niedziela, 14 kwietnia 2019

Słuszny strajk i mądrość memów.

The sensible strike and the wisdom of memes. [English version below.]

Trwa strajk. Protestują nauczyciele - ludzie przekazujący dzieciom i młodzieży wiedzę, a czasem także, gdy rodzice nie dają lub nie chcą dawać rady, zajmujący się ich wychowaniem. Wśród postulatów strajkujących jednym z najważniejszych jest znaczna podwyżka wynagrodzeń. 
Ja nie mam wątpliwości, że nauczyciele powinni zarabiać więcej niż zarabiają i uważam strajk za najsensowniejsze rozwiązanie. Po pierwsze, nauczyciele w Polsce od lat zarabiają zatrważająco mało jak na odpowiedzialność związaną z ich pracą. Po drugie, wszystko drożeje, więc i pensje muszą rosnąć. Te nauczycielskie są jednak odgórnie ustalone i pracownicy tej profesji nie bardzo mają możliwość negocjowania indywidualnych podwyżek z przełożonymi. Po trzecie, najwyraźniej pieniądze są teraz niemal dla wszystkich, więc dlaczego nie dla nauczycieli?

O dziwo jednak nie wszyscy się z tym zgadzają. Ilość treści, która znikąd pojawiła się w internecie i próbuje obrzydzić strajk nauczycieli, jest przerażająca. Chyba jeszcze nigdy nie miałem aż takiego uczucia niesmaku, zaglądając na przykład na Kwejka. Zastanawiam się tylko, jaka część tych memów została stworzona przez uczniów zirytowanych tym, że dzień czy dwa wcześniej dostali jedynkę z matematyki albo historii lub zostali zrugani za rozmawianie na lekcji, a jaka to płatna akcja mająca na celu dyskredytację strajku. Nie wiem i się nie dowiem. Okazuje się jednak, że nawet wielu moich znajomych nie jest przekonanych do podwyżek. Na szczęście z nimi na ogół da się rzeczowo podyskutować. 

Miliony notatek nie wzięły się z powietrza!

Jest kilka argumentów wysuwanych przeciw podwyżkom dla nauczycieli, zbudowanych na zasadzie "mało zarabiają, ale za to...". Większość z nich uważam za bzdurną i zaraz wyjaśnię dlaczego.
  1. "Nauczyciele mają dużo urlopu" - tak, nauczyciele mają wolne w wakacje i ferie zimowe, ale... Po pierwsze, nie przez cały ten czas nauczyciele rzeczywiście nie pracują. Najpierw trzeba zamknąć jeden rok szkolny, potem przygotować się do kolejnego, a w międzyczasie są jeszcze egzaminy komisyjne, matury poprawkowe itd. Uwzględniając to wszystko nauczyciele nadal mają więcej urlopu niż przeciętny człowiek - cóż jednak z tego, skoro nie mają możliwości wyboru jego terminu? Nie mogą skorzystać z tańszych, przed- lub posezonowych wycieczek. Zawsze mają wolne tylko w największym sezonie. To słabe.

  2. "Nauczyciele pracują tylko 18 godzin tygodniowo" - to oczywista bzdura. Przecież sprawdziany czy kartkówki nie wymyślają się, a potem nie sprawdzają same. Podobnie lekcje, dodatkowe wyjścia, akademie, materiały na zajęcia itd. same się nie przygotowują. Z danych przytoczonych w artykule na portalu gazeta.pl wynika, że realny uśredniony czas pracy nauczyciela to ok. 40 godzin tygodniowo. Na temat samego artykułu nie będę się wypowiadał. Ważna jest liczba, bo świadczy ona o tym, że argument o mniejszej ilości pracy zupełnie nie działa. Ktoś może jednak nie wierzyć wspomnianym badaniom i twierdzić, że powinno się monitorować, ile pracują nauczyciele. Da się zrobić. Wystarczyłoby, że nauczyciele z założenia spędzaliby w szkole 8 godzin dziennie. Część tego czasu poświęcaliby na prowadzenie lekcji, a resztę na wspomniane ich przygotowywanie, sprawdzenie prac pisemnych, prowadzenie zajęć dodatkowych itd. Gdyby okazywało się, że dla kogoś tego czasu jest mało, to po prostu sprawdziany byłyby oddawane uczniom później. Gdyby ktoś z kolei miał go więcej, dyrektor przydzielałby mu dodatkowe zadania. Prosty model.
  3. "Nauczyciele wcale nie są tacy biedni, bo dorabiają na korepetycjach" - okej, zdarza się, ale to jest ich zupełnie prywatna sprawa. Jeżeli chcą swój czas wolny poświęcać na dorabianie w ten sposób, to nikomu nic do tego. Obawiam się jednak, że często nie jest to kwestia chęci, ale konieczności. Nauczyciele często muszą dorabiać na korepetycjach, żeby się utrzymać i to jest przykre, a nie godne pozazdroszczenia.

  4. "Jak się im nie podoba, to mogą zmienić pracę" - no ku*wa, brawo. Genialny pomysł. Idźmy w tę stronę, powiedzmy tak nauczycielom, lekarzom, ratownikom medycznym, pracownikom socjalnym i wielu innym grupom, które z poczucia misji pracują w budżetówce, ale chciałyby jednak godnie żyć. Jeśli ci wszyscy ludzie pójdą kiedyś po rozum do głowy i przedłożą własnyc interes nad społeczeństwo, które czasem ich wspiera, a czasem nie, to nagle okaże się, że obudzimy się w rzeczywistości, w której o dosłownie wszystko trzeba się zatroszczyć samemu. Pasuje Wam? Jesteście na tyle pewni siebie, że poradzicie sobie ze wszystkim? Ja mam wątpliwości...
Te wszystkie argumenty, które wymieniłem powyżej, naprawdę padają. Ludzie używają ich całkiem serio, a moim zdaniem są one bezgranicznie głupie. Żeby jednak nie było: jest pewna rzecz, która moim zdaniem powinna iść w parze z podwyżkami dla nauczycieli. Dobrze, choć nieco złośliwie, obrazuje ją >>ten mem<<. Jeśli kliknęliście w link, to wiecie, że generalnie chodzi o to, że nauczyciele powinni być rzetelnie rozliczani z jakości ich pracy. Nie chodzi o to, żeby co roku pracownik z najgorszą oceną był zwalniany czy coś, ale o utrzymanie rozsądnego poziomu nauczania.

Podczas mojej edukacji szkolnej natknąłem się na najróżniejszych nauczycieli. Wielu było przeciętnych. Zdarzali się też tacy, którzy przekazywali wiedzę z pasją, zawsze wiedzieli jak zdobyć uwagę uczniów i skutecznie wspierali swoich podopiecznych (wśród nich znajduje się na przykład polonista, który w szkole skupionej niemal wyłącznie na matematyce i fizyce sprawiał, że jego lekcje były jednymi z najbardziej wyczekiwanych). Spotkałem jednak też nauczycieli, którzy w ogóle nie potrafili przekazać wiedzy i takich, którzy nawet nie próbowali. Poza tym byli też tacy, którzy po prostu zachowywali się skandalicznie i nigdy nie powinni pracować z młodzieżą.

Ci wszyscy ludzie (chyba) nadal pracują w szkołach. Niezależnie od tego, do której grupy się zaliczają, zarabiają tyle samo i jeśli w efekcie strajku otrzymają podwyżki, to wszyscy takie same. I tak sobie myślę, że coś tu chyba jest nie tak. Sądzę, że zaangażowanie i jakość pracy powinny mieć wpływ na wysokość wynagrodzenia. Nauczyciele powinni być poddawani okresowo porządnej ewaluacji, bo obecnie niby jakieś systemy funkcjonują, ale efektów nie widać. Myślę o rozwiązaniu, w którym brane byłyby pod uwagę opinie uczniów, rodziców, innych nauczycieli, dyrekcji. Weryfikowana byłyby także dokumentacja (sprawdziany, prace pisemne, projekty zrealizowane przez uczniów), sprawozdania ze zrealizowanego materiału, przeprowadzonych dodatkowych zajęć, innowacyjne metody prowadzenia lekcji itd. Sprawdzeniu podlegałyby również wyniki rozmaitych egzaminów uzyskane przez podopiecznych danego nauczyciela. System taki generalnie powinien być pozytywny w swej naturze, to znaczy przede wszystkim premiować nauczycieli wybijających się ponad przeciętność. Negatywne konsekwencje (finansowe czy ograniczające dostęp do pracy w zawodzie) powinny się pojawiać jedynie, gdy przeważająca większość składowych świadczyłaby o nieprawidłowościach w czyjejś pracy. Poza wszystkim: ostateczna ocena danego nauczyciela nie mogłaby być prowadzona przez jedną osobę, ale przez gremium niezależnych od siebie jednostek. To oczywiście w celu zapewnienia niezbędnej obiektywności.

