wymagają obcowania z innymi kulturami. Trzeba więc zmieniać to, co się czyta, czego się słucha, co się ogląda, z kim się rozmawia. Wtedy zaczyna się rozumieć więcej. Wyłapywać kontekst. Lepiej funkcjonuje się w tym mimo wszystko dużym i złożonym świecie.

Zmiany są konieczne. Po prostu.

Ja na przykład zamieniłem dzisiaj pasek na szelki.
Co z tego wyniknie?

Oczywistym jest jednak, że gdyby wszystko i ciągle się zmieniało, można by oszaleć. Trzeba mieć jakieś elementy stałe, punkty zaczepienia, które utrzymują człowieka cały czas w jednej rzeczywistości. Trzymają go w jednym żywocie. Coś się zmienia, ale w obrębie pewnej niezmiennej struktury. To mogą być jakieś drobne rytuały, sposoby układania rzeczy na biurku, ulubione piwo, stałe miejsce na cotygodniowy spacer czy cokolwiek innego. Może to też być coś większego.

Wspominam o tym, bo ostatnio wstępnie zaplanowaliśmy majówkę. Ja, Luba Ma oraz kumpel i kumpela jeszcze z liceum. Po raz piąty pojedziemy w takim składzie. To jedna z moich ulubionych stałych w roku. Świadomość, że nad majówką nie trzeba się jakoś szczególnie zastanawiać. Oczywiście, w końcu musimy ustalić szczegóły - dokładny cel, plan itd. Zarys jest jednak oczywisty - ci ludzie i jakieś góry. Oby tak było jak najdłużej, najlepiej zawsze. To mój punkt zaczepienia. Moja stała. Moja kotwica.

To chyba tyle rozważań w to świąteczne popołudnie. Pomyślcie w wolnej chwili (akurat jest trochę wolnego, tak tylko przypominam) nad tym, co możecie zmienić w swoim życiu. Co możecie poprawić? Co może Wam wyjść na dobre? Po prostu zastanówcie się nad tym.

Pomyślcie też nad tym, czego absolutnie nie chcecie zmieniać. Co jest idealne i chcecie, żeby takie było zawsze. Co sprawia, że czujecie grunt pod nogami? Pielęgnujcie to!

W kąciku muzycznym dziś coś, co także jest wynikiem zmian, a konkretnie zmiany najczęściej słuchanej muzyki (chyba). Ot co:


Dobrego tygodnia!

P S Do zobaczenia na moim Facebooku, Instagramie lub Snapchacie (@cgdenys)!

ENG:
Nothing can last forever.
Changes are the engine of progress. You can not avoid them. You have to change something from time to time. Studies for instance. Work. Environment. Musical taste. Neighbourhood. Place of residence. Something. Anything. Without this, we fall into stagnation. While doing the same thing all the time, from some moment we do not learn anything new. Working twenty, thirty, forty years in the same place, in the same position, do not expect that someone will, on their own initiative, decide that you should take a higher position with much more responsible tasks. It can happen, but it probably will not happen, and even if it does, the promotion will be small. So you have to fight for yourself, try to change the scope of your duties a bit, to constantly learn something new.

It is better to live with broad horizons. However, they do not come out of nowhere. They require communing with other cultures. So you have to change what you read, what you listen to, what you watch, who you talk to. Then you'll begin to understand more. You'll catch the context. Then you'll be better dealing with this still large and complex world.

Changes are necessary. It is so simple.

It is obvious, however, that if everything would change, it would be crazy. You need to have solid elements, anchor points that keep you in one reality all the time. They keep you in one life. Something is changing, but within a certain unchanging structure. These may be some minor rituals, ways of arranging things on the desk, favorite beer, a permanent place for a weekly stroll or anything else. It can also be something bigger.

I mention this because we have recently planned the annual May's holiday. Me, My Darling and the couple of friends from high school. For the fifth time we will spend this time in such a team. This is one of my favorite constants in a year. Awareness that I do not have to really wonder about the holiday. Of course, we have to set the details - the exact goal, plan, etc. The outline, however, is obvious - these people and some mountains. Let it repeat yearly as long as possible, preferably forever. This is my fixed point. My constant. My anchor.