Czy stworzenie takiego systemu byłoby proste lub szybkie? Zapewne odpowiedź to dwa razy "nie". Nie mam jednak wątpliwości, że jest to niezbędne. Bez tego środki na wyższe wynagrodzenia dla nauczycieli, które też są konieczne, mogą zostać przynajmniej w części zmarnowane na kiepską edukację.

A żeby odreagować tę ambitną tematykę utwór na dziś to łagodny klasyk elektroniki:


Dobrego wieczoru i tygodnia!

ENG:

There is a strike. The teachers are protesting - the people who give children and young people knowledge, and sometimes also when the parents do not raise them or do not want to do that, deal with their upbringing. Among the postulates of strikers one of the most important is a significant increase in salaries.
I have no doubt that teachers should earn more than they earn and I consider the strike to be the most sensible solution. First of all, teachers in Poland have been earning an alarmingly little for years compared with the responsibility of their work. Secondly, everything gets more expensive, so remuneration must grow. However, teachers' salaries are fixed, so employees of this profession are not able to negotiate individual increases with their superiors. Thirdly, apparently the money is now almost for everyone, so why not for teachers?

Strangely, however, not everyone agrees with me. The amount of content that has appeared on the Internet from nowhere and tries to disgust the teachers' strike is terrifying. I do not think I've ever before had such a feeling of disgrace, browsing, for example, Kwejk. I wonder only what part of these memes was created by students annoyed by the fact that a day or two earlier they got F from mathematics or history or were scolded for speaking in class, and what part is a paid action aimed at discrediting the strike. I do not know and I will not find out. It turns out, however, that even many of my friends are not convinced to the increases. Fortunately, it is generally possible to discuss with them.

There are several arguments against the increases for teachers, built on the principle of "They earn little, but ...". I consider most of them to be nonsense and I will explain why.
  1. "Teachers have a lot of holidays" - yes, teachers are free in a vacation and winter holidays, but not all the time. They have work to do during the part of these breaks. At first they have to close one school year, then prepare for the next one, and in the meantime there are also commision exams, correction exams, etc. Taking into account all of this, teachers still have more holidays than the average person - but they do not have the opportunity to choose the date of it. They can not take advantage of cheaper trips pre- or off-season. They always have free time in the biggest season. It's sad.
  2. "Teachers work only 18 hours a week" - this is obvious nonsense. After all, tests or quizzes do not come up, and then they do not check themselves. Similarly, lessons, additional activities, materials for classes etc. do not prepare themselves. The data quoted in the article on the gazeta.pl portal (in Polish) shows that the real average working time of the teacher is about 40 hours per week. I will not speak about the article itself. The number is important because it shows that the argument about less work is not working at all. However, someone may not believe these studies and say that it should be monitored how many hours teachers work a week. It can be done. It would be enough to assume that teachers should spend 8 hours a day at school. Part of this time would be devoted to conducting lessons, and the rest to the preparation, checking the written works, conducting additional classes, etc. If it turned out that there is not enough time for someone, then the tests would be given to pupils later. If someone in turn had more of time, the headteacher would give him additional tasks. A simple model.
  3. "Teachers are not so poor at all, because they earn on tutoring" - okay, it happens, but it is their completely private matter. If they want to devote their free time to earn more in this way, than that is not our business. I am afraid, however, that it is often not a matter of willingness, but of necessity. Teachers often have to decide for tutoring to keep up financially and it is also sad, not enviable.
  4. "If they do not like it, they can change their job" - well, sh*t, bravo. What a brilliant idea! Let's go this way, let's say that to teachers, physicians, medical rescuers, social workers and many other groups who,  because of a sense of duty work in the state-financed professions, but would like to live with dignity. If all these people once decide to place their private interests over a society that sometimes supports them, and sometimes not, then suddenly we will wake up in a reality in which you have to take care of literally everything on your own. Do you like this idea? Are you confident enough that you can handle everything? I have my doubts ...
All the arguments I mentioned above are really in use. People say these things quite seriously, and in my opinion they are immensely stupid. However, to be fair: there is one thing that I think should go hand in hand with increases of teachers' salaries. It is well illustrated by >>this meme<< (though a bit maliciously). Unfortunately, it is only in Polish. The point is generally that teachers should be reliably accounted for the quality of their work. The point is not to fire an employee with the worst grade, but to maintain a reasonable level of teaching.

During my school education I came across various teachers. Many were mediocre. There were also those who passed knowledge with passion, always knew how to get students' attention and effectively supported their pupils (among them there is, for example, a teacher of Polish who, in a school which is focused almost exclusively on mathematics and physics, made his lessons one of the most anticipated). However, I also met teachers who could not pass on knowledge and those who did not even try. Besides, there were also those who simply behaved scandalously and should never work with young people.

All these people are still working in schools (or at least I guess so). Regardless of which group they belong to, they earn the same amount and if the strike succeed, then everyone will get the same salary increase. And I think that something is probably wrong here. I believe that involvement and quality of work should have an impact on the amount of salary. Teachers should be subject to a periodic strict evaluation, because now some assessment systems are functioning, but the effects can not be seen. I am thinking of a solution in which the opinions of students, parents, other teachers and headteachers would be taken into account. Documentation (tests, written papers, projects implemented by students), reports on the knowledge passed by, additional classes, innovative methods of conducting lessons etc. would also be verified. The results of various examinations obtained by the students of a given teacher would also be checked. Such a system should generally be positive in its nature, that is, first and foremost, to reward teachers who stand above mediocrity. Negative consequences (financial or limiting access to work in the profession) should appear only when the vast majority of components would indicate irregularities in someone's work. After all: the final evaluation of a given teacher could not be carried out by one person, but by a body of independent individuals. This is of course to ensure the necessary objectivity.

Would creating such a system be simple or fast? Probably the answer for both is "no". However, I have no doubt that it is necessary. Without this, the resources for higher remuneration for teachers, which are also necessary, will be at least partly wasted on poor education.

And to get rid of this ambitious theme, the song for today is a mild classic of electronic music. You can find it above.

Have a nice evening and a week!

sobota, 6 kwietnia 2019

Obsługa ponad reklamę.

Service over advertising. [English version below.]

Dwie sytuacje zakupowe z ostatniego tygodnia:

1) Tydzień temu wraz z Lubą Mą wybraliśmy się pozałatwiać kilka spraw na mieście, w tym obejrzeć obrączki ślubne (czas najwyższy!). Odwiedziliśmy bodajże trzy salony (wszystkie należące do mniejszych lub większych sieci) i przyznaję, że nie wydaje mi się, żeby znacząco różniły się od siebie ofertą. Wzory były różne, ale jednak do pewnego stopnia podobne, ceny zapewne też, możliwości wyboru chyba również. Sklepy te różniły się jednak między sobą pewną istotną kwestią, a mianowicie podejściem do klienta. W pierwszych dwóch czułem się nieco jak intruz. W tym, który odwiedziliśmy najpierw, pracownik obsługi do nas podszedł, nieco pokazał i wyjaśnił, ale widać było pewne bijące od niego zniechęcenie. W kolejnym sprzedawczyni najpierw nieszczególnie się nami interesowała, a potem i tak, żeby czegokolwiek się dowiedzieć, trzeba było ją dosyć mocno ciągnąć za język.

Żeby było jasne, nie oczekuję, że sprzedawcy będą nie wiadomo jak bardzo się o mnie troszczyć, ale obrączki to trudny temat. To decyzja finansowo może nie ogromna, ale spora, a ponadto obarczona znaczeniem symbolicznym. Wybrana obrączka ma służyć do końca życia, a przeciętny klient nie zna się na tego rodzaju biżuterii. Można by więc oczekiwać choć minimum wsparcia ze strony sprzedawców.