It's probably all of the thoughts on this Easter afternoon. In a free time (now it's a bit of free time, I just remind you) think about what you can change in your life. What can you improve? What can you do for your own good? Just think about it.

Also think about what you absolutely do not want to change. What is perfect and you want it to be always like that? What makes you feel the ground under your feet? Cherish it!

Today in the music corner there is something that is also the result of changes, and more specifically the result of the change of the music most often listened by me(I suppose). You can find it above.

Have a good week!

P S See you on my Facebook, Instagram or Snapchat (@cgdenys)!

niedziela, 25 marca 2018

Wpis podróżniczy z niewielką sportową wstawką.

An entry about a travel with a small sport insertion. [English version below].

KTW-WAW-KTW. Nie leciałem samolotem, ale i tak przy okazji szybkiego wypadu do stolicy na czas podróży nie ma co narzekać.

W sobotę rano wczesna pobudka po imprezie i marsz na dworzec kolejowy. Szybka herbata i tost, a potem wygodne moszczenie się w fotelu i próba odzyskania sił. Po około dwóch i pół godziny wysiadłem na stacji Warszawa Zachodnia.

Dzisiejszy powrót to z kolei jakieś trzy i pół godziny. Ciut dłużej, ale bilet ponad dwa razy tańszy. To niesamowite, jak szybko można się poruszać po kraju. Pewnie, za granicą transport publiczny osiąga znacznie wyższe, imponujące prędkości. Warto jednak doceniać to, co się ma. Taka podróż mija błyskawicznie. Wystarczy chwilę poczytać, posłuchać muzyki czy coś napisać, do tego wypić kawę i już się jest na miejscu. Świat się skurczył.

Skurczył się potwornie. Gdy już w szybkim tempie pokonasz te kilkaset kilometrów i spotkasz się z rodziną, chcesz im coś powiedzieć, ale... Wszystko już wiedzą. O sprawach powszechnych czytali zapewne na tych samych portalach. Skoki Stocha czy mecz reprezentacji oglądali prawdopodobnie w ramach tych samych transmisji. Z kolei o zmianach w życiu prywatnym z dużą dozą prawdopodobieństwa wiedzą już z Twojego Facebooka. I o czym tu rozmawiać?

Oczywiście, trochę wyolbrzymiam. Przy dobrych kontaktach z rodziną zawsze coś się znajdzie. Wspólne, specyficzne poczucie humoru, wspominki czy sprawy bieżące sprawdzają się naprawdę dobrze. Nie zmienia to jednak faktu, iż coś się zmieniło i trzeba się do tego dostosować.

A co z tą wstawką sportową? To właśnie sprawy bieżące.

Na przykład takie.

Jak mogliście na przykład zauważyć na moim Instagramie, wczoraj wybrałem się na mecz mojego kuzyna. MKS Hutnik Warszawa. A klasa. No nieźle. Fajnie grali, fajnie. Przeciwnikiem był Wicher Kobyłka. Futbol wielkiego formatu, W każdym razie "nasi", tj. powiązani rodzinnie, wygrali.

Dzisiaj natomiast byłem na kolejnej imprezie sportowej. Nie jako uczestnik, nie ma głupich. Mój ojciec przebiegł Półmaraton Warszawski. Piękne wydarzenie. Atmosfera wielkiego sportowego święta. Kilkanaście tysięcy samych biegaczy.

A na wczorajszym meczu? Owszem, też były emocje, zwłaszcza na trybunie. Tyle tylko, że głównie negatywne. Bulwersowanie się co drugą sytuacją. Wygrażanie sędziemu. Wyzywanie zawodników. Standard. Tak naprawdę to nie wiem. To dopiero drugi mecz piłki nożnej, na który się wybrałem, a pierwszy był reprezentacyjny, czyli de facto piknikowy. Zdarzało mi się za to być na meczach futbolu amerykańskiego i tam też okrzyków było sporo, ale wszystkie miały na celu wspieranie własnej drużyny, a nie szkalowanie przeciwników.