Rozumiem też, że ci nie uznali nas za szczególnie obiecujących klientów. Gdyby nie moje zakola, ja i Luba Ma wyglądalibyśmy bardzo młodo (co jest prawdą!). W dodatku ubrałem tego dnia bluzę z kapturem (jak zazwyczaj) i nosiłem na ramieniu wielką torbę sportową, wypakowaną rzeczami. Mogliśmy więc sprawiać wrażenie ludzi, którzy pooglądają, zajmą czas, ale nie dokonają żadnego poważnego zakupu. Rozumiem to, ale uważam, że obsługujący sklepy powinni zachować taki poziom profesjonalizmu, by nie było po nich widać, że tak myślą.

W związku z powyższym zostałem bardzo pozytywnie zaskoczony w trzecim salonie, który odwiedziliśmy (W. Śliwiński w Galerii Katowickiej). Tam pracownice dały nam chwilę czasu na przyjrzenie się obrączkom, ale od razu poinformowały, że potem podejdą. Rzeczywiście, po chwili jedna z nich dosiadła się do nas i z pełnym profesjonalizmem zaczęła doradzać, pokazywać, odpowiadać na pytania odnośnie rozmiaru, wielkości soczewki, wzorów, ewentualnych zmian, kosztów itd. Na koniec, gdy już dokonaliśmy wstępnego wyboru, przygotowała nam wydruki ze wszystkimi niezbędnymi informacjami.

I wiecie co? Nie wiem, czy tam kupimy obrączki. Ciężko jeszcze powiedzieć. Gdybyśmy mieli jednak wybierać tylko między tymi trzema salonami, tak by się to chyba skończyło (nawet jeśli mielibyśmy zapłacić ciut więcej, w co i tak wątpię).

2) Wymieniałem ostatnio telefon. Sam proces zakupu nowego smartfona wiązał się z drobnymi problemami, ale wynikały one raczej z systemu niż czyichś błędów, a nie były też przesadnie dotkliwe, więc to pominę. Ważne jest jednak to, że w związku ze zmianą sprzętu musiałem także zmienić kartę microSIM na nanoSIM. Przed dzisiejszą wizytą w salonie Plusa byłem więc dość zniechęcony, bo ostatnio wkurzałem się na tę sieć. Fakt, zmienili mi niedawno ofertę na wyraźnie korzystniejszą (to zresztą główna przyczyna zmiany telefonu), ale z drugiej strony byłem w tym tygodniu na delegacji i w naszym "hotelu" niemal wszyscy mieli zasięg, tylko ja miałem z nim wieczne problemy. Spodziewałem się więc najgorszego: kolejek, zawiłych formalności, dodatkowych, znacznych i irytujących kosztów. Tymczasem...

Tymczasem nic takiego nie nastąpiło. Kilka minut po dziesiątej, zaraz po otwarciu salonu, tłoku nie było. Obsługujący nas pracownik ze wszystkim uporał się bardzo szybko (wymiana karty była tylko jedną ze spraw do załatwienia), a poszłoby mu pewnie jeszcze szybciej, gdyby w międzyczasie nie pomagał swojej koleżance ze stanowiska obok, która najwyraźniej była mniej doświadczona, a walczyła z jakimś trudnym przypadkiem. Poza tym dżentelmen ów sprawnie i treściwie odpowiedział na wszystkie nasze pytania. Oczywiście za wymianę trzeba było zapłacić, ale tylko 13 zł, a dodatkowo dostałem zestaw adapterów na wszystkie funkcjonujące obecnie rodzaje kart. Niby to nic takiego, ale sprawna i profesjonalna obsługa dzisiaj poprawiła moją opinię na temat Plusa bardziej niż jakiekolwiek reklamy, akcje czy wymuszone działania.

Zdjęcie nowego telefonu dla atencji.

Te dwie sytuacje doprowadziły mnie do dwóch wniosków. Pierwszy jest taki, że rozmaite firmy i marki, zamiast wydawać niebotyczne pieniądze na reklamę, czasem zupełnie absurdalną, powinny może promować się poprzez wysoką jakość obsługi klienta. Jasne, to nie wystarczy. Kampanie reklamowe są po to, by zaprezentować ofertę, nowe produkty, przewagę nad ofertą konkurencji. Chodzi głównie o to, żeby pozyskać nowego klienta. Tyle tylko, że klient zadowolony z obsługi to klient, który wróci. Ten źle potraktowany może nie tylko więcej nie skorzystać z oferty danej marki, ale też zniechęcać do niej innych. Jeśli jeden podmiot na rynku nie deklasuje kompletnie pozostałych ceną lub jakością, to standardy prezentowane przez jego pracowników mogą mieć kluczowe znaczenie przy wyborze dostawcy danego sprzętu czy usługi. Mam nadzieję, że niektóre firmy spróbują się promować właśnie tym.

Drugi wniosek: doskonale rozumiem, że nikt nie musi pałać entuzjazmem do swojej pracy. W sprzedaży też nie każdy dostaje prowizję, żeby nie wiadomo jak walczyć o klienta. Interes firmy często nie jest zbieżny z osobistym. Wszystko to jest jasne. Mam jednak taką, może nadmiernie idealistyczną myśl, że jeśli wykonuje się jakąś pracę, to powinno się ją wykonywać dobrze, a przynajmniej próbować. Jesteś sprzedawcą? Sprzedawaj, a przynajmniej nie zniechęcaj potencjalnego klienta. Nie daj mu odczuć, że jest niechciany. Jeśli nie lubisz swojej pracy i wykonujesz ją byle jak, to niemal zawsze cierpi nie tylko firma, która Cię zatrudnia, ale też inni ludzie. Przykłady zawodów ratujących życie byłyby nazbyt oczywiste, więc je pominę. Są jednak inne. Zawodowo przygotowujesz jedzenie i coś będzie niedogotowane/niedopieczone? Twoja firma straci na reputacji, ale też jakaś konkretena osoba zje niedobry posiłek. Przygotowujesz wiadomości i coś pominiesz albo przedstawisz nierzetelnie? Twoja firma utraci na wiarygodności, ale też prawdziwi ludzie zostaną wprowadzeni w błąd. Zajmujesz się sprzątaniem i pozostawisz bałagan? Być może Twoja firma straci kontrakt, ale na pewno konkretni ludzie będą przebywać w tym niesprzyjającym środowisku.

I tak dalej, i tak dalej. Jeśli nie lubisz swojej pracy, naprawdę możesz ją zmienić, a jeśli nie chcesz tego robić, to przynajmniej nie utrudniaj życia innym ludziom. To wcale nie jest skomplikowane.

Utwór na dziś? To mogłaby być "Doskozzza", najnowsze szaleństwo Jacka Stachurskiego, ale postanowiłem jednak postawić na minimalnie inne klimaty:


Dobrego tygodnia!

ENG:

Two shopping situations from last week:

1) A week ago, together with My Darling, we went to settle some matters downtown, including wedding rings (this is about time!). We have visited perhaps three salons (all belonging to smaller or larger networks) and I admit that I do not think their offers differ significantly from each other. Patterns were different, but to a certain extent similar, prices and the possibility of choice probably also. These stores, however, differed among themselves a certain important issue, namely the approach to the customer. In the first two I felt a bit like an intruder. In the one we visited first, the employee came to us, showed and explained a bit, but there was some noticeable discouragement in him. In the next shop a saleswoman was not particularly interested in us at first, and then, in order to find out anything, we had to pull her teeth a bit.

To be clear, I do not expect merchants to excessively care for me, but wedding rings are a difficult topic. This decision may not be huge in a financial aspect, but it is quite large, and additionally burdened with a symbolic meaning. The chosen wedding rings are to serve the end of life, and the average customer is not familiar with this type of jewelry. One could expect at least a minimum of support from the sellers.

I also understand that they did not recognize us as really promising clients. If not my receding hairline, me and My Darling would look very young (which is true!). In addition, I dressed a hoodie on this day (as usual) and was carrying a large sports bag on my shoulder, packed with things. So we could give the impression of people who will watch, take time, but do not make any serious purchase. I understand this, but I think that shopkeepers should maintain a level of professionalism that would not show me that they think so.

In connection with the above, I was very positively surprised in the third salon that we visited (W. Śliwiński in Galeria Katowicka). Employees there gave us a moment to look at wedding rings by ourselves, but they immediately informed us that they would come later. Indeed, after a while one of them joined us and with full professionalism began to advise, show, answer questions about the size, patterns, possible changes, costs, etc. Finally, after we made the initial selection, she gave us printouts with all necessary information.

And you know what? I do not know if we'll buy wedding rings there. It's hard to say yet. However, if we were to choose only between these three salons, it would probably end this way (even if we had to pay a bit more, in which I doubt anyway).

2) I changed a phone recently. The very process of buying a new smartphone was associated with minor problems, but they resulted rather from the system than someone's mistakes, and they were not really important, so I will skip it. The important thing is that due to the change of equipment I had to change the microSIM card to nanoSIM. Before today's visit to the Plus salon, I was quite discouraged because I was recently pissed off at this network. Fact, they changed my offer to a clearly more favorable one (this is the main reason for changing the phone), but on the other hand I was on a delegation this week and almost everyone had coverage in our "hotel", except me. So I expected the worst: queues, intricate formalities, additional, significant and annoying costs. In fact...

In fact, nothing like that happened. A few minutes after ten a.m., just after opening the salon, there was no crowd. The employee who handled us was able to deal with everything very quickly (card change was only one of the things to do), and it would probably take even less time, if in the meantime he wasn't helping his colleague from the second desk, who apparently was less experienced and struggled with some difficult case. In addition, the gentleman answered all our questions efficiently and concisely. Of course, I had to pay for the change, but only PLN 13, and additionally I got a set of adapters for all types of currently used cards. It's nothing big, but efficient and professional service today has improved my opinion about Plus more than any advertising or forced actions.

These two situations led me to two conclusions. The first is that various companies and brands, instead of spending exorbitant money on advertising, which is sometimes completely absurd, should promote themselves through high quality customer service. Sure, that's not enough. Advertising campaigns are designed to present the offer, new products, an advantage over the competitors' offers. The main point is to get a new customer. It's just that the customer satisfied with the service is the customer who will come back. A poorly serviced person may not only never buy anything from given brand again, but also discourage others. If one entity on the market does not clearly outclass the remaining ones with a price or quality, then the standards showed by its employees may be crucial when choosing a supplier of a given equipment or service. I hope that some companies will try to promote themselves using this.

The second conclusion: I perfectly understand that nobody has to be enthusiastic about their work. Not everybody gets a commission for sales, to really fight for a client. The company's interest is often not consistent with the personal one. That is totally clear. However, I have one, maybe overly idealistic idea that if you work somewhere, you should do your job well or at least try. Are you a seller? Sell, or at least do not discourage a potential customer. Do not let him/her feel that he/she is unwanted. If you do not like your job and do it slapdash, almost always not only the company that employs you suffers, but also other people. Examples of life saving professions would be too obvious, so I will skip them. However, they are different ones. What if you professionally prepare food and something will be undercooked / undercooked? Your company will lose its reputation, but also some specific person will eat a bad meal. Are you preparing news and omitting something or presenting unreliable? Your company will lose its credibility, but also real people will be misled. Do you do cleaning and leave a mess? Perhaps your company will lose the contract, but certainly specific people will stay in this unfavorable environment.

And so on and so forth. If you do not like your work, you can seriously change it, and if you do not want to do it, at least do not make life difficult for other people. It is not complicated at all.

A song for today? This could be "Doskozzza", the latest madness of Jacek Stachursky, but I decided to focus on a slightly different sounds. You can find them above.

Have a nice week!

niedziela, 31 marca 2019

Najlepszy przyjaciel.

The best friend. [English version below.]

Od jakiegoś czasu w w wolnych chwilach oglądam po raz trzeci lub czwarty pewien amerykański sitcom. Jednym z często powracających wątków jest to, kto jest najlepszym przyjacielem jednego z bohaterów. Mimo tego, że niemal wszyscy zgadzają się w tej kwestii, to jedna z postaci nieustannie próbuje uzyskać ten tytuł. Spór toczy się między kumplami. Najlepszy przyjaciel to ten kumpel, z którym najwięcej się przeżyło. Ten, z którym jest co wspominać. Ten, który brał udział w naszych przygodach. Z nim zawsze możesz się powygłupiać. Możesz porozmawiać z nim o wszystkim. Możesz poprosić o pomoc, a rzuci wszystko i przybędzie. Najlepszy kumpel to najlepszy przyjaciel. Ale czy na pewno?

W tym samym serialu w pewnym momencie jednemu z bohaterów umiera ojciec. W późniejszych rozmowach pojawia się hasło, że ojciec był najlepszym przyjacielem tej osoby. W końcu ojciec jest od zawsze. Jemu, jeśli ma się szczęście, powierza się najpierw swoje problemy. To on od niepamiętnych czasów jest pierwszym wsparciem. Służy radą. Uczy. To on jest z nas dumny. Cieszy się naszymi sukcesami. Trzyma rękę na pulsie. W prawidłowo funkcjonującej rodzinie ojciec spełnia wiele kryteriów najlepszego przyjaciela.

Jest jeszcze jeden koncept. Pojawia się w sztuce, w tekstach kultury, w różnorakich, powszechnych mądrościach. Wspominają o tym rozmaici, zupełnie różniący się między sobą ludzie. Mądrzejsi i mniej mądrzy. Chodzi o hasła w stylu "żona powinna być Twoją najlepszą przyjaciółką". Uogólniając, najlepszym przyjacielem powinna być partnerka/partner życiowy. To osoba, z którą wiążemy całe swoje życie. Która stale nam towarzyszy. Która poświęca coś dla nas, tak samo jak my poświęcamy coś dla niej. To jej powierzamy wszystko. To ona jest z nami zawsze i jest naszym oparciem. Najlepszym przyjacielem. Wydaje mi się, że ów motyw także pojawia się w przytoczonym przeze mnie serialu i dotyczy to m. in. tej samej osoby co wątek ojca. Sprzeczność? Konflikt? Kto w końcu jest najlepszym przyjacielem tej osoby?

Może najlepszy przyjaciel to ktoś, z kim najlepiej nam się wygłupia?

Oto pytanie na dziś: które z wymienionych podejść jest najlepsze? Kumpel, rodzic czy partnerka? Może żadne? Może wszystkie? Skłaniałbym się ku odpowiedzi, że nie ma tu złotego środka. Nie istnieje jedno uniwersalne rozwiązanie dla wszystkich. Każdy musi sam rozeznać, z kim najchętniej dzieli się swoimi problemami i kto najlepiej pomaga je rozwiązać. To osobista sprawa. Może zresztą nie musi to być jedna konkretna osoba. Można każdą kwestię rozeznawać osobno i zastanawiać się, do kogo się z nią zwrócić.

Ta ostatnia koncepcja jest szczególnie istotna. Przecież nawet jeśli na ogół ze wszystkim zwracamy się najpierw na przykład do partnerki, to czasem mogą pojawiać się konflikty właśnie z nią. Wtedy trzeba mieć kogoś innego, z kim można o tym porozmawiać. Jakiś drugi punkt kontaktu, z którym można porozmawiać o tym pierwszym. Jakąś alternatywę.

Zastanówcie się, kto jest Waszym najlepszym przyjacielem - wygląda na to, że nie musi to być wcale jedna osoba. Może warto dać im znać, że są Ważni w waszych życiach? Pewnie to wiedzą, ale pewne rzeczy warto potwierdzać. Rozważcie to!

A piosenka, z którą zostawiam Was dzisiaj, nie ma wiele wspólnego z tym tekstem. Jest za to cudna:


Dobrego tygodnia!

P S Ktoś pokusi się o zgadnięcie, o jakim serialu mowa? Chyba będzie jakaś nagroda dla pierwszej prawidłowej odpowiedzi!

ENG:

For some time now, in my free time, I have been watching a US sitcom for the third or fourth time. One of the frequently recurring threads is who is the best friend of one of the main characters. Despite the fact that almost everyone agrees on this issue, one of the characters is constantly trying to get this title. The dispute is between friends there. The best friend is the buddy with whom you have survived the most. The one with whom you have many memories. The one who took part in your adventures. With him you can always fool around. You can talk to him about everything. You can ask for help and he will drop everything and come. The best buddy is the best friend. But are you sure?

In the same series at some point, a father of one of the main characters dies. In later conversations, there is said that the father was the best friend of this person. In the end, father has always been there. If you are lucky, he is first person to be entrusted with your problems. He has always been the first support. He serves advice. He teaches. He is proud of us. He enjoys our successes. He keeps his finger on the pulse. In a properly functioning family, the father meets many criteria of the best friend.