Może to po prostu specyfika dyscypliny. W końcu piłka nożna to sport ludzi prostych. Trudno wymagać od kibiców wyrafinowania wziętego nie wiadomo skąd. Krzyczą to, co im przyjdzie do głowy. Bez szczególnej refleksji. I to też jest w pewien sposób piękno sportu.

Piosenka na dziś? Energetyczny T.Cover. Zapraszam:


Dobrego tygodnia!

ENG:

KTW-WAW-KTW. I did not fly by plane, but in case of a quick trip to the capital there is no reason to complain about the time of the journey.

On Saturday morning, an early wake-up call after the party and a march to the train station. Quick tea and toast, and then a comfortable armchair and an attempt to regain strength. After about two and a half hours I got off at Warszawa Zachodnia station.

Today's return is in turn some three and a half hours. A little longer, but the ticket is more than two times cheaper. It's amazing how fast you can move around the country. Sure, public transport abroad reaches much higher, impressive speeds. However, it is worth appreciating what you have. Such a journey passes quickly. It's enough to read for a moment, listen to music or write something, drink coffee and you are already there. The world has shrunk.

It shrank terribly. You can beat those few hundred kilometers quickly and meet with your family, you want to tell them something, but ... They already know everything. They probably read about common issues on the same websites. Probably they watched Stoch jumping or the match of the representation from the same broadcasts. In turn about changes in your private life they probably already know from your Facebook. So what to talk about here?

Of course, I am exaggerating a little. When you have good relations with your family, there is always something to talk about. Common, specific sense of humor, memories and current affairs work really well. It does not change the fact that something has changed and you have to adapt to it.

And what about this sport insertion? These are current issues.

As you could see on my Instagram, for example, yesterday I went to my cousin's match. MKS Hutnik Warsaw. Class A. Cool. They played nice. The opponent was Wicher Kobyłka. Big format football. In any case, "ours", i.e. family-related, won.

Today, however, I was at another sports event. Not as a participant, I'm not stupid. My father took part in the Warsaw Halfmarathon. A beautiful event. The atmosphere of a great sport holiday. A dozen or so thousands of runners themselves.

And at yesterday's match? Yes, there were also emotions, especially on the grandstand. Only that they were mainly negative. Anger with every situation. Threatening the judge. Cursing players. Standard. I do not really know. This was only the second football match I have been at, and the first one was Polish national team's, so, in fact, a picnic one. I have been at American football matches and there were a lot of shouts there, but all of them were aimed at supporting proper team, not slandering opponents.

Maybe it's just the specificity of the discipline. After all, football is a sport of simple people. It is difficult to demand from the supporters refinement taken from nowhere. They scream what comes to their minds. Without special reflection. And this is also the beauty of sport in a way.

Song for today? T.Cover full of energy. Please find it above.

Have a nice week!

niedziela, 18 marca 2018

Serce i rozum.

"Zjarłbym szluga". Co w tym dziwnego? To, że nigdy nie paliłem. Nawet nie zamierzam. Szkodliwość tej używki skutecznie mnie zniechęca. Zresztą nie widzę sensu. Poza jednym.

Papierosy są dla mnie w pewien sposób urzekające. Kojarzą mi się z nocą. Z końcówkami imprez o świcie albo tuż przed nim. Z deszczem. Z zadymionymi knajpami. Z koncertami. Z czasami liceum i początków studiów. Przy tylu różnych okazjach wychodziłem z dobrymi przyjaciółmi na fajkę. Sam nigdy nie paliłem, ale to nie miało znaczenia. Chodziło o to, żeby wyjść. Na balkon, na dwór, na klatkę schodową. Na korytarz. Nieważne.

Poza tym: palenie w mediach, teraz już głównie społecznościowych. Kiedyś papieros był filmowym atrybutem macho lub silnej i niezależnej kobiety, która wie, czego chce. Teraz w kulturze prawie tego nie ma. Są za to zdjęcia na Facebooku, Instagramie i innych. Brodacze z papierosami. Śliczne dziewczyny z papierosami. Wszyscy spowici kłębami dymu. Tacy niezależni. Tacy wolni Tacy cool. Wszyscy wspaniali.

I wszyscy umrą na raka. Ok, może nie wszyscy. Na pewno jednak nie zmniejszają swoich szans. Fascynujący jest ten dysonans. Z jednej strony jestem przeciwnikiem papierosów. Może nie fanatycznym, ale zdecydowanym. Z drugiej: w jakiś przedziwny sposób przyciągają mnie i urzekają. To walka rozumu troszczącego się o zdrowie z sercem kierującym się tylko obrazami, które przemawiają do wyobraźni.

Marna imitacja?

Nie zamierzam zaczynać palić. Rozsądek przeważa nad chęciami. Pozostaje trzymać się blisko palaczy. Wychodzić z nimi na zewnątrz, na balkon. Na deszcz. Byle nie za często, żeby nie nawdychać się zbyt wiele dymu.

A co z Wami? Nie chodzi mi o podejście do papierosów. Z tego nie musicie się spowiadać. Pytam o to, czy są rzeczy, którym z jednej strony jesteście stanowczo przeciwni, ale z drugiej w przedziwny sposób urzekają was i przyciągają. Napiszcie. Dajcie znać. Odezwijcie się.

Akcent muzyczny na dziś? Powiązany, przynajmniej tytularnie:


To by było na tyle. Dobrego dnia i tygodnia.

ENG:

I would spark up a square. What's weird about that? That I never smoked. I do not even intend. The harmfulness of it discourages me effectively. I do not see any sense, any reason, anyway. Other than the one following.

Cigarettes are captivating to me in a way. They remind me of the nights. Of the party endings at dawn or just before it. Of the rain. Of the smoky pubs. Of the concerts. Of the times of high school and beginning of studies. Of the so many different moments, when I went out with good friends for a pipe. I never smoked myself, but it did not matter. It was about going out. To the balcony, outside, to the staircase, to the corridor. It didn't matter.

Besides: smoking in the media, now mainly social media. Once a cigarette was a movie attribute of macho or a strong and independent woman who knows what she wants. Now there is almost no such thing in culture. There are photos on Facebook, Instagram and others instead. Bearded men with cigarettes. Cute girls with cigarettes. Everyone is enveloped in smoke. They all are so independent. So free. So cool. So great.

And they will all die of cancer. Ok, maybe not everyone. For sure, however, they do not reduce their chances. This dissonance is fascinating. On the one hand, I am an opponent of cigarettes. Maybe not fanatical, but determined. On the other: they attract and captivate me in some strange way. It is a fight of reason caring for health with a heart guided only by images that appeal to the imagination.
I'm not going to start to smoke. Common sense prevails over the will. The only remaining way is to stay close to smokers. Keep going outside with them to the balcony. For rain. Not too often, not to inhale too much smoke.

And what about you? I do not mean the approach to cigarettes. I am asking you if there are things that on the one hand you are strongly opposed to them, but on the other hand they captivate and attract you in a strange way. Write the comment. Let me know. Do something.

A song for today? Maybe related to this text, polish mix of rock and rap. You can find it above.

That's all for today. Have a good day and  a week.

niedziela, 11 marca 2018

Damsko-męskie!

Female-male! [English version below].

Ostatnio był dzień kobiet, a potem dzień mężczyzn, więc dziś temat powiązany. Na początek dwie kontrowersyjne tezy Denysa:


  1. Nie jestem zwolennikiem feminizmu, bliżej mi do przeciwnika.
  2. Uważam, że dyskryminacja płacowa ze względu na płeć to bujda.
Zanim się oburzycie i obrzucicie mnie błotem (lub ewentualnie zaczniecie prostacko przytakiwać, co mam nadzieję, że się nie zdarzy), przeczytajcie, dlaczego tak uważam i co w zasadzie mam na myśli. Do dzieła!