There is also another concept. It appears in art, in the texts of culture, in common wisdoms. This is mentioned by various, completely different people, wise and less wise. It's about slogans like "wife should be your best friend". Generally speaking, your best friend should be your life partner. She/he is the person with whom you bind all your life. The one, who constantly accompanies us. Who sacrifices something for us, just as we sacrifice something for her/him. We entrust everything to her/him. She/he is always with us and is our support. Best friend. It seems to me that this motif also appears in the series I have quoted, and this applies to the same person as the father's theme. Contradiction? Conflict? Who in the end is the best friend of this person?

Here's the question for today: which of the given approaches is the best? A buddy, a parent or a partner? Maybe none? Maybe all? I suppose there is no one universal solution for everyone. Everyone has to recognize on her/his own, with who she/he most willingly shares her/his problems and who best helps to solve them. It's a personal matter. Maybe it does not have to be one particular person. You can discern each issue separately and wonder who to talk to about it.

This last concept is particularly important. After all, even if we usually turn with everything to one person, for example to a partner, sometimes there may be conflicts with her/him. In that case you have to have someone else with whom you can talk about it. Some second point of contact with whom you can talk about the first one. Some alternative.

Think about who your best friend is - it looks like it does not have to be one person at all. Maybe it is worth letting them know that they are Important in your lives? They probably know it, but some things are worth confirming. Consider it!

And the song with which I leave you today has nothing to do with this text. It is wonderful instead. You can find it above.

Have a good week!

P S Will anyone be tempted to guess what series was mentioned here? I think there will be some prize for the first correct answer.

sobota, 23 marca 2019

Wiosna.

Spring. [English version below.]

Dopiero co zaczęła się wiosna. Pojawiło się słońce, świat budzi się do życia i to widać. Krążyłem dzisiaj po mieście, załatwiając różne sprawy: byłem u fryzjera, kupowałem prezenty dla mojej chrześnicy, oglądałem smartfony, rozważając zakup nowego. Przy tym wszystkim jednak obserwowałem ludzi. Co zauważyłem?

Po ulicach spaceruje mnóstwo ludzi. Wszyscy zaczęli się więcej uśmiechać. Wrócili muzycy uliczni, co w Mieście Muzyki UNESCO jest ważne i co uwielbiam. Na katowickim rynku chyba po raz pierwszy w tym roku pojawiły się foodtrucki (ok, to pewnie akurat nie zasługa lepszej pogody, bo rzecz musiała być zaplanowana z wyprzedzeniem, ale wpisuje się ona w ogólny trend). Zaczęła się wiosna, wróciło słońce i świat nabrał kolorów. Jak śpiewa Taco Hemingway w moim ukochanym "Italodisco", "Się okazało, że wystarczy trochę słońca, magia".

Pomyślałem, że to cudne, że taka zupełnie naturalna, w pełni spodziewana rzecz potrafiła odmienić rzeczywistość. Przecież każdy doskonale wiedział, że wiosna przyjdzie. I przyszła, a z dnia na dzień wszyscy zachowują się inaczej. Nie ma znaczenia to, że u większości ludzi nic ważnego nie zmieniło się w tym czasie. Zmiana pory roku nie miała wielkiego wpływu na ich życia. Dalej są tymi ludźmi, z tymi samymi problemami, a jednak przez pojawienie się nowej, radosnej pory roku, jakby nie do końca. To piękne.

W słońcu wszystko wygląda lepiej...


Tak właśnie tkwiłem w rozmyślaniach o tym, jakie to wspaniałe. A potem pomyślałem o tym, że w kolejnym wersie Taco stwierdza "Powrót depresji pewnie po wakacjach". Dotarło do mnie, że tak właśnie jest. To oczywiście pewna przesada, zabieg artystyczny, ale faktem jest, że w miesiącach jesienno-zimowych następuje pogorszenie nastrojów. To czas intensywnego marudzenia, narzekania na pogodę i temperaturę. Jesień bywa malownicza, ale zima? W górach tak, w mieście rzadko kiedy. W mieście to ponura część roku.

To głupie, bo działa tu dokładnie ten sam mechanizm. Wszyscy wiedzą, że szaruga, chłód czy brak słońca kiedyś się skończą. Każdy uczy się tego już w przedszkolu. Mimo to pozwalamy, by pora roku wpływała na nasz nastrój także negatywnie. Nie myślimy o przeszłości i przyszłości. Skupiamy się tylko na teraźniejszości. To często ma sens i tak radzi wielu mędrców, doradców czy coachów, mniej lub bardziej wiarygodnych. Przez takie podejście jednak nie cieszymy się z tego, że wiosna i lato już były i znowu będą. Tęsknimy i wyczekujemy, ale to nie to samo.

Może da się zmienić takie w gruncie rzeczy pesymistyczne podejście? Może da się cieszyć z rzeczy, których nie ma jeszcze w tym momencie, ale są tak w ogóle? Może próbujmy.

Z tym Was zostawiam. Utwór na dziś jest dość oczywisty (ale oprócz niego koniecznie posłuchajcie "Italodisco"):


Dobrego tygodnia! I dobrej wiosny!

ENG:

Spring has just begun. The sun appeared, the world is coming to life and it shows. I was circling the city today, doing things: I got a new haircut, I was buying presents for my goddaughter, I was watching smartphones, considering buying a new one. At the same time, however, I watched people. What did I notice?

There are a lot of people walking around the streets. Everyone began to smile more. Street musicians came back, what is important in the UNESCO City of Music and what I love. Probably for the first time this year foodtrucks appeared on the Katowice market (okay, probably not just because of the better weather, since such a the thing had to be planned in advance, but it fits in the general trend). Spring started, the sun returned and the world took on colors. As Taco Hemingway sings in my beloved "Italodisco", "It turned out that just a little sunshine is enough, magic."

I thought it was wonderful that such a completely natural, fully expected thing could change the reality. Everyone knew perfectly well that spring would come. And it came, and suddenly the day after everybody behave differently. It does not matter that in most people lifes nothing important has changed at this time. The change of the season did not have much impact on their lives. They are still the same people, with the same problems, but by the appearance of a new, joyous season, not so quite. It is beautiful.

That's how I was thinking about how great it is. And then I thought about the next verse , in which Taco says "Return of depression probably after the holidays". It occurred to me that this is how it is. This is, of course, an exaggeration, an artistic move, but the fact is that in the autumn-winter months there is a deterioration in moods. This is a time of intense whining, complaining about the weather and temperature. Autumn can be picturesque, but winter? In the mountains yes, in the city rarely. It's a grim part of the year in the city.

It's stupid because the same mechanism works here. Everyone knows that gray outside, cold and lack of sun will end sometime. Everyone is already learning this in kindergarten. Nevertheless, we allow the season of the year to affect our mood negatively. We do not think about the past and the future. We focus only on the present. This often makes sense and it is advised by so many sages, advisors or coaches, more or less reliable. By this approach, however, we are not happy that spring and summer were there and will be there again. We miss and wait, but it's not the same.

Perhaps it is possible to change such a, to be honest, pessimistic approach? Maybe you can enjoy things that are not yet available at the moment, but they exist at all? Maybe let's try.

I leave you wtih that. The song for today is quite obvious - the title means "Spring" (but besides, listen to "Italodisco"). You can find it above.

Have a good week! And have a good spring!

niedziela, 17 marca 2019

Małe rzeczy, wielka radość.

Small things, big joy. [English version below.]

Słowem wstępu: dziś, tak jak często w ostatnich tygodniach, wpis będzie dość krótki, a to dlatego, że dysponuję dość ograniczoną ilością czasu. Okazuje się, że niedziela wcale nie jest takim dobrym dniem na publikowanie. Kiedyś była najlepszym, ale sytuacja nieco się zmieniła. Wobec tego, od przyszłego tygodnia poczynając, nowe wpisy na blogu będą się pojawiały w sobotę... lub w niedzielę, w zależności od tego jak będę dysponował czasem. To powiedziawszy, możemy przejść do części właściwej.