Ad. 1. Równości płci to piękna sprawa - popieram. Okej, pełna nie jest możliwa, bo istnieją pewne różnice, choćby biologiczne. Jednakowoż równość w każdym możliwym aspekcie to już inna sprawa, a już w szczególności sensowna jest równość praw. O co mi więc chodzi z tym byciem przeciwnikiem? O samo słowo. Feminizm. Określenie pochodzi  z łaciny, od słowa "femina", oznaczającego kobietę. I tu już bystry człowiek może zrozumie, co właściwie mi się nie podoba. Pytam bowiem jak ruch, którego nazwa wprost bierze się od jednej płci, ma działać na rzecz równości tychże? Przyjęcie nazwy wprost pochodzącej od jednej strony to definitywne wiązanie się z nią, więc traci się wiarygodność w walce o równość między tymi stronami. Do ruchu feministycznego raczej nie dołączę, do ruchu równościowego - już prędzej. 

Uczciwie jednak przyznaję, że to mój główny problem z tym nurtem. Można bowiem czepiać się pewnych absurdalnych czy też radykalnych postaw, tez, poglądów, chęci zaprowadzenia porządku rodem z "Seksmisji" , ale nie warto, bo to ledwie jednostki. W każdej społeczności trafiają się ekstrema oderwane od rzeczywistości, które psują tylko obraz całości i których nawet ich ludzie mają dość.

Czy kwestia nazwy ruchu, "feminizm", ma jakiekolwiek znaczenie? Myślę, że tak. Słowa są ważne. Powinny być spójne z tym, co się rzeczywiście dzieje. Inaczej powstaje niepotrzebne zamieszanie, z którego raczej nie wynika nic dobrego.

Ad. 2. Jak oblicza się różnicę w wynagrodzeniu kobiet i mężczyzn? Mniej więcej tak: sumuje się zarobki wszystkich kobiet i dzieli przez ich liczbę oraz sumuje się zarobki wszystkich mężczyzn i dzieli przez ich liczbę. Tak obliczone średnie wynagrodzenia obu płci porównuje się i wynik wskazuje, że faktycznie kobiety średnio zarabiają mniej. Skandal! Dyskryminacja! Oburzające!

Widzicie na ścieżce kariery pytanie o płeć? 

Trzeba coś z tym zrobić, prawda? Otóż nie. Rzecz w tym, że różnica nie wynika z finansowego faworyzowania mężczyzn, ale raczej z tego, w jakich i jak opłacanych branżach pracują kobiety, a w jakich mężczyźni. Więcej pań należy do grup zarabiających mniej. Zgodnie z raportem "Nauczyciele w roku szkolnym 2014/2015" kobiety stanowiły wówczas ponad 82% wszystkich pracowników tej kategorii w Polsce. To oczywiście tylko przykład. Są i inne branże, które nie zarabiają najlepiej, a w których kobiety stanowią większość. Czy to jest okej? Nie, ale nie chodzi o to, żeby kobiety zarabiały więcej. Chodzi o to, żeby cała grupa zawodowa była lepiej opłacana, w tym pracujące w niej kobiety. Wszyscy nauczyciele powinni zarabiać sporo, bo to od nich zależy los kolejnych pokoleń.

Moim zdaniem problem dyskryminacji płacowej naprawdę nie istnieje. Czy u Was w pracy zdarzają się sytuacje, że na tym samym stanowisku pracują kobieta i mężczyzna i ta pierwsza zarabia mniej, a nie ma innych czynników, które by na to wpływały? Jakoś nie wierzę. U mnie w pracy to nie do pomyślenia. Ewentualne różnice gdziekolwiek powinny wynikać z tego, kto jak jest doceniany czy też jakim doświadczeniem dysponuje i wierzę, że w większości miejsc już tak jest.

Problemem, który faktycznie może istnieć, a w dodatku jest w pewnym stopniu powiązany z powyższym, jest natomiast kwestia awansowania, a także dołączania do różnych organów czy też ciał decyzyjnych. Tu w grę wchodzi subiektywna ocena kandydatów, więc trudno stwierdzić, czy ktoś kto jej dokonuje, nie skupił się na bardzo na tym, z jakimi organami płciowymi kto się urodził. Taka dyskryminacja jest też bardzo trudna do udowodnienia i do zwalczania.