Dzisiejsze popołudnie. Maszerowałem przez Katowice dystrybuować papierową wersję nowego numeru magazynu Suplement. Cieszyłem się, bo to naprawdę dobra i ładna rzecz, w której tworzeniu miałem swój udział (polecam Wam mój artykuł o pracy w korporacji!). Możliwość dostarczenia magazynu ludziom dała mi więc sporo satysfakcji. Gdy tak szedłem przez miasto, algorytmy Spotify'a wpuściły w moje słuchawki piosenkę "Nowy początek" zespołu Hurt i poziom radości jeszcze się podniósł. To utwór, który znam od dawna i bardzo cenię, ale długo był przeze mnie zapomniany. Przypomniałem sobie o nim dopiero kilka tygodni temu i od tamtej pory od czasu do czasu pojawia się na moich playlistach. Cieszy mnie to, bo to naprawdę pogodna, przyjemna, ale też po prostu dobra piosenka. Znajdziecie ją na końcu tego wpisu.

Już byłem nastrojony optymistycznie i właśnie wtedy uświadomiłem sobie, że jest jeszcze jedna rzecz, niby błaha, ale tak naprawdę mająca silny wpływ na mój dobry nastrój. To słońce. Mamy jeszcze zimę, ale dzisiaj w Katowicach było 18 stopni Celcjusza, prawie bezchmurne niebo i słońce pięknie świeciło. Można było poczuć wiosnę, której jeszcze nie ma. Zachciało się żyć!

Miasto w słońcu!

Te trzy rzeczy: magazyn, piosenka i słońce mają ze sobą coś wspólnego. Każda z osobna jest drobna, ale przyjemna. Daje radość. Wszystkie trzy jednocześnie sprawiają więc, że życie jest piękne. Wydaje mi się, że żeby doceniać rzeczywistość, nie trzeba doświadczać wielkich przeżyć, przygód, wydarzeń. Co więcej, naprawdę nie warto uzależniać od nich swojego szczęścia, bo owszem wielkie sprawy to wielka radość, ale mają one też to do siebie, że zdarzają się rzadko. Radości natomiast potrzeba nam na codzień. Gonienie wyłącznie za podniosłymi sprawami może sprawić, że pomiędzy kolejnymi chwilami wielkiego szczęścia będziemy permanentnie przygnębieni. Chyba nie warto. 

Jeśli mogę więc was o coś prosić, to rozejrzycie sie wokół siebie. Zastanówcie się, jakie małe sprawy was cieszą i zacznijcie należycie je doceniać. Celebrujcie ulubione utwory, pogodę, czas spędzony z przyjaciółmi czy dobre jedzenie. Chłońcie każdą chwilę, każdy przyjemny drobiazg. To pomoże trwać w szczęściu.

Nikt nie mówi, żeby jednocześnie rezygnować z pogoni za wielkimi marzeniami. Przeciwnie, cały czas warto o nie walczyć, bo one nas napędzają. Po prostu nie skupiajmy się tylko na nich.

Utwór na dziś to wspomniana wcześniej cudowna piosenka zespołu Hurt:


Dobrego tygodnia!

ENG:

As an introduction: today, as often in recent weeks, the entry will be quite short, and this is because I have a fairly limited amount of time. It turns out that Sunday is not such a good day for publishing. It used to be the best one, but the situation has changed a bit. Therefore, starting next week, new entries on the blog will be appearing on Saturday ... or on Sunday, depending on how I will be busy. Having that said, we can go to the right part.

Today's afternoon. I was marching through Katowice to distribute a paper version of the new issue of the Supplement magazine. I was happy because it is a really good and good-looking thing and I participated in preparing it (I recommend you my article about working in a corporation!). The possibility of delivering a magazine to people gave me a lot of satisfaction. As I was walking through the city, the Spotify algorithms let in my headphones the song "Nowy Początek" of the band Hurt and the level of my joy even increased. This is a song that I have known for a long time and I appreciate very much, but it was forgotten by me for a long time. I reminded myself about it only a few weeks ago and since then it appears on my playlists from time to time. I am happy, because it's really cheerful, nice, but also just a good song. You can find it above.

I was already optimistic and it was at that time that I realized that there was one more, maybe trifling thing, but which has a really strong influence on my good mood. It's the sun. We still have winter, but today in Katowice there were 18 degrees Celsius, almost cloudless sky and the sun shone beautifully. One could feel the spring, which is not here yet. One could feel the will to live!

These three things: magazine, song and sun have something in common. Each one of them is small, but pleasant. They all give joy. All three at the same time make life so beautiful. It seems to me that to appreciate reality, one does not have to experience great things, adventures and events. What's more, it's really not worth making your happiness dependent on them, because big things mean great joy, but they also have this feature that they happen rarely. We need joy on a daily basis. Chasing only with great matters can cause that between successive moments of great happiness we will be permanently depressed. Probably not worth it.

If I can ask you for something, look around you. Think about what little things you enjoy and start duly appreciating them. Celebrate your favorite songs, weather, time spent with friends or good food. Catch every moment, every pleasant little thing. This will help you to be happy.

Nobody says to give up chasing big dreams at the same time. On the contrary, it is always worth fighting for them, because they drive us. Just do not focus only on them.

Song for today is given above. Have a nice week!

niedziela, 10 marca 2019

Spraw, że się zdarzy.

Make it happen. [English version below.]

Wczoraj, gdy próbowałem nieco wypocząć po wyczerpującym tygodniu, nagle odezwał się mój telefon. Na wyświetlaczu pojawił się nieznany numer, ale ostatnimi czasy nie jest to dla mnie istotne kryterium. Odebrałem. Okazało się, że dzwonił do mnie Wiktor Niedzicki, dziennikarz i popularyzator nauki. Kontaktował się ze mną, bo dzień wcześniej napisałem do niego z kilkoma pytaniami na potrzeby mojego nowego artykułu do Magazynu Studentów Uniwersytetu Śląskiego "Suplement". Pojawiły się jakieś problemy techniczne z odesłaniem mi odpowiedzi i chciał on ustalić formę komunikacji, która pozwoliłaby mu na udzielenie odpowiedzi na moje pytania.

Wczoraj, gdy próbowałem nieco wypocząć po wyczerpującym tygodniu, sprawdziłem skrzynkę mailową. Okazało się, że napisał do mnie prof. Michał Baczyński z Instytutu Matematyki Uniwersytetu Śląskiego. On także poruszył temat pytań, które na potrzeby artykułu do "Suplementu" wysłałem do niego dzień wcześniej i zapytał, czy może na nie odpowiedzieć do wtorku. Oczywiście, że tak!

Co te dwie sytuacje mają ze sobą wspólnego? To, że obawiałem się, czy panowie, do których zwróciłem się z moimi pytaniami, zechcą w ogóle mi odpowiedzieć, a tymczasem obaj skontaktowali się ze mną w mniej niż 24 godziny. To jest naprawdę wspaniałe uczucie, między innymi dlatego, że ja tak naprawdę mam znacznie gorsze umiejętności interpersonalne niż może się wydawać. Nawiązywanie kontaktu z ludźmi, których nie znam (choć ze wspomnianym profesorem miałem kiedyś jeden przedmiot), jest dla mnie zawsze przerażającym doświadczeniem. Nawet po pizzę nie lubię dzwonić, dlatego błogosławię pyszne.pl. Przy mailach jest oczywiście łatwiej, ale i tak w tym przypadku po ich wysyłce złapała mnie nerwowość. Jeśli nie dostałbym odpowiedzi, to pół biedy. Ale co, jeśli odpisano by mi na przykład "Pańskie pytania są idiotyczne."? Oczywiście osoby, z którymi się kontaktowałem, to ludzie na poziomie, więc zapewne ubraliby to w znacznie bardziej taktowne słowa, ale to nadal nieprzyjemna perspektywa. 

Artykuł jednak musi powstać (a przynajmniej ja bardzo tego chcę i najlepsza Redaktor Naczelna chyba też, bo to ona była jego pomysłodawczynią), więc musiałem się przełamać i nawiązać kontakt z osobami mogącymi wypowiedzieć się merytorycznie. W końcu chcę, żeby tekst prezentował jakiś sensowny poziom.

Przyczyna tych wszystkich przemyśleń...

Oczywiście okazało się, że po prostu trzeba było się przełamać i wykonać ten pierwszy krok. Teraz będzie prościej. Część odpowiedzi już dostałem, a część mam dostać w ciągu kilku dni. Po pierwszym mailu łatwiej wysłać kolejnego. Ziarno zostało zasiane, kontakt nawiązany. Może będę chciał jeszcze o coś dopytać, a może nie, ale jeśli, to będzie to prostsze. Potem dorzucę garść statystyk i własnych przemyśleń i wszystkie te klocki złożę w artykuł, z którego będę dumny. Tytuł już mam.