Koncepcja? Kreowanie pozytywnych postaw. Promowanie skupiania się wyłącznie na kompetencjach. Trzeba wierzyć też w dobre intencje osób decyzyjnych. Ostatecznie im powinno zależeć przecież na dobru firmy/organizacji/instytucji, zatem płeć nie powinna mieć żadnego znaczenia. Ważne powinno być tylko to, co kto może dać od siebie.

Tu uśmiecham się pod nosem, bo zgodzenie się z powyższym punktem oznacza jednocześnie odrzucenie pewnego "cudownego" wynalazku mającego walczyć z dyskryminacją. Jakiego? Osławionych parytetów. Przecież stwierdzenie, że gdzieś musi się znaleźć co najmniej ileś procent osób danej płci jest właśnie zaprzeczeniem kierowania się wyłącznie kompetencjami. Przy stosowaniu ich może się okazać, że trzeba odrzucić kandydaturę idealną tylko dlatego, że po jej wybraniu parytet płci nie zostałby zachowany. Bzdura totalna! Tyle tylko, że tak jest łatwiej. Prościej rzucić jakąś liczbą i oczekiwać, że wszyscy będą ślepo się jej trzymali niż aktywnie działać na rzecz rzeczywistej równości.

Nie warto iść tą drogą na skróty.

Piosenka na dziś? Znacie ją pewnie, ja zresztą też, ale dopiero niedawno zacząłem ją naprawdę doceniać:


Trzymajcie się ciepło i równo. Dobrego tygodnia!

ENG:

Recently was the day of women, and then the day of men, so today's topic is related to these days. At the beginning, two controversial theses by Denys:


  1. I am not a supporter of feminism, I am rather the opponent.
  2. I believe that wage discrimination based on gender is a bullshit.


Before you get indignant and dish the dirt on me (or alternatively begin to coarsely nod, which I hope will not happen), read why I think so and what I basically mean. Let's begin!

Ad. 1. Gender equality is a beautiful thing - I support it. Okay, full is not possible, because there are some differences, at least biological ones. However, equality in every possible aspect is another matter, and equality of rights makes sense in particular. So what do I mean with this being an opponent? The word itself. Feminism. The term comes from Latin, from the word "femina", meaning a woman. And here a smart man can understand what I do not like. I am asking how the movement, whose name directly comes from one gender, is supposed to work for the equality of these? The adoption of a name that comes directly from one side is a definitive bond with it, so credibility in the fight for equality between these parties is lost. I would not join the feminist movement, the equality movement - maybe.

I honestly admit that this is my main problem with this trend. One can point certain absurds or radical attitudes, theses, views, the will to bring world's order straight from "Sexmission" movie, but it is not worth it. These are only individuals. In each community, there are extremists that are detached from reality, which only spoil the image of the whole. Even their own people are fed up with these.

Does the question of the name of the movement, "feminism", have any meaning? I think so. Words are important. They should be consistent with what is actually happening. Otherwise unnecessary confusion arises, from which rather nothing good results.


Ad. 2. How is the difference in the remuneration of women and men calculated? More or less: the sum of all women's earnings is divided by their number and the earnings of all men are added up and divided by their number. The average wages of both sexes calculated this way are compared and the result indicates that in fact women earn less on average. Scandal! Discrimination! Outrageous!


We have to do something about it, right? Well, no. The point is that the difference does not result from the financial adventage of men, but rather from the type of industry, in which women and men work. More women belong to groups that earn less. According to the report "Teachers in the 2014/2015 school year", women accounted for over 82% of all employees of this category in Poland. This is of course just an example. There are other industries that do not earn a lot, and in which women make up the majority. Is this okay? No, but it's not about women earning more. The point is that the entire professional group should be better paid, including women working in it. All teachers should earn a lot, because it is up to them the fate of subsequent generations.