Meritum tego tekstu jest to, że samo nic się nie zrobi. Jeśli chcemy coś osiągnąć, uzyskać jakiś konkretny efekt, musimy zacząć się o to starać. Czasem będzie to tylko wysłanie maila albo kliknięcie przycisku "Aplikuj" przy jakimś ogłoszeniu o pracę. Innym razem to może być napisanie pierwszej strony, rozdziału lub powieści albo na przykład pierwsze opublikowanie swojego rysunku w internecie. Czasem chodzi o to, by pokonać swój lęk i pójść pierwszy raz spotkanie jakiejś organizacji, koła naukowego, lokalnego klubu sportowego czy czegokolwiek innego. A czasem bywa i tak, że pierwszym krokiem może być spakowanie plecaka i wyjazd z dnia na dzień na drugi koniec świata. Dla każdego człowieka rzeczy te mogą być w różnym stopniu trudne - to zależy od charakteru danej osoby. Łączy je jedno: są do czegoś niezbędne. Są początkiem.

O tym, że żeby robić rzeczy, trzeba po prostu je robić, mówił już choćby kilka lat temu Krzysztof Gonciarz, w dodatku pokazując jednocześnie przepiękne kadry:


Poza nim pewnie w historii mówiło o tym wielu ludzi wcześniej i później ktoś pewnie też. Tyle tylko, że to myśl, którą warto sobie regularnie przypominać. Jeśli chce się coś osiągnąć, należy zacząć nad tym pracować i to od razu, a nie za chwilę, jutro, za tydzień czy od nowego roku. Spróbujemy? Przynajmniej zacznijmy.

Tymczasem zostawiam Was z cudownym utworem, o którym nie wiedzieć czemu zapomniałem na dłuższy czas. Na szczęście Spotify mi przypomniał:


Dobrego tygodnia, pełnego pierwszych kroków!

ENG:

Yesterday, when I tried to rest a bit after an exhausting week, my phone suddenly rang. An unknown phone number appeared on the display, but recently this is not a significant criterion for me. I answered and it turned out that Wiktor Niedzicki, a journalist and populariser of science, called me. He contacted me because the day before I wrote to him with several questions for the needs of my new article for the University of Silesia Students' Magazine "Supplement". There were some technical problems when sending me the answer and he wanted to establish a form of communication that would allow him to answer my questions.

Yesterday, when I tried to rest a bit after an exhausting week, I checked the e-mail box. It turned out that prof. Michał Baczyński from the Institute of Mathematics of the University of Silesia wrote to me. He also raised the subject of questions that I sent to him the day before for the purposes of the article for the Supplement and asked if he could answer it by Tuesday. Yes, of course!

What do these two situations have in common? The fact that I was afraid if the gentlemen whom I asked my questions would like to answer me at all. However it turned out that they both contacted me in less than 24 hours. This is a truly great feeling, because I really have much worse interpersonal skills than you may think. Making contact with people I do not know (although I once had one subject with the mentioned professor) is always a terrifying experience for me. I do not even like to call and order pizza and that's why I bless pyszne.pl. Of course, sending an e-mail is easier, but in this case, after they were sent, I was nervous. It would be even fine, if I simply didn't get the answer. But what if it would come and was like, for example, "Your questions are idiotic."? Of course, the people I've been contacting are gentlemen, so they would probably use much more tactful words, but it's still an unpleasant prospect.

The article, however, must come into being (or at least I want it very much and the best Editor-in-Chief probably also, because the idea was her), so I had to overcome my fear and make contact with people who could comment the thema substantively. In the end, I want the text to be of good quality.

Of course, it turned out that I just had to beat the fright and take this first step. Now it will get simpler. I have already received some of the answers and some of them are to be delivered within a few days. After the first e-mail, it's easier to send another one. The seed was sown, contact established. Maybe I will need to ask something more, maybe not, but if this need occur, it will be easier. Then I will add a handful of statistics and my thoughts and use all of these blocks to build an article that I will be proud of. I already have the title.

The merits of this text is that nothing will happen on its own. If we want to achieve something, get a specific effect, we have to start trying to do it. Sometimes it will be just sending an email or clicking the "Apply" button in a job advertisement. At other times it may be writing the first page, chapter or novel or, for example, the first publication of your drawing on the internet. Sometimes the idea is to overcome your fear and go to the first meeting of an organization, a scientific club, a local sports club or anything else. And sometimes it happens that the first step may be to pack a backpack and move to the other end of the world the next day. For each person these things can be difficult in a different level - it depends on the character of the individual. They share one thing: they are necessary for something. They are the beginnings.

The fact that to do anything you just have to do it, was emphasized a few years ago by Krzysztof Gonciarz (polish vloger), in addition showing at the same time the beautiful frames. You can find his video above. Apart from him, probably a lot of people talked about it before and then someone probably too. Only that it is a thought that is worth reminding regularly. If you want to achieve something, you should start working on it right away, not in a moment, tomorrow, in a week or from the new year. Will we try? At least let's start.

Meanwhile, I leave you with a wonderful song, about which I forgot for a quite long time (and I do not know why). Fortunately, Spotify reminded me about it. You can find it above.

Have a nice week, full of first steps!

niedziela, 3 marca 2019

Na co komu symbole?

Who the heck needs the symbols? [English version below.]

Ostatnio trafiłem na takiego oto kwejka. Popatrzyłem, przeczytałem i trochę się zirytowałem. To dlatego, że taki mem świadczy o kompletnym niezrozumieniu idei symboli. I nie chodzi o tę konkretną akcję. Może można ją było zrobić inaczej. Natomiast szydzenie z robienia czegoś symbolicznie nie jest niczym nowym i właśnie sobie przypomniałem jak bardzo to mnie wkurza.

To ma sens - nie pierwszy raz
Przykładów powszechnych akcji mających na celu wyrażenie opinii, solidarności z kimś czy rozpowszechnienia wiedzy na temat czegoś jest całe mnóstwo. Najoczywistszy i chyba najprostszy to nałożenie odpowiedniego filtru na zdjęcie profilowe na Facebooku. Tak było po wydarzeniach ważnych, przerażających (jak zamachy we Francji w 2015 r.), tak jest przy okazji debaty na tematy światopoglądowe (np. tęczowe filtry wspierające LGBT) i tak bywa też, gdy ludzie chcą wyrazić swój patriotyzm (biało-czerwone filtry np. przy okazji 11 listopada). Teraz filtry pojawiają się też przy okazji bardziej przyziemnych spraw - można nimi na przykład wyrazić wsparcie dla ulubionej drużyny podczas zawodów sportowych.

Nałożeniu czerwono-biało-niebieskich filtrów na zdjęcia profilowe po zamachach we Francji towarzyszyło podświetlenie w tych barwach najbardziej ikonicznych budynków i budowli świata. Miało ono pokazać, że miasta i państwa, w których znajdują się te obiekty, a zatem i ich obywatele, mówią Francuzom "jesteśmy z wami". Nałożenie francuskich barw na berlińską Bramę Brandenburską, Operę w Sydney, Pałac Kultury w Warszawie, katowicki Spodek czy Chrystusa w Rio miało pokazać, że cały świat jednoczy się w niezgodzie na terroryzm.

Inny przykład jednoczący świat to godzina dla Ziemi. Trwająca od 2007 r. akcja polega na wyłączeniu na godzinę świateł i urządzeń elektrycznych raz w roku, w ostatnią sobotę marca i ma przypominać o zmianach klimatycznych oraz skłaniać do podejmowania działań przeciw nim. Inicjatywa ta funkcjonuje już na całym świecie, łącząc ludzi z różnych krajów i kultur. Sama akcja nie wpływa istotnie na ograniczenie zużycia energii, a mówi się także o tym, że jest ona obciążeniem dla systemu energetycznego. To drugie to rzeczywiście rzeczowy argument przeciw tej idei i może trzeba by wymyślić coś innego. Ten pierwszy argument jednak, choć prawdziwy, jest nieadekwatny. Przecież wcale nie chodzi o to, żeby w ten jeden sposób istotnie ograniczyć zużycie energii. 

To zresztą szerszy temat. Zarzutem często stawiany takim akcjom jest to, iż nie przekładają się one na realne działania. Że to nic nie znaczące gesty, które nie mają żadnych konkretnych skutków. Tylko, że taki zarzut to bzdura, świadcząca o kompletnym niezrozumieniu idei takich posunięć. Filtry, podświetlenia, braki światła i inne tego typu aktywności nie są zamiast działań realnie usuwających skutki pewnych wydarzeń czy mających zapobiec im w przyszłości. Są obok. Mają trafiać do mas, sygnalizować tematy, zwiększać powszechną świadomość. Mogą też być gestem solidarności, wysyłać do przeżywających trudne chwilę wiadomość: „pamiętamy o Was”.

Nikt rozsądny nie zakłada przecież, że tego typu symbole dadzą cokolwiek bez konkretnych działań. To bzdura. O kwestie praw mniejszości, ochronę klimatu czy przeciwdziałanie terroryzmowi muszą się w dużej mierze zatroszczyć rządzący. Na ich działania wpływają jednak opinie obywateli. To one decydują o priorytetach czy kierunkach polityki państwa, czego ostatecznym wyrazem jest wybór władz w wyborach powszechnych. Akcje budujące powszechną świadomość, różnorakie symbole mają więc ostatecznie realny, choć nie bezpośredni wpływ na otaczającą nas rzeczywistość.



Chyba nie o takie symbole chodziło...

Nie zawsze trafnie
Nie każda inicjatywa mająca właśnie symbolami skłaniać się do pochylenia nad jakimś tematem osiąga jednak zamierzony cel. Kilka lat temu w Polsce miała miejsce akcja wylewania piwa Ciechan, w reakcji na negatywną wypowiedź właściciela browaru, Marka Jakubiaka, na temat środowisk LGBT. Forma protestu niewątpliwie wzbudziła zainteresowanie, ale czy nie przysłoniła ona meritum? Mam wrażenie, że głośniej było wówczas o samej akcji niż o jej przyczynach. Pytanie też, czy całość tak naprawdę nie przysporzyła popularności browarowi? I ostatnia kwestia: taka akcja to marnotrawstwo produktów użytych do wyprodukowania piwa, pracy ludzi, a nade wszystko pieniędzy protestujących. Przecież browar na tym nie stracił, bo piwo już zostało sprzedane. Może można było więc całą akcję przeprowadzić lepiej?

Bardzo podobny motyw, ale nowszy i na większą skalę pojawił się w zeszłym roku, gdy ludzie (zwłaszcza w USA) zaczęli na znaczną skalę palić produkty Nike i publikować nagrania, na których to robią. Robili to jako wyraz sprzeciwu wobec nawiązania przez firmę współpracy z futbolistą, który, protestując z kolei przeciwko dyskryminacji rasowej, nie stał na baczność podczas hymnu. I okej, to ich buty i ubrania, bo przecież zapłacili za nie. Mogą z nimi robić, co chcą. Tyle tylko, że znowu to potężna niegospodarność. W Stanach, w których nierówności społeczne to poważny problem, można by tę odzież przekazać potrzebującym (nawet usuwając z niej logo producenta). Dodatkowo w tym przypadku rzecz dotyczy na tyle specyficznego tematu, że nie zdziwiłbym się, gdyby nagłośnienie sprawy poskutkowało zwiększeniem zainteresowania produktami Nike wśród ludzi wspierających futbolistę. Mam wątpliwości. Spalenie rzeczy, na które samemu wcześniej wydało się sporo pieniędzy? Moża dałoby się lepiej...

A wy? Co sądzicie o tego typu akcjach i angażowaniu symbolicznych działań w debatę publiczną? Dajcie znać, jeśli chcecie. A ja zostawiam Was z tym, co już pewnie znacie, bo ma prawie 1,5 roku, ale dalej jest świetnym energetycznym kopem:


Trzymajcie się!

ENG:

Recently, I came across such a meme (it says something like: "A whole year without hair removal to fight the injustice that affects women around the world." and "Oh, wow, thanks, what would I do without you."). I looked, read and got a bit irritated. This is because such a meme shows a complete misunderstanding of the idea of symbols. And it is not about this specific action. Maybe it could have been done differently. However, sneering at doing something symbolically is nothing new and I just remembered how bad it pisses me off.

It makes sense - not the first time
There are a lot of examples of common actions aimed at expressing opinions, solidarity with someone or disseminating knowledge about something. The most obvious and probably the easiest one is the putting an appropriate filter on the profile picture on Facebook. This happens after important and frightening events (like the attacks in France in 2015), this is the case during the debate on world-view issues (eg rainbow filters supporting LGBT) and this is also the case when people want to express their patriotism (white-red filters e.g. on the occasion of November 11 - polish Independence Day). Now the filters also appear on the occasion of less important matters - you can, for example, express support for your favorite team during sports competitions this way.

The application of red-white-blue filters for profile pictures after the attacks in France was accompanied by the illumination in these colors of the most iconic buildings and structures in the world. It was supposed to show that the cities and countries in which these objects are located, and therefore also their citizens, tell the French "we are with you". Putting French colors on the Berlin Brandenburg Gate, the Sydney Opera House, the Palace of Culture in Warsaw, the Katowice Spodek or Christ in Rio was to show that the whole world unites in fighting with terrorism.

Another example uniting the world is the Earth Hour. The action, which has been repeating since 2007, consists in switching off lights and electrical devices for one hour every year, on the last Saturday of March, and is to remind about climate change and encourage action against them. This initiative is already operating all over the world, connecting people from different countries and cultures. The action itself does not significantly affect the reduction of energy consumption, and it is also said that it is a burden for the energy system. The latter is indeed a factual argument against this idea and maybe one should think of something else. At the same time this first argument, though true, is improper. After all, the point is not to significantly reduce energy consumption in this way.

This is a wider topic. The accusation often made to such actions is that they do not result in real activity. That these are meaningless gestures that have no visible effect. Only that such an accusation is nonsense, testifying to a complete misunderstanding of the idea of ​​such moves. Filters, backlights, lacks of light and other such activities are not ment to replace actions that really remove the effects of certain events or to prevent them in the future. They are next door. They are supposed to hit the masses, mark some themes, increase public awareness. They can also be a gesture of solidarity, sending the message: "we remember about you" to those who are experiencing a difficult moment.

No reasonable person assumes that such symbols give anything without concrete actions. It's nonsense. Minorities' rights, climate protection and counterterrorism must be largely addressed by the governence. However, their actions are influenced by the opinions of citizens. They determine the priorities or directions of state policy, which is ultimately expressed by the election of the authorities in the general election. The actions that build the common consciousness, various symbols, have ultimately a real, even if not direct, impact on the reality that surrounds us.

Not always adequate
Not every initiative using symbols to lean towards some topic, however, achieves the intended goal. A few years ago in Poland, the action of pouring Ciechan beer took place. It was response to the negative statement about LGBT environments said by the owner of the brewery, Marek Jakubiak. The form of the protest undoubtedly aroused interest, but did not it overshadow the objective? I have the impression that it was more said about the action itself then about its causes. The question is also whether the whole thing did not really bring popularity to the brewery? And the last issue: such an action is a waste of products used to produce beer, people's work, and, above all, protesters' money. After all, the brewery did not lose anything, because the beer has already been sold. Maybe it was possible to conduct the whole action better?

A very similar motif, but a newer one and on a larger scale appeared last year, when people (especially in the USA) began to burn Nike products and publish recordings on which they do so. They were doing this as an expression of opposition to the company establishing cooperation with a footballer who, in turn protesting against racial discrimination, did not stand up when the national anthem was played. And okay, it is about their shoes and clothes, because they paid for them. They can do whatever they want with them. Only that it is a huge mismanagement again. In the United States, where social inequality is a serious problem, these things could be passed on to those in need (even removing the manufacturer's logo). In addition, in this case, the matter concerns such a specific topic that I would not be surprised if the publicity of the matter resulted in increased interest in Nike products among people supporting the footballer. I have my doubts. Burning things you've spent a lot of money on before? Might be better ...

And you? What do you think about this type of action and engaging symbolic actions in the public debate? Let me know if you want. And I leave you with what you may already know, because it's almost 1.5 years old, but it's still a great energetic kick of music. You can find it above.

Take care!