In my opinion, the problem of wage discrimination really does not exist. Are there situations in your work that a woman and a man work in the same position and the first one earns less, and there are no other possible reasons? I do not believe. It's unthinkable at my work. Possible differences in the salary could result from how one's  work is evaluated or what experience she or he has and I believe that in most places this is the case.

The problem that can actually exist, and in addition is to some extent related to the above, is the issue of promotion, as well as joining various decision-making bodies. This is where the subjective evaluation of the candidates comes into play, so it is difficult to say whether someone who does it does not focus on with what sexual organs one was born with. Such discrimination is also very difficult to prove and to fight with.

Concept? Creating positive attitudes. Promotion of focusing exclusively on competences. We must also believe in the good intentions of decision-makers. After all, they should care about the good of the company / organization / institution, so gender should not have any meaning. Only what someone can offer is important.

Here I smile, because agreeing with the above point means at the same time rejecting a "miraculous" invention aimed at combating discrimination. What is it exactly? Parity. After all, saying that somewhere at least a fixed percentage of people of a given gender must be present, is just a negation of evaluating purely competences. When applying them, it may turn out that one must reject the ideal candidate only because after choosing him/her the gender parity would not be preserved. Absolute crap! It's just that it's easier this way. It is simpler to cast a number and expect everyone to blindly stick to it than to actively work for real equality.

It is not worth going shortcuts.

Song for today is a bit of polish rock and you can find it above. Enjoy!

Hold on warm and equally! Have a good week!

niedziela, 4 marca 2018

Co do ku*wy...

What the f*ck... [English version below].

Pisałem niedawno nowy tekst do Suplementu (Magazynu Studentów Uniwersytetu Śląskiego). O pastach, w tym, co oczywiste, o tej o fanatyku wędkarstwa. Napisałem dobry początek, w którym parafrazowałem pierwsze zdania tej historii. Gdzieś dalej cytowałem film, który powstał na jej podstawie. Tekst był mocny. Niestety, wybito mu zęby.

Co, jak, dlaczego? Sprawa rozbija się o wulgaryzmy i jeszcze przed powrotem tekstu z korekty moja Naczelna sygnalizowała mi, że będzie kłopot. Niby zrozumiałe. Trudno o przyzwolenie na przekleństwa w uczelnianym magazynie. Gdyby sprawa była jednak tak oczywista, nie poruszałbym tego tematu.

Otóż wspomniane wulgaryzmy były ocenzurowane, właśnie po to, żeby nie było zastrzeżeń. Forma wymagała ich użycia. Pierwsze kontrowersyjne zdanie było parafrazą początku pasty o fanatyku, której integralną częścią jest słowo "zaje*ane". Okej, tu można jeszcze odpuścić, zmienić. To w końcu parafraza. Tekst traci na wymowie, na mocy, ale da się to znieść. W drugim miejscu jednak wprost cytowałem film. W konkretnym celu, z konkretnego powodu. Gdy nie tak dawno w innym tekście użyłem nazwy pewnej strony na Facebooku, w której także pojawiał się wulgaryzm, nie było problemu.

Argumentacja jest taka, że wtedy było to niezbędne dla opisania zjawiska, a teraz nie jest. I rzeczywiście, da się ten tekst napisać bez tego określonego cytatu, bo w końcu tak zrobiłem. Tyle tylko, że to zmienia jego znaczenie, sens. Wtedy też się pewnie dało bez użycia nazwy zawierającej przekleństwo, ale też zmieniłoby to wymowę artykułu.

Trudno pisać o czymś, nie używając odpowiednich cytatów, nie odnosząc się do konkretnych przykładów. Traci się też w ten sposób na przejrzystości i zrozumiałości tekstu. Pisanie o konkretnych wulgaryzmach bez użycia ich choćby w ocenzurowanej wersji to kiepski pomysł. Alternatywnie można nie pisać o rzeczach, które je zawierają, ale wtedy trzeba by zrezygnować z naprawdę wielu tematów.



Komentarz przy sprawdzaniu mojego tekstu brzmiał następująco:
"(...) wulgaryzm, nawet z gwiazdką lub trzema. nie przejdzie niestety. I nie jest to w żadnym stopniu zależne od korekty (dla nas ma on sens i uzasadnienie), tylko kwestia ryzyka, że (...) będziemy mieć problem (...)"
Rozumiem to podejście, bo przecież trudno zmuszać kogokolwiek, żeby podejmował ryzyko. Nie mam pretensji do szefostwa Suplementu, bo oni muszą brać pod uwagę więcej niż autor. To nie ja odpowiadam za całość magazynu. Nie ja jestem jego twarzą, nie ja reprezentuję go przed włodarzami uczelni i wszystkimi odbiorcami. Wkurza mnie jednak sytuacja, w której w ogóle trzeba się nad tym zastanawiać. Wszak uniwersytet powinien kształtować umiejętność myślenia. Przedkładać treść nad przesadną zasadniczość. Wulgaryzmy są wszechobecne. To fakt. Opisując świat trudno je w całości przemilczeć. Nie uważam zresztą, żeby było to uczciwe.

Na koniec: użycie "ku*wy" rzeczywiście wyłączenie w celu pozyskania atencji jest oczywiście słabe i na coś takiego na uniwersytecie nie powinno być przyzwolenia. To przynajmniej moja wizja świata.

Akcent muzyczny? Niech będzie coś pięknego:



Trzymajcie się ciepło!

P S Jeszcze o tym tu nie wspominałem, więc mówię teraz. Od jakiegoś czasu możecie obserwować mnie na Instagramie >>o, tutaj!<< Zapraszam ;)

ENG:

I recently wrote a new text for the Suplement (Students' Magazine of the University of Silesia). About copypastes, including this about fanatic of fishing. I wrote a good beginning, in which I paraphrased the first sentences of this story. Somewhere else, I was quoting a film that was based on it. The text was strong. Unfortunately, it lost a bit of it.

What, how, why? The matter is related to profanity and before my text returned after correction, my Chief has already informed me that there would be trouble. It seems understandable. It is difficult to allow for curses in the university magazine. If, however, the matter was so obvious, I would not write about it.

Well, these vulgarisms were censored, just so that there should be no reservations. The format required their use. The first controversial sentence was a paraphrase of the beginning of a mentioned copypaste and the particular curse is an integral part of it. Okay, here I could let it go, change it. It's a paraphrase after all. The text loses its power, but I can live with that. In the second place, however, I directly quoted the movie. For a specific purpose, for a specific reason. When not long ago in another text I used the name of a Facebook page, in which vulgarism also appeared, there was no problem.

The argument is that it was then necessary to describe the phenomenon, and now it is not. And indeed, it is possible to write this text without this specific quote. I did it in the end. Only that it changed its meaning. At the time before it was also probably possible not to use the name containing a curse, but it would also change the significance of the article.

It is difficult to write about something, without using the right quotes, without referring to specific examples. In this way the transparency and intelligibility of the text are lost too. Writing about specific profanities without using them even in a censored version is a bad idea. Alternatively, you can give up on writing about the things that contain them, but that would imply loss of a lot of topics.

The comment after checking my text was as follows:
"(...) profanity, even with an asterisk or three, will not pass unfortunately, and it is not dependent on the correction in any way (it makes sense and justification for us), it is only a matter of risk that (...) we will have a problem (...) "
I understand this approach because it is difficult to force anyone to take risks. I do not blame the executives of Suplement, because they have to take into account more than the author has to. It is not me who is responsible for the entire magazine. I am not its face, I do not represent it in front of the university's leaders and all the readers. What annoys me, however, is the situation in which it is necessary to discuss about it at all. After all, the university should shape the ability to think. It should preferer content over exaggerated rudiments. Vulgarisms are ubiquitous. It's a fact. It is difficult not to mention them, while describing the world. I do not think that this is fair either.

At the end: the use of  the "f*ck" only in order to acquire attention is obviously weak and there should be no permission for this at the university. At least this is my vision of the world.

Song for today is beautiful and you can find it above.

Have a nice week and see you soon! 

P S I didn't mention it before, so I say now: you can follow me on Instagram >>right here!<< Feel welcome to do so ;)